Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

Ciemno, prawie noc - Joanna Bator

 
 

Moja przygoda z twórczością Joanny Bator rozpoczęła się od Piaskowej góry. Do tej książki podchodziłam przez kilka lat, przekonana, iż może to być Bator w wydaniu japońskim, którego (książkowo – Japoński wachlarz) nie zniosłam (za to felietony „po japońsku” – w Bluszczu – czytałam namiętnie). Piaskowa góra – odkąd pamiętam stoi na półce w księgarni i kusi mnie – najpierw pierwszymi miejscami w księgarnianych topach, później jeszcze bardziej - nominacjami do licznych nagród – między innymi do Nike. Ten zielono-szary wolumin, tak raczej odstraszający, przywołuje jeśli nie kojarzony dotychczas z autorką klimat kraju kwitnącej wiśni, to przygnębiający charakter prozy tak często uprawiany przez polskich pisarzy. Kuszę się! Długo to trwało, ale jest. Czytam – to mało powiedziane, pochłaniam, wspinam się na wałbrzyską górkę osiedlową, po schodach w wielkopłytowych domach, siadam przy stole przykrytym jakże polską ceratą … przepadam. I wydaje mi się, że teraz już będzie z …górki, nomen omen. Jednak - choć kolejna powieść Joanny Bator wynosi mnie początkowo w chmury, z którymi – choć Chmur-dalia nie ma nic wspólnego, to tylko po to aby za chwilę inaczej zacząć kojarzyć tytuł z po-chmur-ną atmosferą książki. Jak dla mnie – choć nieziemsko (znowu chmury) i pięknie literacko, to za dużo. Za dużo wszystkiego. Za dużo się dzieje, ludzi pojawia, za po-chmurno, smutnie. Pomieszanie, jakby z Chmur dalii miała być Chmura i Dalia, jakby z dwóch książek powstała jedna. Jedna, która – jak dla mnie – nie uniosła ciężaru, jaki autorka w niej zawarła. Ale widać, nie na tyle było źle bym miała się zniechęcić. Na długo przed premierą kolejnej książki autorki było już o niej głośno. Ciemno, prawie noc tak mnie prześladowało, że zaplątało się w moje nominacje do Nike o rok za wcześnie. Widać ogromną miałam chęć na tę książkę. A jak się potoczyło?
Alicja Tabor przyjeżdża do Wałbrzycha pozamykać kilka ważnych dla siebie spraw. Jako dziennikarka – w poszukiwaniu rozwiązania dla tajemnicy znikających w mieście dzieci. Jako Alicja – dla zagadki przeszłości.  Wałbrzych dzisiejszy jawi się przygnębiającym widokiem opuszczonych szybów kopalni węgla, bezrobotnych mężczyzn wysiadujących przed sklepami, biedaszybów, biegających samopas dzieci i kobiet plotkujących. Wałbrzych małej–dużej Alicji jest smutny, pełen duchów przeszłości. Wierzy w jakieś psychodeliczne guru i Matkę Boską Bolesną jednocześnie. Zacofanie i bezmyślność. W tym smutnym mieście ginie trójka dzieci. Małych, tak różnych od siebie, że trudno znaleźć wspólny punkt, o który można zahaczyć dochodzenie.
Mała Alicja, prawie czterdzieści lat wcześniej wychowuje się bez matki, w starym domu pełnym poniemieckich duchów wraz z siostrą Ewą i ojcem. To nie jest najlepsze towarzystwo dla dorastającej dziewczynki. Skrzywdzona przez przeszłość siostra, obłąkana wyimaginowanymi stworzeniami, od których mimo wszystko pragnie chronić siostrzyczkę i poszukujący skarbu ojciec, daleki od wyjaśniania tajemnic rodzinnych. Do tego bliskość Zamku Książ – mroczne wizje podziemnych korytarzy, głuche nawoływania duchów pomordowanych jeńców, krążący nad tym wszystkim duch księżnej Daisy, mieszkanki zamku, która fascynuje Ewę. Nie mogło to wszystko nie mieć wpływu na psychikę małego dziecka. Nic w tym rodzinnym – tylko z nazwy - domu Ali nie sprzyja jej stabilizacji i dzieciństwu. Kiedy przychodzi śmierć siostry świat załamuje się doszczętnie. Dopiero przechowana w bibliotece dla niej przez lata książka dostarczy być może rozwiązania zagadki wszystkich śmierci.
W książce Joanny Bator jest dużo ciemności – pusty dom rodzinny Alicji, z widokiem na przygnębiający Zamek Książ, otaczający go ogród i pola pełne kości nad którymi unoszą się zjawy dzieciństwa. Ta dziwna samotność kobiety, której towarzyszy jedynie, też nieprzekonujący do końca pan Albert – ogrodnik, towarzysz jeszcze z czasów dzieciństwa. Za oknem ciemny ogród, czasem ciemna postać. Strach ogarnia wszystko. Zaginionych dzieci nic nie łączy, ich opiekunów zdaje się nie łączyć nic z dziećmi. Smutno, ciemno, prawie noc. A zagadki tłoczą się, owijają niczym bluszcz, za dnia na chwilę dając wytchnienie Alicji, która mnoży ludzi wokół siebie.
Znowu za dużo!? Ciemno, prawie noc wciągnęło mnie niczym ten bluszcz, opętało i pochłonęło. Ale cóż, że zwiędło;/ To przedziwna opowieść – opowieść, która wciąga i odpycha jednocześnie. Sprawia, że zagryza się paznokcie, a za chwilę wybucha śmiechem. Nie można przejść obok niej obojętnie. Język Bator, jak zwykle doskonały. Spostrzeżenia, sytuacje, dialogi i postacie – jak wyjęte z ulic polskich małych miasteczek. Ciemność jak żywa maluje się na kartach książki, wydają się przemykać gdzieś chyłkiem zaginione dzieci, duchy unosić nad zdaniami … tylko, że trochę znowu tego za dużo, jak dla mnie. Może jestem za słaba na takie wyczyny? Może kotojady mnie odepchnęły, może trwoga była silniejsza. Pogubiłam się trochę na końcu drogi, posmutniałam, ale czuję jednocześnie satysfakcję, bo to był kawał dobrej prozy. Czuję się, jak po pysznym obiedzie, którego choć mi smakował – zjadłam za dużo i wiem, że zrobi mi się niedobrze. Było pysznie, na bogato, oryginalnie i ze sma(cz) kiem. Nie wiem, jak Wy, ale ja przystaję przy moich nominacjachJ

Zamek Książ - zdjęcie wikipedia
 
Księżna Daisy - zdjęcie oficjalna strona zamku (http://www.ksiaz.walbrzych.pl/)


Ulotna delikatność dmuchawców - rozmowa z Hanną Kowalewska w Szufladzie

 
 
Hanna Kowalewska - seria o Zawrociu tej Autorki towarzyszyła mi w ostatnich miesiącach ciąży, kiedy leżałam w łóżku czekając na jeden z najpiękniejszych dni w życiu. Moc wzruszeń jakich dostarczały mi poszczególne części dawała mi - o dziwo - sił. To były pozytywne wzruszenia. Dobre emocje ze świata kobiet. Świata delikatnego i pełnego sił zarazem. Świata, który pięknie pachnie, utula, dodaje sił, wygląda cudownie - świata, jak jabłoń na łące Matyldy - żyjącego własnym rytmem. Zachwycałam się też, a może przede wszystkim językiem, jakim książki zostały napisane. Wzruszyłam się, do łez kiedy moja znajomość z Matyldą dobiegła końca. Chociaż nie, przecież ja ją nadal znam. Pamiętam każdy szczegół z jej życia, i czuję się raczej tak, jak byśmy rozstały się na chwilę, jakby to ona gdzieś wyjechała, gdzieś skąd za chwilę wróci.
To właśnie książki o Zawrociu Hanny Kowalewskiej natchnęły mnie do rozmów, wywiadów (jak kto woli) w skojarzenia. To od fortepianu, o którym marzyć mogę, od dmuchawców o ulotnym pięknie, teatru, który mnie ujmuje, masek, które przywdziewamy, i rosy na łące, tak świeżej zaczęły się skojarzenia. Do tego pierworodnego wywiadu z Autorką wydanego niedawno "Przelotu bocianów" zapraszam.
 
fot.:Agnieszka Herman.

Nie zostawiaj mnie - Grażyna Jeromin-Gałuszka



Lubię kiedy książka, którą czytam pochłonie mnie bez reszty, lubię też – choć mam w zwyczaju po ukończeniu jednej szybko zaczynać kolejną, jak bulimik wrzucający w siebie kolejne porcje jedzenia, albo jak ktoś, kto komu za chwilę odbiorą książki - kiedy książka mną wstrząśnie, nie chce wyjść z mojej głowy. Wtedy mam ulubiony objaw, przyprawiający jednocześnie o dreszcz – odrzucania każdej kolejnej i biada tym, które akurat wpadną w moje ręce. Ostatnio miałam właśnie szczęście do takich, które rozsiadły się na dłużej w mojej pamięci. Oto pierwsza z nich:
Nie zostawiaj mnie Grażyny Jeromin-Gałuszka początkowo została kilka razy odłożona. Stwierdzałam, że to historia nie dla nie, że za dużo tych – skąd inąd moich ulubionych - retrospekcji, zbyt wielu bohaterów, miesza się i mówiąc kolokwialnie kupy nie trzyma. Jednak ta irytująca mnie książka za każdym razem kiedy ją odkładałam mierzwiła mnie, świdrowała moje myśli nie dając spokoju dopóki nie wzięłam jej w ręce kolejny raz. Któryś z tych razów był ostatnim, po nim przepadłam! Jak ja w ogóle mogłam tę ciepłą, fantastyczną i pełną literackich skarbeczków opowieść odkładać? Nie wiem?! Jakieś bielmo, zaćmienie umysłowe i brak subordynacji myślowej sprawiał to chyba. Najważniejsze, że opowieść Fryderyki o przedwojennym (i nie tylko) życiu w kamienicy, o stosunkach sąsiedzkich (i nie tylko) zakorzeniła się i wciągnęła niebezpiecznie. To książka z serii tych, które człowiek chce czytać bez końca, zagarniać dla siebie. Pragnie brać ją pełnymi garściami, nie oddawać ani dla chwili czasu, którego nie spędzi z nią, ani dla kropli wody, bo przecież z emocji zaschło z gardle. Chce ją cały czas mieć przy sobie i w niej cały czas być. Istnieć wraz z bohaterami tej powieści, bo to prawdziwa przygoda. Niezapomniana. Budująca. Bywa, że smutna. Bywa, że radosna.
A o czym jest Nie zostawiaj mnie? A właśnie o tych emocjach, o których wspomniałam. O smutku i radości, zdradzie i miłości, pogmatwanych i budująco prostych relacjach miedzy ludźmi. O czymś, czego chyba w dzisiejszych czasach nie doświadczamy - wspólnotach ludzi sobie dalekich, a jednak bardzo bliskich. O tym, że życie jest piękne pomimo złych dni, których czasem o wiele za dużo. To książka, do której każdy musi zajrzeć sam, aby przekonać się, że ciężko czasem wbiec na ostatnie piętro kamienicy, ciężko, choć później jednak robi się miło uśmiechnąć się do znienawidzonego człowieka. Każdy, kto ją przeczyta dozna uczucia niepowtarzalnego, wręcz graniczącego z cudownością życia, uczucia, że też codziennie wchodzi na te same schody.

Pasja według św. Hanki - Anna Janko


Miłość jest jak jedzenie śniegu: zapiera dech, oszukuje głód.

Właściwie to nie wiem czemu sięgnęłam po tę książkę? Przecież od czasu Pestki Anki Kowalskiej nie znoszę tematu zdrady w książkach (podobnie jak morderstw i fantastyki). Niezależnie czy zdrada ta dotyczy kobiet czy mężczyzn nie znoszę i już. Jednak książka Anny Janko czymś mnie zainteresowała. Wiedziałam, że nie będzie to zwyczajna opowieść o znudzonej małżeństwem kobiecie, która szuka rozrywki w ramionach kolejnych mężczyzn, wiedziałam, że będzie to poetycki obraz wewnętrznych rozterek bohaterki. I nie zawiodłam się. Pasja według św. Hanki to prawdziwie poetycka uczta. Wszystkie przeżycia i przemyślenia Hanki, która po latach „wraca” do swojej wielkiej miłości są jak wiersz. Piękny i głęboki wiersz.
Pasja według św. Hanki jest jakoby kontynuacją innej powieści Anny Janko: Dziewczyna z zapałkami. Jednak skierowana w kierunki Hanny jest jakby jej pamiętnikiem z czasu przeżywania uniesienia związanego z uczuciem do Mata. Bo romansem tego po prostu nazwać nie można – ani samej książki, ani tego, co związało tych dwoje. Z drugiej strony to niezależna opowieść, nie stanowiąca ciągłości ze wspomnianą Dziewczyną z zapałkami, niewymagająca zapoznania się z nią. Czytając Pasję … nie odnajdziemy w niej elementów romansu, będzie to raczej opis emocjonalnych przeżyć kobiety uwikłanej w miłość, zbudowany z anatomicznych wręcz opisów tegoż stanu. Rozkładanie na czynniki pierwsze miłości – to chyba robi Hanka w swoim „pamiętniku”. Przywraca obrazy z miejsc, w których spotkała się z Matem, maluje swoje wewnętrzne rozterki, rozbiera na czynniki pierwsze otoczenie, rozprawia się z nim i analizuje. Żyjąc w dwóch światach – rodzinnym i miłosnym - żyje w dwóch wymiarach, przenosząc się z jednego do drugiego o każdej porze dnia i nocy.
Listopad 1986. Po raz pierwszy do tego stopnia nie rozumiem swojego życia. Nie wiem, kogo kocha i gdzie chcę być. Nie wiem, w co wierzę. Nie wiem, czy to jest koniec. Czy początek?
„Nie wiem” jest poduszką, na której zasypiam.
„Nie wiem” jest talerzem, z którego jem.
Od miesięcy chodzę z tajemnicą w głowie. Mam serce z podwójnym dnem. Kąpię się dwa razy dziennie w wannie pełnej wody, taka się czuję nieczysta …
Z drugiej strony ta opowieść – Hanki – jest jakby opisem tego, co widział ktoś postronny. Opisane z dystansu zabite uczucie, liczne retrospekcje i dygresje składają się na rodzaj gry, który czytelnik sam musi sobie ułożyć. Początkowo zagmatwane zaczynają układać się w piękną opowieść.
Dla mnie lektura tej książki była jak spotkanie z dobrą literaturą i sztuką jednocześnie. Łapałam się nawet na tym, że liczy się nie fabuła, a piękno języka, jakim jest napisana. I z tęsknoty za nim (który właśnie wciągnął mnie w książkę Anny Janko) z dziką radością brałam ją do ręki, nie zważając na znienawidzony problem jaki opisuje. Pewnie połączenie barwnego, pięknego języka i historii Hanki sprawiło, że trudno rozstać mi się (emocjonalnie) z książką Anny Janko. Myślę, że długo jeszcze posiedzi ona w mojej głowie.  
Dziwnie się czuję. Jakbym właśnie przestała czekać, jakbym już przestała przygotowywać swoje życie do użytku. Jest taka cisza, jakbym weszła w samo oko Losu. Nie czuję szczęścia. Wiem, że nie ma powrotu. I nic już nie można zmienić, cofnąć, obrócić w żart.

cytaty pochodzą z książki

Tak sobie myślę ... - Jerzy Stuhr



Tak sobie myślę … (że) to więcej niż książka. Dziennik Jerzego Stuhra jest jak z nim rozmowa. Jak miło spędzony czas na wspominaniu jakże bogatego życia tego inteligentnego i miłego człowieka i wspaniałego artysty. Tak sobie myślę pisane w zeszycie podarowanym przez córkę autora, począwszy od momentu kiedy dowiedział się on o swojej chorobie to nie tylko zapis poszczególnych dni spędzanych w najróżniejszych szpitalach. To także, a może przede wszystkim wspomnienia z wielu lat pracy, związanych z tym wyjazdów i spotkań, dziesiątek anegdot i wzruszeń, które autor nazywa – powtarzając za Profesorem Bardinim - „przygotowywaniem się do starości”.
Podoba mi się. Jestem w fazie przygotowywania. Zbieram książki, których nie zdążyłem przeczytać, filmy nieobejrzane, rozmowy z najbliższymi nieprzeprowadzone, wyznania miłości nigdy z braku czasu, nastroju, skupienia niewypowiedziane. Jest co robić!
I jest co czytać! A i śmiać się do woli i łzy ronić – śmiechu i smutku. Podziwiać też jest co – silna wola walki z chorobą, wiara w wyzdrowienie. Od momentu dowiedzenia się o chorobie, poznawania jej i  realizacji założenia, jakże innego od wyroków medycyny. I jest! Udaje się! Plan zrealizowano! (oby tak dalej Panie Jerzy!). A ileż w tej książce, przepraszam - w tym życiu wspaniałych przygód, o których, zwykłemu śmiertelnikowi (którym i Pan Jerzy w swej skromności się nazywa) nawet się nie śniło.
Chciałem dzisiaj wyjść na szpitalny korytarz. Robię to rzadko, bo krępuje mnie w tym akurat miejscu zbieranie dowodów popularności. Ale jeśli już, to tak sobie pomyślałem, że nie wypada w piżamie, trzeba włożyć spodnie (…). Dlaczego? Przecież to szpital, wszyscy zrozumieją, wszyscy w piżamach.
Wydawałoby się, że Jerzy Stuhr jest wszystkim znanym aktorem, artystą i profesorem (między innymi rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego) a jednak i on nie zawsze zostaje rozpoznany, co wcale go nie irytuje a jedynie smuci w kwestii braku względnej choćby znajomości sztuki.
Zaczynam się bać młodych. Nie młodzieży. Młodzieży często zazdroszczę – beztroski, spontaniczności, pocałunków na Plantach, zazdroszczę w taki, powiedzmy, gombrowiczowski sposób. A kto to są ci młodzi, których się boję> Zacznę od banalnych obserwacji: boję się tych, którzy nie kłaniają mi się na korytarzu w szkole, chociaż wiedzą, kim jestem (a może nie?).
I jeszcze jedne z tych licznych cytatów dowodzących ignorancji i braku kultury społeczeństwa, i wcale nie powinien on wzbudzać salwy śmiechu:
 … i nagle na środku Plant jakaś pani ciągnie w moją stronę mała dziewczynkę: „No chodź! Nie rób komedii! Chodźże. No, popatrz się, no już … nie poznajesz? Przecież to Osiołek ze Shreka.
Ale ten swoisty dziennik to nie tylko psioczenie i narzekanie, jest  w nim też mnóstwo dowodów na znajomość sztuki. Szkoda, że w większości u zagranicznych reżyserów i aktorów, ale może to z jednej strony pocieszające? Jerzy Stuhr wspomina wiele swoich ról u zagranicznych właśnie reżyserów, o współpracy z nimi – idealnej, czy też trochę mniej. O swoich rolach, które ukochał szczególnie, o tych niezauważonych i nagrodzonych. Tak sobie myślę … to zapis codzienności – dotyczącej wydarzeń z prasy i telewizji, komentowanej z dystansem, ubranej we wspomnienia – o dzieciństwie, miłości i wychowywaniu dzieci. Krótkie, prawie codzienne wpisy o twórczości przeplatane z wpisami o walce z chorobą.
Ale przede wszystkim opisuje walkę z chorobą. Autor pisze o tym, jak potrzebna jest siła do niej i wiara - niezależnie od tego czy jest się słanym aktorem, czy zwykłym szarym człowieczkiem. W chorobie każdy ma tę samą wartość, każdy jest taki sam. I tylko wyjście z niej zależy od szczęścia i wiary. Ukoronowaniem książki jest wywiad dla portalu medycznego i osobiste podsumowanie Jerzego Stuhra tego, co dała mu choroba. Odważny zapis, budujący i zadziwiający jednocześnie, bo przecież rzadko się zdarza aby choroba mogła wzbogacać.  
Trudno zrecenzować czyjeś życie. Nie sposób komentować przeżyć tego wielkiego człowieka, oceniać jego myśli i poglądy. Z radością można jedynie polemizować – w myślach oczywiście – z ich autorem. I napawać się bogactwem doświadczeń i przede wszystkim siłą skupioną w optymistycznym podejściu do rzeczywistości.

To nie są cuda. To siła i energia. Niech mi wiara da siłę i energię, to dziękuję serdecznie, niczego więcej nie chcę.


Cytaty pochodzą z książki

Opętani - Witold Gombrowicz



Zastanawiam się od czego zacząć? Czy od tego, że okrutnie się boję, że nie mogę skupić się na pisaniu, bo zerkam na ciemne kąty w domu i wypatruję wyimaginowanych strachów? Czy od tego, że Gombrowicz mnie zaszokował, zadziwił i … to w ogóle nie Gombrowicz? Opętanych wzięłam z półki w przypływie … znudzenia (to tak jak z prze…jedzeniem – delikatnie mówiąc – kiedy zjadłoby się jeszcze COŚ, choć brzuch – też jestem delikatna – pełen). I jakież moje zaskoczenie!? To jest romans …twe kryminał … yyy horror! No tak, bo to jest wszystko w jednym.
Niewielki pensjonat prowadzony przez Maję Ochołowską i jej matkę, z jego okien widok na przerażający zamek w Mysłoczy. W tymże zamku obłąkany książę Holszański, który obłąkanie to odziedziczył po swoich przodkach (czyżby?). Do pensjonatu przyjeżdża Marian Walczak vel Leszczuk, który ma być osobistym trenerem Mai w tenisie. Jako, że chłopak to młody, pewny siebie (zbyt pewny) szuka przygód, które nadarzają się w związku z bliskością osobliwego zamczyska. Zamek, jak na kilkusetletni obiekt przystało ukrywa w swoich komnatach, nie tylko bogactwo dzieł sztuki, których notabene pilnuje narzeczony Mai – Henryk Cholawicki, ale i tajemnice. Na ukryte przed oczami postronnych osób obrazy, meble i inne bogactwa zamkowe łasi się także profesor historii Skoliński, który także gości w pensjonacie Pań Ochołowskich. Jego rzekomy wypoczynek jest tylko pretekstem do zwietrzenia szansy na wzbogacenie się o cenne obiekty muzealne. Jednak wypłynięcie wspomnianej tajemnicy znosi sprawę muzeum na dalszy plan. Tajemnica owa, związana ze „starą kuchnią” dotyczy przeszłości księcia i … ruszającego się ręcznika. Owy ręcznik przyprawia Leszczuka i Maję (jak i wcześniejszych bywalców starej kuchni) o utratę zmysłów, pociągając za tym szereg przedziwnych wydarzeń. Nie tylko groza wyglądająca z okien zamku pozbawia tych młodych ludzi zdrowego rozsądku ale też chyba uczucie rodzące się między nimi. Gombrowicz bowiem do całej grozy powieści dołączył także temat miłości rodzącej się między młodą panną z dobrego domu a prostym chłopakiem. Tajemnicze jest też rzekome obłąkanie starego księcia, wiązane przez pozostałego ze służby zamkowej Grzegorza z przeszłością księcia. Przedziwne zrywy z permanentnego raczej snu następcy, nocne wędrówki po korytarzach zamku i koszmary zwieńczone krzykami „Franio!, Franio!” wraz z całym otoczeniem tworzą tchnący grozą klimat powieści. Lektura Opętanych jest też swoistą przygodą, bo zwiedzając wraz z bohaterami powieści ciemne komnaty i zawiłe korytarze zamku można ze strachu drżeć, zagryzając paznokcie - tak udziela się ta atmosfera. I choć każdy stara się racjonalnie wytłumaczyć sobie fakt ruszania się ręcznika, nie sposób obojętnie patrzeć na własne, wiszące w kuchni. Tajemnica księcia (nie chcę zdradzać choćby jej najmniejszego rąbka, bo to kluczowy aspekt powieści) dosłownie zjada nerwy bohaterów Gombrowicza, sprawia, że włosy stają im na głowie, a usta czernieją tajemniczą siłą. Nikt z odważnych, który przestąpił próg starej kuchni nie wyszedł z niej o zdrowych zmysłach, nikt już nigdy po wizycie w niej nie był taki sam. A Marian i Maja po konfrontacji z opuszczonym dawno pomieszczeniem przestali odróżniać jawę od snu i kontrolować swoje działania.
Tę powieść Witold Gombrowicz początkowo wydawał w odcinkach na łamach kilku dzienników pod pseudonimem Z. Niewieski. Dopiero trzydzieści lat później, czyli w roku 1968 przyznał się do jej autorstwa (a właściwie ostateczna wersja, uwzględniająca zaginione uprzednio zakończenie została wydana w roku 1990!!)  Historia obłąkanego księcia,  opisana jako zwykły kryminał z gotyckimi elementami i nutą romansu była wyrazem przekory jej autora. Gombrowicz dręczony własnym stylem, który dołączał raczej do miana artystycznego, pragnął „puścić się w taniec z pospolitą” (tak pisał do Bruno Schulza sugerując jemu to samo) planuje napisać powieść sensacyjną po to, żeby – jak pisze – „zarobić kupę forsy”. Jednakże w rzeczywistości chodziło o stworzenie nowej literatury i „otwarcie nieznanych terenów duchowej ekspansji”. Rzeczywiście Opętani to – patrząc na dorobek literacki Witolda Gombrowicza – zupełnie nowy nurt (stąd być może ta porażająca odmienność od pozostałych książek, które wyszły spod jego pióra).
Opętani przez krytyków oceniana jako kicz, to powieść przerażająca nawet jeśli nie leje się krew (a może tym bardziej), nawet jeśli myślimy racjonalnie i nie wierzymy w ruszające się ręczniki, pisane na ścianie przesłania, tajemnicze morderstwa i inne dziwne historie. Nawet jeśli jesteśmy sceptykami to i tak Gombrowicz gwarantuje nam to, że się przestraszymy i uwierzymy. Tym bardziej chyba, że Opętani wciągają niczym stara kuchnia, opanowują umysł niczym choroba, powodują utratę zmysłów. Opętują! Brawo!!

J. Franczak, Mezalians [w:] W. Gombrowicz, Opętani, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
W. Gombrowicz, Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011. 

Czary w małym miasteczku - Marta Stefaniak



Miało być zbyt realistycznie, żeby było magicznie, i zbyt magicznie, by można było pomyśleć, że to realny świat, a było … trywialnie. Ale spokojnie!! Tylko początek książki Marty Stefaniak Czary w małym miasteczku może taki się wydać, szczególnie po spodziewanej szczypcie magii. Zwyczajnie i nudno toczy się życie małego miasteczka ukrytego gdzieś na uboczu. Szare domy, dziurawe ulice i snujący się szarzy ludzie to tylko taka cisza przed burzą. Niby już usypiamy, już gnuśniejemy w tej małomiasteczkowej atmosferze, kiedy autorka książki wyciąga kolorowe farby i dosypuje tej szczypty magii.
Kto z nas nie zna niepozornego człowieka, który snuje się samotnie w naszej okolicy? Kto nie widuje samotnych starszych pań, które mogą wydać się czasem niezrównoważone psychicznie, których bywa, że się boimy i z trwogi czasem kłaniamy się z nikłym uśmiechem na ustach. Ja taką panią znam, widuję. Zawsze kolorowo ubrana, zawsze z torbą pełną … no właśnie czego? Nie zastanawiałam się nad tym specjalnie, zawsze myślałam, że ta pani zbiera do swojej torby wszystko, co znajdzie na drodze. A może ta pani jest jak bohaterka Marty Stefaniak? Może w tej wielkiej torbie też ukrywa tajemne moce, które wykorzystuje dla dobra mieszkańców miasta? I jak bohaterka książki pragnie być aniołem stróżem osób w biedzie. Wreszcie jak bohaterka, przesiadując samotnie wieczorami w swoim domu warzy magiczne moce, które wypuszczone przez nią docierają wszędzie tam, gdzie ma wydarzyć się coś miłego. W książce starsza pani krocząc za swoimi „podopiecznymi” w podstępny, lecz dobroczynny sposób pomaga wkroczyć im na właściwą ścieżkę. Dzięki niej miasteczko ożywa, dosłownie rozkwita, a między zgnuśniałymi jego mieszkańcami rodzą się przyjaźnie.
Jednak w przypadku bohaterki Czarów w małym miasteczku to faktycznie chyba magia z odrobiną realności, bo same czary starszej pani i jej moc nie wystarczą do utrzymania tego stanu rzeczy. Niczym wąż w Raju pojawia się ta zła. To za sprawą Magiery ludzie tracą wiarę w sens dobrych uczynków, zaczynają błądzić, co sprawia, że rozkwitające dotychczas miasteczko znowu szarzeje i zamyka się na dobro. Jak walka dobra ze złem ścierają się dobre i złe uczynki mieszkańców tego małego miasteczka wyrosłego gdzieś na uboczu drogi. Liczne burze, kłótnie a nawet tragedie nie są w stanie pozwolić ocknąć się powracającym do marnej przeszłości jego mieszkańcom. Niezauważone dobro, i brak jego docenienia przegrywa ze złymi mocami.
Czy jednak resztki magii nie spadną na jego mieszkańców wraz z padającym deszczem, nie otulą mgłą poranka? Czy już doprawdy nie uda się wymieść brudu z uliczek zapomnianego miasteczka?

Książka Marty Stefaniak, jak pisze Wydawca może i jest zbyt magiczna, aby mogła rzeczywiście się wydarzyć, jednak ja, mając ciągle przed oczami wspomnianą przeze mnie panią, która jakby zamknięta w swoim świecie krąży po ulicach mego miasta myślę, że może jednak istnieją ludzie którzy, może nie za sprawą magii, ale jakichś bliskich jej sił pragną czynić dobro? Teraz widząc starszą panią z jej wielka torbą pomyślę o niej ciepło i wyobrażę sobie, że w tej torbie trzyma dobre uczynki.

Tak sobie myślę ... idzie do ....

Ufff tyle zgłoszeń do konkursu chyba jeszcze nigdy nie miałam;) Wpisywanie Waszych nicków dawno nie zajęło mi tyle czasu i stresu (żeby nie pomylić się i nikogo nie pominąć). Chyba mi się udało;). W tak wielkiej ilości zgłoszeń szanse maleją, to zrozumiałe ale są osoby, do których szczęście się uśmiecha. Dzisiaj jest to JULIA ORZECH!!!!!!!!!!!!!! Gratuluję;)






Dziękuję Wszystkim za zgłoszenia i zabawę!

P.S. Julia teraz poproszę Cię o adres do wysyłki książki, ponieważ nagroda ufundowana przez Wydawnictwo Literackie jest już u mnie (moja06@wp.pl).



Na szybko i bez zadęcia - KONKURS - do wygrania chwil kilka z Jerzym Stuhrem przy lekturze Jego książki Tak sobie myślę


Tak na szybko, bez pytania o cokolwiek oddaję jeden z egzemplarzy dziennika Jerzego Stuhra Tak sobie myślę... . To same ciepłe słowa, budujące, choć pisane w chorobie, dzień za dniem (prawie) zmagań z nią i z nie zawsze barwną rzeczywistością. Do bólu szczery, nad wyraz inteligenty a przede wszystkim ciepły "zeszyt" wspomnień od Wydawnictwa Literackiego.

Wystarczy wpisać swoją chęć w komentarzu. Na zgłoszenia czekam do końca tygodnia (do niedzieli 24 czerwca, losowanie w poniedziałek)

Powodzenia
m.

Smoczek Marian z Drakosławic - Ewa Mleczko, Andrzej Mleczko


Przedstawiam Wam smoczka Mariana. Smoczek Marian mieszka w Drakosławicach i powstał dzięki wyobraźni mamy Mateusza – Ewy Mleczko i zdolnościom Andrzeja Mleczki, który go narysował. Książka Smoczek Marian z Drakosławic to zbiór opowieści z życia małego Marianka. Każde z opowiadań jest o innej jego fajnej przygodzie, a te ma Maryś fascynujące. Od pikników, przez urodziny, wizyty w sklepie z zabawkami do licznych zabaw z przyjaciółmi. Każda z tych przygód i opowieści uczy. Doświadczenia małego smoczka otwierają oczy na świat. Uczą małych czytelników dobrych zachowań, znaczenia niektórych trudnych słów, wyjaśniając je w przystępny sposób, który na pewno utrwali się w głowach naszych maluchów. Do tego bardzo wyraziste ilustracje Andrzeja Mleczki, prywatnie Taty autorki książeczki, które poruszą wyobraźnię niejednego maluszka. Smoczek Marian z Drakosławic to, jak się okazuje bajka nie tylko dla dzieciJ Ja tak się wciągnęłam w przygody małego smoczka, że nawet się nie obejrzałam jak te się skończyły (podczas gdy mój mały smoczek właśnie spał!!:) ). Zaskakiwały mnie mądre spostrzeżenia autorki, pouczające zwroty - czy to mamy smoczka do synka, czy też wynoszone z domu przez niego dobre rady dla przyjaciół.

Smoczek Marian z Drakosławic to właściwie pierwsza książeczka dla dzieci, którą przeczytaliśmy całą. Dotychczas czytaliśmy tylko wierszyki, w które pięciomiesięczne dziecko było w stanie się wsłuchać. Okazało się jednak, że i bajeczka może być tak napisana, że równy rytm opowieści wyciszy maluszka i pozwoli się jemu na chwilę choćby wsłuchać w treść. Także ilustracje zafascynowały mojego maluszka, bo nie chciał oderwać się od książeczki samemu próbując przekładać kartki w poszukiwaniu kolejnych kolorowych obrazków.

I jeszcze jeden plus książki – te opowiadania można czytać wybiórczo, można je powtarzać, bo wcale się nie nudzą (ja czytałam niektóre kilka razy). Smoczek Marian to dobry kumpel dla dzieci i bywa, że dobry wzór do naśladowania.


Macierzyństwo non-fiction - Joanna Woźniczko - Czeczott i konkurs na Początki i Macierzyństwo ...



Droga matko, myślę, że wśród występujących w tej książce kobiet na bank znajdziesz przyjaciółkę (Justyna Bargielska) – Bardzo mi przykro, ale nie!


I znowu kolejna książka w temacie około macierzyńskim. Ty razem dotycząca już samego macierzyństwa, czyli okresu po ciąży, o którym jest książka Początki. Na Macierzyństwo non-fiction  autorstwa Joanny Woźniczko-Czeczott zwróciłam uwagę zanim jeszcze została wydana. Zaintrygował mnie podtytuł – Relacja z przewrotu domowego i opinie na jej temat na stronie Wydawnictwa. Jakkolwiek mogłabym się zgodzić z podtytułem, a w szczególności określeniem pojawienia się dziecka, jako przewrotu - choć wolałabym aby to słowo miało raczej wydźwięk pozytywny, bo dla mnie taki ma, niż negatywny, który jak zakładam miał brzmieć w tytule, to już opinie, które – podobnie, jak książka, przedstawiają macierzyństwo jako straszne i ciężkie przeżycie zupełnie nie były zgodne z moimi. Stąd moje zainteresowanie książką – chciałam po prostu poznać zdanie innych kobiet.
Opisy macierzyństwa zazwyczaj ociekają lukrem. Pisze się o maluszkach, bobasach i nieustającej radości bycia matką. Od tej słodyczy bolą zęby. A jak jest naprawdę, wiedzą ci, którzy mają małe dzieci. Problem polega na tym, że zazwyczaj o tym nie mówią. (Justyna Sobolewska)
Właśnie, ja wiem i mówię o tym. Może ja mam jakąś wyjątkową cierpliwość? A może wyjątkowe dziecko? Albo po prostu nie przejmuję się tym, co mnie omija radując się każdą chwilą z moim dzieckiem?

Już w tym miejscu mogłabym nie chcieć sięgnąć po książkę, bo dla mnie to jednak słodki czas, pomimo – i owszem – problemów. Problemów, z których chyba każda kobieta decydująca się na dziecko zdaje sobie sprawę? Dziecko, to nie myślący dorosły człowiek, który – zachowując się w sposób dziecinny, może faktycznie denerwować. Dziecko to bezbronna istota, która potrzebuje opieki rodziców. No właśnie – rodziców. Przecież dziecko ma dwoje rodziców! Skąd sfrustrowane, zaniedbane kobiety, zamęczone, niewyspane jeżeli taką samą opiekę nad dzieckiem może sprawować jego ojciec? Ale zacznijmy od początku. Znowu to zdawanie sobie sprawy. Co innego młoda dziewczyna, która zachodzi w nieplanowaną ciążę, która nie ma ani warunków – nie tylko finansowych – do wychowania dziecka, ale sama jest mentalnie dzieckiem, psychicznie nie przygotowanym do przywitania swojego dziecka na świecie. Ale dorosła kobieta, którą przeraża ilość obowiązków i związanych z dzieckiem nowości to dla nie coś, czego nie znam.
Już w ciąży przeczuwałam, że istnieje. I że lepiej opanować go przed rozwiązaniem. Słowniczek obsługi dziecka. Ten, którym biegle posługują się młodzi rodzice, a który niewtajemniczonym (a przynajmniej ciężarnej mnie) do złudzenia przypominał chińszczyznę.

Hmm doprawdy to takie trudne do opanowania? Myślałam, że istnieje coś takiego, jak instynkt macierzyński i wszystko, co związane jest z dzieckiem kobiecie przychodzi łatwo – widać nie wszystkim. Niewtajemniczona? No właśnie, do czasu. Do rozwiązania, do zostania młodym rodzicem przecieżJ Doprawdy zastanawiałam się już przy pierwszym zdaniu, czy to prawda, czy tylko taka poza?
Chodziłam więc na przyspieszone kursy do koleżanek matek z pod®óbką moleskine’a w torbie i zamiast reporterskich treści zapisywałam w notesie obce (sic!) słowa.

Linomag, emmeljunga, oilatum.

Tantum rosa, Frida, bugaboo.

Octenispet, weleda, baby sense.

(…)

Myliły mi się kremy do pupy z markami wózków, a te s kolei – z przyrządami do wyciagania niemowlętom glutów z nosa.

To cytat z książki, broń Boże moja opinia! Pomijając podejście do spraw, nazwijmy to oczywistych (ciekawe jak autorka nazywa pełne pampersy, czyli kupy dziecka?!). Nie wiem, czy to może ja jestem dziwna, orientując się w przynajmniej większości wspomnianych nazw, już przed ciążą? Nie wiem, jak można żyć w dzisiejszym świecie, na którym na szczęście są jeszcze dzieci i nie osłuchać się z przynajmniej niektórymi wyrazami;/?
Pomimo, że książka od początku nie tyle mnie irytowała ile zaskakiwała, brnęłam dalej – przyznaję - niektóre momenty pomijając dla spokoju własnych nerwów, inne – dla zrozumienia czytając kilka razy. Ogólnie książka to jakaś straszliwa wizja macierzyństwa, chyba nie dla planujących je par. Bo zdanie Macierzyństwo po brzegi wypełnia nuda może skutecznie zniechęcić do posiadania dziecka J

Chociaż komuś, kto przeczytał powyższy tekst, książka może wydać się nieodpowiednia, nudna, albo denerwująca to chcę zaprzeczyć – tak nie jest! To bardzo ciekawy tekst, który osoby z podobnymi do autorki poglądami może zachwyci, a bliższych mi nawet rozśmieszyć J Czytaliśmy fragmenty na głos, zastanawiając się w dwójkę czy coś jest z nami nie tak, w dwójkę zaśmiewając się, z tak odmiennych od naszych problemów. Jednocześnie nie zazdroszcząc zniechęcenia do osiemsetnego trząśnięcia drzwiczkami szafki przez pierworodnego!

Chciałabym jeszcze dodać, że autorka, z którą co do kwestii dziecinnienia i zapomnienia siebie (mówienia o sobie w osobie trzeciej, zmiany gustów itp.) nie mogę się zgodzić prowadzi także blog metamacierzynstwo.pl. Chciałabym też zapytać autorki skąd pomysł aby bohaterów książki – siebie, męża i dziecko „ubrać” w postaci ze słynnego w latach osiemdziesiątych serialu o bogatej rodzinie. Przecież chyba macierzyńswto Crystal czy Alexis wyglądało zgoła inaczej? Ale to już chyba osobny temat.
I na pocieszenie, także cytat z książki Joanny Woźniczko – Czeczott:
Macierzyństwo to tak duże wyzwanie, że można starać się je osłodzić. Koncentrować się na tym, co dobre. Pięknych chwil wszak nie brakuje.

Dla osób chętnych na lekturę zarówno Początków jak i Macierzyństwa non-fiction. Relacja z przewrotu domowego przygotowałam konkurs. Chciałabym, aby książka Początki (ufundowana przez Wydawnictwo Świat Książki) trafiła do przyszłych mam – więc proponuję ją dziewczynom w ciąży (ufam tym, które zgłoszą się do konkursu),  oczywiście nie tylko one mogą zgłaszać się po książkę. Natomiast Macierzyństwo non-fiction (z mojej biblioteczki) chciałabym podarować jednej z obecnych mam. Na zgłoszenia czekam do następnego piątku, czyli do 8 czerwca, do godziny 12.00.


Zgłaszajcie się więc przyszłe Mamy i Mamy obecne. Życzę Wam powodzenia.

cytaty pochodzą z książki Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego. J. Woźniczko-Czeczott.

Herbaciarnia Madeline - Darien Gee




W pocie oblicza twego będziesz musiał zdobywać chleb (Rdz 3,19).

Chleb – pożywienie, życie i siła. Od czasów Chrystusowych chleb był symbolem pojednania i życia, jako chleb (życie) pochodzący od Boga dla narodu wybranego. Wiele razy pojawia się też chleb jako ofiara, czy cudowny pokarm. Wreszcie chleb rozmnożony przez Jezusa i Jego ciało. Zawsze jednak chleb kojarzyć się będzie z czymś dobrym, niezależnie od wyznawanej wiary. I niezależnie też od niej chleb to życie, a odmówienie jego komuś to bardzo zły gest. Podarowanie natomiast, czy podzielenie się z innym człowiekiem chlebem to symbol szacunku, nie tylko dla Boga ale i bliźniego. Obrzęd łamania się chlebem (łamanie wzięło się prawdopodobnie stąd, że dawniej chleb był płaskim, twardawym pieczywem nadającym się raczej do łamania, niż krojenia, czy rwania) pochodzi aż ze starożytności i też związany jest „podzieleniem się”.
Czemu tak łatwo połączyć chleb i dzielenie się z Amiszami? Dlatego, że Amisze uznali, od czasów obowiązku ubezpieczenia się, za taką właśnie formę ubezpieczenia własne społeczności, w których wszyscy sobie pomagają, DZIELĄ SIE i opiekują się sobą nawzajem. I to od nich wywodzi się główny bohater książki Darien Gee Herbaciarnia Madeline, jej lejtmotyw - chlebek przyjaźni Amiszów. Pierwotnie to chlebek szczęścia inaczej chleb watykański (czy też chleb Hermana), na który przepis, z uwzględnieniem zakwasu i specjalistycznego go traktowania powstał z przyczyn koniecznych, a mianowicie z braku drożdży.

Po Avalonie krąży zakwas ciasta. Nazywa się to chleb przyjaźni amiszów, chociaż z amiszami nie ma nic wspólnego. (…) To jakby łańcuszek, z tym że nikt nie mówi, że zdarzy ci się coś złego. Po prostu musisz dbać o zakwas, a dziesięć dni później podzielić go na cztery części. Jedną zużywasz sama, piekąc chleb, pozostałe dajesz trójce przyjaciół.

Taki właśnie chlebek, a właściwie jego kilka kawałków otrzymała Julia, bohaterka Darien Gee, do chlebka załączony był ten specjalny zakwas wraz z przepisem zapisanym wierszem i opatrzony komentarzem MAM NADZIEJĘ, ŻE BĘDZIE SMAKOWAŁO. Początkowo sceptycznie nastawiona Julia nie miała w planach dostosować się do zaleceń przyjaznego ofiarodawcy, jednak skuszona przez córeczkę Grace rozpoczęła przygotowania do pieczenia chlebka. Tak zaczyna się ta przesmaczna i ciepła opowieść, która mogła mieć faktycznie miejsce, nie tylko w Avalon, w którym rozgrywa się akcja książki, ale w każdym innym miejscu na świecie (co by było pewnie dobre dla ludzkości). Później to już tylko trzeba przeczytać przepis dołączony z tyłu książki, wybrać najsmaczniejszą, według siebie wersję i koniecznie udać się do kuchni w celu pieczenia chlebka. A najlepiej by było móc udać się do tytułowej herbaciarni, którą prowadzi starsza pani – Madeline, a w której to rodzą się przyjaźnie. Zamknięta dotychczas w sobie Julia, unikająca kontaktów ze wszystkimi pod śmierci synka, zostawiona samej sobie Hannah, której gwiazda niegdyś błyszczała, a teraz przyćmił ją cień zdrady i Madaline, niepogodzona ze swoim dawnym wyborem, jednak starająca się czerpać z życia same miłe chwile. Nad filiżanką sporządzonego przez właścicielkę herbaciarni naparu z mieszanki ziół kobiety odszukują swoje drogi, które zaprowadzą je do licznych wspaniałych znajomości i pomogą odkryć sens życia i miłości. Z tego dzielenia wyniknie ogromna góra chlebka przyjaźni amiszów i wielki gest pomocy ze strony mieszkańców Avalonu. Pieczony na różne sposoby: z orzechami, bananem, z żurawiną i w formie muffinów czy naleśników będzie strawą dla poszkodowanych w kataklizmie mieszkańców pobliskiego miasteczka, a źródłem satysfakcji i radości dla Madeline, Julii i Hannah.
Ten mały kawałek słodkiego chlebka czynił cuda u mieszkańców Avalon. Torebka z zakwasem gnieciona przez pięć dni  stanowiła źródło zabaw dla ich dzieci, a zapasy mąki i cukru, czyli produktów dodawanych w kolejnych dniach w celu odżywienia zakwasu, zostały wymiecione ze sklepowych półek. Każdy chciał się podjąć opieki nad woreczkiem zakwasu – ściskać go, wypuszczając bąbelki powietrza, chroniąc w ten sposób przed zepsuciem i pleśnią. Czułe traktowanie woreczków dopuszczało nawet ich mrożenie, w celu uniknięcia zepsucia, a wyrzucenia zakwasu do śmieci graniczyło z grzechem – w końcu to chleb, jedzenie i źródło przyjaźni.
W miasteczku nie rozmawiano o niczym innym, tylko o chlebku i zakwasach. Stał się on nawet źródłem chwilowego (jak na wypiek przyjaźni przystało) konfliktu, pociągając za sobą nie jego pogłębienie a raczej zapomnienie dawnych waśni i pogodzenie.  Niektórzy mieszkańcy, obdarowani dziesiątki razy torebką z zakwasem, uciekali na widok sąsiada kierującego się w ich stronę z kolejnymi torebkami w rękach. Trzeba wiedzieć, że z każdej torebki zakwasu wychodziły trzy kolejne do rozdania, tak więc po niespełna czterech miesiącach chlebowego szału w Avalon krążyło ponad milion torebeczek zakwasu! Ile to wypieczonych bochenków, niech każdy z was sobie sam policzy.
Podupadająca niegdyś herbaciarnia Madeline wraz z nastaniem w Avalon epoki chleba przyjaźni amiszów stała się punktem operacyjnym, w którym zbierały się panie wypiekające chlebki, wymieniano się tam kolejnymi wersjami wypieku, wzbogacanego coraz to innymi dodatkami. Miejscem którym narodził się gest wielkiej przyjaźni – czyli pomoc zalanego sąsiedniego miasteczka. Otoczeni setkami bochenków chleba mieszkańcy Avalon zaczęli emanować przyjaźnią, zarażając nawet najbardziej zatwardziałych. Rozmnażający się w niesłychanym tempie nowy mieszkaniec Avalon – chlebek - stał się przyczynkiem do ocieplenia stosunków między dawno skłóconymi siostrami, rodzicami i ich dziećmi, a także dawał nadzieję samotnym. Promieniejąc na wszystkie strony, niczym piec rozgrzany jego pieczeniem napełnił nie tylko brzuchy mieszkańców pysznym smakiem ale i ich serca miłością.
Chyba po przeczytaniu książki Darien Gee nie znajdzie się taka osoba, która nie popędzi do swojej kuchni i nie upiecze chlebka dającego rozkosz tak wielu zmysłom. Podobnie zresztą jak i lektura książki, która zapowiadając niby przewidywalność kusi, niczym dobry wypiek zapachem, swoim ciepłym i kojącym słowem. Udanych wypieków! 


ZAKWAS CLEBA PRZYJAŹNI AMISZÓW:

1 opakowanie (7g) suchych drożdży
¼ szklanki ciepłej wody (ok. 40 stopni C)
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka białego cukru
1 szklanka mleka 

CHLEB PRZYJAŹNI AMISZÓW:

DZIEŃ 1: Nie rób nic
DZIEŃ 2: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 3: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 4: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 5: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 6: Dodaj do torebki 1 szklankę mąki, 1 szklankę cukru, 1 szklankę mleka. Zgnieć torebkę
DZIEŃ 7: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 8: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 9: Zgnieć torebkę
DZIEŃ 10: Stosuj się do poniższych instrukcji:
Przełóż zawartość torebki do niemetalowego pojemnika. Dodaj 1,5 szklanki mąki, 1,5 szklanki cukru, 1,5 szklanki mleka.
Podziel ciasto na cztery części (po jednej szklance każda) i włóż do czterech litrowych zamykanych woreczków.
Zachowaj jeden woreczek dla siebie, pozostałe daj trzem przyjaciołom wraz z przepisem.
PAMIĘTAJ: Zachowując zakwas dla siebie, możesz upiec chleb za dziesięć dni. Jest pyszny i może być wspaniałym prezentem.

Pamiętaj!
cytat oraz przepisy pochodzą z książki 







Agent - Manuela Gretkowska



Dawno już nie czytałam książki wzbudzającej we mnie tak skrajne emocje – od  złości po błogi stan wczytania, od śmiechu do łez. Wszystkie one świadczyły tylko o wyjątkowości lektury i jej porywającej treści. Przewrotność tytułu, który sugeruje, jeśli nie polityczną to przynajmniej konspiracyjna naturę powieści nastawia czytelnika do zupełnie innej lektury.

Dla Hanny Szymon to kochający (no, może już z mniejszym żarem) mąż, ojciec ich dzieci. Szymon dzielący ich wspólną tragedię, człowiek, o którego Hanna może się troszczyć. Dla Doroty Szymon to kochanek, ojciec ich dziecka i przyszłość, którą widzi ta młoda kobieta. Szymon to chciałoby się powiedzieć obłudnik. Człowiek bez serca, albo niezdecydowany, rozedrgany emocjonalnie niedojrzały, pomimo wieku mężczyzna. Ale Szymon to też smutny, schorowany człowiek. Człowiek, który nie wie, jak i gdzie ulokować swoje uczucia, albo wręcz lokujący je w zbyt wielu miejscach. Jego życie, na własne żądanie stało się tykającą bombą. Nie dość, że wiekowe i schorowane serce już nie daje rady, to jeszcze nawracające stany depresji pogłębiają sprawę. Zapewne podwójne życie Szymona także nie sprzyja jego sercu. Ciągłe podróże, nazwijmy je miłosnymi, życie w permanentnym kłamstwie – dla żony kochający mąż i ojciec, którego tak naprawdę mało obchodzą domowe problemy, dla Doroty ktoś zupełnie obcy sobie, człowiek z cudzym życiorysem, w którym i jemu czasem trudno się połapać. Dla swojego małego synka ojciec na odległość, a dla dorosłej córki prawie obcy człowiek. Bohater Manueli Gretkowskiej wydaje się niepogodzony z własnym życiem, umęczony swoim niezdecydowaniem i jednocześnie nie mający odwagi rozwiązać tego supła kłamstw. Szymon nie istnieje w pełni ani dla swojej rodziny w Izraelu, ani dla tej w Polsce. On nawet nie istnieje w pełni dla swojej świadomości. Niepogodzenie Szymona ma początki w jego korzeniach. Ani to Polak ani Żyd – nieustannie napominany przez, starającą się być ortodoksyjną Żydówką Hannę nie potrafi odnaleźć się i w tej części swego życia. Szymon zdaje się być bliskim upadku w każdym aspekcie jego życia. Związki, które ciągnie, kobiety które oszukuje i okłamywane dzieci, pozbawione prawdziwego ojca w końcu kiedyś nie wytrzymają, a jego podwójna osobowość nie wytrzyma próby czasu i połączy się w jedno zawiązując mocno tej supeł. Zbyt mocno, jak na jedno serce.  
Agent Manueli Gretkowskiej to opowieść o poszukiwaniu siebie. Zarówno w przeszłości jak i w prozie życia codziennego, które samemu się pogmatwało. To smutna historia zatruwania własnego życia i serca. U Gretkowskiej samotni są wszyscy – i Hanna, która opłakuje śmierć syna, pozostawiona samej sobie i Dorota wiecznie czekająca na ukochanego mężczyznę, bez widoków na wspólną przyszłość. Mały Dawid, który z każdą wizytą ojca, musi go sobie przypominać i Miriam, tak obca dla swojego taty. Wreszcie samotny Szymon, zagubiony między Izraelem a Polską, zawieszony w tysiącach kilometrów odległości, rozpinający swoją miłość między dwoma domami. Pozostaje pytanie – czy te odległości, zarówno fizyczne, jak i mentalne nie są zbyt duże aby na nowo zbliżyć kochających się ludzi. I czy z kolei nie stanowią problemu dla prawdy?
Wzruszyłam się nad tą książką, choć nie wiem, czy taki cel chciała osiągnąć autorka? I chociaż potępiałam zachowanie Szymona na całej linii, to żal mi było tego zagubionego człowieka, który przez swoje niezdecydowanie, krzywdził wszystkich wokół siebie i jednocześnie żył przekonany, że to najlepsze rozwiązanie, jakie mógł uczynić. Tylko, dla kogo ono było dobre? Miałam czasami chęć krzyknąć do bohatera Gretkowskiej, zrobić coś, aby nie mógł już więcej wsiąść w samolot i lecieć, aby dalej krzywdzić. Potrząsnąć tym pseudoagentem, tak aby dotarło do niego, że nie można mieć wszystkiego, że to nie jest miłość, to tylko jego wyrachowanie. Obłudnik, któremu chciałoby się powiedzieć „a dobrze ci tak” tylko, że ma się w sobie trochę więcej człowieczeństwa niż on sam.
Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałam wyżej nie oddaje w pełni emocji, jakie towarzyszyły mi w trakcie lektury, i targają mną jeszcze do teraz, choć od ukończenia książki minęło już kilkanaście dni. Myślę, że książka Manueli Gretkowskiej to jedna z tych, do których z pewnością będę wracać, może uda mi się znaleźć wtedy wytłumaczenie dla zachowania Szymona, może uda mi się go kiedyś uratować?

Drugie piętro - Andrzej Gumulak



D r u g i e  p i ę t r o  starej warszawskiej kamienicy, mieszkanie Heleny, piętro niżej Lidii. Przeszłość i teraźniejszość, muzyka i taniec, przyjaźń i nienawiść – to wybuchowe mieszanki zamieszkujące między dawnymi przyjaciółkami, które poróżniło … no właśnie co? Czy one same jeszcze pamiętają, czy to właśnie o to, o czym myślą poróżniły się lata temu? Helena śpiewaczka operowa, której życie nie było barwną sceną, a kariera miała swoje upadki i wzloty - te pierwsze dość bolesne, a te drugie często podpierane cudzymi plecami, dzisiaj pragnie tylko odzyskać spokój ducha i rozgrzeszyć swoją przeszłość. Lidia za to zawsze miała szczęście - w miłości, tańcu i codziennym życiu. To drogi Lidii zawsze usypane były różami, jej wszystko się udawało i wydawało się przy tym, że nie kosztuje jej to ani wysiłku, ani poświecenia czegokolwiek. Jednak w przypadku obydwu kobiet to tylko pozory.

Książka Andrzeja Gumulaka to swoiste spektrum życia. Radości i smutki towarzyszą bohaterkom Drugiego piętra od początku ich przyjaźni. Najpierw wojna, która zabrała dziewczynkom rodziców, radosne dzieciństwo i prawie szanse na karierę, potem ciężar nie do udźwignięcia na barki obydwu kobiet. Ciężar, którego los nie chce zdjąć do końca ich dni. Pomimo wielu cudownych chwil w ich późniejszym życiu ten dramat lat młodzieńczych będzie ciągnął się za Lidią i Leną, umniejszając kolejne tragedie w ich życiu. Te wieczne sąsiadki-przyjaciółki, dzisiaj już osiemdziesięciolatki żyją prawie jakby obok tego, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu. Nawet zdrada, jakiej się dopuściły wobec siebie nie przyćmiła  kładącego się cieniem na ich życiu zdarzenia.
Helena, raczej całe życie zamknięta w sobie, nawet na operowej emeryturze nie może przestać śpiewać i słuchać muzyki. Czym denerwuje Lidię, wesołą osiemdziesięciolatkę,  wielbicielkę seriali i młodych mężczyzn. Jednemu z nich Lidia nawet wynajmuje pokój, i traktując go jak wnuka, którego nigdy nie miała. Czerpie od Wojciecha ducha młodości, co objawia się w notorycznymi przebierankami w suknie prosto ze sceny baletowe i najróżniejsze peruki, co czyni ją trochę groteskową.
Jednak i na stare lata los nie zapomina o kobietach. Poróżnione miłosną zdradą zmusza do odrzucenia nienawiści i ponownego wspólnego życia. Ale i tu nie szczędzą sobie złośliwości. Pomimo choroby, kłopotów finansowych i ciągłego braku rozwiązania przeszłości kobiety drą ze sobą koty, jednocześnie planując wspólny wyjazd.
Aby docenić tę - wydaje się pogmatwaną - historię trzeba poznać Helenę i Lidię, bo dopiero kiedy poznamy ich przeszłość będziemy w stanie zrozumieć zachowanie kobiet. Drugie piętro nie jest opowieścią dwóch starszych pań, której można wysłuchać przy herbatce i lekko zakurzonym ciastku. Moja wyobraźnia podsuwa raczej obraz dwóch przekomarzających się wesołych kobietek z rumieńcami po kilku kieliszeczkach winka. Babć, które niosąc przez życie ciężar przeszłości niczym wypchaną za dużą torbę raczej odrzucą kilka szpargałów, niczym zbędny balast, niż będą męczyć się dla idei. Babć, które kreślą, mimo wieku dalekosiężne plany, nawet jeśli zdają sobie sprawę z marnej szansy ich realizacji. I choć można obawiać się lektury książki o dwóch starszych paniach napisanej przez młodego mężczyznę, to w przypadku Drugiego pietra to czysty majstersztyk psychologiczny wesołego, (dość) podeszłego wieku kobiet.

Ile kroków do domu - Dominik Rutkowski




Przyłożyli uszy do podłogi i nasłuchiwali. „Paszport”, „oclenia”, „bagaż” – udało im się wychwycić pojedyncze słowa i rzeczywiście rozmowy, które toczyły się na dole, były prowadzone po polsku. Pierwszy etap podróży mieli za sobą, pierwszą przeszkodę przed sobą. Wiedzieli, że teraz już nie ma odwrotu, przespali możliwość wycofania się i jedyne, co mogli zrobić, to siedzieć cicho, skulić się, skurczyć i liczyć na to, że nikomu nie przyjdzie do głowy zajrzeć na górę.


Miało być (z rekomendacji i zapowiedzi Wydawcy) chłopacko, wartko i w napięciu. I było! Od pierwszych stron debiutancka powieść Dominika Rutkowskiego Ile kroków do domu porywa bez litości. To lektura bez chwili na przerwę, na złapanie oddechu i  spokojne sny. Ile kroków do domu to opowieść o przyjaźni czterech chłopaków ubrana w polski paradoks lat 60. Czyli mamy niekończące się kolejki za wszystkim i niczym, burkliwych urzędników (tu bez zmian) i kłopoty z załatwieniem czegokolwiek. Dzisiaj, kiedy coraz trudniej przypomnieć sobie tamte czasy można popaść w skrajność uczuć – od idiotycznego (nerwowego) śmiechu, wręcz chichotu do podenerwowania towarzyszącego bohaterom książki. Powieść Dominika Rutkowskiego to historia Andrzeja Kochana, który w wieku 15 lat wyjechał do matki i wuja do Francji. Tam, posłany do szkoły przesiąka atmosferą wolnego kapitalistycznego kraju. Łączy z nim swoją przyszłość nie wyobrażając sobie powrotu i życia w socjalistycznym PRLu. Jednak patriotyzm woła go do odbycia wojskowej służby w ojczyźnie. Niestety Kochan nie przewidział tego, że Ojczyzna w latach 60 nie doceni tego patriotycznego gestu uznając go za co najmniej podejrzany. Każdy ruch przed szereg, każda postawa indywidualna uważane były wtedy za przejaw sprzeciwu władzom i dawały podstawy do zaliczenia takiego obywatela do grupy konspiracyjnej, działającej przeciwko, jeśli nie na szkodę państwa Polskiego. Po odbyciu skróconej służby wojskowej Andrzejowi zostaje zamknięta droga powrotna do Francji. Wraz z odmową wydania paszportu w chłopaku burzą się emocje, które podpowiadają głupie rozwiązania. Razem z przyjaciółmi – Szczotą, Sysym i Mańkiem próbuje ucieczki z Polski - najpierw przez zasieki na zielonej granicy, potem - na różne sposoby pociągami we wszystkich możliwych kierunkach, byle tylko dostać się do Paryża. Jak można się domyśleć rodzi to mnóstwo komplikacji. Do tego wszystkiego dochodzi przypadkowe wplątanie w szajkę złodziejską i młodzieńczy bunt chłopaków staje się pożywką na awans milicjanta-służbisty.

Nie chciałabym opowiadać w tym miejscu fabuły książki, bo mogłabym pozbawić przyjemności lektury potencjalnego czytelnika, ale może warto wspomnieć, że historia Andrzeja Kochańskiego i jego kolegów to dobra lekcja historii, szczególnie tak niepojętej dla najmłodszych pokoleń. Nieznane dziś, w czasach świata bez granic problemy z paszportem, niemożność swobodnego poruszania się po świecie to odległe dla najmłodszych tematy. Dla bohaterów Dominika Rutkowskiego niestety nie. Paradoks tamtych czasów jest rozbrajający, objawiał się w każdym zachowaniu władz, rozbawiał, choć wówczas do śmiesznych nie należał i niezmiennie irytował. Brak konsekwencji i jakiejkolwiek logiki w działaniu władz peerelowskich może zadziwiać, a mniej odpornych przyprawić o palpitację serca. Podobnie, jak próby wydostania się Kochana za granicę kraju, których pomysłowości można tylko pozazdrościć. Tym bardziej, że powieść Dominika Rutkowskiego została oparta na prawdziwych wydarzeniach – tak, zapewne niejeden mieszkaniec Polski miał wówczas podobne problemy, jak Kochan, tylko, że może nie każdy z nich odważył się na taki krok, jaki uczynił bohater Rutkowskiego.

Akcja powieści rozgrywa się na warszawskich ulicach Polski, począwszy od lat 60 do bardziej współczesnych nam lat 80. Barwność postaci, wydarzenia im towarzyszące opisane są z taką plastycznością, że czytelnikowi przed oczyma stają gotowe obrazy z tamtych wydarzeń. Czasem nawet może wydać się, że jest się jednym z bohaterów Rutkowskiego uwikłanym w konspirację wraz z Kochanem, o ile niejeden z czytających nie odkryje siebie w jego postaci. Wraz z rozwijająca się akcją powieści widzimy „rozwijający” się kraj władz - upadające partyjki, układy, zapełniające się półki sklepowe dotychczas świecące pustkami, coraz większa ilość samochodów, nawet sprowadzanych z zagranicy i pojawiające się kolory w szarym świecie postkomunistycznym.

Ile kroków do domu (tytuł autor zaczerpnął z podwórkowej zabawy) to wreszcie opowieść o przyjaźni – tej silnej, zawieranej w czasach podwórkowych. Przyjaźni, która trwa pomimo zawiłości losu. Choć zmieniają się przyjaciele – życie wielu uczy pokory, twardnieją i zmieniają poglądy, czasem charakter, zmieniają się też dzielące ich odległości, i choć może do domu trzy słoniowe kroki, to przyjaźń trwa nadal. Drogi bohaterów Dominika Rutkowskiego, które kiedyś się rozeszły schodzą się by potwierdzać siłę przyjaźni. I choć może nie jest ona już tak silna, nie fascynuje jak dawniej, to nadal łączy dawnych przyjaciół z podwórka. Jest jak Warszawa z powieści, zmieniająca się na naszych oczach, ale pozostająca jednocześnie ciągle tą samą Warszawą.


Polecam wywiad z autorem: http://www.muza.com.pl/?module=wywiady&id=699
cytat pochodzi z książki