Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwanie - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu. Pokaż wszystkie posty

kto jeszcze nie ma niech biegnie po .... Pierogi Aliny Stradeckiej

I zrobiło się dziś trochę kulinarnie na blogu. Być może to wpływ rozmyślań nad świątecznym menu, być może głód i chęć na COŚ dobrego, cośo co w zimie trudno. Marzą mi się świeże warzywka - rzodkiewki, sałata, pomidorek ....Pewnie w naturalny, niepisany sposób organizm człowieka przestawia się na jedzenie zimowe, ale przecież pomarzyć można. Prawdziwie zimowe, a i świąteczne są pierogi. Pierogi, których nie powinno zabraknąć na wigilijnym stole, pierogi, które można jeść pod każdą postacią (wigilijne oczywiście postne). Jeśli mam być szczera dla mnie odpadają te na słodko (chyba, że będą to pierogi z twarogiem, ale wtedy i tak wolę je z okrasą wytrawną niż cukrem), nie trawię też śmietany, i jakoś nie mogę przekonać się do wersji z jajkiem.
 
Dla tych, którzy jeszcze nie pomrozili, nie zachomikowali i nie wywałkowali pierożków książka Aliny Stradeckiej będzie koniecznością!! Do Wigilii jeszcze kilka dni, więc zdążycie jeszcze poćwiczyć lepienie pierożków, tym bardziej, że autorka każdy przepis opisuje jasno, krok po kroku.
W książce, pod jakże wymownym a zarazem prostym tytułem Pierogi. Nie tylko po polsku znajdziecie około 80 przepisów na najróżniejsze pierogi. Poczynając od tradycyjnych z mięsem, z grzybami czy jagodami, do tych wymyślnych - na przykład z ryżem czy kaszą. Od pierogów w wersji mięsnej do wegetariańskich, od tradycyjnych z kuchni polskiej, przez bułgarskie, francuskie i inne. Nie tylko gotowane ale i smażone, i nie tylko te w tradycyjnym, znanym nam kształcie półksiężyców, ale i trójkątów, czy kulek. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
 
Życzę powodzenia w wyrabianiu ciasta i smacznego!!!:)
 
Pierogi z podrobami
 
Pierogi wołyńskie - z szynką,serem i cebulą
 
Pierogi babcine na słodko (czyli te, za którymi nie przepadam) - z serem, rodzynkami i skórką pomarańczową

 
Pierogi ze szpinakiem (aż się robię głodna!)
 
Kwadratowe pierożki z tuńczykiem (chętnie, chętnie!)
 
Pierożki francuskie na Wigilię (a może?)
 
Pierożki z kuchni białoruskiej - z ciasta drożdżowego, z boczkiem.
 

Czy ktoś zgłodniał po tych kilku (nie najlepszej jakości;/) zdjęciach? Jeśli tak, to co dopiero będzie kiedy ujrzy je wszystkie!!?:)

Smacznego.

Spokojnych i miłych Świąt w gronie rodzinnym,koniecznie z pierożkami!:)




zdjęcia i niektóre podpisy pod nimi pochodzą z książki Pierogi. Nie tylko po polsku, A. Stradecka, Świat Książki, Warszawa 2012.
okładka: Wydawnictwo Świat Książki

chora na kawę, chora na Włochy - Perfumeria kardynała, Maja Stoop





Nie wiedzieć czemu tytuł tej książki przywodzi mi raczej na myśl kryminał, którego akcja rozgrywa się gdzieś (tu jedyny punkt wspólny z rzeczywistą treścią książki - Włochy) w podziemiach jakiegoś pałacu papieskiego, czy czegoś na jego kształt. A Perfumeria kardynała Mai Stoop ze zbrodnią nie ma nic wspólnego, chociaż można powiedzieć, że podstępnie sieje i w miarę lektury podlewa chęć wyjazdu. Wyjazdu do kraju słońca i uśmiechu, spiesznych, lecz nie nerwowych, ruchów jego mieszkańców, głośnych rozmów i towarzyszących im pełnej temperamentu gestykulacji.
Do Perfumerii Kardynała przekonał mnie blog autorki. Właściwie nie wiem, co było pierwsze – chęć przeczytania książki i natknięcie się przy tej okazji na blog, czy - WOW! - zachwyt blogiem i konieczność ujrzenia tego wszystkiego, co autorka oferuje w sieci autorka - w formie książkowej? Wiem, że lekturę książki rozpoczęłam od tych samych, fascynujących mnie już na blogu tematów. Tematów, które z Włochami nieodparcie mi się kojarzą i łączą. Które do tego kraju mnie przyciągają.
zapiekana w cukiniach jagnięcina
W jakiś dziwny sposób trwa moja znajomość z Włochami. Od pobytu, który nie przebił się ponad miłość do innych krajów (ach dużo by tu pisać, dość specyficzne „warunki” nie pozwalające na pełnię korzystania z uroków Italii) do jakoś dziwnie, cichutko wkręcającego się do naszego domu ciepłego uczucia doń. A to w postaci kuchni, win, i lektur temu sprzyjających, czy też w zapachu parzonej kawy, litościwie dla mnie nie mocnej i … kukułek, które objawiły mi się w Rzymie, a teraz, po latach odnajduję je w pobliskim lesie! Czyżbym podobnie jak autorka zapałała uczuciem z opóźnionym zapłonem? Czy i u mnie może grozić ono wybuchem?
Maja Stoop pisze językiem tak przystępnym i wartkim, że nie sposób książki odebrać inaczej jak rozmowy ze znajomą, która opowiada o swoim życiu we Włoszech. Trochę pamiętnikowo, blogowo też trochę i reportersko. Dla tych, którzy znają blog Mai książka będzie małą powtórką z niego, w wersji bliższej ciałuJ A ci, którzy nie znają ani jednego ani drugiego, muszą się poprawić, bo czyż można się oprzeć stolikowi w włoskiej kawiarence? Albo pysznym ravioli – nic tylko szukać przepisów, albo pakować walizkę na wyjazd.

kawa w Fossanova
 

 
Ja nie czytałam książki od początku do końca, podobnie jak nie zrobiłam tego z blogiem. Niezmiennie - zarówno w jednym jak i drugim przypadku odszukiwałam wpisów dotyczących kawy. Ach w mej świadomości dotwarzał się ten cudny aromat - słońca i czarnego jak smoła espresso. Albo te śmiejące się czerwone i soczyste pachnące inaczej niż wszędzie pomidory. Pomidory, które w połączeniu z boskimi oliwkami zapowiadają rozkoszne doznania… ach tak, miałam skupiać się na książce, nie na smakach. Ale właśnie ta książka jest o smakach, i jeszcze architekturze, która – nawet jeśli przypomina stertę gruzu tam, we Włoszech jakoś zawsze zachwyca.
 
 

Perfumeria kardynała jest nie tylko książką o życiu autorki w Ginestrze, ani też o Neapolu, Rzymie czy Mediolanie. Jest jak włoskie sugo – z esencją smaków, temperamentów, sztuki i radości. Radości, której tak bardzo zazdroszczę mieszkańcom Italii. Myślę, że to sugo będę sobie dozować dla poprawy humoru, ogrzania zziębniętej duszy, dla uśmiechu właśnie.;)






 
Zdjęcia pochodzą z książki: Perfumeria kardynała, Maja Stoop, Wydawnictwo Naukowe PWN

jak krem mamy zbudował imperium - Helena Rubinstein. Michele Fitoussi


Zastanawiam się cały czas co napisać o tej książce, a właściwie o jej bohaterce? Czy fakt, że ta urodziła się w Krakowie, była rezolutną dziewczynką, ambitną młodą kobietą, która uparcie dążyła do doskonałości może być w jakikolwiek sposób interesujący? Wiele osób, które coś osiągnęły było ambitnych, dużo z nich urodziło się w Polsce. Podobne informacje znajdzie też każdy w internecie. Dla mnie – utkwiło mi to najbardziej – interesujący był fakt, że imperium Heleny Rubinstein wyrosło na kremie, którym mama smarowała ją i jej siostry w dzieciństwie. Ta, która przez liczne rodzeństwo nazywana była „orłem” (z racji piorunującego wzroku) doszła do czegoś, co w ówczesnych czasach nie było możliwe dla kobiet! Zbudowała nie tylko markę, ale i stworzyła dla milionów kobiet kanon piękna, wzór do naśladowania, dała im siłę (w postaci niewielkiego puzderka) do wiary w siebie. Jej życie nie było proste. Helena wstydziła się trochę swojego pochodzenia, swojej rodziny. Wstyd ten tłumiła kłamstwami, koloryzowaniem, a nade wszystko ukrywaniem swojego prawdziwego wieku (co w jej przypadku – wyglądu dziecka – nie było szczególnie trudne).
„Zawsze już będzie ukrywać datę urodzenia, z tym samym tupetem, który każe jej oszukiwać także w pozostałych kwestiach.”
Helena Rubinstein w młodoście w Polsce w otoczeniu młodszych sióstr. Po prawej matka, Augusta Rubinstein. Żródło: http://kultura.wp.pl/gid,15145541,galeria.html?T%5Bpage%5D=1. To samo zdjęcie można znaleźć również w książce.
 
Uciekając przed aranżowanym małżeństwem z Polski, realizuje swój plan budowania imperium. Swoje marzenie – jedno jedyne, które będzie stale ulepszać, gonić i udowadniać, że i kobieta potrafi.
W książce Michele Fitoussi przeczytamy wiele ciekawych anegdot w życia Heleny Rubinstein, dowiemy się jak rodziło się w niej uwielbienie dla kosmetyków (zajęcie bez ambicji powiedzą jedni), do budowy czegoś trwałego, czegoś, czego stałości i ogromu pewnie sama nie była w stanie przewidzieć. Autorka swoją książkę pisała także na podstawie spotkań z Madame Heleną. „Przez długie miesiące spędzone w towarzystwie Madame, każdego dnia, dowiadywałam się coraz więcej o jej darze rozpoznawania ducha czasu, nowych idei, o nieprawdopodobnej zdolności przetrwania epok, wojen, mód, zwyczajów.”
Podczas pracy. źródło: http://www.meritum-news.com/KULTURA/?p=2308
 
Uwielbiała być malowana - m. in. malowali ją Jacques Dufy, Marie Laurencin (powyższy), Christian Berard i inni. Pablo Picasso natomiast odmawiał namalowania jej portertu, powstały za to liczne szkice jego autorstwa. Źródło: http://www.helenarubinsteinfdn.org/
 
Ciekawa jestem czy w dzisiejszych czasach, kiedy niby kobietom łatwiej budować własne przedsięwzięcia, kiedy tak prosto można coś wyprodukować, nie mówiąc o kupieniu, osoby (których przecież dużo) zainteresowane dziedziną, w której Helena Rubinstein stała się mentorką mogą osiągnąć choćby ułamek jej chwały? Czy przy ogromnej presji i konkurencji nie będzie im trudniej?
Wymyśliłam sobie, że tę książkę podaruję osobie, która na pewno bardziej ją doceni, niż ja. Osobie, która być może stanie się kiedyś drugą Heleną Rubinstein (czego z całego serca jej życzę), i która poratowała mnie niejednokrotnie i inspiruje mnie nadal w pewnych kwestiach – mojej znajomej blogerce Angelice.
Kto wie, czy jeśli Angelika przeczyta kiedyś tę książkę nie wyłuska gdzieś miedzy wierszami recepty na sekretny krem Heleny Rubinstein?

cytaty pochodzą z książki

Szybka kawa, szybka prasa - Śmierć gazet i przyszłość informacji. B. Poulet

 
 
Przez kilka miesięcy, po odejściu z pracy najbardziej brakowało mi porannego rytuału kawy i świeżej prasy. Do tego stopnia odczuwałam brak czegoś, co robiłam przez kilka lat, że potrafiłam zmusić się do wyjścia do kiosku po prasę zanim jeszcze zapach kawy na dobre rozszedł się po domu. Wracając ze zwiniętą pod pachą gazetą uśmiechałam się do myśli o tym, jak rozsiądę się nad pachnącą świeżym drukiem płachtą gazety i zapadnę (w spokoju) w lekturze. Z tego samego powodu – przyzwyczajenia, zapachów i relaksującej rutyny – nie wyobrażam sobie świata bez codziennej prasy, z której powoli, niczym duch dziennikarstwa unosi się mgiełka włożonej w jej przygotowanie pracy, pośpiechu, w jakim ją redagowano, szmerów drukarek, faksów, dzwonków telefonów i głośnych dyskusji nad tym, co zmieści się na pierwszą stronę. Dlatego też nie mogłam przejść obojętnie i dlatego tak bardzo przeraziła mnie książka Bernarda Poulet Śmierć gazet i przyszłość informacji.
Szybka kawa, szybka prasa.
„W ciągu najbliższych dziesięciu lat cały świat mediów, komunikacji społecznej i reklamy stanie na głowie. Za dziesięć lat żadne z mediów nie będzie funkcjonowało inaczej, jak tylko w internecie. Żaden dziennik, żadne pismo nie będzie istniało w wersji papierowej. Wszystko będzie rozpowszechniane w formie elektronicznej.”
Ta przerażająca poniekąd wizja prezesa Microsoftu Steve’a Ballmer’a wydaje się niewyobrażalna. Jak i to (zważając na fakt, że książka została napisana w 2009 roku), że pozostało nam jedynie siedem lat. Osobiście – zresztą nie tylko ja – nie wierzę do końca w tę przepowiednię. Myślę raczej, podobnie jak myślał Steve Jobs, że to nie prasa i książki znikną, a wymrze sama chęć czytania. A co za tym idzie, nawet wiadomości przedstawiane w sieci nie będą miały racji bytu. Już dziś mówi się o pokoleniu nagłówków – czyli takich ludziach (nie tylko zresztą zaliczają się do nich najmłodsi użytkownicy internetu) którzy czytają w podawanych im artykułach jedynie tytuły, ewentualnie kilka pierwszych zdań newsa.
 
Smutne jest to, że zanika w nas chęć i radość z przyniesienia świeżej gazety do domu. Że zamiast tego wolimy „włączyć” bezduszną przeglądarkę, intrenetową wersję ulubionego dziennika, czy magazynu (te ostatnie jak na razie sprawdzają się w internecie w mniejszym stopniu (argumentowane jest to wieloma czynnikami miedzy innymi objętością, a co za tym idzie kosztami wersji sieciowej). Nie czujemy już potrzeby łączności z żywym światem, ani też nie potrafimy na tę łączność wygospodarować czasu. Bombardowani z każdej strony informacjami nie potrzebujemy skupienia nad nimi, ani tym bardziej poświęcenia im dłuższego czasu, jeśli możemy to samo otrzymać w wersji szybkiego przekazu, często ujrzanego mimo chodem. Takie wiadomości w pigułce. Czy zatem istnienie prasy w sieci ma sens, i jaki sens ma reorganizacja starych redakcji (często opornie się reformujących) i przenoszenie ich do sieci? Zbyt krótki to mariaż prasy i internetu aby stwierdzić, że społeczeństwo się przekona, że za chwilę będzie ono gotowe płacić za elektroniczne wersje gazet, i ile. Ten związek jeszcze nie rokuje, nie przesądza o upadku prasy drukowanej, co najwyżej sugeruje chwilowe kłopoty.
Po lekturze książki Pouleta uświadomiłam sobie jak wiele na świecie istnieje (istniało) tytułów! Nie żebym myślała, iż prasowa gospodarka to mała wioska, ale żeby tyle!? Co chwilę nowe tytuły pojawiają się i giną, ich polityka zachęcania (w postaci dodatkowych gadżetów) nie działa, dotacje nie wystarczają, a jednak kolejne rosną jak przysłowiowe grzyby po deszczu.
 
Wszystko pożera Google
„Od stycznia 2008 roku na horyzoncie rysuje się inne zagrożenia dla wydawnictw, ale też dla czytelnictwa w ogóle. Tym zagrożeniem jest (…) Kindle.”
Ale wystarczy pójść dalej i okazuje, ze czytniki mogą mieć w historii krótszy byt niż zakładano, bo to przeglądarki mogą przejąć ich rolę. Mówi się, że – co jest przerażające do potęgi! – autorzy nie będą potrzebowali wydawców, a jedynie dobrej znajomości obsługi komputera. Wizja przyszłości autora jest taka, że to on będzie zamieszczał swoją książkę w sieci i udostępniał ją bezpośrednio czytelnikom.
Wszystko to okropne i smutne wizje świata bez papieru, w których pocieszający jest fakt (pocieszający dla tych, którzy książki i prasę kochają za duszę) że żyjemy w kraju, który z postępem technicznym ma się trochę na bakier, więc chyba nie straszna nam wizja Ballmera i jego „plan dziesięcioletni”? Tymczasem cieszę się każdą książką w mojej domowej biblioteczce, szanuje je i głaszczę pocieszając, że wizja końca człowieczeństwa jest bliższa, a i tak nikt w nią nie wierzy.

„ (…) nikt do tej pory nie wynalazł takiego modelu ekonomicznego, który umożliwiłby połączenie wysokiej jakości informacji z jej masowym rozpowszechnianiem. Trzeba zgodzić się z tym, że liczący sobie już ponad wiek rozdział historii mediów i demokracji właśnie został zamknięty (…). Gazety zapewne nie znikną z dnia na dzień.”
 
cytaty pochodzą z książki
zdjęcia google, własne

Strawiński. Geniusz muzyki i mistrz wizerunku - Ch. Joseph



Przeczytałam tę książkę i teraz czuję, że muszę ochłonąć, jak po spotkaniu z bardzo interesującym i jednocześnie absorbującym człowiekiem. Biografia Igora Strawińskiego autorstwa Charles’a M. Josepha zatytułowana Strawiński. Geniusz muzyki i mistrz wizerunku wyrwała mi kilka wieczorów, odebrała chęć na inne książki i sprawiła, że w mych uszach, pomimo ogarniającej mnie ciszy towarzyszącej skupieniu nad książką rozbrzmiewała, i nadal rozbrzmiewa muzyka. Ba! Ta książka cała jest muzyką, symfonią i baletem w jednym. Świętem wiosny i świętą wiosną. I nie dlatego, że opisuje życie i twórczość genialnego kompozytora, i że napisał ją muzyk (uczeń Sulimy Strawińskiego – syna Igora) ale dlatego, że napisana jest w sposób przypominający zapis łatwo wpadającego w ucho utworu (tu ukłon dla tłumacza – Aleksandra Laskowskiego – za genialne odnalezienie się w tych wszystkich muzycznych niuansach!).
Strawiński – geniusz nie tylko muzyki, ale i kamuflażu urodził się w niewielkim rosyjskim mieście, wyemigrował jednak końcowo do Ameryki, aby – już za życia - stać się przedmiotem sporów dwóch wielkich mocarstw o prawo do „własności” i dumy z jego talentu. Namaszczony muzyką od dzieciństwa – ojciec śpiewak operowy – nie mógł nie wstąpić na tę ścieżkę. Pomimo studiów prawniczych pozostał wierny wychowaniu i doświadczeniom z dzieciństwa. Ten wrażliwy człowiek, którego pełna charakterystyka (zakładając, że to, co jest dostępne biografom oraz muzeom może zostać uznane za pełną wiedzę na temat kompozytora) może zamącić w głowie. Sam o sobie (Strawiński) wypowiadał tak sprzeczne opinie, że właściwie fakt, czy dostęp do jego „życia” mamy pełen, czy nie niewiele zmienia w poznaniu tego człowieka.
„Strawiński to towar, który trzeba sprzedać” (s. 64), a jak wiadomo reklama i rynek mają swoje prawa, których zadaniem jest mamienie kupujących (tu słuchaczy, wielbicieli, współpracowników i znajomych). Tak więc naprawdę jaki Strawiński był nie wie chyba nikt, albo wiedzą nieliczni, którzy jednak milczą. Ten człowiek, jak na towar przystało potrafił doskonale się sprzedać. Wiedział gdzie i kiedy „pojawić się”, wywołać wokół siebie kontrowersje. Strawiński - genialny skąd inąd człowiek słynął – chyba dla tego zaistnienia – z powielania poglądów innych osób. Wkładając je w swoje usta, z miną niewiniątka, a zarazem pewnego siebie człowieka popisywał się cytatami (uznając je za własne) znanych osób, osób których poglądy pasowały do jego filozofii (w danym momencie – bo Strawiński do stałych osób nie należał). W swojej bibliotece, która liczyła tysiące woluminów z najróżniejszych dziedzin miał przestudiowane i dokładnie wyłuskane to, co kiedyś może się jemu przydać w wymianie zdań z innymi.
Podobnie rzecz się miała z muzyką. Ile jest prawdy w geniuszu muzycznym Igora Strawińskiego nie dowiemy się chyba nigdy (nie chciałabym zostać źle zrozumiana – nie posądzam nikogo o brak talentu i oszustwo, ale między wierszami i z przytaczanych przykładów można talent Strawińskiego odczytać na wiele sposobów). Kolekcjonerzy oraz biografowie, którzy mieli dostęp do biblioteki kompozytora twierdzą, że znaleźć w niej można było wiele analiz dzieł – zarówno współczesnych Strawińskiemu jak i tych z minionych epok. Analiz, które miały (chyba?) na celu dokładne poznanie sposobu, w jaki dzieło powstało. Także wiele książek będących podręcznikami do nauki tworzenia muzyki. Jeśli dołożyć do tego fakt, że Strawiński swoje kompozycje oddawał zawsze na koniec terminu wyznaczonego w kontrakcie (zwykle negocjując jak najdłuższy), uprzednio nie informując ani jak długa będzie muzyka, ani jakich instrumentów użyje można twierdzić, że albo był doskonałym technikiem (niczym czeladnik) albo zwykłym oszustem (istnieje też teoria o zachwycie jego muzyką, przy jednoczesnym braku zrozumienia dla niej). Można jeszcze do tego dodać przechwałki kompozytora na temat tworzonej muzyki, że np. napisał ją w tygodniu poprzedzającym oddanie, albo, że ten akurat utwór miał napisany już kilka lat wcześniej) i wyjdzie z tego przedziwny obraz jego  talentu.
O tym, że Strawiński był pyszny i pewny siebie świadczyć może wiele przykładów – szczególnie tych, w których nie przyjmuje krytyki (np. zwykł wykreślać z rozmów i artykułów prasowych o innych kompozytorach przymiotnik „wielki” przy ich nazwisku), jednocześnie jednak przyznawał się – w wywiadach i programach telewizyjnych do swojej nieśmiałości. Tłumacząc tę sprzeczność mówi się, że to muzyka (Strawińskiego) była pewna siebie, a on zamkniętym w sobie pragmatykiem.
Wracając do zwyczaju komentowania na marginesach wszelkich publikacji – można domniemywać, że jednak skrywał on kompleksy. Igor Strawiński wchodził na wyżyny nie tylko swoich umiejętności twórczych, ale i muzyki w ogóle. Ten uznany za kompozytora wszechczasów twórca miewał też jednak i złe „produkcje” w swoim repertuarze. Takim szczególnym przykładem upadku z wyżyn jest produkcja telewizyjna Potopu, której autor biografii poświęca osobny rozdział. Jednak i to niepowodzenie Strawiński potrafił skrzętnie ukryć w swojej pamięci ignorując porażkę, a nawet przekuć ją na swego rodzaju sukces (nowatorski).
Osobny rozdział stanowi też praca nad dokumentalizacją – czy to za życia kompozytora, kiedy to na przemian godził się i odmawiał udziału w programach telewizyjnych o nim, jak i po śmierci kiedy w jego prywatnym archiwum odkryto setki listów i dziesiątki kartonów ze zbieraną przez lata prasą i innymi dokumentami stanowiącymi o jego chwale. „Jego archiwa potwierdzają, że Strawiński zbierał wszelkie, nawet najdrobniejsze informacje biograficzne. Każdy swój krok widział jako kolejny ruch w stronę namaszczenia przez historię” (s. 417). Dalej możemy dowiedzieć się też, iż zdarzało się jemu niszczyć wcześniej zebrane dokumenty, papiery czy listy, ale i te działania miały jedynie za zadanie kontrolowanie własnego wizerunku. Bowiem (Strawiński) „niemal wszystko co robił, robił celowo” (s. 416).
W tej biografii, niczym w pasjonującej powieści możemy dowiedzieć się też o tym, że Strawiński był wyjątkowo nerwowym człowiekiem. Apodyktyczny w stosunku do dzieci (tylko jeden z trójki synów poszedł śladami ojca – Sulima zawsze ten na drugim planie, gorszy, w cieniu ojca), niewierny żonie, traktujący ją raczej przedmiotowo potrafił również dyrygować ludźmi z nim współpracującymi. Zwykł tak obracać bieg spraw, że nawet podpisujący z nim kontrakty nie zauważali kiedy to on zaczynał dyktować warunki. A on u końca tej swego rodzaju gry czuł się bardziej dowartościowany. Czy to świadczy właśnie o skrywanych kompleksach, czy jednak o naturze oszusta? Tego nie dowiemy się pewnie nawet po lekturze książki Charles’a Josepha. Bo chociaż tą biografią chciał on dotrzeć do prawdy o Strawińskim, oczyścić go z zarzutów, to jednak ograniczenie źródeł, ich wątpliwa czasem prawdziwość mogą pozwolić na domniemania, co do natury Igora Strawińskiego. Tym bardziej, że krętactwo to przeszło na wieloletniego przyjaciela i „adwokata” kompozytora, jego współpracownika Roberta Crafta, który przez lata (i nawet po śmierci Strawińskiego) był - jak pisze Joseph – obrońcą i odtrutką na często jadowite wypowiedzi kompozytora. Niestety, przez ten fakt mydlenia oczu prasie i tłumaczenia słów Strawińskiego Craft pozbawił te słowa autentyczności. Pogubił się, i – przytaczając kolejny raz podsumowanie autora biografii – rozcieńczył je wybierając te, które jego zdaniem nadawały się do publicznej wiadomości.
Mimo wszystko, choć autor zastrzega, że źródła całej prawdy o Igorze Strawińskim nie zostały do końca ujawnione to genialna książka. Nie tylko jako biografia dla zaznajomionych z twórczością Strawińskiego, czy muzyką poważną, ale jako fascynująca powieść o interesującym człowieku i jego bogatym życiu. O gigantycznym talencie, niezależnie od procesu powstawania jego utworów, o tym, który „odcisnął niezatarte piętno na całym stuleciu” (s. 402).
 
Książki będzie można posłuchać w radiowej Dwójce. Więcej informacji TU
 
Cytaty pochodzą z książki.
 

Biegnąca z Wilkami - Clarissa Pinkola Estes

 
 

„Dzikie zwierzęta i Dzika Kobieta to zagrożone gatunki.” (s. 13) - tak zaczyna się książka Clarissy Pinkoli Estes, książka przetłumaczona na dziewiętnaście języków - w Polsce doczekała się już trzech wznowień. „Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach” to coś więcej niż książka, ale też nie podręcznik. To raczej przewodnik po naturze kobiety, która od lat deformowana jest przez te współcześnie żyjące.
 
Po więcej na temat "Biegnącej z wilkami" zapraszam do Szuflady.

Hinduskie zaślubiny - Sharon Maas

 
 
Zdolna do zamążpójścia (to z wolnego tłumaczenia oryginalnego tytułu), Saga, romans historyczny … i jeszcze pewnie wieloma innymi tytułami i określeniami można krótko opisać książkę Sharon Maas Hinduskie zaślubiny. Każdy z tych elementów, każda charakterystyka doskonale pasuje do tej opasłej powieści. Wielowątkowa, retrospekcyjna historia splata się w gruby warkocz zbierając po drodze, jak kolejne sploty poboczne historie, które tworzą piękną całość. I choć niby Hinduskie zaślubiny rozpoczynają się opowieścią o Nacie, którego w 1947 roku tajemniczy mężczyzna zabiera z domu sierot,  przeplatają z życiem Saroy – zbuntowanej nastolatki, i opowieścią o zakochanej i radosnej, choć pochodzącej z niższej kasty małej hinduski Savitri, żyjącej w Indiach w czasach kiedy Anglia zawłaszczała kolejne tereny kolonii, to kończą się z zupełnie innymi bohaterami i w innych czasach.
Saroy wychowywana przez surowego ojca, do którego czuje tylko nienawiść buntuje się przeciwko tradycjom hinduskim nie chcąc być pozbawioną własnej woli, nie chcąc zostać zaangażowaną w aranżowane małżeństwo. I choć dziewczyna nie domyśla się nawet fragmentu przeszłości z życia matki, którą kocha, nie chce wieść takiego życia jak ona. W tym samym mniej więcej czasie Nat, wychowany przez ojczyma lekarza  rozpoczyna studia medyczne w Londynie. Studia, których wcale nie chce, pragnąc jedynie wrócić do swych indyjskich korzeni. Prawie pół wieku wcześniej w Georgetown Savitri zakochuje się w synu Brytyjczyków, u których służy jej rodzina. David nie pozostaje obojętny na uczucia dziewczynki, a ich przyjaźń zostaje zapieczętowana tajemnicą skrytą tylko w ich sercach. Niestety, burzliwe czasy, w których przyszło im żyć wysyłają Davida na wojnę, a Savitri wtłaczają w tryby hinduskiej, nieczułej tradycji, która nie liczy się z planami młodych dziewcząt.
To tylko drobne fragmenty tej zawiłej układanki, jaką jest książka Sharon Maas. Przyznaję, że mniej więcej w połowie opowieści musiałam ułatwić sobie poruszanie się miedzy bohaterami rozrysowując sobie ich drzewa genealogiczne, i zakreślić łączące ich więzi. Hinduskie zaślubiny to cudowna hinduska saga. Opowieść barwna, jak sari młodej kobiety, kręta i zawiła, ale swym zakończeniem wynagradzająca trud pokonywania tych zawiłości. Dawno nie czytałam tak barwnej, pełnej faktów historycznych i tradycji książki, która tak mocno zawładnęłaby moim czasem. Związałam się z Natem, Saroy i Savitri. Kibicowałam im w ich planach, trzymałam kciuki i martwiłam się ich problemami. I choć może Sharon Maas nie mieszka w Indiach, to dwa lata jakie spędziła w tym kraju i podróże po, między innymi Turcji, Pakistanie, Peru, czy Brazylii pomogły jej w namalowaniu tej pięknej historii.
Nie jestem zagorzałą fanką tego typu książek. Nie załamuję rąk na młodymi dziewczętami wydawanymi za mąż bez ich zgody, nie pasjonuję się tym bardziej polityką Indii, ani możliwościami wybicia się młodych ludzi ze sztywnych ram tradycji i kultury, ale Hinduskie zaślubiny zdołały mnie zainteresować tym wszystkim, czasem nawet wywołując we mnie chęć polemiki. Nie wiem na ile czytelnik rozeznany w indyjskich klimatach zachwyci się książką, ale dla takich laików jak ja Hinduskie zaślubiny są chyba idealna, i przede wszystkim przystępną lekturą. Myślę sobie, że z czasem wrócę do tej powieści, może coś przeoczyłam, a może coś się w cudowny sposób odmieni?

Utonięcie Rose - Markia Cobbold

 
 
O książce Mariki Cobbold przeczytałam u Padmy, i wówczas miałam ogromną chęć na przeczytanie beletrystyki. Czegoś tak zmyślonego, że aż wzbudzi poczucie zmarnowania czasu. Utoniecie Rose może nie do końca jest historią nierealną, tak nieprawdopodobną, aby nie móc się wydarzyć, jednak w jakiś sposób ta książką, czy też raczej to, co Padma o niej napisała zachęciła mnie.
Tak, ta opowieść mogłaby jak najbardziej gdzieś się wydarzyć. Dotyczy ona bowiem historii  z przeszłości, mrocznej tajemnicy, czy też poczucia winy skrywanego przez Elizę Cummings, dawniej jedną z trzech zżytych ze sobą przyjaciółek. Elizę i tytułową Rose łączy nie tylko wspomniana tajemnica, ale i fakt, że były prawie rodziną. Do tej dwójki możemy zaliczyć równie im bliską Portię. To święta trójca szkoły dla dziewcząt – święta, bo niedostępna, gardząca innymi dziewczętami, traktująca wszystkich z góry trójeczka zepsutych panienek z bogatych domów. Jednak trafia się jedna odważna (czy też przebiegła) dziewczyna, która usilnie stara się wkraść w łaski księżniczek, jak je nazywa. Przerwać ten ścisły krąg zepsucia. Sandra, czy też jak sama woli – Cassandra nieudolnie stara się zdobyć przyjaźń dziewcząt, a przynajmniej jednej z nich, za ofiarę upatrując sobie Elizę, u której wyczuwa odrobinę czegoś na kształt współczucia.
Akcja książki Mariki Cobbold rozgrywa się jednak współcześnie, powracając tylko raz na jakiś czas do opowieści dziewcząt sprzed ćwierć wieku. Te opowieści, a raczej retrospekcje mają z zadanie poznanie tajemnicy śmierci jednej z przyjaciółek – Rose. Dziś dorosłe już kobiety nie mają ze sobą kontaktu - ten przerwała nagła i tajemnicza śmierć Rose. Podobnie, jak Eliza, dzisiaj konserwatorka w londyńskim muzeum nie ma kontaktu z ojcem Rose. Jednak jego nieoczekiwany telefon zmusza Elizę do powrotu do przeszłości. Kobieta wyciąga ukryte na dnie serca brudne skrawki niechcianych wydarzeń. Buduje na nowo tamten wieczór, na nowo próbuje skleić, jak potłuczony antyczny wazon tamte chwile, aby dotrzeć do własnej winy. Tylko, czy wina faktycznie leży po stronie Elizy?
Niestety, autorka bardzo starała się stworzyć klimat amerykańskiej szkółki dla dobrych panienek – razem ze wszystkimi jego przejawami, nie tylko dotyczącymi nauki, ale wraz z walką o uznanie, zazdrością, obłudą i buntem.  Wszystko było nawet miłe, czytało się szybko, z zainteresowaniem, dopóki mniej więcej w połowie książki zakończenie stało się przewidywalne. Zbyt wyrazista charakterystyka jednej z bohaterek sprawiła, że Cobbold odebrała mi przyjemność z kończenia książki, pozbawiła możliwości zagryzania paznokci z nerwów, kręcenia głową, obrzucania winą wszystkich przyjaciółek po kolei. Szkoda.
Myślę jednak, że książkę można przeczytać w ramach relaksu, w wolnej chwili, dla poczucia choćby klimatu związanego z pracą Elizy. Kwestie dotyczące konserwacji zabytków ceramicznych zostały przedstawione dość rzeczowo i profesjonalnie (tak mi się wydaje) tworząc przez to, jak z tych właśnie skorup całkiem miłą opowieść.

Dziewczyna w błękitnej sukience - Gaynor Arnold

 
 
Za sprawą dwusetnej rocznicy urodzin rok 2012 ogłoszono rokiem Karola Dickensa. Dzięki temu mogliśmy zauważyć wzmożone zainteresowanie jego osobą - czy to poprzez wznowienia powieści jego autorstwa czy przez spotkania typu wspólne czytanie Dickensa, jak to zorganizowane w dniu jego urodzin (7 luty) przez Instytut Kultury Współczesnej i Klub Miłośników Dickensa, a także biografie, między innymi tę wydaną przez Znak: Dziewczyna w błękitnej sukience. Mówiąc Karol Dickens myślimy Opowieść wigilijna, Oliver Twist (Przygody Olivera Twista), David Copperfield, czasem też Klub Pickwika czy Nicholas Nickleby. Widzimy chmurę ciemnych włosów, gniewne spojrzenie, pióro i być może gromadkę dzieci biegającą wokół biurka wielkiego autora, który wrażliwy był przede wszystkim na niesprawiedliwość społeczną i biedę. Jeśli jednak chcieć skonfrontować to wyobrażenie z prawdą, jaką dostarczają biografie pisarza i przekazywane historie rodzinne można ten obraz odmienić. Wiemy jedno, że Karol Dickens pochodził z biednej rodziny. Jego rodzice skłonni do zadłużania się popadli w ciężkie tarapaty, do tego stopnia, że ojciec młodego Karola wylądował w więzieniu. Dość dowcipnie tę straszną sytuację, traumatyczną dla Dickensa opisuje Gaynor Arnold w zbeletryzowanej biografii Dziewczyna w błękitnej sukience, w której skupia się raczej na małżeństwie Dickensa – w książce Afreda Gibsona - ale nie omija ciekawych historii, które nieodłącznie związane były z życiem tej pary. Alfred chcący uniknąć losu rodziców usilnie stara się znaleźć dobrze płatną pracę i udowodnić, że na literaturze także można zarobić. Poniekąd zmusza go do tego nie tylko trauma z dzieciństwa, ale i ojciec dziewczyny, w której się zakochał. Dowodząc swojego talentu, zdobywając serce Dorothei i zgodę jej ojca zaczyna życie we własnej rodzinie, dość odcinając się od ojca i matki.
A Catherine (w książce Dorothea Millar) - czymże uwiódł taki chmurny ciemny młodzieniec tę dziewczynę z dobrego domu? Podobno, według Arnold tryskającym humorem, oryginalnością i pewnością siebie, która – biorąc szczególnie pod uwagę jego talent pisarski – przeszła także na jego przyszłą żonę. I tak oto Dickens zaczął tworzyć swoje dzieła w otoczeniu żony i dzieci. Ale  czy tylko? Co jeszcze musiała znosić Dorothea vel Catherine? Jakie kaprysy Wielkiego Jedynego Oryginała – taką kombinacją określeń nazywał sam siebie - zgotował swojej rodzinie? Życie w trybie sinusoidy, obowiązkowe oddanie talentowi i jego osobie to chyba codzienność rodziny Dickens. Zakłamanie – na zewnątrz dla wielbicieli talentu pisarza pięknie i z uśmiechem, rodzinnie i zgodnie, a w domu – można powiedzieć żołnierska dyscyplina, humor uzależniony od sukcesu tego, co napisał? Jakoś trudno uwierzyć mi w tę tryskającą radość z chmurnych oczu Dickensa, a tym bardziej w ten barwny strój, w jakim przedstawia go, pod postacią Alfreda Gibsona Arnold. Jakoś bardziej przemawia do mnie ten obraz wewnątrz rodziny, i oczywiście to zakłamanie dla publiki. Dość powiedzieć, że żona zdecydowała się na separację, zgadzając się być tą porzuconą. Zerwać bliskie więzi łączące ją z mężem oraz jedną z córek. Wyobcowanie i odosobnienie, wreszcie nieobecność na pogrzebie męża, na którym pojawiły się tłumy wielbicieli twórczości Dickensa (podobno po jego śmierci nastały dni żałoby w wielu angielskich domach). W książce Gaynor Arnold Dorothea wspomina swoje życie przy boku pisarza. W dniu pogrzebu, w którym zdecydowała się nie brać udziału, wraz z jedyną córką Kitty, która pozostaje z nią w bliskim kontakcie wspomina i odkrywa swoją nieustanną miłość do Alfreda. Te wspomnienia odkrywają prawdziwe uczucia charakteryzujące ich związek i przeżycia, które wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Otwiera się nie tylko przed córką, ale przede wszystkim przed sobą, uświadamiając sobie jak bardzo się zatraciła, jak dawno nie myślała o swoich uczuciach, bo tymi zawładnął jej mąż.
Dziewczyna w błękitnej sukience w roku 2008 nominowana była do Nagrody Bookera, a rok później do prestiżowej nagrody literackiej Orange Prize. Być może to tylko beletrystyka, ale z mocnymi akcentami biograficznymi. Tylko albo aż, bo dostarcza w formie powieści licznych faktów z życia wielkiego angielskiego pisarza. Autora powieści znanych i wydawanych na całym świecie, które w swoich początkach powstawały w różnych warunkach, na różnych etapach życia rodziny Dickensów i w otoczeniu nie koniecznie przepełnionym śmiechem i miłością. Z książki Arnold można dowiedzieć się nie tylko ciekawych faktów z życia tej pary, ale i sposobu, w jaki pracował Karol Dickens, momentów i sytuacji, które dostarczały jemu natchnienia. Także tego, czy faktycznie to chmurne oblicze, do końca, do nagłej śmierci autora przesłonięte burzą włosów tak doskonale skrywało poczucie humoru i dużą dawkę uśmiechu?
 
Zdjęcia: www.znak.com.pl, http://www.washingtonpost.com,

Poszukiwacze szczęścia - Tishani Doshi

  


Utknęłam w połowie drogi. Tak mogę napisać, jeśli chodzi o wrażenia z książki Tishani Doshi Poszukiwacze szczęścia. Utknęłam i już. Podchodzę do niej, zerkam, podczytuję stronę, dwie i odchodzę. Nie żal mi, i żal jednocześnie. Interesuję się losami bohaterów i z drugiej strony myślę sobie "nie zżyłam się, co mnie to interesuje". A ciągle jednak książka jest przy mnie.

Tematyka do końca chyba nie jest moja, chociaż jest coś w tych książkach, że mam chęć je czytać. Może nudzi mnie, po jakimś czasie spokój? Monotonna melodia treści? Może coś tam przewiduję, a może oczekuję czegoś innego? Tak, zapewne w przypadku Poszukiwaczy szczęścia oczekiwałam właśnie tego innego. Nastawiłam się bardziej na historię Bobo i Sian, na opowieść o ICH miłości, ICH życiu, bez tych wszystkich odgałęzień, które w rzeczywistości tworzą historie ich miłości i życia. Więc co jest ze mną, bo nie z książką, że nie mogę w niej przepaść? Szukam fragmentów o tej dwójce - Bobo i Sian - pomijając wszystkie wesela, wyjazdy i spotkania ich dzieci, kuzynostwa, i reszty rodziny. Jestem jak Sian, która chciała być z Bobo, chciała zamieszkać w Indiach, i jednocześnie chciałaby być w swoim rodzinnym miasteczku w Walii. Czuję za duży spokój, przy jednoczesnym oddalaniu się od sedna, sama się oddalając od powieści. I wracam. Skruszona, ciekawa ... kartkuję, byle do przodu, byle już coś wiedzieć. Ciekawi mnie i drażni jednocześnie. To chyba dobrze? To chyba znaczy, że coś w tej powieści jest magnetycznego, co przyciąga. Dziś pomyślałam, że czuję się trochę tak, jakby Doshi opowiadała mi tę historię przy herbacie, i jakby coś od tych opowieści odrywało nas co chwilę - a to zaparzenie świeżej herbaty, a to czyjaś wizyta, telefon ... i wracamy po czasie do opowiadania, zasiadamy przy filiżance parującej herbaty i ... o czym to mówiłyśmy?

A jak to jest z Wami? Lubicie takie książki, dobrze czujecie się w okołowschodnich klimatach? Może herbaty? :)

 

Dwa brzegi ponad tęczą - Ewa Pisula-Dąbrowska

 
 
Są takie książki, które aż żal czytać, ze strachu, że się skończą. Są opowiedziane w nich takie historie, których nie można zapomnieć, choćby nie wiem, jak się człowiek starał je wyprzeć, choćby nawet go nie interesowały. Taka jest książka Ewy Pisuli-Dąbrowskiej Dwa brzegi ponad tęczą. Zdzisław Skrok we wstępie zatytułowanym Kazimierska choroba (wstęp zaczerpnięty z książki Kazimierz Dolny bezwarunkowe uwiedzenie) napisał: Lektura ta jest jednak tylko dla wybrańców. Tylko tych olśni i zachwyci. Tych, którzy popadli w kazimierską chorobę albo są na dobrej ku niej drodze. A niewtajemniczeni nie mają tu nic do szukania. Nie mogę się z nim zgodzić, ponieważ na chorobę wspomnianą przez autora tych słów nie zapadłam (dotyczy ona, według Zdzisława Skroka kazimierskiego uwiedzenia, któremu poddają się osoby zakorzenione w Kazimierzu). Ja jedynie choruję na ujrzenie tego miasta z marzeń, tego, które umyśliłam sobie oazą spokoju, do czego próbowała przekonać mnie autorka książki Dwa brzegi ponad tęczą. Być może, jeśli autorka przekonała mnie dostatecznie, aby w daleką podróż wyruszyć zapadnę na tę przypadłość, bowiem według Tadeusza Pruszkowskiego, jednej z wielu malowniczych osobowości Kazimierza Dolnego, dolegliwość ta przekazywana jest poprzez tajemne promieniowanie wapiennych skał, na których położone jest miasteczko. To właśnie przez nie Kazimierz Dolny zwany jest Sieną w miniaturze. Z tych samych powodów oraz z charakterystycznej dla mieszkańców i miasteczka atmosfery powolności porównywany jest do miasteczka z włoską mentalnością.
O wielkości i niesamowitości tego małego miasteczka można przeczytać  w wielu publikacjach, powieściach i opracowaniach naukowych. Te wspomina także Ewa Pisula-Dąbrowska, między innymi Na Rynku usiąść w Kazimierzu … Leszka Długosza, Prawdy i nieprawdy czyli kazimierskie fakty i legendy Leszka Pietrzaka, opracowania żydowskich autorów (Żydzi stanowili w międzywojniu ponad połowę mieszkańców Kazimierza) Kazimierz vel Kuzmir. Miasteczko różnych snów czy album W Kazimierzu nad Wisłą. Ponadto słynne Dwa księżyce Marii Kuncewiczowej, mieszkanki Kazimierza oraz książka autorki Dwa brzegi ..., także rodowitej kazimierzanki, o włoskich korzeniach -  Kazimierz Dolny bezwarunkowe uwiedzenie. Można wymieniać jeszcze długo tytuły książek nawiązujących do Kazimierza, bo mało kto, kto raz odwiedzi miasto nie ulegnie jego urokowi. Wielu zdolnych rodził Kazimierz, a ci odwdzięczali się jemu utrwalaniem jego piękna czy to w literaturze, obrazach, czy muzyce i filmie.
Wracając do książki Dwa brzegi ponad tęczą - to będzie trudniejsze niż myślałam opisać wrażenia, których jest tak wiele, i taką mają one moc. Po pierwsze zaskakujące, jak można dać się porwać opowieściom o miejscu, którego się nie zna. Nie orientuje się ani w jego odległej historii, ani tej trochej bliższej. Wyobraźnia nie podsuwa nawet obrazów jak może wyglądać miasto, o którym słyszało się tak wiele pochlebnych słów. Małe jest, czy raczej większe? Tłoczne i radosne, czy raczej wyludnione i smutne? Ludzie – czy są mili, czy przesiadują w swoich domach niechętni turystom? Takie pytania rodziły się w mojej głowie zanim zetknęłam się z książką, a właściwie zbiorem opowieści o Kazimierzu. Obrazów  przywoływanych jak iskry świadomości, morza emocji z tym związanych, wzruszeń, śmiechu i zamyślenia. Dwa brzegi ponad tęczą raczej się smakuje, nie pochłania. Raczej długo maluje się obraz według wskazań Ewy Pisuli-Dąbrowskiej, czekając jego wyschnięcia, aby barwy się nie rozmyły, kolory nie rozmazały. I właściwie – nie opowiem o czym jest książka, bo nie sposób, ale to garść wspomnień z przeszłości, uwag do teraźniejszości, myśli niewypowiedzianych, żywych ciągle obrazów. W tej książce, jak mówi sama autorka:
… podzieliłam się tym, co do mnie z czasem wróciło.
Echem.
Echem niesionym wiatrem, naznaczonym losem.
Było zmiennie słyszalne. Czasami było jak zapach.
Ulotne.
Bywało, że czekałam, aż zapach wejdzie w reakcję ze skórą, odparuje i pozostaną jedynie odczucia. Echo.
Ja ciągle czekam aż odparuje, może stanie się to dopiero kiedy wyruszę w drogę do miasta dwóch księżyców? Ale nie chcę czekać na to, aż blichtr rozsieje się po ulicach miasteczka, aż władze jego zapomną już zupełnie o kulturze (a przecież Kazimierz z nią się kojarzy!), nie chcę czekać, aż dobre serca mieszkańców i miłośników miasta zatwardzieją i skończy się uśmiech, jaki miasteczko im oddaje za dobre gesty. Nie samą poezją ono żyje, nie opinią, którą dzisiejsze pokolenia nie kojarzą. Dobrze, że rodzą się takie książki, że jeszcze my, którzy pamiętamy, którzy tęsknimy do spokoju i nie chcemy rozlewającego się wszędzie bogactwa i nowoczesności docenimy takie wspomnienia. Bo w prozie Ewy Pisuli-Dąbrowskiej (…) dawność i różnorodność żyje, domaga się naszej uważności i jest ozdobą teraźniejszości, unieważnia banalną pustkę dostatniej codzienności. Książka, składa się z około stu opowieści, z których każdą otwiera inne motto, piękna uwaga czy fragment opowieści nad którymi warto się zatrzymać. Podobnie, jak nad każdym wspomnieniem autorki, przystanąć nad brzegiem tęczy i wspomnieć …
W tym mieście gdzie księżyce dwa – spójrz
Magia trwa
(Ach żeby tak, ach żeby znów, ach Boże mój ..)
L. Długosz, Na Rynku usiąść w Kazimierzu …

 

Celowo posługiwałam się w powyższym tekście słowami innych, bo oni, znawcy i miłośnicy KazimierzaDolnego potrafią tylko doskonale oddać jego barwy, dźwięki … piękno.

Cytaty pochodzą z książki

Niebiosa są puste. Odkrywanie zapomnianego miasta. - Avrom Bendavid - Val

 
 
Pomyśleliście kiedyś, że miasto, w którym żyjecie mogłoby przestać istnieć? Tak po prostu zniknęłoby z mapy. Pozostałby jedynie zatarty ślad głównej drogi, zarośnięte miejsca, w których dawniej stały domy i silne wspomnienia, niezacierające się, jak drogi, ani nie blednące jak stare mury. Jedynie te wspomnienia żyłyby w waszych głowach stanowiąc jedyny ślad po mieście, w którym urodziliście się i mieszkaliście. Straszne? Niewyobrażalne? A jednak. Takich historii wychodzi na światło dzienne coraz więcej. Książka, a właściwie dokument wydany w takiej formie autorstwa Avroma Bendavida – Vala jest dowodem na istnienie czegoś, czego już nie ma. (przywodzi trochę na myśl Miedziankę Filipa Springera, jednak w innych okolicznościach miasto Vala utraciło fizyczność).
Było niegdyś na zachodniej Ukrainie miasto zwane Trochenbrod. Kwitły w nim wszelkiego rodzaju handel i rzemiosło, z całej okolicy zjeżdżali się tam ludzie do pracy lub by coś kupić albo sprzedać. W Trochenbrodzie były poczta, posterunek policji, oddział straży pożarnej, dom kultury, szkoły i wszystko, czego można oczekiwać w małym, ale tętniący życiem mieście. Nic nie pozostało. Jedynym śladem po głównej ulicy miasteczka jest biegnąca po pustkowiu droga …

Książka Avroma Bendavida – Vala ma podtytuł Odkrywanie zapomnianego miasta - mówi on właściwie więcej niż sam tytuł – Niebiosa są puste - tych zebranych owoców poszukiwań miasta przodków. Trochenbrod, jak wspomina autor był w jego domu rodzinnym (w Ameryce) jedynie cichym wspomnieniem, wypowiadanym z ledwie widzialnym cieniem smutku, widocznym gdzieś na dnie oka zagłębianiem się w przeszłość. To wszystko składało się u młodego Avroma na brak zainteresowania miastem, z którego pochodził jego ojciec. Jednak w dorosłym życiu, opowieści z dzieciństwa wzmocnione pobudzoną dorosłą ciekawością skierowały go do miasta przodków. Podróż na Ukrainę poprzedzona była wieloma godzinami poszukiwań dokumentów związanych z Trochenbrodem, możliwości dotarcia doń i poszukiwań sensu oraz celu tej podróży. Cień miasta stawał się Trochenbrodem, Zofiówką (zamieszkałe głównie przez Żydów miasto istniało pod tymi dwiema nazwami). To okrutna i niszcząca siła Holocaustu sprawiła, że dość prężnie rozwijające się miasteczko przestało istnieć właściwie z dnia na dzień. Trochenbrod ze swoją dość krótką historią zdążył jednak zaistnieć w pamięci nie tylko jego mieszkańców, ale i mieszkańców okolicznych miejscowości. Przetrwał w opowieściach potomków tych, którzy zginęli podczas zagłady miasta na tyle, aby Avrom Bendavid – Val mógł na podstawie tych wspomnień odtworzyć zarówno miasteczko, jak i  jego historię.
 
Niebiosa są puste to zbiór owoców kilku podróży autora (pierwotnie miała być tylko jedna) do Trochenbrodu, wysłuchanych opowieści jego mieszkańców i ich krewnych. Pamiątki i zdjęcia przez nich ofiarowane stanowią nieodparte dowody na istnienie Zofiówki i głęboko poruszają swą uderzającą fizycznością, która jest bolesnym dowodem na to, że gdzieś nagle zniknęło nie tylko miasto z domami, ulicami, ale i tysiące jego mieszkańców. Ulotniło się nagle życie.
Bawiliśmy się (…). Próbowaliśmy łapać ptaki (…) W mieście mówiliśmy jidysz. Z gojami rozmawialiśmy po rosyjsku i po polsku. (…) Ślub był w Trochenbrodzie radosnym wydarzeniem; uczestniczyło w nim całe miasto.
Val przedstawił w tym specyficznym wspomnieniu burzliwą i smutną trochę historię Trochenbrodu – począwszy od założenia miasta, jego prężnego rozwoju (zaskakującego dla niektórych), przez upadki powojenne i odrodzenia do zupełnego zniknięcia miasta, jednej z ofiar wojny. To burzliwa historia, bowiem Trochenbrod na zmianę rozwijał się z rozmachem, to podupadał, jednak przez kilka dekad radził sobie z tymi falami, do czasu, kiedy jego mieszkańcy zmuszeni byli uciekać.
Z ponad sześciu tysięcy mieszkańców Trochenbrodu (1942r.) i Łożyszcza przeżyło może sześciuset.

 Trochenbrod, miasteczko, które wedle dość częstych opinii byłoby dziś kwitnącym wielkim miastem, przestało istnieć.
Nie wiadomo jednak co działo się przez lata po unicestwieniu miasta - po wypędzeniu, ucieczkach i mordach mieszkańców Trochenbrodu. Tego też próbuje dociec autor Niebiosa są puste. Leżące odłogiem pola, niegdyś żyznej i uprawianej ziemi, podupadające budynki i brak chętnych oraz sił do odbudowania miasta sprawiły, że dziś po Trochenbrodzie pozostała łąka z nikłym tylko śladem głównej drogi prężnego niegdyś centrum.
Niebiosa są puste Avroma Bendavita – Vala to lektura ciekawa o tyle, że podparta żywymi opowieściami dawnych mieszkańców Trochenbrodu (Zofiówki), których autor szukał na całym świecie. Uciekając z obleganego przez Niemców miasta docierali oni do najdalszych zakątków: Stany Zjednoczone, Izrael, niekiedy pobliska Polska, czy Rosja. Do tego wspomniane liczne fotografie, nie tylko samego miasta, ale i dowodów (ludzi podczas pracy, zabaw, spotkań itp) na toczące się w nim życie stanowiące doskonałe poparcie dla spisanych przez Vala wspomnień i potwierdzające istnienie Trochenbrodu, nie tylko we współrzędnych geograficznych.
Trochenbrod nigdy nie będzie odkupiony, a my nigdy ni znajdziemy się tam w następnym roku. Śmierć nie zamieni się w życie, domy nie wyrosną z ziemi.
Tak pisze Jonathan Safran Foer w przedmowie do książki Niebiosa są puste (sam wspomina Zofiówkę w swojej książce Wszystko jest iluminacją). Więc, aby przywrócić choć na chwilę, choćby we wspomnieniach Trochenbrod do życia zanurzmy się w te wspomnienia.
 
cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: google

Chłopiec z sąsiedztwa - Irene Sabatini



Powinno zakazać się pisania takich książek! Powinno ostrzegać się czytelnika przed wybuchem emocji i łudzącą wizją raju. Chłopiec z sąsiedztwa tylko wydaje się na pierwszy rzut oka miłą opowieścią z happy endem. Niestety ta książka odziera ze złudzeń już od pierwszych zdań. Spowija mgłą niepewności, wilgotnym i ciężkim powietrzem Zimbabwe, a tragedia, której czytelnik szuka nieustannie od pierwszego zdania (Cztery dni po moich czternastych urodzinach syn sąsiada podpalił swoją macochę) wisi gdzieś między jawą a snem, miedzy budzącym się do życia dusznym świtem, a grozą zmierzchu.
Zainteresowanie Ianem, synem rodezyjskiego żołnierza rośnie u Lindiwe wtedy, gdy młody chłopak wychodzi z więzienia oskarżony o morderstwo macochy. Przekonana o jego niewinności dziewczynka wbrew zakazom matki daje się porwać najpierw przyjaźni ich łączącej, a potem uczuciu, którego młodzi ludzie nie potrafią nazwać. Burzliwe czasy, w jakich dorastają sprawiają, że ich drogi oddalają się. Ian próbuje ucieczki do spokojniejszego Johannesburga, a Lindiwe kontynuuje naukę, nie chcąc poddawać się stereotypom dotyczącym czarnoskórych dziewcząt. Jednak nie wszystko wygląda tak, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Znowu Irene Sabatini zanurza czytelnika w gęstej atmosferze buntów, jakie towarzyszą odzyskiwaniu niepodległości przez Zimbabwe i rządom Roberta Mugabe, znowu otula kokonem tajemnicy tę wyrwę w życiu Lindiwe, która ani Ianowi, ani czytelnikowi nie zostaje przedstawiona. Wszystko po to, aby uderzyć ze zdwojoną siłą. Wzruszyć i wstrząsnąć narażając na kolejne bolesne wstrzymanie oddechu, po krótkiej wydawałoby się uldze.
Lindiwe i Ian, którzy teraz prowadzą już inne życia, niby wolni, niby bez cienia rasizmu, ciągle jednak z wiszącą nad nimi chmurą próbują odnowić uczucie, jakie łączyło ich dawniej. Odrodzić je w sobie i dać szanse, wbrew stereotypom i przekonaniom, że biały Rodezyjczyk, którego ojcowie mordowali czarnych może kochać czarnoskórą dziewczynę. Życie nie będzie szczędzić tych dwojga. Wiele na ich drodze przeciwności, bólu i złych, niedających się zapomnieć doświadczeń.
Debiut literacki Irene Sabatini Chłopiec z sąsiedztwa to książka szokująca nie tylko przez swoją polityczną prawdziwość, ale przede wszystkim przez żywe opisy, dialogi i realne wydarzenia w sferze zakazanej miłości. Nie sposób nie uwierzyć w to, co wydarzyło się w małym Bulawayo, w to, co spotkało tych dwoje, tak różnych ludzi. To książka bardzo bolesna przez swoją realność i jednocześnie nierealna z powodu nieprawdopodobnych zdarzeń wplątanych w polityczną sytuację podbitego narodu. To mezalians religijny, przekonań i koloru skóry, który nigdy nie powinien mieć miejsca, a tym bardziej nie powinien się udać.
Chciałabym w tym miejscu dorzucić kilka cytatów, ale trudno wybrać mi, z całego gąszczu silnie oddziałujących na emocje kilka z nich. Chciałabym też przekazać barwniej wrażenia z lektury, ale za dużo tych barw, tak silnie mnie ta książka poruszyła. Może wystarczy dodać, że dawno nie wzruszałam się nad inną książką.