Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

jak krem mamy zbudował imperium - Helena Rubinstein. Michele Fitoussi


Zastanawiam się cały czas co napisać o tej książce, a właściwie o jej bohaterce? Czy fakt, że ta urodziła się w Krakowie, była rezolutną dziewczynką, ambitną młodą kobietą, która uparcie dążyła do doskonałości może być w jakikolwiek sposób interesujący? Wiele osób, które coś osiągnęły było ambitnych, dużo z nich urodziło się w Polsce. Podobne informacje znajdzie też każdy w internecie. Dla mnie – utkwiło mi to najbardziej – interesujący był fakt, że imperium Heleny Rubinstein wyrosło na kremie, którym mama smarowała ją i jej siostry w dzieciństwie. Ta, która przez liczne rodzeństwo nazywana była „orłem” (z racji piorunującego wzroku) doszła do czegoś, co w ówczesnych czasach nie było możliwe dla kobiet! Zbudowała nie tylko markę, ale i stworzyła dla milionów kobiet kanon piękna, wzór do naśladowania, dała im siłę (w postaci niewielkiego puzderka) do wiary w siebie. Jej życie nie było proste. Helena wstydziła się trochę swojego pochodzenia, swojej rodziny. Wstyd ten tłumiła kłamstwami, koloryzowaniem, a nade wszystko ukrywaniem swojego prawdziwego wieku (co w jej przypadku – wyglądu dziecka – nie było szczególnie trudne).
„Zawsze już będzie ukrywać datę urodzenia, z tym samym tupetem, który każe jej oszukiwać także w pozostałych kwestiach.”
Helena Rubinstein w młodoście w Polsce w otoczeniu młodszych sióstr. Po prawej matka, Augusta Rubinstein. Żródło: http://kultura.wp.pl/gid,15145541,galeria.html?T%5Bpage%5D=1. To samo zdjęcie można znaleźć również w książce.
 
Uciekając przed aranżowanym małżeństwem z Polski, realizuje swój plan budowania imperium. Swoje marzenie – jedno jedyne, które będzie stale ulepszać, gonić i udowadniać, że i kobieta potrafi.
W książce Michele Fitoussi przeczytamy wiele ciekawych anegdot w życia Heleny Rubinstein, dowiemy się jak rodziło się w niej uwielbienie dla kosmetyków (zajęcie bez ambicji powiedzą jedni), do budowy czegoś trwałego, czegoś, czego stałości i ogromu pewnie sama nie była w stanie przewidzieć. Autorka swoją książkę pisała także na podstawie spotkań z Madame Heleną. „Przez długie miesiące spędzone w towarzystwie Madame, każdego dnia, dowiadywałam się coraz więcej o jej darze rozpoznawania ducha czasu, nowych idei, o nieprawdopodobnej zdolności przetrwania epok, wojen, mód, zwyczajów.”
Podczas pracy. źródło: http://www.meritum-news.com/KULTURA/?p=2308
 
Uwielbiała być malowana - m. in. malowali ją Jacques Dufy, Marie Laurencin (powyższy), Christian Berard i inni. Pablo Picasso natomiast odmawiał namalowania jej portertu, powstały za to liczne szkice jego autorstwa. Źródło: http://www.helenarubinsteinfdn.org/
 
Ciekawa jestem czy w dzisiejszych czasach, kiedy niby kobietom łatwiej budować własne przedsięwzięcia, kiedy tak prosto można coś wyprodukować, nie mówiąc o kupieniu, osoby (których przecież dużo) zainteresowane dziedziną, w której Helena Rubinstein stała się mentorką mogą osiągnąć choćby ułamek jej chwały? Czy przy ogromnej presji i konkurencji nie będzie im trudniej?
Wymyśliłam sobie, że tę książkę podaruję osobie, która na pewno bardziej ją doceni, niż ja. Osobie, która być może stanie się kiedyś drugą Heleną Rubinstein (czego z całego serca jej życzę), i która poratowała mnie niejednokrotnie i inspiruje mnie nadal w pewnych kwestiach – mojej znajomej blogerce Angelice.
Kto wie, czy jeśli Angelika przeczyta kiedyś tę książkę nie wyłuska gdzieś miedzy wierszami recepty na sekretny krem Heleny Rubinstein?

cytaty pochodzą z książki

oazy spokoju - dzieła zebrane

 
Moja oaza, odskocznia moja i wyciszenie, którego ostatnio mi brakuje, a którego dostarcza mi szczególnie lektura.... nie wcale nie ta sugerująca wyciszenie (ta ciągle przede mną - Ciszej proszę ...). Niewiarygodnej satysfakcji z czytania i oderwania od codzienności dostarcza mi niespodziewanie biografia wielkiego kompozytora Igora Strawińskiego! (Strawiński. Geniusz muzyki i mistrz wizerunku) Może dzieje się tak,bo lubię mężczyzn pewnych siebie, którzy jednocześnie mają podstawy aby takimi być. Nie takich, którym się wydaje, że są kimś, ale takich, którzy są KIMŚ faktycznie! Konkretnie stawiają sobie cele, sukcesywnie dążąc do ich realizacji. Czasem może zniechęcają do siebie niektórych ludzi, ale zawsze pozostają w doskonałej formie, która zapewnia poczucie pewności kochającej ich kobiecie. No cóż! Strawiński jest w tym towarzystwie, choć można powiedzieć, że akurat osobowość tego pana była doskonale spreparowana, a nie naturalna, przez co tak pociągająca. Za to jego biografię czyta się jak wciągającą powieść polityczno-kryminalną.
 
Kolejna biografia, którą podczytuję to Helena Rubinstein. Być może Fitoussi to nie Joseph, albo Rubinstein to tylko kobieta, ale i tak jest bardzo ciekawie, niemniej jednak Helena na chwilę odpoczywa, bo Strawiński chwilowo ją pokonał :) Jednak do królowej piękna jeszcze wrócę!
 
No i książeczka na jedną noc (dla jednych nieprzespaną dla lektury, dla innych z przymusu) Ciesz się każdą chwilą, każdą kanapką to rozprawa na temat radości życia, albo raczej tego, czego boimy się w życiu najbardziej - śmierci. Jak pokonać strach przed nią, jak żyć pełnią życia, cieszyć się każdą chwilą podpowiada doświadczony w tych materiach - radości i śmierci (chorobie) Lee Lipsenthal. To taki trochę american dream, przemawianie do duszy odbitej w lustrze, ale to bardzo miłe przemawianie. Tym bardziej, że książkę można czytać wyrywkowo, gdyby np. komuś zdarzyło się zapomnieć jak cudowne jest życie!
 
Takie to moje wyciszające lektury. Oprócz tych, które opisałam czytam także - zarażona przez Chiarę - poradniki dla rodziców.
Takich chyba lektur szukałam. Czuję, że się 'układam', że uspakajam się i czegoś uczę!
 
Przyjenych lektur Wszystkim!
 

Przekornie wylosowane smaki życia i coś jeszcze;)

Jako, że jestem bardzo przekorna postanowiłam sobie zwycięzcę konkursu (albo raczej losowania) wyłonić na swój sposób. Złożyły się na to: fakt, że w czeluściach dysku zaginął mi program "Losuj", a moja mała maszyna losująca ząbkuje i grymasi oraz fakt, że zgłoszeń za wiele nie było, a te które były okazały się w większości niebanalne postanowiłam wybrać więcej niż jedno. Niestety Smaki .. posiadam tylko w liczbie jeden, ale zrekompensuję ten fakt innym tytułem, który mam nadzieję trafi w gust czytelniczy wybranej osoby.

Tak więc Smaki życia wędrują do Antyśki za miły komentarz uzasadniający jej chęć posiadania tej książki, a do alison2 wędruje Utonięcie Rose (mam nadzieję, że nie czytałaś?).

Jeśli ktoś postronny chciałby skomentować tę samowolkę, to przypomnę, że to mój blog, i ja dyktuję warunki w tej zabawie .... bo o to chodzi żeby się bawić :)

Utonięcie Rose - Markia Cobbold

 
 
O książce Mariki Cobbold przeczytałam u Padmy, i wówczas miałam ogromną chęć na przeczytanie beletrystyki. Czegoś tak zmyślonego, że aż wzbudzi poczucie zmarnowania czasu. Utoniecie Rose może nie do końca jest historią nierealną, tak nieprawdopodobną, aby nie móc się wydarzyć, jednak w jakiś sposób ta książką, czy też raczej to, co Padma o niej napisała zachęciła mnie.
Tak, ta opowieść mogłaby jak najbardziej gdzieś się wydarzyć. Dotyczy ona bowiem historii  z przeszłości, mrocznej tajemnicy, czy też poczucia winy skrywanego przez Elizę Cummings, dawniej jedną z trzech zżytych ze sobą przyjaciółek. Elizę i tytułową Rose łączy nie tylko wspomniana tajemnica, ale i fakt, że były prawie rodziną. Do tej dwójki możemy zaliczyć równie im bliską Portię. To święta trójca szkoły dla dziewcząt – święta, bo niedostępna, gardząca innymi dziewczętami, traktująca wszystkich z góry trójeczka zepsutych panienek z bogatych domów. Jednak trafia się jedna odważna (czy też przebiegła) dziewczyna, która usilnie stara się wkraść w łaski księżniczek, jak je nazywa. Przerwać ten ścisły krąg zepsucia. Sandra, czy też jak sama woli – Cassandra nieudolnie stara się zdobyć przyjaźń dziewcząt, a przynajmniej jednej z nich, za ofiarę upatrując sobie Elizę, u której wyczuwa odrobinę czegoś na kształt współczucia.
Akcja książki Mariki Cobbold rozgrywa się jednak współcześnie, powracając tylko raz na jakiś czas do opowieści dziewcząt sprzed ćwierć wieku. Te opowieści, a raczej retrospekcje mają z zadanie poznanie tajemnicy śmierci jednej z przyjaciółek – Rose. Dziś dorosłe już kobiety nie mają ze sobą kontaktu - ten przerwała nagła i tajemnicza śmierć Rose. Podobnie, jak Eliza, dzisiaj konserwatorka w londyńskim muzeum nie ma kontaktu z ojcem Rose. Jednak jego nieoczekiwany telefon zmusza Elizę do powrotu do przeszłości. Kobieta wyciąga ukryte na dnie serca brudne skrawki niechcianych wydarzeń. Buduje na nowo tamten wieczór, na nowo próbuje skleić, jak potłuczony antyczny wazon tamte chwile, aby dotrzeć do własnej winy. Tylko, czy wina faktycznie leży po stronie Elizy?
Niestety, autorka bardzo starała się stworzyć klimat amerykańskiej szkółki dla dobrych panienek – razem ze wszystkimi jego przejawami, nie tylko dotyczącymi nauki, ale wraz z walką o uznanie, zazdrością, obłudą i buntem.  Wszystko było nawet miłe, czytało się szybko, z zainteresowaniem, dopóki mniej więcej w połowie książki zakończenie stało się przewidywalne. Zbyt wyrazista charakterystyka jednej z bohaterek sprawiła, że Cobbold odebrała mi przyjemność z kończenia książki, pozbawiła możliwości zagryzania paznokci z nerwów, kręcenia głową, obrzucania winą wszystkich przyjaciółek po kolei. Szkoda.
Myślę jednak, że książkę można przeczytać w ramach relaksu, w wolnej chwili, dla poczucia choćby klimatu związanego z pracą Elizy. Kwestie dotyczące konserwacji zabytków ceramicznych zostały przedstawione dość rzeczowo i profesjonalnie (tak mi się wydaje) tworząc przez to, jak z tych właśnie skorup całkiem miłą opowieść.

Ile kroków do domu - Dominik Rutkowski




Przyłożyli uszy do podłogi i nasłuchiwali. „Paszport”, „oclenia”, „bagaż” – udało im się wychwycić pojedyncze słowa i rzeczywiście rozmowy, które toczyły się na dole, były prowadzone po polsku. Pierwszy etap podróży mieli za sobą, pierwszą przeszkodę przed sobą. Wiedzieli, że teraz już nie ma odwrotu, przespali możliwość wycofania się i jedyne, co mogli zrobić, to siedzieć cicho, skulić się, skurczyć i liczyć na to, że nikomu nie przyjdzie do głowy zajrzeć na górę.


Miało być (z rekomendacji i zapowiedzi Wydawcy) chłopacko, wartko i w napięciu. I było! Od pierwszych stron debiutancka powieść Dominika Rutkowskiego Ile kroków do domu porywa bez litości. To lektura bez chwili na przerwę, na złapanie oddechu i  spokojne sny. Ile kroków do domu to opowieść o przyjaźni czterech chłopaków ubrana w polski paradoks lat 60. Czyli mamy niekończące się kolejki za wszystkim i niczym, burkliwych urzędników (tu bez zmian) i kłopoty z załatwieniem czegokolwiek. Dzisiaj, kiedy coraz trudniej przypomnieć sobie tamte czasy można popaść w skrajność uczuć – od idiotycznego (nerwowego) śmiechu, wręcz chichotu do podenerwowania towarzyszącego bohaterom książki. Powieść Dominika Rutkowskiego to historia Andrzeja Kochana, który w wieku 15 lat wyjechał do matki i wuja do Francji. Tam, posłany do szkoły przesiąka atmosferą wolnego kapitalistycznego kraju. Łączy z nim swoją przyszłość nie wyobrażając sobie powrotu i życia w socjalistycznym PRLu. Jednak patriotyzm woła go do odbycia wojskowej służby w ojczyźnie. Niestety Kochan nie przewidział tego, że Ojczyzna w latach 60 nie doceni tego patriotycznego gestu uznając go za co najmniej podejrzany. Każdy ruch przed szereg, każda postawa indywidualna uważane były wtedy za przejaw sprzeciwu władzom i dawały podstawy do zaliczenia takiego obywatela do grupy konspiracyjnej, działającej przeciwko, jeśli nie na szkodę państwa Polskiego. Po odbyciu skróconej służby wojskowej Andrzejowi zostaje zamknięta droga powrotna do Francji. Wraz z odmową wydania paszportu w chłopaku burzą się emocje, które podpowiadają głupie rozwiązania. Razem z przyjaciółmi – Szczotą, Sysym i Mańkiem próbuje ucieczki z Polski - najpierw przez zasieki na zielonej granicy, potem - na różne sposoby pociągami we wszystkich możliwych kierunkach, byle tylko dostać się do Paryża. Jak można się domyśleć rodzi to mnóstwo komplikacji. Do tego wszystkiego dochodzi przypadkowe wplątanie w szajkę złodziejską i młodzieńczy bunt chłopaków staje się pożywką na awans milicjanta-służbisty.

Nie chciałabym opowiadać w tym miejscu fabuły książki, bo mogłabym pozbawić przyjemności lektury potencjalnego czytelnika, ale może warto wspomnieć, że historia Andrzeja Kochańskiego i jego kolegów to dobra lekcja historii, szczególnie tak niepojętej dla najmłodszych pokoleń. Nieznane dziś, w czasach świata bez granic problemy z paszportem, niemożność swobodnego poruszania się po świecie to odległe dla najmłodszych tematy. Dla bohaterów Dominika Rutkowskiego niestety nie. Paradoks tamtych czasów jest rozbrajający, objawiał się w każdym zachowaniu władz, rozbawiał, choć wówczas do śmiesznych nie należał i niezmiennie irytował. Brak konsekwencji i jakiejkolwiek logiki w działaniu władz peerelowskich może zadziwiać, a mniej odpornych przyprawić o palpitację serca. Podobnie, jak próby wydostania się Kochana za granicę kraju, których pomysłowości można tylko pozazdrościć. Tym bardziej, że powieść Dominika Rutkowskiego została oparta na prawdziwych wydarzeniach – tak, zapewne niejeden mieszkaniec Polski miał wówczas podobne problemy, jak Kochan, tylko, że może nie każdy z nich odważył się na taki krok, jaki uczynił bohater Rutkowskiego.

Akcja powieści rozgrywa się na warszawskich ulicach Polski, począwszy od lat 60 do bardziej współczesnych nam lat 80. Barwność postaci, wydarzenia im towarzyszące opisane są z taką plastycznością, że czytelnikowi przed oczyma stają gotowe obrazy z tamtych wydarzeń. Czasem nawet może wydać się, że jest się jednym z bohaterów Rutkowskiego uwikłanym w konspirację wraz z Kochanem, o ile niejeden z czytających nie odkryje siebie w jego postaci. Wraz z rozwijająca się akcją powieści widzimy „rozwijający” się kraj władz - upadające partyjki, układy, zapełniające się półki sklepowe dotychczas świecące pustkami, coraz większa ilość samochodów, nawet sprowadzanych z zagranicy i pojawiające się kolory w szarym świecie postkomunistycznym.

Ile kroków do domu (tytuł autor zaczerpnął z podwórkowej zabawy) to wreszcie opowieść o przyjaźni – tej silnej, zawieranej w czasach podwórkowych. Przyjaźni, która trwa pomimo zawiłości losu. Choć zmieniają się przyjaciele – życie wielu uczy pokory, twardnieją i zmieniają poglądy, czasem charakter, zmieniają się też dzielące ich odległości, i choć może do domu trzy słoniowe kroki, to przyjaźń trwa nadal. Drogi bohaterów Dominika Rutkowskiego, które kiedyś się rozeszły schodzą się by potwierdzać siłę przyjaźni. I choć może nie jest ona już tak silna, nie fascynuje jak dawniej, to nadal łączy dawnych przyjaciół z podwórka. Jest jak Warszawa z powieści, zmieniająca się na naszych oczach, ale pozostająca jednocześnie ciągle tą samą Warszawą.


Polecam wywiad z autorem: http://www.muza.com.pl/?module=wywiady&id=699
cytat pochodzi z książki

Więzień nieba - C. R. Zafon - KONKURS!



Właśnie kończę lekturę trzeciej części serii Cmentarza Zapomnianych Książek Carlosa Ruiza Zafona - Więzień nieba. Powrót do księgarni Sempere i Synowie wymagał zagłębienia się w zakamarki mojej pamięci i przypomnienia sobie poprzednich dwóch części, które czytałam lata świetlne temu:) Coś tam udało mi się odkopać, resztę pamięć odtworzyła czytając książkę i jako tako kojarzę.
Jakąż radość sprawiło mi ponowne znalezienie się wśród półek z tomiszczami, w cieniu i kurzu rodzącym się z tysięcy starych stron ksiąg, ach jakaż to radość! Móc znowu powrócić na ulice Barcelony ubiegłego wieku, zatopić się w mroczne tajemnice z Danielem Sempere, wiecznie ciekawskim, choć już statecznym ojcem i mężem - i tu znowu miły powrót do starych przyjaciół i historii ich miłości. Fermin - hmmm któż by go nie pamiętał? Jednak, czy Fermin pamięta sam siebie? Taką tym razem zagadkę rozwiązuje Daniel. Badając i tworząc na nowo przeszłość i życie Fermina Romero de Torres.
Nie napiszę tym razem nic więcej, bo po pierwsze do końca tej wciągającej bez litości opowieści pozostało mi kilka stronic, a po drugie nie będę przecież pozbawiać wszystkich tych, którzy czekali na dalsze przygody Daniela i jego wybawcy Fermina przyjemności czytania, tym bardziej, że książkę chcę podarować tej osobie, która najlepiej przybliży mi poprzednie wyprawy do Cmentarza Zapomnianych Książek! Wierzę, że wiele osób książkę już posiada, i albo delektuje się właśnie jej lekturą, albo zamierza ten przyjemny czas spędzić w najbliższej przyszłości. Jednak może znajdą się takie osoby, które przeszłość rodziny Sempere są w stanie przybliżyć mi na tyle, abym mogła łatwo znaleźć się w snutej przez mgłę i deszcz barceloński historii?
Tak więc, aby była jasność, dla wszystkich chętnych na trzecią część opowieści autorstwa Zafona  - Więzień nieba przygotowałam konkurs, w którym nagrodą będzie właśnie książka (niestety, ubolewam strasznie - wydałam poprzednie części, więc nie ma sensu abym trzymała tę jedną - chętnie oddam jakiemuś fascynatowi Zafona). Wystarczy w komentarzach opisać, przybliżyć mi, osobie z krótką pamięcią poprzednie części serii. Ta opowieść, która będzie najbardziej obrazowa dla mnie i otworzy czeluści mojej pamięci wygra i otrzyma Więźnia nieba. Konkurs trwa do niedzieli - czyli do 13 maja do godziny 12.

życzę weny twórczej i powodzenia!

z każdym kolejnym przeczytanym tytułem żal mi nowych możliwości poznawania - czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko autorstwa Vladimira Nabokova - tym razem Blady ogień, czyli o tym, jak Mistrz przeszedł samego siebie!

Och jakże by było nudno gdyby mój ukochany Nabokov pisał wszystko na jedno kopyto. Zdążyłam się już przyzwyczaić do bycia zaskakiwaną przez Mistrza, ale nie do tego stopnia! To, co przeczytałam albo najpierw raczej zobaczyłam (bo wystarczył jeden rzut oka na formę książki) zwaliło mnie dosłownie z nóg. Pomyślałam sobie „no nie, teraz to przesadziłeś Mistrzuniu” zastanawiając się od czego zacząć, jak to poskładać i czy to w ogóle ma ręce i nogi?! Blady ogień to bodaj najbardziej oryginalna w formie książka jaką kiedykolwiek czytałam! I nie mam na myśli tylko książek autorstwa Vladimira Nabokova, ale książek w ogóle. To książka w książce, ale to nawet nie Książka dla Manuela Cortazara, bo Blady ogień w ogóle nie składa się z tekstów autora (oczywiście jeśli patrzymy na jego treść, bo rzeczywistość jest inna ... tu Vladimir mruży oko). Podstawą do tej powieści jest opowiadanie autorstwa Charlesa Kinbote’a ujęte w Bladym ogniu jako Przedmowa. Po czym następuje – nie wiedzieć czy do końca – utwór właściwy, o którym Kinbote napisał przedmowę, a mianowicie Blady ogień. Poemat w czterech pieśniach i kilkaset stron Komentarza, który również składa się na Blady ogień autorstwa Vladimira Nabokova. Zbyt zagmatwane? Gdybyśmy chcieli podzielić powieść na rozdziały (ooo wybacz mi Mistrzu!) powiedzielibyśmy, że Blady ogień ma ich cztery – Przedmowa, Blady ogień. Poemat …, Komentarz oraz Indeks.

Blady ogień powstawał jednocześnie z tłumaczeniem Eugeniusza Oniegina, nad którym pracował Nabokov w roku 1950. Właśnie do Oniegina jego treść i forma są porównywane. Głównym „źródłem treści” (chociaż czyżby?) jest 999 wersowy poemat, rozpisany jak z podtytułu można się dowiedzieć w czterech pieśniach. Autorem poematu jest John Shade, który nie pomija komentowania, jak trudno było jemu stworzyć tenże poemat pisany rymowanymi dystychami (czyli dwuwierszami, z których jeden jest niekompletny ze względu na nieparzystą ilość). Poemat ten stanowi ostatnie dzieło w jego twórczości, którą przerwała nagła śmierć od kuli przeznaczonej komuś innemu (czego można dowiedzieć się z powieści).

U Nabokova nigdy nie było wiadomo kto jest autorem książki, albo raczej kto ma za takiego uchodzić. Nigdy nic nie było jasne do końca i jednocześnie jasnym było, że za każdą postacią kryje się autor - i za to polubiłam książki V.N. Myślę, że Blady ogień jest jakimś apogeum jego pomysłowości w tej materii. Pewnie gdybym była tłumaczem tejże książki dostając ją w swoje ręce zastanawiałabym się gdzie jest tekst właściwy, myśląc, że czegoś zabrakło, ktoś o czymś zapomniał, nie dołączono mi książki! Blady ogień krytycy porównywali też do Ulissesa, nawet dziełu Nabokova dodając wartości. Uznawali go bowiem, za jedną z najdowcipniejszych powieści od czasów Ulissesa J. Joyce’a. Dla mnie, w obliczu formy powieści cały jej dowcip polega właśnie na sposobie jej przedstawienia. Treść staje się mało znacząca, liczy się pomysł, pokręcenie, które przyprawia mnie do teraz o uśmiech.

Wydawać by się mogło, że już nic, co wyszło spod pióra Nabokova, odkąd przeczytałam Ada albo żar nie jest w stanie wywołać uśmiechu na mojej twarzy. Nic już nie przywoła mi wspomnienia twarzy autora, z równie ironicznym, wszechobecnym u niego uśmieszkiem, który mówił sam za siebie – ja piszę powieści? Ja staram się udowodnić, że tych nie ma! Wszystko dosłownie jest u Nabokova z przymrużeniem oka. Wiadomo przecież, że nawet w obliczu śmierci potrafił sobie żartować (mówią o tym jego liczne biografie, czy choćby powieść Oryginał Laury) ale żeby stworzyć coś takiego jak Blady ogień trzeba mieć albo doskonałe poczucie humoru, albo dobrą zabawę z naigrawania się z czytelnika (nie wspomnę o oczywistym talencie pisarza!). Każda, dosłownie każda powieść Nabokova świadczy o jego dążeniu do oryginalności – u niego nie ma powtórek, wpadania w tory charakterystyczne dla danego autora. Wszystko jest nieprzewidywalne. Nie można jednoznacznie określić stylu Nabokova (teraz utwierdzam się w tym przekonaniu jeszcze bardziej) i to właśnie jest tym magnesem, dzięki któremu twórczość Nabokova działa jak narkotyk. Nowe doznania, nieodkryte style, rozbrajająco śmieszne koncepcje – to się nie może znudzić. Nie bez podstaw sam autor mówił o swoich książkach, że aby je do końca zrozumieć należy czytać je przynajmniej dwa razy. Myślę, że dla Bladego ognia istnieje niezliczona ilość powtórzeń lektury, które i tak nie przyniosą skutku w postaci zrozumienia.



Bardzo pomocne w zrozumieniu treści jest Posłowie autorstwa Leszka Engelkinga.


Zdecydowane NIE dla wielotomowych powieści Murakamiego;/

Musiałam wiedzieć napisała Marpil o ostatniej części trlogii autorstwa Murakamiego. Ja też musiałam wiedzieć, ale nie byłam niestety tak wytrwała jak autorka bloga Z Kafką nad morzem. Owszem, byłam ciekawa jak zakończy się opowieść o Aomame i Tengo ale trzy części okazały się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem.



O części pierwszej trylogii 1Q84 pisałam już wcześniej i nie powiem, przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem. A trzeba przyznać, że nie jestem wielką fanką prozy Haruki Murakami. Jednak książka wydała mi się jakby trochę inna niż dotychczas czytane przez mnie powieści autorstwa tego bardzo modnego pisarza. Wprowadzone motywy sensacyjne w połączeniu z charakterystycznym stylem Murakamiego - pomieszaniem światów, niby fantastyczną, a jednak jakby nie do końca fabułą zaowocowały dość ciekawym eksperymentem, który ja przyjęłam ciepło i entuzjastycznie. Z niecierpliwością oczekiwałam kolejnego tomu trylogii, mając cały czas w pamięci obrazy z pierwszej jej części. Jednak nim ta do mnie dotarła obrazy jakby uległy zatarciu, wyblakły i choć w miarę zagłębiania się w drugi tom łatwo można było sobie je przypomnieć, to jednak urok wywołany pierwszą częścią gdzieś uleciał. Właściwie nawet nie miałam chęci na trzecią część tej, jak dla mnie przedłużającej się już w drugiej części historii. Drugi tom był już dla mnie agonią opowieści o Aomame i Tengo, a "śmierć" literacka już zupełnie mnie nie interesowała. Jednak jakiś upór kazał mi sięgnąć po ostatni tom 1Q84.

Nie wiem skąd ten upór wziął siły, skąd ja miałam chęci aby jednak zabrać się za lekturę trójki i to wzmocnioną powtórką tomu drugiego. Jako, że nauczona porażką jakiej dostarczyła mi zbyt długa przerwa między tomem pierwszym a drugim dałam sobie czas na powrót do dwójki nim rozpocznę czytać trzecią część. I jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ten drugi tom wcale takim złym nie jest. Nie porównując wciągnęłam się weń, jak przy pierwszym zderzeniu z 1Q84!

Gwoli przypomnienia - w części drugiej nadal czytamy o znanych nam już bohaterach - Aomame i Tengo. Aomame tym razem ma za zadnie zlikwidować Lidera, przywódcę sekty Sakigake, którego oskarża się o seksualne wykorzystywanie dzieci i wielokrotne gwałty na małoletnich dziewczynkach. Ten motyw jest tak okrutny, że aż nie pasujący do książek Haruki Murakami -  pewnie z tego powodu tom drugi nie przypadł mi do gustu, kiedy czytałam go po raz pierwszy. Jak można się było spodziewać po wrażliwej Aomame spotkanie kata i ofiary nie przebiegło do końca po myśli dziewczyny, a zadanie okazało się wcale nie takie proste, jak mogłoby się wydawać doświadczonej likwidatorce mżęczyzn.

Pamietają Ci którzy czytali także o łączącej ją niegdyś z Tengo przyjaźni - otóż ich drogi wydają się coraz bardziej do siebie zliżać. Jednak zbliżanie to trwa bardzo powoli, nie przymierzając jak mijanie się dwóch plskich pociągów. Ale jak i w podróży koleja polską bywa, książka wraz z ociąganiem się "losu" zdaje sie znośna i do przejścia.

Nie wiem jednak po co Murakamiemu był tom trzeci? Dla mnie historia ta mogłaby spokojnie i równie miło zakończyć się już w tomie drugim, gdyby tylko trochę z niej wycięto.

Trójka dostarcza jakby ochłodzonych emocji, które rozmywają sie gdzieś w przydługiej treści. Sedno książki - uczucie łączące Aomame i Tengo zostaje w niezbyt przyjemny sposób rozciągniete, a przez to pogrzebane w natłoku zbyt wielu wydarzeń i nowych postaci.

Nie powiem opowieśc o ojcu Tengo jakby była pomocną w powieści, ale już długie odosobnienie dziewczyny - jej filozoficzne rozmyślanki nad literaturą, i wtręty tej do fabuły (Marcel Proust i W poszukiwaniu straconego czasu - nomen omen ;/), czy przesiadywanie Aomame godzinami na balkonie w celu namierzenia Tengo (czasem w tak bezmyslny sposób niweczone) wydają się jedynie służyć przedłużeniu i dodaniu treści do tomu trzeciego. Ja chętnie widziałabym małą część trójki, z dwoma księżycami, z powrotem Aomame do roku 1984, z umierającym ojcem Tengo i jakże romantycznym zakończeniem jako kilkadziesiąt dodatkowych stron w tomie drugim.

Czytając częśćc trzecią zbyt często odczuwałam chęć przyspieszenia akcji, pominięcia kilku rozdziałów bez poczucia, że utracę coś cennego. Odnosiłam też wrażenie, że Murakami pograł sobie z czytelnikiem, że naigrywa się gdzieś w kącie z czytającyh część trzecią 1Q84 zastanawiając się ile z niej czytelnik pojmuje, a ile wydaje się jemu, że pojął. Nie, stanowczo fabuła ostatniego tomu powieści jest zbyt pokręcona. I choć wiem, że to właśnie styl Murakamiego to wydaje mi się, że tym razem przesadził. W moim odczuciu przynajmnije tak jest. Po cześci trzeciej poczułam się jak po przejedzeniu lub też zatruciu się jakimś daniem, do którego tak szybko już nie wrócę. Podobnie rzecz będzie się miała z Murakamim. I choc zdaję sobie sparwę, że tymi słowami narażam się fanom pisarza mi pozostaje mieć nadzieję, że tak szybko nie ujrzę kolejnej książki jego autorstwa, bo skłonna będę się skusić a potem rozchorować. (chociaż może idąc tropem zaskoczenia dwójką, przy jednoczesnym rozpoczęciu trójki, może warto skusić się na czwartą część? ... notak, ale w ten sposób możemy brnąć bez końca). Zdecydowane NIE dla wielotomowych powieści Murakamiego;/


Światła września i Zafon listopadową porą, czyli poszukiwania trwają dalej

Przyznaję, że z niechęcią sięgnęłam kolejny raz po Zafona (Cień wiatru oraz Gra anioła już za mną, i niestety jakkolwiek tę pierwszą nawet zaakceptowałam, to już z drugą częścią powieści o Cmentarzysku Zapomnianych Książek było gorzej;/). Zdaję sobie sprawę, że zaczęłam przygodę z autorem niejako od końca, czy też od środka, ale według polskiego rynku wydawniczego to właśnie te dwie książki (Cień wiatru, Gra anioła) były warte polskiego debiutu. Teraz zatapiając się w poszukiwania autora doskonałego, który miałby zastąpić mojego ukochanego Vladimira Nabokova oraz - z polskich autorów - Stefana Chwina rozpoczęłam od lektury ostatniej tym razem książki Carlosa Ruiza Zafona. Chciałabym aby te moje poszukiwania zakończyły się sukcesem, który zapewni mi lekturę książek ulubionego (nowego, czy też kolejnego) autora na wiele lat. Tak, abym mogła w ciemno sięgać po tegoż autora kolejne tytuły, nawet gdybym czasem miała się zawieźć.

Wracając do początku - właśnie w trakcie tych poszukiwań natknęłam się (choć to słowo nie bardzo tu pasuje, bo nie stało się to przypadkiem) na książkę Światła września. Tak, wymyśliłam sobie przygodę z Zafonem, jako sprawdzenie tegoż autora od ostatniej jego książki, jaka ukazała się w księgarniach. Kusiła też Marina i dwa młodzieżowe tytuły - Pałac północy oraz Książę mgły, ale na przekór zasadom i trochę wbrew sobie zaczęłam od końca.

Z wybraną przez mnie książką, z góry było wiadomo, że będzie to przygoda połączona z magią, czyli zestaw obowiązkowy u Zafona. Nie miałam nic przeciwko, chciałam się dobrze bawić, nawet jeśli nie miałabym trafić na tego jedynego autora (z całym szacunkiem, ale myślę, że daleko jemu do V.N. oraz S.Ch.). Światła września to właściwie magiczna opowieść o dwójce nastolatków, których połączyła tajemnica miejsca, w którym mieszkają. Irene Sauvelle przyjechała wraz z matka i młodszym bratem do małej francuskiej miejscowości w której miało odmieć się ich życie. Rodzina Irene pogrążona w żałobie po ojcu, jedynym żywicielu rodziny, powoli pogrążała się także i w długach. Paryskie życie okazało się zbyt drogie, a przyjaciele niegodni. Z tego powodu matka Irene zmuszona  była podjąć pracę, która na jej szczęście znalazła się w pobliskim Cravenmoore, u bogatego fabrykanta zabawek Lazarusa, samotnego człowieka, dla którego świat tworzonych przez niego zabawek jest zasłoną dla dręczącej go prawdy. Simone Sauvelle wydało się, że nie mogło spotkać jej nic lepszego, tym bardziej, że praca jaką miała wykonywać przypadła jej do gustu, a chlebodawca miłym starszym panem. Życie kobiety i jej dzieci zaczeła się rozjaśniać, przyszłość nie wydawała się już im tak straszna, choć czasem jeszcze ograniał kobietę smutek po zmarłym mężu. 
Ta idylla trwałaby pewnie tak przez długie lata, gdyby nie przerwał jej straszny wypadek, jaki zdarzył się w Cravenmoore. Gdyby pokojówka pana Lazarusa nie zginęła w dziwnych okolicznościach inaczej potoczyłyby się losy rodziny Simone.
Przyznaje, że w tę krótką opowieść można się nawet wciągnąć. Dać się ponieść tajemnicy jaka osnuwa okoliczne lasy Cravenmoore, tchnące grozą ciemne powietrze licznych pokoi ogromnego pałacu Lazarusa, zamieszkałego przez istoty o szklanych oczach i cień. I można wystraszyć się kiedy Irene wraz ze swoim przyjacielem Ismaelem próbują rozwiązać zagadkę śmierci młodej służącej z Cravenmoore. Ta odważna dwójka młodych ludzi czasem zdaje się posuwać za daleko. Kiedy nieproszeni wchodzą w życie Lazarusa nic już nie jest takie samo. Wszech ogarniajaca ciemność i tajemnica zaczyna rozsiewać swoje śmiercionośne macki i tylko jakiś niespodziewany splot okoliczności, czy magicznych rozwiązań będzie w stanie uratować bohaterów książki Zafona.

Bardzo ciekawi mnie, czy wszystkie książki tego autora, które mieliśmy okazję znaleźć ostatnimi czasy w księgarniach są równie magicznie przygodowe, czy też, jak wskazywałoby moje wcześniejsze doświadczenie czytelnicze z autorem jednak różne? Pewnie skuszę się na jeszcze jeden tytuł Zafona, ale wiem już dzisiaj, że to nie będzie ten autor, który zastąpi mi wszystkie przeczytane książki Nabokova i jeszcze nie napisane (ciągle czekam na kolejne) powieści Chwina.

krótko o powrocie do Chin - Pałac kobiet Pearl Buck

Chiny początek dwudziestego wieku, w oddali można usłyszeć odgłosy rewolucji, a dom rodziny Wu wypełniają rozliczne dźwięki towarzyszące codzienności kilku pokoleń żyjących pod jednym dachem. Czterech braci, synowych, ich dzieci, niezliczonej ilości służby oraz bliższej i dalszej rodziny państwa Wu. Jednak czuć też pewien dysonans – to pani Wu, mająca dosyć już wypełniania małżeńskich obowiązków, buntująca się przed całkowitym poświęceniem się dla męża w dniu swoich czterdziestych urodzin postanawia zrobić niejako jemu właśnie prezent.

Rezygnując dobrowolnie z bycia jedyną kobietą ojca swoich dzieci - w taki sposób zwraca się do pana Wu, swojego męża -  postanawia sprowadzić jemu młodą konkubinę, uznając go za mężczyznę w kwiecie wieku, zasługującego jeszcze na wiele radości od życia. Początkowe oburzenie wszystkich członków rodziny i zmieszanie służby zostaje rozwiane tak szybko, jak szybko pojawia się u boku pana Wu druga kobieta. A spełniająca swoje życzenie pani Wu staje się wolną kobietą, która nie do końca potrafi poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Ścieżka życia, jaką wybrała okazuje się nie być tak piękna i prosta jak to sobie wyobrażała. Jednak poczucie spełnienia obowiązku w stosunku do ojca swoich synów jest dla niej najważniejszym wytłumaczeniem w tej, bądź co bądź nowej sytuacji. Prezent w postaci młodej wieśniaczki jest chyba radością dla samej pani Wu, bo Pan Wu nadal kochający swoją żonę nie może pogodzić się z osobą nowej kobiety w jego sypialni. Jednak pomimo tych początkowych problemów piękna Ch’iuming pozostaje w sypialni i rodzinie Wu i po krótkim czasie rodzi kolejnego jej członka.

Tymczasem pani Wu, i tak zawsze mądrzejsza od swojego męża pozostaje zajęta własną duchowością, rozwojem synów i ich rodzin. Sprowadza do domu „obcego księdza”, który ma naucyć jednego z synów języków obcych. Choć na początku przez nią nieakceptowany  po czasie staje się dla nie kimś bliskim. Duchowym przewodnikiem po trudnym świecie dobra i zła. To z Andre pani Wu zwiąże swoją przyszłość, i to Andre, choć tylko duchowo będzie pomagał jej pogodzić się z brzemieniem decyzji podjętej w dniu czterdziestych urodzin i z jego konsekwencjami, które w bolesny sposób naznaczyły jej rodzinę.

Buck prowadzi te opowieść na kilku płaszczyznach. Czasami aż trudno uwierzyć, że wszystkie wydarzenia dotyczą jednej rodziny i jednego domu, a czytelnikowi może wydać się, że książka Pałac kobiet ożywa. To ciągły ruch, jak w mrowisku, w którym cały czas coś się dzieje sprawia takie wrażenie. Fakt, że nagrodzona Noblem (1938r.) autorka mieszkała przez wiele lat w Chinach pozwala poznać przybliżone przez nią liczne obyczaje i tradycje chińskie, jak choćby rytuał parzenia herbaty, obrzędy towarzyszące narodzinom czy śmierci oraz naznaczoną sztywnymi normami i zwyczajami codzienność. Wszystko to jednak, zamknięte i otoczone emocjonującymi przeżyciami tej bogatej rodziny stwarza wrażenie przystępności i w prosty sposób wplata się w karty powieści. Dzięki temu połączeniu Pałac kobiet staje się bogatym źródłem wspomnianej wiedzy, a przy okazji opowiada barwną, jak na Chiny przystało opowieść.

kto jest kim - podwójne (Nie)Prawdziwe życie Sebastiana Knighta, czyli zaaplikowałam sobie Mistrza

Nie ma chyba takiej książki mojego ulubionego pisarza, która by mnie nie zaskoczyła. Jeśli ktoś, kto pragnie rozpocząć swoją przygodę z Nabokovem oczekuje spokoju, sielskich rosyjskich klimatów niech zaniecha swoich działań już na wstępie. U Nabokova bowiem nie sposób nie ustrzec się przed schizofrenicznym rozdwojeniem (oj to by było dobrze, gdyby tylko o rozdwojenie chodziło), przed czymś tak skomplikowanym, że wręcz trudnym do pojęcia. Jeśli jednak lubi ktoś poczucie oderwania od rzeczywistości i ten specyficzny chichot losu, to biorąc do ręki powieści Nabokova trafił idealnie.
Prawdziwe życie Sebastiana Knighta to kolejna pokrętna opowieść w dorobku Mistrza paradoksu. Opowieść o tym, jak tajemniczy V (no cóż, trzeba się do tajemniczych kombinacji inicjałów w powieściach Nabokova przyzwyczaić) zbiera materiały do biografii swojego zmarłego przyrodniego brata Sebastiana. Ten ów zmarły był podobno znanym pisarzem, autorem być może niewielu książek ale za to podobno znaczących. Jednak, jak się okazuje w trakcie poszukiwań nazwisko Knight nie do końca znane jest w szerokim świecie. A sam Sebastian nieodkrytą tajemnicą. Tak, jak przez całe życie bracia nie mogli do siebie dotrzeć, przez odosobnienie Sebastiana, tak i jego życie stanowiło zamkniętą, dobrze chronioną komnatę. V. jednak nie zraża się brakiem rychłych postępów w zbieraniu materiałów i dowodów na wielkość brata. Posuwa się do wielu, nieprzewidywalnych, nawet dla samego siebie zachowań aby na końcu całej historii zastanowić się nad istnieniem Sebastiana. Zadać czytelnikowi zagadkę, która wygląda zza rogu przez całą książkę, czy to V. pisze o Sebastianie, czy też Sebastian o V.?
Mogłabym zagłębić się w tym momencie w porównania Prawdziwego życia … do innych dzieł pisarza ale dla niewtajemniczonych to dość nudna część streszczenia, która wcale być może nie zachęci do lektury. Ale Ci, którzy czytali cokolwiek Nabokova wiedzą co mam na myśli, wiedzą, że w jego książkach dziwne rzeczy wychodzą niespodziewanie często, jak części garderoby z przeładowanej walizki, jak oślizgłe dżdżownice po deszczu. Jest ich takie mnóstwo i dzieją się tak często, że nie można nadążyć z ich rozpoznawaniem, nie można doczekać się już zakończenia, które pomimo przeświadczenia czytelnika, jakie będzie i tak go zaskoczy i da trochę ulgi (łudzi się ten, kto tak myśli).
Sam fakt, że nasz bohater Sebastian urodził się w tym samym roku, co Nabokov, tak samo jak on miał guwernantkę i tak samo emigrował z Rosji i studiował w Cambridge już wystarczy abyśmy po poznaniu inicjału drugiego z bohaterów (V.) doznali pomieszania jaźni. Nie sposób też czasem odgadnąć, kto opowiada cała historię, bo narracja, w sposób niewidzialny zdaje się przenikać z jednego brata na drugiego. Tu nic nie jest prawdziwe, nic nie jest rzeczywiste i jednocześnie wszystko jest prawdą. „A może prawdziwe jest tylko życie pośmiertne?” Kto jest kim w powieści Nabokova? Czy ktoś odgadnie? 

cytat pochodzi z ksiażki

Herbatka z Mistrzem czyli dyskusja o tym, jak bardzo Przezroczyste (bywają) przedmioty



Czyżby Vladimir Nabokov był (albo raczej bywał) także autorem dla wielbicieli kryminału? Kryminału raczej z pogranicza absurdu, w sam raz na scenariusz dla Woody Allena. Co jednak nie zmienia faktu, że odkrywanie kolejnych tytułów Nabokova ciągle mnie bawi i zaskakuje. Zakochując się w jego abstrakcyjnym naturalizmie zaskoczyłam się ostatnio lekturą Śmiechu w ciemności, choć - tak przyznaję, i we wcześniej czytanych Jego książkach trup - jeśli nie ścielił się gęsto, to bywało, że padał. Lecz jest coś specyficznego w tym uśmiercaniu przez Nabokova, ale i tak zjawisko to w Jego (o zgrozo, chyba nie dosłownym!) wykonaniu bywa zaskakujące. Tak jest i teraz w Przezroczystych przedmiotach – trup pada! (tak, tak to, ta sama powieść, co Przejrzystość rzeczy – i szczerze mówiąc ten tytuł bardziej mi odpowiadał). Wracając do elementu zaskoczenia. Za chwilę powiem więcej ….

Historia opisana w książce to szkic życia (z mocnym jego akcentem – oj bardzo mocnym) pewnej persony, a właściwie Persona … ściślej rzecz ujmując Hugo Persona (z ojca Petersona). Hugo to niczym niewyróżniający się człowiek, bohater raczej z tych bladych – nic nadzwyczajnego (jak to zwykle bywa u Nabokova) niezbyt uzdolniony, ani przystojny ani też inteligentny. Powiedzielibyśmy życiowy nieudacznik, łamaga. A do tego niespełniony pisarz, realizujący się jako korektor w wydawnictwie książkowym. Naszego bohatera, personę naszą poznajemy kiedy udaje się w swoją kolejną podróż do Szwajcarii, gdzie wspomina poprzednie wizyty w tej małej, górskiej miejscowości. Pierwszą, podczas której w sklepie odzieżowym umiera mu ojciec, drugą której towarzyszą pierwsze doświadczenia seksualne i w trakcie której Hugo poznaje swoją żonę Armandę (Nasz Person był uparty i potwornie zakochany). I trzecią kiedy to jego żona … umiera (czy też zostaje zamordowana). Trzeba jednak wiedzieć, że Hugo choć niewyróżniający się niczym szczególnym posiadał (nieszczególnie potrzebną cechę) zdolność snu na jawie, czy też, jak utrzymywał sam bohater - nie sypiał w ogóle. Sny te plątały się jemu z rzeczywistością, bywało, że zbyt dosłownie, a czasem też się spełniały.

Pod względem powracających sennych koszmarów Hugo mógł konkurować z najlepszymi wariatami.

Przezroczyste przedmioty to krótka oniryczna opowieść, w której przewijają się liczne symbole zwiastujące marność świata . Przemijanie, przeszłość jako jedyne nadają barwę przedmiotom (Ech rzeczy przezroczyste, przez które prześwituje przeszłość.). Sny Hugo, wiele mówiące figurki z uzdrowiskowych sklepików, śmierć, ogień i pożary czy topniejący śnieg to tylko niektóre z symboli przemijania, jakie bohater Nabokova spotyka na swojej drodze. Czy tylko Hugo jest osobą, personą, która ma zdolność widzenia w bezbarwności życia jego kolory? Czy takie zjawisko da się jakoś wyjaśnić? Książka kończy się słowami Tylko spokojnie, synu, nic na siłę – więc kto okaże się nadzwyczaj uzdolnionym i dojrzy przezroczystość? Nabokov kolejny raz udowadnia, że Jego książki dają wieloraką przyjemność, że składają się z kilku płaszczyzn, na których należy je rozpatrywać i na których trzeba je odbierać. Lecz aby to zrozumieć nie wystarczy jednorazowa lektura powieści Mistrza i miejsce dla niej na półce. Książki Vladimira Nabokova nie służą do zbierania kurzu i pysznienia się grzbietami w najdziwniejszych pozach (choć pysznić się uwielbiają). One są po to, aby dostrzec barwy w przezroczystości każdej ulotnej chwili.

cytaty pochodzą z książki zdjęcie Nabokova google

przedziwny ten stos!!!


Postanowiłam tym razem wy-stosować odmienny niż dotychczas stosik. Zwykle przedstawia on zbiór nowych nabytków, książek, które planuje się przeczytać, a ja postanowiłam inaczej. Przedstawiam stos, który już przeczytałam! Każdą z tych książek, chcę Wam przybliżyć w kilku słowach, a w przyszłości być może w szerszym tekście, jeśli tylko czas mi na to pozwoli. Tak, z czasem ostatnio u mnie krucho, ucieka przez palce w nieznanym mi kierunku i nie wiem, gdzie go szukać. A, że książki leżą przeczytane (niektóre niedoczytane) żal mi ich i ich potencjalnych przyszłych czytelników. Przecież może te kilka zdań skusi kogoś do sięgnięcia po książkę.
W stosie tym przedziwnym znajdują się głownie książki czytane przeze mnie do pracy nad artykułem, większość z nich jest Wam zapewne już doskonale znana, myślę jednak, że znajdą się i takie, po które być może planujecie dopiero sięgnąć. Zaczynamy!




Nocny pociąg do Lizbony Paul Mercier: to książka trochę magiczna żeby nie powiedzieć oniryczna. To, co przytrafia się jej bohaterowi zdaje się być ponad nim. Być może dla kogoś zwykła podróż do obcego miasta może nie mieć nic z magii ale dla Gregoriusa – bohatera książki – ta radykalna zmiana, jaką jest między innymi podróż, w którą się wyprawia ma z niej na pewno wiele. Tym bardziej, że udaje się on do Lizbony, o której prawie nic nie wie. I tym bardziej, że to jakaś tajemnicza siła (może miłość, a może nauka?) pcha tego dotychczas samotnego, zamkniętego w sobie intelektualistę do takiej zmiany. A wszystko to przez jedną książkę i jedną kobietę.










Wojna i wojna, Laszlo Krasznahorkai: książka ta zaczyna się tak, że ma się wrażenie iż nie dotrwa się do końca, bo nie zniesie się nieporadności bohatera. Maruder i nieudacznik – takim jawi się początkowo Korim, a opowiadana przez niego historia nudną. Ale wystarczy zagłębić się w przygodę węgierskiego archiwisty, a zawładnie ona czytelnikiem tak, jak Korimiem zawładnęła tajemnicza księga opisująca historię czterech mężczyzn podróżujących przez miejsca i epoki, nieustannie uciekających przed zagładą. Wrażenie bycia wciągniętym w przedziwną opowieść potęguje styl, jakim posługuje się Krasznahorkai, przywołujący na myśl bezinterpunkcyjne książki Jose Saramago. Woja i wojna to książka zdecydowanie dla lubiących tajemnice i Saramago!









Chłopiec i gołąb Meir Shalev: to kolejna „miłosna” baśń Shalev'a, jaką przyszło mi czytać. Właściwie książka powinna nosić tytuł Chłopiec, dziewczynka i gołąb”. I tym razem to także wspomnienia. Równolegle toczące się dwie historie miłosne – współczesna i osadzona w czasach wojny. Tylko, że ja czytając Chłopiec i gołąb odnosiłam wrażenie, że nadal czytam Rosyjski romans, a szkoda, bo chciałabym poczytać jeszcze Shalev'a i jego opowieści o miłości. Polecam zdecydowanie tym, którzy czuli niedosyt po Rosyjskim romansie.








Wielki bazar kolejowy Paul Theroux: to książka, jak to określiła Chihiro skrzyneczka ze skarbami – i ja to potwierdzam. To bardzo trafne określenie dla książki Theroux. Dodałabym jeszcze, że to książka podróż (nie o podróży, a podróż właśnie). Kopalnia wiedzy na temat Azji (i nie tylko) jak ona długa i szeroka. Pozycja, która zasługuje na osobny tekst, a z drugiej strony książka, o której ciężko napisać, bo chyba żadne słowa nie są w stanie oddać wrażeń, jakich dostarcza jej lektura.
















Rien ne va plus Andrzej Bart: myślę, że to książka doskonale znana czytelnikom choćby z tego powodu, że to wyjątkowo oryginalny pomysł na fabułę. Otóż, jeśli ktoś jeszcze nie wie, to Rien ne va plus jest historią obrazu, który opowiada o swojej podróży po świecie. Książka Andrzeja Barta to doskonała lekcja historii, pełna niepoznanych wcześniej ciekawostek i wydarzeń związanych nie tylko, ze sztuką. Może oczywiście komuś kojarzyć się z Portretem Doriana Graya Oscara Wilde’a ale nic bardziej mylnego. Te dwie historie różnią się diametralnie. Wspólnym mianownikiem jest li tylko obraz, który jednak w każdej książce spełnia inne zadanie. O Rien ne va plus pisała Luiza.








Moja historia czytania Alberto Manguel: książka niespodzianka. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich bibliofilów i kochających książki pod każda postacią i w każdym momencie. Bo o rodzajach czytelników i formach czytania, o czytaniu na głos i po cichu, o powstawaniu książek i historiach z tym związanych jest ta pozycja. To książka, której nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach, bo jak można w tak krótkiej formie opowiedzieć o sztuce czytania i miłości do książek. A tej pełna jest powieść Alberto Manguel’a. Niestety to książka wypożyczona z biblioteki więc cierpię, bo jak pogodzić się z myślą, że kiedyś będę musiała ją oddać.




Van Gogh’s Women Derek Fell: to prezent od Maga-mary, który podczytywałam ochoczo, zaspakajając swoją ciekawość. Czyż pomyślałabym kiedykolwiek, że geniusz cierpiał z powodu miłości? Czy zastanowiłam się kiedyś, że malując przelewał na płótno swoje niespełnione miłości? Ten chory artysta nie tylko farbami malował obrazy ale i wyobraźnią, która jawiąc się jako prawda nie przybierała takich barw jak jego dzieła. Nic dziwnego, że popadł w depresję – zresztą podtytuł książki także jest wymowny – Romanse i droga do szaleństwa Vincenta. Kobiety van Gogha to ciekawa pozycja nie tylko dla miłośników malarstwa artysty ale i ciekawych życia tego biednego, niespełnionego życiowo człowieka. To zbiór listów ilustrowany szkicami, zdjęciami obrazów malarza i rodziny. I w przypadku tej pozycji chciałabym znaleźć czas, aby choć pokazać trochę ilustracji.




W tym stosie znalazłoby się pewnie jeszcze kilka tytułów, które przeczytałam i wrażenia zachowałam dla siebie i to nie z tego powodu, że były złe, czy że nie chcę się nimi z Wami podzielić. Raczej z tego powodu, że nie sposób pisać o każdej przeczytanej książce, czasem chce się ją przemyśleć, przetrawić, a później te piękne wrażenia zachować dla siebie.

jestem spokojna o nogi! Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii. Rafał Tomański



W obliczu fali kultury japońskiej, jaka napływa na Europę, w czasach kiedy ulubionym pisarzem, którego wypada czytać jest Haruki Murakami. Kiedy na półkach księgarni pokazują się do niedawna niedrukowane historie, a w każdej strefie ekonomicznej pysznią się japońskiej konstrukcje produkujące japońską technologię, co wiemy o Japonii? Właściwie pewnie mało, albo jeśli już, to są to jakieś stereotypy, które nam europejczykom wydają się dziwaczne i śmieszne. Jeszcze do niedawna ten kraj kojarzył mi się z siedzeniem na tatami i zastanawiałam się, czy to jest zdrowe, bo przecież tyle się mówi, że nogi muszą mieć krążenie. Z Japonią wiązałam też sushi, które uwielbiam – choć co ja wiem, o sushi skoro jem je w Europie! No i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o kulturze, czymś na kształt spokoju i opanowania. W wielkim skrócie Japończycy tacy właśnie mi się wydawali. Tak, użyty tu czas jest odpowiedni. Książka Rafała Tomańskiego Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii. uzmysłowiła mi w jak wielu kwestiach się myliłam. Jak bardzo żyłam stereotypami.
Trudno abym w tym miejscu opisywała książkę, bo tej książki nie można określać ani streszczać. To pozbawiłoby potencjalnego czytelnika przyjemności lektury. Ona jest jak przyjazny podręcznik dwudziestego pierwszego wieku. Nie będę rozpisywać się także na temat kultury japońskiej, bo nie czuję się znawcą tematu, a to, co dowiedziałam się z książki to ciekawostki, na temat których mogę podyskutować w towarzystwie. I tak na przykład czy wiedzieliście, że Japończycy bardzo dbają o linię? Że określenie metabo jest dla nich tym, czym zawał dla otyłego Europejczyka. Postrachem i przerażeniem. I aby uniknąć bycia metabo narzucili sobie normy rozmiarowe, których za nic nie wolno im przekroczyć. Mierzą brzuchy i likwidują nadmiary. Jeśli już o zdrowiu mowa to Japończycy rzadko chodzą do dentysty i nie uprawiają sportów. Do tego przesiadują na tatami w kucki i jakoś dobrze się mają. Skąd to się bierze? Czemu w takim razie nam kładzie się do głów – ruszaj się, ćwicz, poprawiaj krążenie, bo jak nie to …. . Nie jedz zupek chińskich bo mają glutaminian, który jest rakotwórczy. Nie przesiaduj przed telewizorem, nie rozmawiaj zbyt długo przez telefon komórkowy, nie przepracowuj się. Temu wszystkiemu zaprzeczają Japończycy. Żyją, dobrze się czują i nie chorują, a nie stosują się do poleceń naszych babć. Z książki Rafała Tomańskiego dowiecie się także czemu Japończycy mają skośne oczy, w co uwielbiają grać i czemu wydaje się nam, że nie poddają się modzie. Tomański pomoże także odnaleźć się na ulicach Japońskich miast. Odmitologizuje przekonanie, że język japoński jest trudny. Z hasłem Rafała Tomańskiego - język to nie bariera pojedźmy do Japonii! Sprawdźcie sami?

jedna z tabliczek zawieszanych w tokijskiej świątyni w dzielnicy Ueno - wypisuje się na nich życzenia np: "Żeby rodzina była zdrowa, żeby przyjaciele byli szczęśliwi ... "


Japonka odczytuje wróżbę dla siebie w świątyni shinto

Maska na twarzy oznacza dbam o zdrowie innych

Wnętrze salonu pachinko - obsesja wielu Japończyków. Przy pachinko pracuje trzykrotnie więcej osób niż przy produkcji stali, a bary pachinko stanowią 40% wszystkich lokali rozrywkowych. Korzysta z nich co 6-7 Japończyk. To gra podobna do bilarda.



A fragment o czytelnictwie, który mnie poruszył i sprawił, że dla ujrzenia zatłoczonych księgarni japońskich poświęciłabym się i wsiadła do zatłoczonego metro, narażając się na niewybredne uwagi starszych panów.

Japończycy czytają na potęgę. Japonia znajduje się w ścisłej czołówce światowej po względem egzemplarzy przypadających na 1000 mieszkańców. (…) Księgarnię można znaleźć bez trudu.

Gorzej już z ich odczytaniem – a czemu? Na to pytanie także odpowie Tatami kontra krzesła. Podobnie jak i rozwiąże wątpliwości w kwestii mikroskopijnych mieszkań, śmierci z przepracowania, czy wierności Japończyków. A zastanawialiście się kiedyś dlaczego częstym obrazkiem, jaki oglądamy w telewizji jest Japończyk z maseczką na twarzy? Jeśli tak i jeśli jeszcze tego nie wiecie, koniecznie zajrzyjcie do książki, tam autor obszernie wyjaśnia i tę kwestię. A także czy pałeczki to pałeczki, i czy sushi jest japońskie? Kto kupuje zużyte damskie majtki i co to są kapsuły?
Jeśli już o majtkach mowa, to wbrew temu, co mogłoby się wydawać i czego obawia się Joanna Bator nie jest to jedyna i najważniejsza informacja, jaką zapamiętałam z książki Rafała Tomańskiego. Jest natomiast dokładnie tak:

Z automatami z używanymi majtkami jest tak jak z czarnym kotem w ciemnym pokoju. Wszyscy o nich słyszeli, nikt nie widział.



Klaustrofobiczne przestrzenie i kable wiszące nad głowami na ulicach w Tokio - tu dzielnica Ueno.


Może to rodzaj fetyszyzmu w tym zabieganym społeczeństwie? Czy też mit, którego dowodów próżno szukać? Nawet autor Tatami kontra krzesła daremnie poszukuje automatu. A może w kraju, w którym panuje roricon, czyli kompleks Lolity, a wychodzące spod damskiej spódniczki majtki są czymś fajnym (czy też, jak to określa autor fajniusim) automaty z bielizną (do tego używaną) są jak automat z gazowanym napojem w Europie – czasem dziwią, ale częściej denerwują? I te kwestie, zakrawające czasem o pedofilię Rafał Tomański przedstawia w swojej książce dość obszernie
Czy Japonia nas lubi i czy pragnie otwarcia na inne kultury, a może już się poddała zalewowi zachodu? Na to wszystko jest odpowiedź w książce Rafała Tomańskiego Tatami kontra krzesła. Ta mała niepozorna książeczka ma w sobie taki ładunek informacji, że trzeba uważać aby nie zachłysnąć się od ich nadmiaru. Dawno nie czytałam z takim zapałem książki, która jest właściwie spisem najróżniejszych informacji o konkretnym narodzie. Która – choć komuś może wydać się tendencyjna i przesadzona jest na pewno źródłem wielu pożytecznych wiadomości. Taka k a p s u ł (k) a (jeśli już mówimy o Japonii). Pigułka wiedzy o dalekiej, a jednak bliskiej kulturze. Współczesnej kulturze.
Jak bardzo przez powielanie stereotypów można uprzedzić się do jakiegoś narodu, przekonał się pewnie każdy. Dlatego lektury konfrontujące obraz prawdziwy z naszym przekonaniem są koniecznością. A im więcej tych lektur, tym więcej informacji, które w przyszłości być może ułożą się w konkretny, prawdziwy obraz. Być może też dla niektórych będą przyczynkiem do podróży, rozpoczną jakąś pasję. A tym, którym nie dane będzie wyjechać poszerzą choćby trochę światopogląd skrzywiony często przez bezpodstawne uprzedzenia.



cytat pochodzi z felietonu Joanny Bator Brak seksu w wielkim mieście (Bluszcz marzec 2011)
cytat i zdjęcia: Rafał Tomański, Tatami kontra krzesła.




Tworzymy wywiad:
Nurtują cię pytania po lekturze Tatami … ? A może jeszcze jej nie czytałeś i zastanawiasz się, czy to lektura dla ciebie? Masz kilka pytań do jej autora? Teraz masz szansę, jedyną w swoim rodzaju je zadać. Zadając swoje pytanie Rafałowi Tomańskiemu tworzysz wywiad! Zapraszam do współtworzenia wywiadu z autorem Tatami kontra krzesła na blogu u Engi TU