Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nabokov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nabokov. Pokaż wszystkie posty

z każdym kolejnym przeczytanym tytułem żal mi nowych możliwości poznawania - czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko autorstwa Vladimira Nabokova - tym razem Blady ogień, czyli o tym, jak Mistrz przeszedł samego siebie!

Och jakże by było nudno gdyby mój ukochany Nabokov pisał wszystko na jedno kopyto. Zdążyłam się już przyzwyczaić do bycia zaskakiwaną przez Mistrza, ale nie do tego stopnia! To, co przeczytałam albo najpierw raczej zobaczyłam (bo wystarczył jeden rzut oka na formę książki) zwaliło mnie dosłownie z nóg. Pomyślałam sobie „no nie, teraz to przesadziłeś Mistrzuniu” zastanawiając się od czego zacząć, jak to poskładać i czy to w ogóle ma ręce i nogi?! Blady ogień to bodaj najbardziej oryginalna w formie książka jaką kiedykolwiek czytałam! I nie mam na myśli tylko książek autorstwa Vladimira Nabokova, ale książek w ogóle. To książka w książce, ale to nawet nie Książka dla Manuela Cortazara, bo Blady ogień w ogóle nie składa się z tekstów autora (oczywiście jeśli patrzymy na jego treść, bo rzeczywistość jest inna ... tu Vladimir mruży oko). Podstawą do tej powieści jest opowiadanie autorstwa Charlesa Kinbote’a ujęte w Bladym ogniu jako Przedmowa. Po czym następuje – nie wiedzieć czy do końca – utwór właściwy, o którym Kinbote napisał przedmowę, a mianowicie Blady ogień. Poemat w czterech pieśniach i kilkaset stron Komentarza, który również składa się na Blady ogień autorstwa Vladimira Nabokova. Zbyt zagmatwane? Gdybyśmy chcieli podzielić powieść na rozdziały (ooo wybacz mi Mistrzu!) powiedzielibyśmy, że Blady ogień ma ich cztery – Przedmowa, Blady ogień. Poemat …, Komentarz oraz Indeks.

Blady ogień powstawał jednocześnie z tłumaczeniem Eugeniusza Oniegina, nad którym pracował Nabokov w roku 1950. Właśnie do Oniegina jego treść i forma są porównywane. Głównym „źródłem treści” (chociaż czyżby?) jest 999 wersowy poemat, rozpisany jak z podtytułu można się dowiedzieć w czterech pieśniach. Autorem poematu jest John Shade, który nie pomija komentowania, jak trudno było jemu stworzyć tenże poemat pisany rymowanymi dystychami (czyli dwuwierszami, z których jeden jest niekompletny ze względu na nieparzystą ilość). Poemat ten stanowi ostatnie dzieło w jego twórczości, którą przerwała nagła śmierć od kuli przeznaczonej komuś innemu (czego można dowiedzieć się z powieści).

U Nabokova nigdy nie było wiadomo kto jest autorem książki, albo raczej kto ma za takiego uchodzić. Nigdy nic nie było jasne do końca i jednocześnie jasnym było, że za każdą postacią kryje się autor - i za to polubiłam książki V.N. Myślę, że Blady ogień jest jakimś apogeum jego pomysłowości w tej materii. Pewnie gdybym była tłumaczem tejże książki dostając ją w swoje ręce zastanawiałabym się gdzie jest tekst właściwy, myśląc, że czegoś zabrakło, ktoś o czymś zapomniał, nie dołączono mi książki! Blady ogień krytycy porównywali też do Ulissesa, nawet dziełu Nabokova dodając wartości. Uznawali go bowiem, za jedną z najdowcipniejszych powieści od czasów Ulissesa J. Joyce’a. Dla mnie, w obliczu formy powieści cały jej dowcip polega właśnie na sposobie jej przedstawienia. Treść staje się mało znacząca, liczy się pomysł, pokręcenie, które przyprawia mnie do teraz o uśmiech.

Wydawać by się mogło, że już nic, co wyszło spod pióra Nabokova, odkąd przeczytałam Ada albo żar nie jest w stanie wywołać uśmiechu na mojej twarzy. Nic już nie przywoła mi wspomnienia twarzy autora, z równie ironicznym, wszechobecnym u niego uśmieszkiem, który mówił sam za siebie – ja piszę powieści? Ja staram się udowodnić, że tych nie ma! Wszystko dosłownie jest u Nabokova z przymrużeniem oka. Wiadomo przecież, że nawet w obliczu śmierci potrafił sobie żartować (mówią o tym jego liczne biografie, czy choćby powieść Oryginał Laury) ale żeby stworzyć coś takiego jak Blady ogień trzeba mieć albo doskonałe poczucie humoru, albo dobrą zabawę z naigrawania się z czytelnika (nie wspomnę o oczywistym talencie pisarza!). Każda, dosłownie każda powieść Nabokova świadczy o jego dążeniu do oryginalności – u niego nie ma powtórek, wpadania w tory charakterystyczne dla danego autora. Wszystko jest nieprzewidywalne. Nie można jednoznacznie określić stylu Nabokova (teraz utwierdzam się w tym przekonaniu jeszcze bardziej) i to właśnie jest tym magnesem, dzięki któremu twórczość Nabokova działa jak narkotyk. Nowe doznania, nieodkryte style, rozbrajająco śmieszne koncepcje – to się nie może znudzić. Nie bez podstaw sam autor mówił o swoich książkach, że aby je do końca zrozumieć należy czytać je przynajmniej dwa razy. Myślę, że dla Bladego ognia istnieje niezliczona ilość powtórzeń lektury, które i tak nie przyniosą skutku w postaci zrozumienia.



Bardzo pomocne w zrozumieniu treści jest Posłowie autorstwa Leszka Engelkinga.


O tym ile szczęścia może dać miłość do książek Vladimira Nabokova ;)


Jak wielkie szczęście może dać miłość do twórczości konkretnego pisarza? Jak bardzo trzeba jego lubić, aby napisać o tym książkę?

Ile szczęścia może dać lektura książek Vladimira Nabokova mi wiele mówić nie trzeba, mam raczej trudności ze zrozumieniem tych, którzy bądź nie czytali jego książek, bądź też za nimi zwyczajnie nie przepadają. Jednak jako człowiek sprawiedliwy - a przynajmniej takim staram się być - i rozumny tłumaczę sobie taką antypatię na różne sposoby. Wracając do miłości do twórczości Nabokova nie był mi potrzebny nikt, kto wytłumaczyłby mi w jaki sposób można jego pokochać i jak różne są to sposoby. Jednak młodziutka pisarka, równie zakochana w Mistrzu i jego książkach, urodzona w Paryżu, z irańskimi korzeniami Lila Azam Zanganeh, dzięki Chihiro* opowiedziała mi o swojej fascynacji Nabokovem. W książce The Enchanter. Nabokov and Happiness, w której zapisała swoje poznawanie, trudy i zwątpienia, ale przede wszystkim radości z odkrycia jego twórczości nawiązuje przede wszystkim do wielu podobieństw łączących ją z Vladimirem Nabokovem. Lila urodziła się właśnie krótko zanim V.N. umarł (o czym i ja mogę napisać, ale to przecież o niczym nie świadczy … a może jednak rozumiemy lepiej jego książki?). Podobieństwa dotyczą także rodziny Lili – i tu kojarzenie jej podobieństw z moimi już się kończy – tak jak ojciec Vladimira musiał uciekać z Rosji, tak i jej uciekał z Iranu.
The Enchanter to swego rodzaju romans autorki z Nabokovem – jeśli mogę się tak wyrazić, jeśli nikogo moje słowa nie urażą. Trzeba dobrze mnie zrozumieć, to romans fizycznie niemożliwy, a jednak dający się odczuć dzięki książkom, jakie Nabokov po sobie pozostawił i specyficznym sposobie ich poznawania przez autorkę.  
Pierwsze spotkanie Zanganeh z Nabokovem nie należy do najbardziej fortunnych. Młoda Lila podchodzi do pierwszej lektury Ady (Ada albo żar) dość sceptycznie. Później jeszcze kilka razy życie podsuwa Zanganeh tę samą książkę i te wielokrotne próby przynoszą w końcu efekt. Można powiedzieć, że Ada staje się jej dziełem, jej motorem do zagłębienia się w twórczości N. (a to dziwne, bo i moją ulubioną i najbardziej cenioną książką Nabokova jest właśnie Ada. Nie Lolita tak bardzo do-ceniona przez krytyków i czytelników, nawet reżyserów – Kubrick'a i Lyne'a, a właśnie historia romansu rodzeństwa – kuzynostwa i stworzonej przez autora dla potrzeb książki – i być może lepszego życia – Terry).  
Lila Azam Zanganeh odczytuje w kolejnych dziełach Mistrza swego rodzaju biografię, i z tą też – pisaną już jako typowa historia o życiu pisarza porównuje. Wiadomym jest, przynajmniej dla miłośników Nabokova, że w swoich książkach opisuje on właściwie swoje życie. Wielokrotnie wplata losy, czy to swoje, czy bliskich i przyjaciół w karty swoich książek. Robi to jednak tak umiejętnie, że tylko wtajemniczeni w jego życiorys są w stanie odczytać poszczególne etapy z życia Nabokova we wspomnianej Adzie, Lolicie, czy innych książkach Nabokova. Zanganeh odnajduje w nich nie tylko te etapy, ale poszczególne doświadczenia: miłosne, seksualne, wielkie namiętności i rozpacze autora (choroba, starość itp.). Tworzy biografię na podstawie tekstów jego książek – od błogiego dzieciństwa w ukochanej Rosji, przez wieczną tułaczkę po obcych ziemiach, do kresu życia w cudownej Szwajcarii. Wszystko to okraszone jest oryginalnymi fotografiami - widziałam już wiele zdjęć z życia Nabokova – przy okazji lektury kilku jego biografii, ale u Zanganeh dużo z tych zdjęć mnie zaskoczyło.

Lila Azam Zanganeh wymyśla też wywiad z V.N., pytania jakie zadałaby pisarzowi, gdyby mogła,  spisuje dziwaczne określenia Nabokova, (a tych było, oj było wiele) i dzięki szerokiej znajomości literatury i życia autora taki wywiad udaje się jej przeprowadzić.
Jak bardzo autorkę książki fascynuje Nabokov można odczuć szczególnie w momentach kiedy trudno odróżnić styl Zangeneh, od stylu, jakim swoje książki pisał V.N. Wiele cytatów, czy choćby tytuły poszczególnych rozdziałów, które wtajemniczonym przywiodą na myśl książki uwielbionego przez Zanganeh autora – to prawdziwie nabokovski klimat. The Enchanter to niekonwencjonalna biografia w otoczeniu mistrzowskiej twórczości.
Przez ten specyficzny styl i klimat książka może niektórych zdenerwować – tak, wielbiciele talentu Nabokova mogą poczuć się urażeni swego rodzaju „kopiowaniem”. Miałam taką myśl przez chwilę, ale czyż wielu współczesnych pisarzy nie wzoruje się na wielkich nazwiskach literatury? Czyż wielu z tych minionych nie jest natchnieniem dla młodych talentów? Nie czytałam Nabokova w wersji angielskiej, być może gdyby tak było odczułabym tę urazę silniej. Już sam tytuł przywodzi na myśl książkę Nabokova – o takim samym tytule - Czarodziej. Mi osobiście sugeruje to grę słowną i zabawę w tytuły, która może z kolei sugerować, że Nabokov and Happiness jest zalążkiem do czegoś wielkiego, co wyjdzie spod pióra Zanganeh. Podobnie, jak w przypadku Vladimira Nabokova, Czarodziej był początkiem Lolity. I tylko tu mogę odczuwać pewien niesmak i oburzenie związane ze zbyt dużą pewnością siebie i przywłaszczeniem książki V.N.. Ale być może, jak na wielbicielkę twórczości i stylu Nabokova przystało  to tylko taki żart w wykonaniu Zanganeh…..?


 * Książka The Enchanter. Nabokov and Happiness. była niespodzianką od Chihiro :) Dziękuję za możliwość lektury tej wspaniałej, jakże ważnej dla mnie książki.

kto jest kim - podwójne (Nie)Prawdziwe życie Sebastiana Knighta, czyli zaaplikowałam sobie Mistrza

Nie ma chyba takiej książki mojego ulubionego pisarza, która by mnie nie zaskoczyła. Jeśli ktoś, kto pragnie rozpocząć swoją przygodę z Nabokovem oczekuje spokoju, sielskich rosyjskich klimatów niech zaniecha swoich działań już na wstępie. U Nabokova bowiem nie sposób nie ustrzec się przed schizofrenicznym rozdwojeniem (oj to by było dobrze, gdyby tylko o rozdwojenie chodziło), przed czymś tak skomplikowanym, że wręcz trudnym do pojęcia. Jeśli jednak lubi ktoś poczucie oderwania od rzeczywistości i ten specyficzny chichot losu, to biorąc do ręki powieści Nabokova trafił idealnie.
Prawdziwe życie Sebastiana Knighta to kolejna pokrętna opowieść w dorobku Mistrza paradoksu. Opowieść o tym, jak tajemniczy V (no cóż, trzeba się do tajemniczych kombinacji inicjałów w powieściach Nabokova przyzwyczaić) zbiera materiały do biografii swojego zmarłego przyrodniego brata Sebastiana. Ten ów zmarły był podobno znanym pisarzem, autorem być może niewielu książek ale za to podobno znaczących. Jednak, jak się okazuje w trakcie poszukiwań nazwisko Knight nie do końca znane jest w szerokim świecie. A sam Sebastian nieodkrytą tajemnicą. Tak, jak przez całe życie bracia nie mogli do siebie dotrzeć, przez odosobnienie Sebastiana, tak i jego życie stanowiło zamkniętą, dobrze chronioną komnatę. V. jednak nie zraża się brakiem rychłych postępów w zbieraniu materiałów i dowodów na wielkość brata. Posuwa się do wielu, nieprzewidywalnych, nawet dla samego siebie zachowań aby na końcu całej historii zastanowić się nad istnieniem Sebastiana. Zadać czytelnikowi zagadkę, która wygląda zza rogu przez całą książkę, czy to V. pisze o Sebastianie, czy też Sebastian o V.?
Mogłabym zagłębić się w tym momencie w porównania Prawdziwego życia … do innych dzieł pisarza ale dla niewtajemniczonych to dość nudna część streszczenia, która wcale być może nie zachęci do lektury. Ale Ci, którzy czytali cokolwiek Nabokova wiedzą co mam na myśli, wiedzą, że w jego książkach dziwne rzeczy wychodzą niespodziewanie często, jak części garderoby z przeładowanej walizki, jak oślizgłe dżdżownice po deszczu. Jest ich takie mnóstwo i dzieją się tak często, że nie można nadążyć z ich rozpoznawaniem, nie można doczekać się już zakończenia, które pomimo przeświadczenia czytelnika, jakie będzie i tak go zaskoczy i da trochę ulgi (łudzi się ten, kto tak myśli).
Sam fakt, że nasz bohater Sebastian urodził się w tym samym roku, co Nabokov, tak samo jak on miał guwernantkę i tak samo emigrował z Rosji i studiował w Cambridge już wystarczy abyśmy po poznaniu inicjału drugiego z bohaterów (V.) doznali pomieszania jaźni. Nie sposób też czasem odgadnąć, kto opowiada cała historię, bo narracja, w sposób niewidzialny zdaje się przenikać z jednego brata na drugiego. Tu nic nie jest prawdziwe, nic nie jest rzeczywiste i jednocześnie wszystko jest prawdą. „A może prawdziwe jest tylko życie pośmiertne?” Kto jest kim w powieści Nabokova? Czy ktoś odgadnie? 

cytat pochodzi z ksiażki

Herbatka z Mistrzem czyli dyskusja o tym, jak bardzo Przezroczyste (bywają) przedmioty



Czyżby Vladimir Nabokov był (albo raczej bywał) także autorem dla wielbicieli kryminału? Kryminału raczej z pogranicza absurdu, w sam raz na scenariusz dla Woody Allena. Co jednak nie zmienia faktu, że odkrywanie kolejnych tytułów Nabokova ciągle mnie bawi i zaskakuje. Zakochując się w jego abstrakcyjnym naturalizmie zaskoczyłam się ostatnio lekturą Śmiechu w ciemności, choć - tak przyznaję, i we wcześniej czytanych Jego książkach trup - jeśli nie ścielił się gęsto, to bywało, że padał. Lecz jest coś specyficznego w tym uśmiercaniu przez Nabokova, ale i tak zjawisko to w Jego (o zgrozo, chyba nie dosłownym!) wykonaniu bywa zaskakujące. Tak jest i teraz w Przezroczystych przedmiotach – trup pada! (tak, tak to, ta sama powieść, co Przejrzystość rzeczy – i szczerze mówiąc ten tytuł bardziej mi odpowiadał). Wracając do elementu zaskoczenia. Za chwilę powiem więcej ….

Historia opisana w książce to szkic życia (z mocnym jego akcentem – oj bardzo mocnym) pewnej persony, a właściwie Persona … ściślej rzecz ujmując Hugo Persona (z ojca Petersona). Hugo to niczym niewyróżniający się człowiek, bohater raczej z tych bladych – nic nadzwyczajnego (jak to zwykle bywa u Nabokova) niezbyt uzdolniony, ani przystojny ani też inteligentny. Powiedzielibyśmy życiowy nieudacznik, łamaga. A do tego niespełniony pisarz, realizujący się jako korektor w wydawnictwie książkowym. Naszego bohatera, personę naszą poznajemy kiedy udaje się w swoją kolejną podróż do Szwajcarii, gdzie wspomina poprzednie wizyty w tej małej, górskiej miejscowości. Pierwszą, podczas której w sklepie odzieżowym umiera mu ojciec, drugą której towarzyszą pierwsze doświadczenia seksualne i w trakcie której Hugo poznaje swoją żonę Armandę (Nasz Person był uparty i potwornie zakochany). I trzecią kiedy to jego żona … umiera (czy też zostaje zamordowana). Trzeba jednak wiedzieć, że Hugo choć niewyróżniający się niczym szczególnym posiadał (nieszczególnie potrzebną cechę) zdolność snu na jawie, czy też, jak utrzymywał sam bohater - nie sypiał w ogóle. Sny te plątały się jemu z rzeczywistością, bywało, że zbyt dosłownie, a czasem też się spełniały.

Pod względem powracających sennych koszmarów Hugo mógł konkurować z najlepszymi wariatami.

Przezroczyste przedmioty to krótka oniryczna opowieść, w której przewijają się liczne symbole zwiastujące marność świata . Przemijanie, przeszłość jako jedyne nadają barwę przedmiotom (Ech rzeczy przezroczyste, przez które prześwituje przeszłość.). Sny Hugo, wiele mówiące figurki z uzdrowiskowych sklepików, śmierć, ogień i pożary czy topniejący śnieg to tylko niektóre z symboli przemijania, jakie bohater Nabokova spotyka na swojej drodze. Czy tylko Hugo jest osobą, personą, która ma zdolność widzenia w bezbarwności życia jego kolory? Czy takie zjawisko da się jakoś wyjaśnić? Książka kończy się słowami Tylko spokojnie, synu, nic na siłę – więc kto okaże się nadzwyczaj uzdolnionym i dojrzy przezroczystość? Nabokov kolejny raz udowadnia, że Jego książki dają wieloraką przyjemność, że składają się z kilku płaszczyzn, na których należy je rozpatrywać i na których trzeba je odbierać. Lecz aby to zrozumieć nie wystarczy jednorazowa lektura powieści Mistrza i miejsce dla niej na półce. Książki Vladimira Nabokova nie służą do zbierania kurzu i pysznienia się grzbietami w najdziwniejszych pozach (choć pysznić się uwielbiają). One są po to, aby dostrzec barwy w przezroczystości każdej ulotnej chwili.

cytaty pochodzą z książki zdjęcie Nabokova google

"Cudownie spędzam czas ze swoją nową powieścią" - Oryginał Laury, czyli przytulając Vladimira


Myśli mi się kłębią, zdania same wymykają spod palców, łzy wzruszenia toczą po policzkach, a oczy chcą więcej, wracają do początku, wertują książkę szukając być może pominiętego. Jakaż nieopisana to radość z możliwości ujrzenia Jego pracy, Jego pisma i myśli. Kawałka Jego mistrzostwa. Czytać ten zbiór fiszek, dotykać i oglądać to wszystko, to jak przebywać, choćby połowicznie w Jego towarzystwie. Każda strona w tym zbiorze to bezcenny skarb, gdyż odzwierciedla tekst pisany ręką Nabokova i nawet fakt, że to dzieło, to tylko namiastka książki, jej zarys (który i tak pełniejszy był zapewne w głowie Nabokova) w niczym mi nie przeszkadza, a nawet sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej wartościowym dając złudzenie wglądu w proces twórczy artysty. Móc „patrzeć” jak tworzy – bezcenne!

Oryginał Laury nazwany został nie powieścią we fragmentach a szkicami i notatkami do nienapisanej powieści. Nawet nie wiemy tak naprawdę, czy miało to być dłuższe opowiadanie, czy średniej długości powieść (sądząc po zapiskach Nabokova raczej to drugie - "osiągnąłem sto stron druku, czyli mniej więcej połowę dzieła"). A może też miało być to dzieło na miarę Ady? (Ada albo Żar). Dziś to już nie ważne, najważniejsze, że wbrew żądaniom autora ujrzało światło dzienne. Choć i za tą historią ciągną się pewne pogłoski. Sam Dmitrij Nabokov tłumaczy rzekome żądanie ojca jako coś niemożliwego, jako przekorę, próbę delikatnego zaznaczenia, że to ważne dzieło, którego pomimo wielkiego pragnienia i wkładanych w nie sił nie zdołała ukończyć (choroba wygrała wyścig z czasem). Dlatego też obietnicę spalenia rękopisu kazał Vladimir Nabokov złożyć Wierze, swojej żonie, licząc na to, że w ten sposób da jej do zrozumienia, że właściwie nie miałby nic przeciwko jeśli książka jednak zostałaby wydana.
Może się komuś nie podobać ten zbiór. Znajdą się pewnie tacy, którzy powiedzą, że to nic nie warte skany, bazgroły i kilkaset fiszek bez znaczenia. Mam jednak nadzieję, że wśród tych osób nie znajdzie żaden miłośnik twórczości Nabokova! Ci powinni docenić klimat przepychu Ardisu, pachnących ogrodów i miarowego stukotu kół pociągu toczącego się po bezkresnej krainie pięknych obrazów, gorących romansów i burzliwych miłości (to mój całkiem prywatny i osobisty odbiór książek Nabokova, obrazy, które widzę kiedy słyszę Jego nazwisko). Ta książka w książce (Moja Laura pisana przez Vaughana), w której można wskazać dwa lejtmotywy – śmierć i miłość ma w sobie ziarenko biografii. Śmierć jest tą stroną, której Nabokov doświadcza pisząc Laurę, to on jest tym chorym zniedołężniałym człowiekiem, któremu wrastają paznokcie i który przed śmiercią chce uciec. Gdyby można było, autor zawarłby układ ze śmiercią, prosząc ją pewnie o kilka tygodni czasu na prace nad książką.


Z wiekiem utraciłem wszelako możliwość nachylenia się do stopy, a wstydziłem się pokazać ją pedikiurzystce


Już na samym początku powracamy do poprzednich książek autora ciesząc oczy uwielbianą grą słowną, która daje wrażenie spotykania tych samych postaci, choć tylko pozornie (jakież to nabokovowskie) . I tak kochanek Flory Ivan Vaughan, którego nazwisko i imię nie dość, że są grą liter (czyt. iwan won – iwan precz) to jest on równie nieszczęśliwie zakochanym zapowiadającym literatem jak Van z Ady. Pojawiający się na samym początku Hubert H. Hubert nie może nie wywołać uśmiechu na twarzy czytelnika, który choć co nie co wie na temat twórczości Nabokova (dla przypomnienia Humbert Humbert w Lolicie). Później są już tylko odległe postacie, znane bardziej wtajemniczonym miłośnikom twórczości pisarza. Nie sposób też opisać historię, która „spięła” się na tych luźnych kartkach, bo wiadomo przecież, że musi być miłość i romans, zapewne skoro Nabokov to musi być skandal obyczajowy (a do tego Hubert kojarzony z Humbertem). Ale Oryginał Laury jest pewnie (pewnie, bo nie jest przecież ukończony) historią utraconej miłości, zauroczenia, które zostaje opisane w książce w niej powstającej. Dla mnie jednak, miłośniczki talentu Nabokova to rodzaj testamentu, bo pod koniec dzieła powtarzają się, jak obrazy w malignie opisy nawrotów choroby, przypadłości z nią związanych (tęsknota za motylami, niemożność wyjścia na spacer)


patrzył na zalaną słońcem przestrzeń za murami szpitala i cicho oznajmiał, że pewien gatunek łuskoskrzydłych już lata. Ale skończyły się wycieczki na hale, wędrówki z siatką na motyle w ręku (…) Praca nad książką trwała teraz w klaustrofobicznym mikrokosmosie szpitalnej izolatki


W tym niedokończonym dziele pojawia się wiele rozpoczętych wątków, i wiele zagadek, których nie sposób nie wspomnieć, nie mówić o rozwiązaniu ich, czy choćby próbie powiązania z innymi książkami autora. Można za to tworzyć ciągi dalsze według własnego uznania – jeśli oczywiście ktoś czuje się na siłach „gonić” Mistrza. Choć fabuła jest tylko zarysowana, napomknięta, jakby lekko muśnięta atramentem, to historia ta jest interesująca od początku do końca. Nie porywa być może i nie wciąga jak typowa powieść, bo nie takie jest zadanie tego zbioru, ale dzięki możliwości ujrzenia wcześniej niewidzianego staje się kąskiem smaczniejszym niż niejedna ukończona powieść z podanym jak na tacy (czy u Nabokova to w ogóle możliwe?) rozwiązaniem.
Pod koniec lektury Oryginału Laury często widziałam w treści samego autora, jakby odrywał się od świata rzeczywistego, jakby zapominał o czym tworzy, albo jak gdyby choroba przemawiała przez jego palce, i koniecznie chciała wydostać się na światło dzienne. Wyglądało mi to trochę na to, jakby w trakcie tworzenia historii o Laurze Nabokov zrobił żart, i przeskakując na inny tor, zaczął opisywać swoje zmagania ze starością i chorobą. Zdaje się to potwierdzać podtytuł książki – Umieranie to świetna zabawa. Takie też są niektóre z zapisanych przez niego fiszek – tragiczne, bo o śmierci, jednak wywołujące uśmiech, bo pisane przez Nabokova, który nawet ze śmiercią grał w kotka i myszkę.


Wymazać siebie myślą
Wrażenie rozpuszczania się
Envahissement rozkosznego rozkładu (jakże cudownie adekwatny rzeczownik!)
(…)

wymazywać
wykreślać
kasować
usuwać
wygumkowywać
ścierać
unicestwiać


Jak bardzo Nabokov chciał stworzyć Laurę świadczy fakt, że pomimo wielu zdarzeń, które powinny dać jemu do zrozumienia, że teraz czas na odpoczynek on nie przestawał pisać i planować. Zapisywać na nieodłącznych bibliotecznych kartach katalogowych, czytywać napisane części powieści muszkom, marom, zjawom i robaczkom. Choć mam świadomość, że ten perfekcjonista, któremu do bólu przeszkadzał źle postawiony przecinek nie byłby zadowolony widząc własne bazgroły na bibliotecznych i księgarskich półkach, to cieszę się, że mogę mieć wgląd w jego tworzenie. A kwestią sporną na tle moralnym pozostanie fakt, co Nabokov miał na myśli, dając swojemu agentowi pod postacią Wiery rękopis z poleceniem spalenia go. Można tylko się domyślać jakie było przesłanie Nabokova skoro pierwsze litery tytułu książki (tego roboczego także) są w dosłownym tego słowa znaczeniu narzędziem … w rękach Mistrza! (The Oryginal of Laura, The Opposite of Laura - TOOL)







cytaty pochodzą z książki
zdjęcia google, w miarę możliwości pojawią się własne
pisząc o Nabokovie najchętniej zawsze używałabym duże litery, jednak zabieg ten zastosowałam tylko na początku tekstu, dla wyrażenia silnych emocji

... i przyśniła mi się książka - Śmiech w ciemności V. Nabokov

Jest! W końcu, po długiej (za długiej) przerwie kolejny raz mogłam napawać się szczęściem, moim ulubionym magicznym światem Nabokova. Radość taką sprawiła mi książka Mistrza Śmiech w ciemności z nabokovskiej kolekcji Muzy. Nie wiem, na ile będę w stanie obiektywnie opisać książkę, bo nie wiem na ile ktoś, kto w książkach Nabokova zatraca się jak w żadnych innych będzie umiał przybliżyć jej fabułę. Będę się bardzo starać, aczkolwiek dla mnie książki Sirina, razem z tym tu Śmiechem w ciemności to magiczne miejsca zapomnienia. Ich magia polega na tym, że można ją zawsze mieć przy sobie i niezależnie gdzie będzie się czytać Nabokova, przeniesie on nas w magiczny, stworzony przez niego świat.
Śmiech w ciemności w zasadzie zostaje streszczony przez autora już w pierwszym akapicie – któż inny odważyłby się na taki zabieg?!
„Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą”.
Można powiedzieć zabieg głupi, zdradzający wszystko, ale to tylko pozory, które jedynie rozbudzą ciekawość czytelnika i sprawią, że nie będzie on potrafił oprzeć się dalszej lekturze. Ba, wystarczy rozpocząć drugi akapit aby się o tym przekonać.
„Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane”.
Czy nie przywodzi Wam to na myśl początku filmu? Takiej pierwszej sceny, która tylko rozbudza ciekawość widza, który pewny jej przewidywalności i pyszny z ironicznym uśmieszkiem będzie „oglądał” kolejne sceny wiedziony przekonaniem, że zna zakończenie tej – wydawałoby się – banalnej historii. Nic bardziej mylnego. Otóż książka faktycznie miała być rodzajem scenariusza, jak dowiadujemy się w posłowiu. Nabokov chciał napisać powieść, którą będzie się raczej oglądało oczyma wyobraźni niż czytało – nawet pierwotny jej tytuł świadczy o zamyśle autora Camera obscura. Liczne zmiany scenerii, epizodyczne rozdzialiki – przywodzą na myśl faktycznie film, do pierwotnego tytułu nawiązuje też treść książki.
A szczegóły to cała historia ślepej miłości Albinusa do młodej i głupiutkiej Margot, która marzy o karierze aktorskiej i przysłowiowej dobrej partii. Łapiąc bogatego historyka sztuki, ma możliwość zrealizować swoje filmowe marzenie, choćby jej zachcianka mało miała wspólnego z talentem aktorskim.
Śmiech w ciemności to powieść o mądrym mężczyźnie, który głupieje przez zauroczenie odmiennością młodej kochanki, daje się ponieść jej świeżości, tracąc wszystko to, co miał najcenniejsze. Tracąc dom i rodzinę zyskuje "przyjaciół", którzy w sposób czasami komiczny oszukują go, mamią i wrabiają. Jednak ślepy najpierw miłością, a potem po prostu ślepy (tracąc wzrok w wypadku, którego scena została opisana w iście filmowym stylu – klatka po klatce, scena, w której czuje się nawet południowy upał!) Albinus zdaje się niczego nie zauważać, a jeśli już zdrada rzuci się jemu na oczy (znowu te oczy) daje sobie łatwo ją wytłumaczyć.
Książkę trzeba przeczytać aby zrozumieć jakie rzeczy działy się wokół Albinusa, tym bardziej, że on sam nie do końca wszystko widział. Mistrzostwo tych scen powoduje, że z rozpaczą pragnie się otwierać tak szeroko oczy, żeby ten biedak Albinus z pomocą czytelnika mógł dostrzec teatr, jaki się wokół niego rozgrywa. Nikt tak jak Nabokov nie potrafi tworzyć w zamętach prostych ścieżek, które prowadza przez najciekawsze widoki i zakamarki ludzkich świadomości. Nikt, tak jak on nie potrafi opisywać życia – nie w typowy dla życia szary sposób, ani też nie w formie kolorowego kiczu, ale ze wszystkim co zawiera się na życie, jednocześnie czyniąc opis ten ciekawym. W jego książkach słowa zdają się pachnieć i smakować, są miękkie i dźwięczne jednocześnie - na przykład taka „elektryczna furgonetka z mleczarni (która) ŚMIETANKOWO turlała się po grubych oponach” albo „POLICZEK ZIEMI (…) malowało (…) łagodne słońce”? Mogłabym tak przytaczać przykładów i pisać więcej o scenach świadczących o niezwykłym stylu autora, o jego talencie i kunszcie. Wreszcie mogłabym opisywać liczne ciekawe sceny książki, jednak nie chciałabym pozbawiać was tego uczucia słodkiej błogości, której można doświadczyć przy lekturze książek Sirina. Niesamowitości i zatracenia w baśni - nie, tego nie będę pozbawiać Was moi drodzy. Czytać jego książki raz, to doprawdy za mało, bo są one jak nieodkryte światy, które będą wiecznie zaskakiwać czymś poprzednio niezauważonym, nowymi skojarzeniami i powiązaniami. Czy nie wystarczy, że napiszę, iż śnię sny tworzone wyobraźnią Nabokova?

Wiewiórka

Timofiej Pawłowicz Pnin nieprzystosowany emigrant, wykładowca literatury rosyjskiej, na którą nikt specjalnie nie chce już uczęszczać. Nie wiadomo czy nazwisko tak zbliżone do angielskiego pain sprowokowało taki los dla Timofieja? Nieudane małżeństwo, jego poddaństwo, łatwowierność to los? Czy może fakt ciągłego zmieniania miejsca zamieszkania z powodu nieumiejętności przystosowania, nauczenie się na pamięć Anny Kareniny (bo czym tu innym zaimponować?), wyobcowanie i brak wyobraźni to tylko charakter Pnina?
Sam Nabokov mówi o swoim bohaterze: „W Pninie stworzyłem całkowicie nową postać, postać, jakiej nie było jeszcze nigdy dotąd w żadnej książce. Jest to człowiek wielkiej moralnej dzielności, nieposzlakowany człowiek, prawdziwy uczony, oddany przyjaciel (…). Przeszkadza mu jednak i bardzo go ogranicza niemożność nauczenia się języka, wydaje się więc wielu przeciętnym intelektualistom figurą komiczną (…)”

Ale sam fakt, że tytuł roboczy powieści brzmiał My poor Pnin świadczy o litości nad życiowym nieudacznikiem, jakim jednak jest Pnin.
I choć może denerwować w książce ciągłe „znęcanie” się narratora nad bohaterem, dzięki czemu zyskuje on odrobinę sympatii co bardziej wrażliwego czytelnika, to mimo wszystko taki człowiek działa na nerwy. Pnin jest śmiesznym człowieczkiem, stworzonym dla życia tylko ze sobą i swoją literaturą, poza którą nie umie odnaleźć się w rzeczywistym świecie. Timofiej Pawłowicz Pnin jest jak wiewiórka (która jest z resztą częstym motywem w powieści).

Pnin Nabokova to czwarta powieść anglojęzyczna w dorobku pisarza, wydana zaraz po sukcesie Lolity co świadczy o odwadze i pewności autora. I choć forma opowieści odbiega zdecydowanie od tej, którą autor przyjął (a czytelnik być może nie zaakceptował) w Lolicie, to jednak Pnin jest typowym dziełem dla twórczości Nabokova.

„Nabokov nie tylko pisze po nowemu, lecz także uczy czytać po nowemu. Tworzy nowego czytelnika. W literaturze współczesnej (…) nauczyliśmy się utożsamiać nie z bohaterami (…) lecz z samym autorem (…)
Pnin jest jedną z najważniejszych lekcji nowego sposobu czytania. Dopiero opanowawszy wprowadzony w niej materiał, przy powtórnej lekturze możemy w pełni rozsmakować się w tej książce. I zapewne czytając ją raz jeszcze, będziemy mieć wrażenie, że jesteśmy związani z innymi formami egzystencji, w których sztuka (…) jest normą”
(słowa Niny Berberowej)

Tak Pnin to książka, która wymaga skupienia i ponownego przeczytania w celu zrozumienia jej literackiej złożoności, bo fakt odkrycia przez czytelnika narratora w postaci Nabokova - czyżby* - następuje dość późno i to wystarcza aby poczuć chęć sięgnięcia po nią raz jeszcze.

* nic w książkach V. N. nie jest pewne, poza tym, że …. nic nie jest pewne



* V. Nabokov, Pnin, s. 196, 221.

graj w arlekiny!

„Patrz na te arlekiny” Wladimira Wladimirowicza to mocno wykoślawiona wersja autobiografii Nabokova*. Można ją nawet określić mianem parodii biografii. Bo niby - jak czytamy - wszystko w jest w jak najlepszym porządku, dzieciństwo, młode lata, okres buntu, dojrzewanie jako pisarza, po drodze kilka małżeństw … ale jakoś to nie to. Ktoś ukrył między wersami inny wymiar. Pomimo, że imię i otcziestwo bohatera pasuje to nigdy nie poznajemy jego nazwiska (na koniec historii coś się kołacze samemu bohaterowi, że jego nazwisko chyba na N się zaczyna, aby za chwilę N zamienić na B).
„Patrz na te arlekiny” to niewątpliwie książka dla tych, którzy twórczość Nabokova już poznali, choćby w części, albo też interesowali się na tyle autorem, że lekturę jego biografii mają już za sobą. Bo w trakcie czytania „Patrz …” odnajdujemy wiele porównań książek Wadima Wadimowicza do faktycznie powstałych dzieł Nabokova – choćby często przytaczana „Tamara” to nic innego jak „Maszeńka” czy też „Ardis” kojarzący się jednoznacznie z „Adą”, „Pion bierze królową” – czyli „Król, dama, walet” , a tak częsta „Camera lucida” występująca czasem w książce pod tytułem „ Mord w słońcu” to już aluzja do nabokovskiej „Camera obscura” w wersji angielskiej „Śmiech w ciemności”. Dochodzą do tego nadzwyczaj dziwne zbieżności (czy też podobieństwa) w nazwiskach i imionach bohaterów. Bo z kim jak nie z Humbertem Humbertem („Lolita”) kojarzy się fałszywe nazwisko Wadima narratora – Dumbert Dumbert, albo też Dolly z Lolitą („Lolita” ) czy tak oczywisty Demon (ojciec Vana z „Ady” ). Tych powiązań i odniesień jest taka mnogość, że ciężko wyliczyć wszystkie. Bo czasem pojawiają się one tylko jako nikły pomysł w głowie Wadima, pomysł, który nie daje jemu spać w nocy i jako mały zalążek jawi się wielkim dziełem. Nawet poniekąd kazirodczy „związek” Wadima narratora z jego córką Bellą w sposób oczywisty nawiązuje do książek Nabokova, w których ten temat przewija się przecież często. To bardzo ciekawa gra dla wielbicieli Nabokova – choćby dla sprawdzenia swojej wiedzy na temat jego książek.
Książka ta poza tym, że ma w sobie cząstkę ekshibicjonizmu jest też rodzajem zagadki, czymś niedopowiedzianym. Jakby autor nie chciał czytelnikowi powiedzieć wszystkiego wprost. Jakby zachowywał coś dla siebie. Wszystkie małżeństwa i romanse, wreszcie ta ostatnia wielka miłość są jak odbicia prawdziwej miłości jaką Nabokov darzył swoją żonę Verę, a męki tworzenia zapewne są bardzo prawdopodobne do tych, które przeżywał sam autor „Arlekinów” tworząc pozostałe swoje – faktyczne – dzieła. Natomiast wszystkie aluzje tworzą aurę tajemniczości i zmuszają do zastanawiania się nad realnością ksiązkowego świata.
PNTA to także gra słów – bardziej czytelna jednak w języku angielskim LATH („Look at the Harlequins”) , który to skrót oznacza deszczułkę – dla nas bardziej kojarzoną z patyczkiem czy różdżką – którym posługują się arlekiny. PNTA to też gra, której nauczyła małego Wadima ciotka. Gra która miała ułatwić i ubarwić życie dziecka.

"- Przestań się tak sępić! (…) Patrz na te arlekiny!
- Jakie arlekiny? Gdzie?
- Och, wszędzie. Gdziekolwiek się obrócić. Drzewa to arlekiny, słowa to arlekiny. Podobnie jak rytuały i rachunki. Wystarczy dodać do siebie dwie rzeczy – żarty, obrazy – a już masz potrójnego arlekina. No dalej. Baw się! Wymyślaj świat! Wymyślaj rzeczywistość!”*

Wreszcie arlekin to też postać trochę bajkowa i magiczna, ponadczasowa podobnie jak bohater książki, dla którego znalezienie się w danej chwili sprawia czasami problemy albo wręcz odwrotnie – potrafi on znaleźć się w kilku chwilach jednocześnie.
Właściwie PNTA chyba nie istnieje do końca, chyba z tą książką jest tak jak z tą niby biografią autora. To po trosze zły sen Nabokova, chęć wyspowiadania się przy jednoczesnym braku odwagi.

Powiem wam coś ... ale nie do końca ... bo ta książka ma niejeden wymiar!

___________________________
* V. Nabokov, Patrz na te arlekiny, s. 292, s. 15.

szach-mat ... lecz gra trwa nadal

Biorąc kolejna książkę Vladimira Nabokowa do ręki przygotowywałam się na takie same jak dotychczasowe przeżycia związane z lekturą. I być może niektórzy nazwą to znużeniem, przesytem ale ja tak nie ujęłabym tego, ta książka najzwyczajniej w świecie nie podeszła mi, nie przypadła mi do gustu. „Obrona Łużyna” bo o niej mowa nie jest w moim typie Nabokowskim. Pewnie w jakiś sposób zaszufladkowałam sobie styl Nabokowa i pewnie to był mój błąd, ale przecież nie jest tak, że podobają nam się wszystkie książki jednego autora. Cieszę się, że nie wpadam w jakieś paranoidalne uwielbienie i zaćmienie, że potrafię sobie powiedzieć – NIE, ta książka Vladimirku mi nie leży.
„Obrona Łużyna” to opowieść o szachiście i to o szachiście natchnionym żeby nie powiedzieć sfiksowanym. Już sam fakt, że Łużyn – tytułowy bohater, szachista nad wyraz uzdolniony – nie posiada imienia, znaczy imię to posiada ale w książce autor operuje tylko i wyłącznie jego nazwiskiem. Tym nazwiskiem zwracają się do niego znajomi po fachu, żona, rodzice i teście. Otóż temu Łużynowi – no bo jakby inaczej – wszystko jawi się figurami szachowymi. Podłoga w pokoju, siedzenia w tramwaju, latarnie w parku … wszystko to ma swoje miejsce na szachownicy, wszystko to Łużyn ustawia na niej i gra. Oczywiście nie może taki stan nie doprowadzić do paranoi, która gubi biednego Łużyna, marnuje jemu i innym życie. Tylko nasuwa się pytanie czy ten chory na szachy mężczyzna rozchorował się z powodu swojego kochanego szach-mata czy też rodzice skrzywdzili go kiedy był małym chłopcem? Bo czyż całkowite wycięcie z umysłu wszystkich myśli i wspomnień związanych z dzieciństwem nie jest tego objawem? Czy kompletne wyłączenia z otoczenia, oderwanie od rzeczywistości są objawem Łużynowego geniuszu czy „złego” dzieciństwa?
Książka pewnie tym lepsza dla czytelnika im większym znawcą czy miłośnikiem szachów on jest. Ale to też pewnie dobra lektura dla miłośników Nabokowa … bo raczej początkującym, zaczynającym „romans” z Nabokowem bym odradzała. Ciężka od wybujałego geniuszu Łużyna atmosfera dobra dla odważnych.

________________________________
zdjęcie pochodzi ze strony http://ksiazki.wp.pl/

Quel livre, mon Dieu!*

„Ada” czysta fantazja, czysty obraz, czysta rozkosz, wielka bajka. „Ada” niedoskonała, najsłabsza, przeceniona. „Ada” wymagająca specjalisty, czytelnika pełnego zrumienia. „Ada” problematyczna, pełna hydrografów, kablogramów, momentogramów, dorofonów i innych dziwacznych wytworów. „Ada” to Terra. "Ada" to inny świat. "Ada" oneirologiczna. Tak można podsumować w zaledwie kilku zdaniach ostatnią powieść Vladimira Nabokova „Ada albo Żar. Kronika rodzinna”. Ale to grzech! Grzechem jest sumować cokolwiek w tej książce, podsumowywać, opowiadać i spekulować (choć Brian Boyd nazwał „Adę” summą Nabokova).
Właściwie to nie wiem od czego zacząć – od tego, że „Ada” to opowieść rodzinna składająca się z pięciu, właściwie niezależnych ksiąg, które powstawały w różnych etapach życia samego autora, będącymi właściwie odrębnymi powieściami czy opowiadaniami (między innymi: rozprawa na temat przestrzeni i czasu – „Faktura Czasu” - 1957, „Listy na Terrę” – 1959, „Pamięci, przemów” – 1965, publikacja książki – 1969, ciekawostka – we fragmentach „Ada” była publikowana w Playboyu)? Czy też zacząć od tego, że „Ada” to wytwór fantazji, to poniekąd powieść science fiction, która dzieje się na wyimaginowanej ziemi i opowiada o losach Ady i Vana, rodzeństwa, które połączył płomienny romans? Można tak mnożyć przykłady i doszukiwać się wątków oraz znaczeń, jednak lejtmotywem powieści jest Ardis – posiadłość rodziny Ady i Ivana – jako tło ich zabronionej prawem miłości. Początek powieści to początek dziecięcego romansu, wybuchu żaru, ucieczek we własny świat kochanków, radość z seksu. Długoletni romans Ady i Vana jest jak lokomotywa napędzająca powieść. Czytelnik, choć to zakazane, kibicuje dzieciakom w ich uczuciu. Z przestrachem otwiera kolejne drzwi do komnat, stara się zachowywać cicho aby nie zdradzić przed resztą mieszkańców obecności kochanków, ukrytych gdzieś w ciemnych zakamarkach willi. Ta lokomotywa zwalnia tempa kiedy „wjeżdża” w dorosłe życie kochanków, w rozstania i tęsknoty, małżeństwo Ady z hodowcą bydła, zdrady Vana, miłość i nienawiść jednoczesna, wreszcie starość i choroby. Z tej powieści można toczyć tak wiele innych wątków, że we współczesnym świecie specjaliści od sprzedaży zapewne mogliby stworzyć (psując oczywiście) niekończące się dzieło, sagę rodzinną. „Ada i Żar. Kronika rodzinna” jest jak rzeka z wieloma dopływami.
Książka, dla potrzeb której autor wymyślił cały, nowy świat. Na ziemi Terra (Antyterra) wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Wszystko ma swoją wymyśloną przez Nabokova nazwę, wspomniane kablogramy (telefaksy) dorofony (można myśleć, że chodzi o domofony) czy też Log jako Bóg, Lutecja będąca Paryżem czy Uniwersytet Chose czyli ziemski Cambridge to tylko niektóre charakterystyczne dla powieści i dla Terry nazwy własne. To taki zabieg autora, który miał chyba na celu odciągnięcie uwagi czytelnika od tematu zakazanego seksu. Bowiem książka nie koncentruje się na sferze erotycznej (jednak nie da się nie zauważyć motywu powtórzonego z "Lolity'), co nie znaczy, że brakuje w niej pięknych opisów tak charakterystycznych dla Nabokova. Do tego dochodzą liczne kalambury, obcojęzyczne wtręty co czyni książkę dodatkowo bogatszą i ciekawszą. Ciekawszą bo jakże inną od innych kronik rodzinnych. To kronika zupełnie innego rodzaju, innego pokroju, która wraz z "Lolitą" i "Bladym ogniem" tworzy swego rodzaju trylogię.
Aby nie wymyślać bo nie wymyślę nic nowego, aby też opisem fabuły nie pozbawić Was przyjemności czytania przytoczę zdanie krytyka – Alfreda Kazina – na temat dzieła Nabokova:

"Książka ucieka się do pomieszania języków, kontynentów, narodów, miast, wymysłów, radośnie mieszają się one wszystkie ze sobą, gdyż w języku, który nazywa się teraz Vladimir Nabokov, wszystkie oddzielne elementy jego pamięci przekształcają się w tworzącą jedną całość fantazję. (...) Nasz Władimir Władimirowicz to nadzwyczajny artysta, przy obecnym stanie powieści jest sam dla siebie prawem absolutnym . Ada (...), tworzy z nimi trylogię (Lolita, Blady ogień) niemającą sobie równych , jeśli chodzi o pomysłowy szczegół, skalę zainteresowań, formę architektoniczną, kapryśny i genialny język. Ada jest fanstatyczna." (s. 806)
_________________________________________
* co za książka, mój Boże!
więcej na temat książki na http://www.ada.auckland.ac.nz/
V. Nabokov, Ada albo Żar. Kronika rodzinna,