Jako, że jestem bardzo przekorna postanowiłam sobie zwycięzcę konkursu (albo raczej losowania) wyłonić na swój sposób. Złożyły się na to: fakt, że w czeluściach dysku zaginął mi program "Losuj", a moja mała maszyna losująca ząbkuje i grymasi oraz fakt, że zgłoszeń za wiele nie było, a te które były okazały się w większości niebanalne postanowiłam wybrać więcej niż jedno. Niestety Smaki .. posiadam tylko w liczbie jeden, ale zrekompensuję ten fakt innym tytułem, który mam nadzieję trafi w gust czytelniczy wybranej osoby.
Tak więc Smaki życia wędrują do Antyśki za miły komentarz uzasadniający jej chęć posiadania tej książki, a do alison2 wędruje Utonięcie Rose (mam nadzieję, że nie czytałaś?).
Jeśli ktoś postronny chciałby skomentować tę samowolkę, to przypomnę, że to mój blog, i ja dyktuję warunki w tej zabawie .... bo o to chodzi żeby się bawić :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty
Prosty konkurs bez myślenia - Smaki życia do wydania
Obiecywałam sobie, że nie będę robiła konkursów, po tym, jak jedna z blogowiczek (która nie doczytała zapewne mojego posta - TU i TU) zarzuciła mi, że jestem księżniczką, której korona się z głowy obsuwa kiedy ma znaleźć zwycięzcę. Pytam się - czy to ja mam szukać zwycięzcy? Dlaczego, jeśli komuś nie zależy na wygranej mają cierpieć inne, chętne osoby?
Jednak dostałam książkę, której czytać nie będę, zapewne dostałam ją przez pomyłkę, więc chcę ją oddać w ręce chętnego na nią Czytelnika.
Także, po licznych komentarzach dotyczących organizowania i działania konkursów tym razem rozdaję za zwykłą (żeby nie powiedzieć nicniewymagającą) chęć wzięcia udziału w losowaniu.
Tak więc chętnych na książkę Stacey Ballis Smaki życia proszę o wyrażanie tejże chęci w komentarzach. Losowanie (prawdopodobnie) w poniedziałek, w godzinach rannych.
Zapraszam więc do wyrażania chęci:)
Hinduskie zaślubiny - Sharon Maas
Zdolna do zamążpójścia (to z wolnego
tłumaczenia oryginalnego tytułu), Saga, romans historyczny … i jeszcze pewnie
wieloma innymi tytułami i określeniami można krótko opisać książkę Sharon Maas Hinduskie zaślubiny. Każdy z tych elementów, każda
charakterystyka doskonale pasuje do tej opasłej powieści. Wielowątkowa,
retrospekcyjna historia splata się w gruby warkocz zbierając po drodze, jak
kolejne sploty poboczne historie, które tworzą piękną całość. I choć niby Hinduskie zaślubiny rozpoczynają się opowieścią
o Nacie, którego w 1947 roku tajemniczy mężczyzna zabiera z domu sierot, przeplatają z życiem Saroy – zbuntowanej nastolatki,
i opowieścią o zakochanej i radosnej, choć pochodzącej z niższej kasty małej
hinduski Savitri, żyjącej w Indiach w czasach kiedy Anglia zawłaszczała kolejne
tereny kolonii, to kończą się z zupełnie innymi bohaterami i w innych czasach.
Saroy wychowywana przez surowego
ojca, do którego czuje tylko nienawiść buntuje się przeciwko tradycjom hinduskim
nie chcąc być pozbawioną własnej woli, nie chcąc zostać zaangażowaną w
aranżowane małżeństwo. I choć dziewczyna nie domyśla się nawet fragmentu
przeszłości z życia matki, którą kocha, nie chce wieść takiego życia jak ona. W
tym samym mniej więcej czasie Nat, wychowany przez ojczyma lekarza rozpoczyna studia medyczne w Londynie. Studia,
których wcale nie chce, pragnąc jedynie wrócić do swych indyjskich korzeni. Prawie
pół wieku wcześniej w Georgetown Savitri zakochuje się w synu Brytyjczyków, u
których służy jej rodzina. David nie pozostaje obojętny na uczucia dziewczynki,
a ich przyjaźń zostaje zapieczętowana tajemnicą skrytą tylko w ich sercach.
Niestety, burzliwe czasy, w których przyszło im żyć wysyłają Davida na wojnę, a
Savitri wtłaczają w tryby hinduskiej, nieczułej tradycji, która nie liczy się z
planami młodych dziewcząt.
To tylko drobne fragmenty tej
zawiłej układanki, jaką jest książka Sharon Maas. Przyznaję, że mniej więcej w
połowie opowieści musiałam ułatwić sobie poruszanie się miedzy bohaterami rozrysowując
sobie ich drzewa genealogiczne, i zakreślić łączące ich więzi. Hinduskie zaślubiny to cudowna hinduska
saga. Opowieść barwna, jak sari młodej kobiety, kręta i zawiła, ale swym
zakończeniem wynagradzająca trud pokonywania tych zawiłości. Dawno nie czytałam
tak barwnej, pełnej faktów historycznych i tradycji książki, która tak mocno
zawładnęłaby moim czasem. Związałam się z Natem, Saroy i Savitri. Kibicowałam
im w ich planach, trzymałam kciuki i martwiłam się ich problemami. I choć może
Sharon Maas nie mieszka w Indiach, to dwa lata jakie spędziła w tym kraju i
podróże po, między innymi Turcji, Pakistanie, Peru, czy Brazylii pomogły jej w
namalowaniu tej pięknej historii.
Nie jestem zagorzałą fanką tego
typu książek. Nie załamuję rąk na młodymi dziewczętami wydawanymi za mąż bez
ich zgody, nie pasjonuję się tym bardziej polityką Indii, ani możliwościami
wybicia się młodych ludzi ze sztywnych ram tradycji i kultury, ale Hinduskie zaślubiny zdołały mnie zainteresować
tym wszystkim, czasem nawet wywołując we mnie chęć polemiki. Nie wiem na ile
czytelnik rozeznany w indyjskich klimatach zachwyci się książką, ale dla takich
laików jak ja Hinduskie zaślubiny są chyba idealna, i przede wszystkim
przystępną lekturą. Myślę sobie, że z czasem wrócę do tej powieści, może coś
przeoczyłam, a może coś się w cudowny sposób odmieni?
Zapiski hinduskiej służącej - Baby Halder*
Życie
trzydziestosześcioletniej Baby Halder z racji jej bogatej, choć nie zawsze
miłej przeszłości mogłoby posłużyć jako kanwa na dobrą, długą powieść. Wydana
za mąż jako trzynastolatka, rok później już matka, a siedem lat po ślubie
rozwódka (o ile o kobiecie, która ucieka po prostu z domu razem z dziećmi można
powiedzieć: rozwódka ) Baby zmuszona była znieść wiele upokorzeń. Odejście
kobiety od męża w kraju, gdzie nie ma ona prawa do głosu, a tym bardziej
sprzeciwu wymaga nie lada odwagi. Baby Halder jednak udaje się uciec od
okrutnego współmałżonka z przymusu, udaje jej się znaleźć pracę – zostaje
służącą, wreszcie pisarką. I to pisarką nie byle jaką, a odnoszącą już na samym
początku sukces. Jej książka A Life Less
Ordinary (Życie mniej przeciętne)
wydana przez Wydawnictwo Prószyński pod tytułem Zapiski hinduskiej służącej,
przetłumaczona na wiele języków zostaje bestsellerem, wszędzie tam, gdzie
sięukazuje. Nie wiadomo, czy ten sukces Baby osiągnęła dzięki swojej
szczerości, radosnemu mimo sprzeciwu losu uśmiechowi, czy talentowi
pisarskiemu. Wiadomo jednak, że książkęnapisała dzięki swojemu ostatniemu
pracodawcy, Prabodhcie Kumarze, który teraz po latach jest już jej
przyjacielem. To on zauważył, że kobieta codziennie zapisuje wydarzenia w notesie,
i to on namówił ją do spisania swojej przeszłości, pomagając nie tylko w
tłumaczeniu, lecz także w samym pisaniu. Zapiski
hinduskiej służącej to nic innego jak swego rodzaju biografia Baby Halder.
Bohaterka książki, tak samo jak Baby w wieku zaledwie siedmiu lat, zostaje sama
z ojcem i rodzeństwem po tym, jak jej matka ucieka z domu. Samotny ojciec nie
przykłada się do wychowywania dzieci, te musząc radzić sobie same wspierają się
nawzajem w trudnych chwilach. Marzenia o szczęśliwej rodzinie, o szkole i studiach
Baby musi odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość, albo w ogóle o nich
zapomnieć. Sytuacja w domu pogarsza się, kiedy ojciec poznaje kobietę, żeni się
z nią i wprowadza do ich domu. Macocha nie akceptuje warunków wychowania, jakie
panują w domu rodzinnym Baby Halder. Sama nie zajmuje się prowadzeniem domu,
lecz zmusza Baby i rodzeństwo do prac ponad ich siły. Sprzątanie, gotowanie,
czyli prowadzenie domu przypadają w udziale jedenastoletniej Baby. Przez
nadmiar obowiązków dziewczynka zmuszona jest zrezygnować ze szkoły, na której
szczególnie jej zależało. Nie widziała siebie w ustalonej z góry dla niej
przyszłości – szybkie małżeństwo, dom i gromadka dzieci na głowie. Jednak stało
się inaczej. Kiedy Baby miała dwanaście lat, rodzice przyprowadzili jej
kandydata na męża. Szybkie, niechciane przez nią małżeństwo jeszcze szybciej ją
zawiodło. Dziewczyna (a właściwie jeszcze dziecko) nie potrafi odnaleźć się w
nowej roli. Ciągle jeszcze pragnie towarzystwa równolatków, zabaw z koleżankami
i codziennych wypraw do szkoły. Nie wychodzi jej prowadzenie własnego domu, ani
tym bardziej spełnianie obowiązków żony. Dopiero urodzone w bólach w wieku
czternastu lat pierwsze dziecko wywołuje w niej chęć do działania. Późniejsze
awantury w domu, przemoc ze strony męża sprawiają, że Baby w końcu odzyskuje
siły do zmienienia swojegożycia i ucieka z dziećmi. Przy niewielkiej pomocy
bliskich znajduje pracę, własne mieszkanie i powoli układa wszystko na nowo.
Sama doświadczona okrutnym dzieciństwem, pozbawiona możliwości uczenia się
kładzie szczególny nacisk na kształcenie własnych dzieci. Pracuje ponad swoje
siły i nic więcej nie liczy się dla Baby, jak zapewnienie jej latoroślom
przyzwoitego dachu nad głowa i wykształcenia.
Choć ta książka nie
jest radosną opowieścią, pomimo, zdawałoby się, szczęśliwego zakończenia
czytelnik nie znajdzie w niej słowa skargi. Autorka nie użala się nad sobą, a
raczej mobilizuje do działania, choć kraj, w którym się urodziła i w którym
przyszło jej żyć, tego nie ułatwiał. Szczególnie młodej dziewczynie, której
przyszłość i ewentualne marzenia nie liczyły się dla najbliższych. Dziewczynie,
której jedynąrolą napisaną przez życie miało być służenie innym za cenę
poniżenia i łez.
Zapiski ... to wstrząsająca dla nas Europejczyków historia o świecie ubóstwa i
ujarzmienia, którego nie doświadczamy, nie znamy. Historia złamanego
dzieciństwa i utraconych marzeń. Wreszcie to prawdziwa opowieść o niezwykle
silnej kobiecie, zdeterminowanej przez swoje plany. O kobiecie, która mogłaby
inspirować wiele innych, samotnych i poniżonych, gdyby nie tak ciężko było
przeciwstawić siętradycji i kulturze w Indiach.
Dziś** Baby Halder
nadal mieszka u swojego pracodawcy-przyjaciela. Nie jest już jego służącą, a
raczej znajomą.Przygotowuje herbatę i razem z Prabodhem toczą długie dyskusje
na temat przyszłości rodziny Baby i jej kolejnych książek.
Jak wielki sukces
odniosły Zapiski ...świadczyć może
fakt, że w Indiach książka ta stała się bestsellerem, jej fragmenty przedrukowywano
w czytankach dla trochę starszych dzieci, a kolejna częśćzostała już napisana i
aktualnie trwa jej promocja. Być może książka wyda sięniektórym opowieścią,
jakich napisano już wiele. Książką, która nie wnosi nic do życia czytelnika,
poza krótkim streszczeniem życia autorki. Być może tak jest, bo to prosta
historia o prostej kobiecie, dla której najważniejsze jednak były ambicje i
siła samozaparcia, które doprowadziły ją do sukcesu. I choć Zapiski
hinduskiej służącej nie należą być może dla wszystkich do lektur porywających, to jednak ciągle
wzruszająca i prawdziwa historia.
* recenzja książki
autorki wydanej przez Harper Perennial ukazała się już na portalu Bookznami.
Jednak przy okazji jej polskiego wydania pozwoliłam przybliżyć ją raz jeszcze
** informacja z
artykułu, który ukazał się w prasie w roku 2011
okładki: google, www.proszynski.pl
LOSOWANIE RAZ JESZCZE - TYM RAZEM SERCE TYGRYSICY WYGRYWA ...
Ja
wiem, że różnie się zdarza, że nie można zajrzeć do Internetu i śledzić losów
konkursu, do którego się zgłosiło, ale wyniki losowania książki Serce Tygrysicy
"wiszą" u mnie już dwa tygodnie, więc myślę, że jakoś można było do
nich dotrzeć. Tym bardziej, że znalazłam zwyciężczynie na FB i wysłałam
informację na temat wyników. Nic. Nadal milczy. W związku z tym powtórzyłam
losowanie i mam nadzieję, że pierwsza zwyciężczyni to zrozumie. Dla własnej
pewności i zabezpieczenia powtórzyłam losowanie kilka razy, ale te wyniki
pozostawię dla siebie, mam nadzieję, że nie będę musiała z nich korzystać, że
tym razem zwyciężczyni - Hiliko - zgłosi się chętnie po książkę.:)
![]() |
| kolejny raz wrzuciłam wszystkie Wasze nicki, pomijając oczywiście poprzednią zwycieżczynię ... |
Gratuluję
i czekam na maila z danymi do wysyłki na adres: moja06@wp.pl
szybkie losowanie z tygrysim sercem
Przyznaję bez bicia, że z całym sercem (no, może nie tygrysicy) zabrałam się za lekturę tej książki. Chociaż byłam mocno uprzedzona po obejrzeniu trailera (TU), w którym autorka Serca Tygrysicy Aisling Juanjuan Shen nie przekonała mnie do swojej historii ani na jotę, mogę nawet powiedzieć, że skutek był wręcz odwrotny;/ Tak więc nastawiona negatywnie do tej o-powieści starałam się nie myśleć o moim odbiorze tej wizualnej zapowiedzi. Jednak moje stania zdały się na nic. Czułam, że nie oglądając nawet wspomnianego trailera czułabym brak szczerości w historii Aisling. Być może spowodowane było to także niedawną lekturą przejmującej opowieści, o podobnych losach w książce Jung Chang Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin. A być może, tak po prostu smutne i burzliwe życie akurat tej kobiety do mnie nie dotarło.
Nie wnikając w powody przerwania książki pragnę oddać ją w ręce czytelnika, który doceni Serce Tygrysicy. Bez zbędnych warunków i pytań ogłaszam więc nabór chetnych do książki (bo trudno nazwać to konkursem skoro wystarczy wpisać w komentarzu swoją chęć do udziału w losowaniu).
Na zgłoszenia czekam do czwartku, do godziny 11.
GRATULUJĘ FALEDOR I PROSZĘ O KONTAKT NA ADRES: moja06@wp.pl
GRATULUJĘ FALEDOR I PROSZĘ O KONTAKT NA ADRES: moja06@wp.pl
Czary w małym miasteczku - Marta Stefaniak
Miało być zbyt realistycznie,
żeby było magicznie, i zbyt magicznie, by można było pomyśleć, że to realny
świat, a było … trywialnie. Ale spokojnie!! Tylko początek książki Marty
Stefaniak Czary w małym miasteczku może
taki się wydać, szczególnie po spodziewanej szczypcie magii. Zwyczajnie i nudno
toczy się życie małego miasteczka ukrytego gdzieś na uboczu. Szare domy,
dziurawe ulice i snujący się szarzy ludzie to tylko taka cisza przed burzą.
Niby już usypiamy, już gnuśniejemy w tej małomiasteczkowej atmosferze, kiedy
autorka książki wyciąga kolorowe farby i dosypuje tej szczypty magii.
Kto z nas nie zna niepozornego człowieka,
który snuje się samotnie w naszej okolicy? Kto nie widuje samotnych starszych
pań, które mogą wydać się czasem niezrównoważone psychicznie, których bywa, że
się boimy i z trwogi czasem kłaniamy się z nikłym uśmiechem na ustach. Ja taką panią znam, widuję.
Zawsze kolorowo ubrana, zawsze z torbą pełną … no właśnie czego? Nie zastanawiałam
się nad tym specjalnie, zawsze myślałam, że ta pani zbiera do swojej torby
wszystko, co znajdzie na drodze. A może ta pani jest jak bohaterka Marty
Stefaniak? Może w tej wielkiej torbie też ukrywa tajemne moce, które
wykorzystuje dla dobra mieszkańców miasta? I jak bohaterka książki pragnie być
aniołem stróżem osób w biedzie. Wreszcie jak bohaterka, przesiadując samotnie wieczorami
w swoim domu warzy magiczne moce, które wypuszczone przez nią docierają
wszędzie tam, gdzie ma wydarzyć się coś miłego. W książce starsza pani krocząc za swoimi „podopiecznymi”
w podstępny, lecz dobroczynny sposób pomaga wkroczyć im na właściwą ścieżkę.
Dzięki niej miasteczko ożywa, dosłownie rozkwita, a między zgnuśniałymi jego
mieszkańcami rodzą się przyjaźnie.
Jednak w przypadku bohaterki Czarów w małym miasteczku to faktycznie
chyba magia z odrobiną realności, bo same czary starszej pani i jej moc nie wystarczą
do utrzymania tego stanu rzeczy. Niczym wąż w Raju pojawia się ta zła. To za
sprawą Magiery ludzie tracą wiarę w sens dobrych uczynków, zaczynają błądzić,
co sprawia, że rozkwitające dotychczas miasteczko znowu szarzeje i zamyka się
na dobro. Jak walka dobra ze złem ścierają się
dobre i złe uczynki mieszkańców tego małego miasteczka wyrosłego gdzieś na
uboczu drogi. Liczne burze, kłótnie a nawet tragedie nie są w stanie pozwolić
ocknąć się powracającym do marnej przeszłości jego mieszkańcom. Niezauważone
dobro, i brak jego docenienia przegrywa ze złymi mocami.
Czy jednak resztki magii nie
spadną na jego mieszkańców wraz z padającym deszczem, nie otulą mgłą poranka?
Czy już doprawdy nie uda się wymieść brudu z uliczek zapomnianego miasteczka?
Książka Marty Stefaniak, jak pisze
Wydawca może i jest zbyt magiczna, aby mogła rzeczywiście się wydarzyć, jednak
ja, mając ciągle przed oczami wspomnianą przeze mnie panią, która jakby
zamknięta w swoim świecie krąży po ulicach mego miasta myślę, że może jednak
istnieją ludzie którzy, może nie za sprawą magii, ale jakichś bliskich jej sił
pragną czynić dobro? Teraz widząc starszą panią z jej wielka torbą pomyślę o
niej ciepło i wyobrażę sobie, że w tej torbie trzyma dobre uczynki.
Smoczek Marian z Drakosławic - Ewa Mleczko, Andrzej Mleczko
Przedstawiam Wam smoczka Mariana.
Smoczek Marian mieszka w Drakosławicach i powstał dzięki wyobraźni mamy
Mateusza – Ewy Mleczko i zdolnościom Andrzeja Mleczki, który go narysował.
Książka Smoczek Marian z Drakosławic
to zbiór opowieści z życia małego Marianka. Każde z opowiadań jest o innej jego
fajnej przygodzie, a te ma Maryś fascynujące. Od pikników, przez urodziny,
wizyty w sklepie z zabawkami do licznych zabaw z przyjaciółmi. Każda z tych
przygód i opowieści uczy. Doświadczenia małego smoczka otwierają oczy na świat.
Uczą małych czytelników dobrych zachowań, znaczenia niektórych trudnych słów,
wyjaśniając je w przystępny sposób, który na pewno utrwali się w głowach
naszych maluchów. Do tego bardzo wyraziste ilustracje Andrzeja Mleczki,
prywatnie Taty autorki książeczki, które poruszą wyobraźnię niejednego
maluszka. Smoczek Marian z Drakosławic to,
jak się okazuje bajka nie tylko dla dzieciJ Ja tak się wciągnęłam w przygody małego smoczka, że
nawet się nie obejrzałam jak te się skończyły (podczas gdy mój mały smoczek
właśnie spał!!:) ). Zaskakiwały mnie mądre spostrzeżenia autorki, pouczające
zwroty - czy to mamy smoczka do synka, czy też wynoszone z domu przez niego
dobre rady dla przyjaciół.
Smoczek Marian z Drakosławic to właściwie pierwsza książeczka dla
dzieci, którą przeczytaliśmy całą. Dotychczas czytaliśmy tylko wierszyki, w
które pięciomiesięczne dziecko było w stanie się wsłuchać. Okazało się jednak,
że i bajeczka może być tak napisana, że równy rytm opowieści wyciszy maluszka i
pozwoli się jemu na chwilę choćby wsłuchać w treść. Także ilustracje zafascynowały
mojego maluszka, bo nie chciał oderwać się od książeczki samemu próbując
przekładać kartki w poszukiwaniu kolejnych kolorowych obrazków.
I jeszcze jeden plus książki – te
opowiadania można czytać wybiórczo, można je powtarzać, bo wcale się nie nudzą
(ja czytałam niektóre kilka razy). Smoczek Marian to dobry kumpel dla dzieci i
bywa, że dobry wzór do naśladowania.
Herbaciarnia Madeline - Darien Gee
W
pocie oblicza twego będziesz musiał zdobywać chleb
(Rdz 3,19).
Chleb – pożywienie, życie i siła.
Od czasów Chrystusowych chleb był symbolem pojednania i życia, jako chleb
(życie) pochodzący od Boga dla narodu wybranego. Wiele razy pojawia się też
chleb jako ofiara, czy cudowny pokarm. Wreszcie chleb rozmnożony przez Jezusa i
Jego ciało. Zawsze jednak chleb kojarzyć się będzie z czymś dobrym, niezależnie
od wyznawanej wiary. I niezależnie też od niej chleb to życie, a odmówienie
jego komuś to bardzo zły gest. Podarowanie natomiast, czy podzielenie się z
innym człowiekiem chlebem to symbol szacunku, nie tylko dla Boga ale i
bliźniego. Obrzęd łamania się chlebem (łamanie wzięło się prawdopodobnie stąd,
że dawniej chleb był płaskim, twardawym pieczywem nadającym się raczej do
łamania, niż krojenia, czy rwania) pochodzi aż ze starożytności i też związany
jest „podzieleniem się”.
Czemu tak łatwo połączyć chleb i
dzielenie się z Amiszami? Dlatego, że Amisze uznali, od czasów obowiązku
ubezpieczenia się, za taką właśnie formę ubezpieczenia własne społeczności, w
których wszyscy sobie pomagają, DZIELĄ SIE i opiekują się sobą nawzajem. I to
od nich wywodzi się główny bohater książki Darien Gee Herbaciarnia Madeline, jej lejtmotyw - chlebek przyjaźni Amiszów.
Pierwotnie to chlebek szczęścia inaczej chleb watykański (czy też chleb
Hermana), na który przepis, z uwzględnieniem zakwasu i specjalistycznego go
traktowania powstał z przyczyn koniecznych, a mianowicie z braku drożdży.
Po Avalonie krąży zakwas ciasta. Nazywa się to chleb przyjaźni amiszów,
chociaż z amiszami nie ma nic wspólnego. (…) To jakby łańcuszek, z tym że nikt
nie mówi, że zdarzy ci się coś złego. Po prostu musisz dbać o zakwas, a
dziesięć dni później podzielić go na cztery części. Jedną zużywasz sama, piekąc
chleb, pozostałe dajesz trójce przyjaciół.
Taki właśnie chlebek, a właściwie
jego kilka kawałków otrzymała Julia, bohaterka Darien Gee, do chlebka załączony
był ten specjalny zakwas wraz z przepisem zapisanym wierszem i opatrzony komentarzem
MAM NADZIEJĘ, ŻE BĘDZIE SMAKOWAŁO. Początkowo sceptycznie nastawiona Julia nie
miała w planach dostosować się do zaleceń przyjaznego ofiarodawcy, jednak
skuszona przez córeczkę Grace rozpoczęła przygotowania do pieczenia chlebka.
Tak zaczyna się ta przesmaczna i ciepła opowieść, która mogła mieć faktycznie
miejsce, nie tylko w Avalon, w którym rozgrywa się akcja książki, ale w każdym
innym miejscu na świecie (co by było pewnie dobre dla ludzkości). Później to
już tylko trzeba przeczytać przepis dołączony z tyłu książki, wybrać
najsmaczniejszą, według siebie wersję i koniecznie udać się do kuchni w celu
pieczenia chlebka. A najlepiej by było móc udać się do tytułowej herbaciarni,
którą prowadzi starsza pani – Madeline, a w której to rodzą się przyjaźnie.
Zamknięta dotychczas w sobie Julia, unikająca kontaktów ze wszystkimi pod
śmierci synka, zostawiona samej sobie Hannah, której gwiazda niegdyś
błyszczała, a teraz przyćmił ją cień zdrady i Madaline, niepogodzona ze swoim
dawnym wyborem, jednak starająca się czerpać z życia same miłe chwile. Nad
filiżanką sporządzonego przez właścicielkę herbaciarni naparu z mieszanki ziół
kobiety odszukują swoje drogi, które zaprowadzą je do licznych wspaniałych
znajomości i pomogą odkryć sens życia i miłości. Z tego dzielenia wyniknie
ogromna góra chlebka przyjaźni amiszów i wielki gest pomocy ze strony
mieszkańców Avalonu. Pieczony na różne sposoby: z orzechami, bananem, z żurawiną
i w formie muffinów czy naleśników będzie strawą dla poszkodowanych w
kataklizmie mieszkańców pobliskiego miasteczka, a źródłem satysfakcji i radości
dla Madeline, Julii i Hannah.
Ten mały kawałek słodkiego
chlebka czynił cuda u mieszkańców Avalon. Torebka z zakwasem gnieciona przez pięć
dni stanowiła źródło zabaw dla ich
dzieci, a zapasy mąki i cukru, czyli produktów dodawanych w kolejnych dniach w
celu odżywienia zakwasu, zostały wymiecione ze sklepowych półek. Każdy chciał
się podjąć opieki nad woreczkiem zakwasu – ściskać go, wypuszczając bąbelki
powietrza, chroniąc w ten sposób przed zepsuciem i pleśnią. Czułe traktowanie
woreczków dopuszczało nawet ich mrożenie, w celu uniknięcia zepsucia, a
wyrzucenia zakwasu do śmieci graniczyło z grzechem – w końcu to chleb, jedzenie
i źródło przyjaźni.
W miasteczku nie rozmawiano o
niczym innym, tylko o chlebku i zakwasach. Stał się on nawet źródłem chwilowego
(jak na wypiek przyjaźni przystało) konfliktu, pociągając za sobą nie jego
pogłębienie a raczej zapomnienie dawnych waśni i pogodzenie. Niektórzy mieszkańcy, obdarowani dziesiątki razy
torebką z zakwasem, uciekali na widok sąsiada kierującego się w ich stronę z
kolejnymi torebkami w rękach. Trzeba wiedzieć, że z każdej torebki zakwasu
wychodziły trzy kolejne do rozdania, tak więc po niespełna czterech miesiącach
chlebowego szału w Avalon krążyło ponad milion torebeczek zakwasu! Ile to
wypieczonych bochenków, niech każdy z was sobie sam policzy.
Podupadająca niegdyś herbaciarnia
Madeline wraz z nastaniem w Avalon epoki chleba przyjaźni amiszów stała się
punktem operacyjnym, w którym zbierały się panie wypiekające chlebki, wymieniano
się tam kolejnymi wersjami wypieku, wzbogacanego coraz to innymi dodatkami. Miejscem
którym narodził się gest wielkiej przyjaźni – czyli pomoc zalanego sąsiedniego
miasteczka. Otoczeni setkami bochenków chleba mieszkańcy Avalon zaczęli emanować
przyjaźnią, zarażając nawet najbardziej zatwardziałych. Rozmnażający się w
niesłychanym tempie nowy mieszkaniec Avalon – chlebek - stał się przyczynkiem
do ocieplenia stosunków między dawno skłóconymi siostrami, rodzicami i ich dziećmi,
a także dawał nadzieję samotnym. Promieniejąc na wszystkie strony, niczym piec
rozgrzany jego pieczeniem napełnił nie tylko brzuchy mieszkańców pysznym
smakiem ale i ich serca miłością.
Chyba po przeczytaniu książki Darien
Gee nie znajdzie się taka osoba, która nie popędzi do swojej kuchni i nie upiecze
chlebka dającego rozkosz tak wielu zmysłom. Podobnie zresztą jak i lektura
książki, która zapowiadając niby przewidywalność kusi, niczym dobry wypiek
zapachem, swoim ciepłym i kojącym słowem. Udanych wypieków!
ZAKWAS CLEBA PRZYJAŹNI AMISZÓW:
1 opakowanie (7g) suchych drożdży
¼ szklanki ciepłej wody (ok. 40
stopni C)
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka białego cukru
1 szklanka mleka
CHLEB PRZYJAŹNI AMISZÓW:
DZIEŃ 1: Nie rób nic
DZIEŃ 2: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 3: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 4: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 5: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 6: Dodaj do torebki 1
szklankę mąki, 1 szklankę cukru, 1 szklankę mleka. Zgnieć torebkę
DZIEŃ 7: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 8: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 9: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 10: Stosuj się do
poniższych instrukcji:
Przełóż zawartość torebki do niemetalowego
pojemnika. Dodaj 1,5 szklanki mąki, 1,5 szklanki cukru, 1,5 szklanki mleka.
Podziel ciasto na cztery części
(po jednej szklance każda) i włóż do czterech litrowych zamykanych woreczków.
Zachowaj jeden woreczek dla
siebie, pozostałe daj trzem przyjaciołom wraz z przepisem.
PAMIĘTAJ: Zachowując zakwas dla
siebie, możesz upiec chleb za dziesięć dni. Jest pyszny i może być wspaniałym
prezentem.
Pamiętaj!
cytat oraz przepisy pochodzą z książkiDrugie piętro - Andrzej Gumulak
D r u g i e p i ę t r o starej warszawskiej
kamienicy, mieszkanie Heleny, piętro niżej Lidii. Przeszłość i teraźniejszość,
muzyka i taniec, przyjaźń i nienawiść – to wybuchowe mieszanki zamieszkujące między
dawnymi przyjaciółkami, które poróżniło … no właśnie co? Czy one same jeszcze
pamiętają, czy to właśnie o to, o czym myślą poróżniły się lata temu? Helena
śpiewaczka operowa, której życie nie było barwną sceną, a kariera miała swoje
upadki i wzloty - te pierwsze dość bolesne, a te drugie często podpierane
cudzymi plecami, dzisiaj pragnie tylko odzyskać spokój ducha i rozgrzeszyć
swoją przeszłość. Lidia za to zawsze miała szczęście - w miłości, tańcu i
codziennym życiu. To drogi Lidii zawsze usypane były różami, jej wszystko się
udawało i wydawało się przy tym, że nie kosztuje jej to ani wysiłku, ani
poświecenia czegokolwiek. Jednak w przypadku obydwu kobiet to tylko pozory.
Książka Andrzeja Gumulaka to
swoiste spektrum życia. Radości i smutki towarzyszą bohaterkom Drugiego piętra od
początku ich przyjaźni. Najpierw wojna, która zabrała dziewczynkom rodziców,
radosne dzieciństwo i prawie szanse na karierę, potem ciężar nie do udźwignięcia
na barki obydwu kobiet. Ciężar, którego los nie chce zdjąć do końca ich dni.
Pomimo wielu cudownych chwil w ich późniejszym życiu ten dramat lat młodzieńczych
będzie ciągnął się za Lidią i Leną, umniejszając kolejne tragedie w ich życiu.
Te wieczne sąsiadki-przyjaciółki, dzisiaj już osiemdziesięciolatki żyją prawie jakby
obok tego, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu. Nawet zdrada, jakiej się
dopuściły wobec siebie nie przyćmiła kładącego się cieniem na ich życiu zdarzenia.
Helena, raczej całe życie
zamknięta w sobie, nawet na operowej emeryturze nie może przestać śpiewać i
słuchać muzyki. Czym denerwuje Lidię, wesołą osiemdziesięciolatkę, wielbicielkę seriali i młodych mężczyzn.
Jednemu z nich Lidia nawet wynajmuje pokój, i traktując go jak wnuka, którego
nigdy nie miała. Czerpie od Wojciecha ducha młodości, co objawia się w notorycznymi
przebierankami w suknie prosto ze sceny baletowe i najróżniejsze peruki, co
czyni ją trochę groteskową.
Jednak i na stare lata los nie
zapomina o kobietach. Poróżnione miłosną zdradą zmusza do odrzucenia nienawiści
i ponownego wspólnego życia. Ale i tu nie szczędzą sobie złośliwości. Pomimo
choroby, kłopotów finansowych i ciągłego braku rozwiązania przeszłości kobiety
drą ze sobą koty, jednocześnie planując wspólny wyjazd.
Aby docenić tę - wydaje się
pogmatwaną - historię trzeba poznać Helenę i Lidię, bo dopiero kiedy poznamy
ich przeszłość będziemy w stanie zrozumieć zachowanie kobiet. Drugie piętro nie
jest opowieścią dwóch starszych pań, której można wysłuchać przy herbatce i
lekko zakurzonym ciastku. Moja wyobraźnia podsuwa raczej obraz dwóch
przekomarzających się wesołych kobietek z rumieńcami po kilku kieliszeczkach
winka. Babć, które niosąc przez życie ciężar przeszłości niczym wypchaną za
dużą torbę raczej odrzucą kilka szpargałów, niczym zbędny balast, niż będą
męczyć się dla idei. Babć, które kreślą, mimo wieku dalekosiężne plany, nawet
jeśli zdają sobie sprawę z marnej szansy ich realizacji. I choć można obawiać
się lektury książki o dwóch starszych paniach napisanej przez młodego mężczyznę,
to w przypadku Drugiego pietra to czysty majstersztyk psychologiczny wesołego, (dość) podeszłego wieku kobiet.
Jodi Picolut - Tam gdzie Ty - KONKURS
Od czasu do czasu nabieram chęci na przedziwne, jak na mój gust lektury. Od czasu do czasu właśnie podczytuję Jodi Picolut. Jednak tym razem moje emocje związane z narodzinami dziecka są jeszcze chyba zbyt silne aby czytać tę akurat powieść. A może też Picoult to dla mnie autorka jednej książki?
W związku z tym, iż książkę otrzymałam od Wydawnictwa Prószyński czuję się w obowiązku podać ją dalej osobie, która doceni bardziej niż ja chwile z nią spędzone.
Aby wziąć udział w losowaniu książki wystarczy na adres moja06@wp.pl przysłać maila z odpowiedzią co Wydawnictwo Prószyński dołączyło do ostatniej książki Jodi Picolut "Tam gdzie Ty". W tytule maila proszę wpisać TAM GDZIE TY.
Na zgłoszenia czekam do końca tygodnia, czyli do niedziel, do godziny 24. Losowanie, o ile mi czas pozwoli w poniedziałek. Życzę powodzenia!!!!
Czytane z radościa, pisane w biegu
Jako, że ostatnio znacznie więcej książek czytam niż o nich piszę postanowiłam w kilku słowach przybliżyć te, które zapadły mi szczególnie w pamięć i myślę, że mogłyby Wam się również podobać.
cytat pochodzi z książki N. Kelek Słodko - gorzka ojczyzna...
Zacznę może od znanej wszystkim i pewnie czytanej przez większość Jane Eyre (dawniej Dziwne losy Jane Eyre - bo pod takim tytułem ukazywała się książka Charlotte Brontë wcześniej). Zeszłoroczne wydanie zostało wznowione przy okazji wejścia do kin filmu na podstawie książki i otrzymało nową, prawdziwie filmową okładkę. Kilka ... naście lat temu zaczytywałam się, jak każda pewnie młoda dziewczyna, a raczej dziewczynka w książkach sióstr Brontë, oraz Jane Austen ale jak się okazuje na Dziwne losy Jane Eyre nie trafiłam, bo lektura okazała się miłym zaskoczeniem. Zaskoczeniem bo nie była to mdła, romantyczna historyjka i odskocznią od wszystkich ciężkich książek (tym bardziej, że wcześniej przeczytałam Farby wodne L. Ostałowskiej). Tytułowa Jane Eyre to rezolutna młoda dziewczyna, którą poznajemy jako silne, zbuntowane, choć pewnie w duchu pragnące miłości dziecko. Osierocona przez rodziców, opuszczona przez umierającego wuja skazana zostaje na humory ciotki, która zapatrzona w swoje niesforne dzieci nie zauważa trosk i potrzeb małej Jane. Myśląc, że wysłanie dziewczynki do rygorystycznej szkoły będzie dla niej karą uwalania się od obowiązku wychowywania, a Jane daje szanse na lepsze życie. Szansę, którą dziewczyna wykorzystuje po ośmiu latach pobytu w zakładzie. Wreszcie los się do niej uśmiecha, a doświadczenia zdobyte (często na własnej skórze) u ciotki, oraz w zakładzie tylko umacniają i tak twardy charakter dziewczyny. Sama znajduje sobie pracę, w której nawet nie spodziewając się spotyka wielką miłość swojego życia. Jak zawiła jest jej znajomość z Edwardem Rochesterem dowie się tylko ten czytelnik, który sięgnie po książkę. Ale upór Jane czasem bywa denerwujący, lecz prowadzi konsekwentnie dziewczynę do celu. To nic, że przyjdzie jej pożegnać się z miłością. Jednak nie wszystko Jane przekreśla i żyjąc - nawet w oddaleniu od Rochestera nie upada na duchu i ciągle marzy o spełnieniu. Koleje losu Jane bywają zaskakujące - są i smutki ale też i radości. Dość przyznać, że końcówka książki bardzo mnie wzruszyła. I choć Jane Eyre to ponad pięćset stron ani chwili nie poczułam znużenia i nie żałowałam powrotu do angielskich romansów.
Kolejną książką, również o miłości, jednak szybkiej i nie tak trwałej jak uczucie panny Eyre i Edwarda Rochestera jest W upale i kurzu Ruth Prawer Jhabvala. To krótka (zaledwie 160 stron) historia o niezbyt udanym małżeństwie Olivii i Douglasa, która dzieje się na placówce w Indiach. Olivia przybywając do Indii z góry zakłada swoje nieprzystosowanie i odmienność i nie potrafi pozbyć się wielkopańskich zwyczajów. Zachowując się jak mała dziewczynka stwarza więcej problemów swojemu i tak wiecznie zajętemu mężowi, niż radości ze swojego towarzystwa. Tylko romans z indyjskim księciem jest w stanie wyrwać ją z marazmu, w jaki zapada podczas gorącej pory i nawet deszcz nadchodzący wraz z porą monsunową nie jest w stanie jej przebudzić. Dopuszcza się okrutnego czynu i niszczy życie kilku osób. Tego wszystkiego jednak dowiadujemy się z listów Olivii, które odnalazła wnuczka Douglasa. Chcąc wyjaśnić tajemnicę miłości dziadka i kobiety, o której rodzina stara się milczeć przyjeżdża do Indii i podąża śladami sprzed 50 lat.
Ta książka była świetną przygodą po Indiach - zarówno tych bardziej współczesnych, jak i tych sprzed ponad pół wieku. Stroje, zwyczaje oraz jedzenie - barwny świat Indii przeplata się z romansem i ani trochę nie sprawia wrażenia, że tak stara historia mogłaby pokryć się warstwą kurzu.
W upale i kurzu w 1975 roku otrzymała Booker Prize.
I trochę cięższa lektura, jednak bardzo wciągająca i ciekawa: Słodko - gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji Necli Kelek. To świetne źródło, jak na raport przystało informacji o tym być może mało znanym kraju. Dla mnie osobiście książka - zaskoczenie. Bo niby coś tam wiemy o Turcji - Stambuł, baklava, trochę muzyki, Orhan Pamuk i spór o wejście do UE. Ale na ile te informacje są prawdziwe, ile jest jeszcze innych, które przyćmią sukces Pamuka i słodycz baklavy? Dzięki lekturze książki Necli Kelek, która urodziła się w Turcji, później emigrując, wraz z rodzicami (jak wielu Turków) do Niemiec możemy dowiedzieć się tak wiele. Słodko - gorzka ojczyna to trzeźwe spojrzenie na kraj ojczysty. Próżno szukać słów chwały i pobłażania Turkom ze strony autorki. Ta książka to chłodne spojrzenie na sprawy zarówno gospodarcze, jak i kulturowe kraju tak bogatego w zwyczaje i jednocześnie tak zaniedbanego przez władze i mieszkańców. Autorka porusza kwestie morderstw honorowych (które teraz, aby spełniać warunki przyjęcia do UE zamieniają się w jeszcze większej liczbie niż dotychczas w samobójstwa), religii, która wraz z władzami rządzi państwem (która jest władzą), o braku porozumienia między prawem a zwyczajem, o tym, co ukryte "za wysokimi murami" a jednak nadal w Europie. Zaskakująca i przerażająca jednocześnie lektura, która jednych zachęci do podróży do Turcji, innych zapewne zniechęci, ale na pewno pozwoli wyrobić sobie zdanie na temat sytuacji w tym kraju i uzupełni ten słodko gorzki obraz.
Za wzorową czynność uchodzi siedzenie. Tureckie słowo oturmak oznacza zarówno siedzieć, jak i rozkoszować się, żyć, mieszkać. Siedzenie, granie w karty czy w domino - w każdym razie niepracowanie - jest punktem, do którego się dąży, celem życia.
Może ktoś znajdzie coś dla siebie wśród tych trzech pozycji, być może kogoś zachęcę do powrotu do romantycznej lektury, albo do zagłębienia się w historię i kulturę barwnego kraju? Być może? Życzę udanych wyborów, jak najmniej dylematów i samych miłych chwil z książką.
Mansarda na Montmartre - Ewa Grocholska z Paryską pokojówką i spadkiem
Przeczytałam taką sobie książkę ... a właściwie książki dwie. Może nie jest to literatura specjalnie wysokich lotów, a raczej z tych łatwych, lekkich i przyjemnych. Z tych, dla których być może nie warto marnować czas, ale nie o fabułę i wartość literacką tu chodziło. Tym, co przyciągnęło mnie do książek Ewy Grocholskiej był ... Paryż. Jak magnez zadziałało to miasto, i bez zważania na być może trochę śmieszną historyjkę, jaką opisuje dopadło mnie, a właściwie ja dopadłam je ... znaczy te książki. Bez odrywania się od lektury pochłonęłam, wyławiając szczególnie te fragmenty, w których kipi Paryżem w dwa wieczory. A fragmentów muszę przyznać jest dużo, tak więc opowieść o Agnieszce i Ewce zadowoli każdego miłośnika Paryża, a wszystkim tych, którzy odwiedzili choćby raz to piękne miasto przypomni wycieczkę po nim. Przypomni!? Ta historia JEST wycieczką po Paryżu! Jakże miło jest zasiąść w fotelu i zanurzyć się w tłumie na Place du Tertre - bo to tam głównie toczy się akcja, wśród paryskiej bohemy, spojrzeć na Paryż z lotu ptaka z tarasu wieży Eiffela, posmakować, oblizując się na samą myśl francuskiego menu, popić dobrym winem ... choćby tylko w wyobraźni, choćby tylko dzięki tej "wycieczce" zafundowanej przez autorkę.
Paryska pokojówka i Paryski spadek to historia poniekąd oparta na faktach, być może dlatego tak żywe są opisy miasta. Pierwsza część, czyli Paryska pokojówka opowiada o paryskiej przygodzie dwóch przyjaciółek, które do Paryża trafiły w celach zarobkowych. Ciężka praca w hotelu Sheraton, codzienne zmaganie się z nie do końca kulturalnymi gośćmi pięciogwiazdkowego hotelu, niedospanie, przejedzenie i kac to constans pobytu Agnieszki i Ewy w Paryżu. Ale to, że takie przygody - kolacje z nieznajomymi, podejrzane wizyty i spotkania - przytrafiają się im, można powiedzieć nagminnie nie powoduje nudy. Ta książka pędzi jak wagonik paryskiego metra, albo winda w biurowcu w dzielnicy La Défense . Przygoda - bo tak można traktować zarobkową wizytę w Paryżu tych dwóch dziewczyn kiedyś się musi skończyć. Niestety kończy się szarym powrotem do rzeczywistości, czyli Polski PRLu. Jednak mija kilka lat i paryska przygoda powraca. Tym razem dotyczyć ona będzie głównie Agnieszki (Agnieszi, jak pięknie nazywają ją Francuzi) i rozwiązania zagadki tajemniczego spadku od przyjaciela sprzed czterech lat.
Te pędzące, jak obrazki za oknami pociągu szybkich kolei zdarzenia zgrabnie wciśnięte są w uliczki pięknego miasta. Możemy do woli nachodzić się po Montmartre, podziwiać oczyma wyobraźni artystów na Place du Tertre, wspiąć się na wzgórze, by z tarasu eklektycznej bazyliki Sacré Coeur podziwiać Paryż. Aż muzyka dosłownie gra w uszach. Można znieść przewidywalność i brak głębi tej historii jeśli jest się dzięki temu oprowadzanym po takich urokliwych miejscach. Dla tych, którzy byli i którzy chcieliby być to świetna lektura, bo nawet jeśli kogoś znudzi fabuła, to jest jej tak mało, w obliczu ogromu Paryża, że można łatwo ją ominąć, nie zauważyć ... tylko niebezpiecznie tęskni się do spacerów, widoków i jedzenia.
Nie ma co rozpisywać się o książce, bo ci, którzy zechcą ją przeczytać dowiedzą się zbyt dużo, jeśli dopiszę jeszcze cokolwiek, wystarczy popatrzeć na takie obrazki, które przewijać się będą przez całą lekturę Paryskiej pokojówki i Paryskiego spadku.
jako, że jestem leniuszkiem zdjęcia Paryża pochodzą z google
Ksiażka z kulturą - Sklep Potrzeb Kulturalnych, A. Kroh
Po tę książkę powinnam sięgnąć
już dawno temu. Właściwie od jej lektury powinnam zacząć swoją przygodę z
Tatrami, z górami i góralami. Cieszę się, że choć teraz mój wzrok wyłapał ją na
księgarnianej półce. Wejść do tytułowego Sklepu Potrzeb Kulturalnych to jak
przeżyć lekcję historii Podhala. Lekcję, której nikt wcześniej nas nie nauczył.
Prawdziwą, bo napisaną przez człowieka, który na Podhalu spędził dzieciństwo. A
jak wiadomo dziecko zapamiętuje o wiele wyraźniej, pamięta trwalej, zwraca
uwagę na sprawy, które dorosły pewnie by pominął.
Kiedy wybieramy się na wycieczkę,
czy wyjazd w mniej lub bardziej znane nam miejsce lubimy poznawać je z przewodników
i zbeletryzowanych opowieści, które przybliżają odwiedzane miejsce. Ja lubię nie
tylko, a może właśnie przede wszystkim nie z tych pierwszych czerpać wiedzę, a
właśnie z takich pozycji, jak książka Antoniego Kroha, która w prosty i jasny
sposób przybliża mi miejsce, do którego się udaję. Przyznaje, że historia
Podhala interesowała mnie nieznaczne, szczególnie, że w wyjeździe w góry zainteresowana
byłam (i jestem) górami samymi w sobie. Czyli bardziej szlaki,
szczyty i pogoda w samych górach, niż to, co dzieje się u ich podnóża.
Niedobrze, wiem. Warto przecież by było poznać choćby historię zbójnickiego tańca,
mowy góralskiej, czy stroju górala.
Gdy któreś naginało się do mojej polszczyzny, reszta wybuchała śmiechem . - Jako sie pises? - Zwyczajnie, piórem albo ołówkiem. - Śmiech. Więc urzędowo: Imię i nazwisko? Nazwisko mam obco brzmiące, to znaczy głupie i śmieszne. Co robić? Twardo się przyznać, powiedzieć z niemiecka "oouu", bo mniej więcej tak należy kawałek mojego nazwiska wymawiać, czy ratować się kłamstwem?
Sklep Potrzeb Kulturalnych to też
świetna lektura dla osób, które w góry nie jeżdżą z niewiadomych względów,
mniej lub bardziej ważnych, czy też jeszcze w nich nie były, ale być może się
wybierają. To zabawna lektura, która szczególnie smakowała mi z aromatyczną
kawą, góralskim serkiem i takim widokiem:
Antoni Kroh, jako kilkuletni chłopiec z Warszawy,
w latach pięćdziesiątych trafia na kilka lat do Bukowiny Tatrzańskiej, między
małych góralskich chłopców, dla których hala jest podwórkiem, a mówienie wprost
tego, co się myśli, jedzenie prosto z drzewa i inne szokujące dla „miastowych”
rzeczy nie stanowią problemu. Późniejsza wiejska szkoła i trudny żywot
"miastowego", którym już zawsze pozostanie sprawiły, że mały Antoni stał się
doskonałym obserwatorem kultury górali, która stanowiła dla niego egzotykę i
dziwną odmianę od warszawskiego życia w sterylnych warunkach. Choć nigdy nie
miał szans na zostanie góralem, góralszczyznę opanował perfekcyjnie. Być może,
a nawet na pewno dzieciństwo w Bukowinie Tatrzańskiej miało wpływ na studia,
jakie ukończył. Dziś etnograf i historyk, który połączył wykształcenie z
literackim talentem i rozbawia nas, ucząc Tatr.
Początkowo narratorem w książce jest mały Antoni, który przywołuje liczne, zabawne
historie z pobytu w Bukowinie. Później książka gładko przechodzi do wielu nieznanych
z historii Podhala faktów. Oryginalny punkt widzenia autora – jako człowieka z zewnątrz,
oraz wieloletniego mieszkańca góralskiej wsi – sprawia, że książkę przepełnia wiele
ciekawych opowieści, których nie bylibyśmy w stanie poznać na najdłuższej
lekcji historii. Bo wiele z tych faktów nie ujrzało światła dziennego, albo nie
zostało przekazanych dalej, jako historie prawdziwe. Oparta na wielu
przypowieściach i legendach historia Podhala, ze swoją burzliwą przeszłością i
kontrowersyjną przynależnością terytorialną czasem do dziś stanowi zagadkę. To, że
książka w drugiej części przechodzi do historii i nauki nie powoduje, że w
jakimkolwiek stopniu robi się nudna, czy podręcznikowa. Antoni Kroh to najlepszy
nauczyciel historii jakiego miałam. A Sklep Potrzeb Kulturalnych to najpiękniejsza
metafizyczna podróż w góry, jaką można sobie wyobrazić. Jest w niej wszystko i
jeszcze więcej – charakterystyczna dla lat pięćdziesiątych szarość, bieda,
sztampowość i nuda – ogarniająca wszystkie aspekty ludzkiego życia, począwszy od
lat dziecięcych w szkole, do pracy, czy popołudni i dni wolnych spędzanych w
domu, kiedy to człowiek musiał sam sobie koloryzować życie i rozweselać je na
wszystkie możliwi dostępne sposoby. Wszystko to ubrane w barwną chustę góralki,
okraszone smakowitym góralskim jedzeniem i powiewem świeżego powietrza, które
można poczuć, czytając książkę nawet na drugim końcu świata. Uśmiać się do łez to za mało, powiedzieć, że
to najlepszy podręcznik góralszczyzny to zgrzyt – choć w tym wszystkim, coś
jest. Coś, co czyni książkę Antoniego Kroha niepowtarzalną. Cokolwiek jeszcze
dodam i tak będzie za mało, tym bardziej dla osób, które Tatry ukochały
szczególnie. Wiem, że nie powiedziałam wszystkiego, to tylko fragment tego, co poznałam
z lektury tej książki, ale ja jestem o wiele bogatsza i pełniej odczuwam „góry”. Z tą książką będę jeździła tam zawsze!
cytat pochodzi z książki
Subskrybuj:
Posty (Atom)























