Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

Strasznie głośno, niesamowicie blisko - J. S. Foer




Są takie książki, które po przeczytaniu zapominamy. Są i takie, które wpadają na chwilę do umysłu, pokręcą się w nim i za chwilę ulatują, ale są też takie, które wpadając zakorzeniają się, nie myśląc ani trochę o wyjściu. Taka jest książka Jonathana Safrana Foer’a Strasznie głośno, niesamowicie blisko. Ta książka całym swoim jestestwem przesiaduje w naszych myślach, począwszy od treści, przez problem, który porusza i bohatera, skończywszy na tak trywialnym aspekcie książki, jak obwoluta (w pierwszym wydaniu rozmyta, magiczna, w drugim filmowa i przerażająca) pozostaje cała w głowie. Jak kamień wrzucony do pudełka, z którego nigdy już nie ma wypaść obija się o inne myśli, inne książki, aby czasem schować się w ciemnym kącie, ale tylko na chwilę. Po tej wychodzi z niego jakby jeszcze większa, jakby obrażona, że na chwilę została zapomniana. Ta książka jest wielkim ciosem, właściwie nie powinno pozwolić się jej czytać. Jej siła rażenia równać może się sile rażenia problemu o jakim mówi.  

Oskar Schell, jedenastolatek z Nowego Jorku to nad wyraz inteligentny chłopiec. Jego analityczny umysł zdaje się nigdy nie spać. Ciągle myśli, liczy, gdyba, analizuje. Zamknięty w sobie żyje w świecie poniekąd magicznym. Poniekąd, bo niestety ciągle to świat realny, pełen zagrożeń, które Oskar usilnie stara się omijać. A dzieje się tak od kiedy tata Oskara wyszedł z domu i nie wrócił, a w tym samym czasie dokonano ataku terrorystycznego na wieże WTC. I choć mama chłopca stara się chronić go przed złem świata, to on wie swoje. Wie to, czego z kolei nie wie mama, bo Oskar jej nie powiedział. Wiadomość na swojej komórce odsłuchuje kilka razy dziennie -choć boli i przyprawia o lęk - jakby ta miała zmienić bieg spraw. Równolegle Oskar poszukuje tajemniczej osoby o nazwisku Black, które znalazł na małej karteczce ukrytej przez tatę, wraz z kluczykiem, który nie pasuje do żadnej dziurki w domu. Absurdalność tych wydarzeń, a szczególnie ich zwieńczenia może wydawać się kompletnie nieprzystającą do wagi problemu, o jakim jest książka J. S. Foer’a. Ale to właśnie ta abstrakcja, w postaci poszukiwań tajemniczego Black’a jest motorem działań małego chłopca i drogą prowadzącą do pogodzenia się z utratą kochanej osoby. Przejściem w stopień dorosłości, i pożegnaniem z magią.  

Ta powieść jest jednocześnie baśnią. Jednym wielkim snem, który mógłby i jednocześnie nie powinien wydarzyć się w rzeczywistości. Dwupłaszczyznowość książki pomaga w odbiorze tragicznej jej strony, otaczając tę straszną jej stronę, niczym puchowa kołdra dobrymi uczynkami, pięknymi słowami i baśniowymi myślami. Na tę kołdrę składają się spotykani przez Oskara ludzie, przypadkowe obrazy, dobre uczynki i gesty. Myślę, że sposób, w jaki Foer przedstawił problem oswajania się dziecka ze śmiercią jest najdoskonalszym z dotychczas mi znanych. I choć Oskar wydaje się pozostawiony sam sobie, z problemem, ze smutkiem i nierozumieniem (bo matka pogrążona w żałobie nie zauważa tego, co dzieje się z jej dzieckiem), to właśnie to odosobnienie, pozwolenie jemu na pełną samodzielność, zarówno w działaniach jak i interpretację problemu pomaga chłopcu lepiej zrozumieć wszystkie wydarzenia.  

I nie wydaje mi się aby zarzucany amerykański sentymentalizm w tym wypadku się potwierdzał. Nie ma w Strasznie głośno … ani amerykańskiej psychoanalizy, ani wątpliwych wydarzeń, nie ma ani grama kiczu w tej przepięknej powieści. Jest za to inne spojrzenie na tamte wydarzenia, wspaniała dziecięca analiza problemów dorosłych ludzi, i coś co uderza. Coś takiego, co powoduje kręcenie głową, coś niewyobrażalnego, jakby na nowo przeżywało się tę nieprawdopodobną chwilę, która nigdy już nie umknie z naszych myśli. W sposób dziecięcy, lekki, powiedziałabym różowy zawoalowane okrucieństwo współczesnego świata. Okrucieństwo, które wydaje się czaić za bohaterem Foer’a na każdym kroku. Strach o dziecko, obawa o to, co się stanie, kiedy do niego dotrze cała prawda. Strach chyba niepotrzebny, bo ten mały ekscentryk to mądry człowieczek, od którego można uczyć się zrozumieć świat.  

W każdym wydaniu książki J. S. Foer’a (mam na myśli polskie wydania, a znane mi są dwa, wydane przez W.A.B w roku 2005 oraz 2012) znajdują się także zdjęcia, jak błyski świadomości, ilustrujące doskonale to, co dzieje się w głowie chłopca. Wrażenie piorunujące ma szczególnie zbiór fotografii znajdujących się na końcu książki, które ułożone w odwrotnej kolejności sprawiają wrażenie, że człowiek wyskakujący z jednego z płonących wieżowców cofa się, wpadając z powrotem w okno (Kiedy je szybko przewracałem, wyglądało to tak, jakby mężczyzna wzbijał się w niebo.). To takie małe marzenie Oskara, który strasznie chciałby, aby tą postacią widoczną na zdjęciach był jego tata.

Właściwie to mogłabym pisać jeszcze długo o tej książce. Nie wiem, czy w ogóle udałoby mi się kiedykolwiek przestać, bo fakt, że czytałam ją strasznie dawno, a ciągle jeszcze, myśląc o niej, wzruszam się nie daje gwarancji, że szybko uleci ona z moich myśli. Właściwie mogę powiedzieć, że to jedna z niewielu książek, których pewnie nigdy nie zapomnę. Chciałabym ją ciągle mieć przy sobie, czerpać energię z fascynującej jej treści, hołubić i nigdy nie dać jej zniknąć ani fizycznie, ani duchowo. Powiedzieć o Strasznie głośno, niesamowicie blisko cudowna, wspaniała to za mało. Przychodzi mi na myśl nieoceniona, ale to określenie i tak jeszcze nie sięga głębi powieści. 


cytat pochodzi z książki

Anatomia. Monotonia - Edy Poppy


Lubię kiedy książka, którą czytam pochłonie mnie bez reszty, lubię też – choć mam w zwyczaju po ukończeniu jednej szybko zaczynać kolejną, jak bulimik wrzucający w siebie kolejne porcje jedzenia, albo jak ktoś, kto komu za chwilę odbiorą książki - kiedy książka mną wstrząśnie, nie chce wyjść z mojej głowy. Wtedy mam ulubiony objaw, przyprawiający jednocześnie o dreszcz – odrzucania każdej kolejnej i biada tym, które akurat wpadną w moje ręce. Ostatnio miałam właśnie szczęście do takich, które rozsiadły się na dłużej w mojej pamięci. 

Niestety, prawda jest taka, że im więcej się czyta, tym częstych doznaje się rozczarowań. Dlatego większość czytelników dochodzi kiedyś do punktu, w którym na serio zaczynają rozważać zerwanie z czytaniem. Ale nie można, rzecz jasna, wierzyć obietnicom zatwardziałych czytelników, nie bardziej niż zapewnieniem alkoholików, którzy dopiero co przestali pić, czy małych dzieci. Głęboko w oczach zaprzysięgłych czytelników, twierdzących, że przestają czytać, tli się wciąż maleńki płomyk nadziei, oczekiwania na tekst, który swym temperamentem, skrywanymi niespodziankami, ładunkiem energii zdoła na nowo ożywić zniechęconego, lecz nieuleczalnego czytelnika..
(…)
Debiutancka powieść Edy Poppy, tak rzeczywista, niebezpieczna, w naturalny sposób wyróżnia się w zalewie poślednich powieściowych rozczarowań. (…) Po pierwsze ze względu na zuchwałość. Nonszalancką, niezależną bezczelność.

Książce Anatomia. Monotonia - choć z serii zmysłowej i tylko dla dorosłych czytelników - daleko do wulgarności, zniesmaczenia i obrzydliwości. Bo czyż fakt, że bohaterka nie nosi bielizny, sika co chwilę i nadużywa słowa cipka jest tak bardzo wulgarny i niesmaczny? Sceny miłosne (właściwie akty miłosne) nie mają wydźwięku perwersyjności, wulgarności, a przez „swoją szczerość bliskie są jej zmysłowym doświadczeniom”. Jedynie może czytelnika wrażliwego drażnić fakt, że Vår (to imię bohaterki książki) zbyt często miewa przygodny seks. No, ale wrażliwy czytelnik nie sięgnie chyba po tę pozycje.
Od początku. Anatomia. Monotonia Edy Poppy to opowieść o małżeństwie, które na początku swego związku ustaliło regułę, mianując swój związek wolnym (i można dywagować na temat słuszności takiego postępowania, ale nie o to chodzi, bo każdy robi jak chce, każdy związek ma swoje zasady a człowiek sumienie, więc w słuszność, czy też jej brak postępowania Vår i Lou nie zagłębiam się, moja opinia na temat książki nie jest też opinią na temat tzw. wolnych związków,). Vår, dla której małżeństwo nie było wymarzoną instytucją zgadza się na wspólnie podjętą decyzję o braku wszelkich ram i zależności w małżeństwie, a Lou, choć pragnący stałości i rutyny przytakuje nie do końca przekonany na pomysł żony. Jednak to on znajduje głębokie i silne uczucie w stałym związku pozamałżeńskim z młodziutką Sidney, która staje się jego powierniczką i odskocznią od codzienności. Seksualność Sidney nie ma tak wielkiego znaczenia dla Lou jak mentalność i duchowy wymiar tego związku.
Vår natomiast ciągle goni za miłością. Chociaż to ona, od początku związana ze swym pierwszym Kochankiem (zwanym przez duże K. z racji siły rażenia tego uczucia) dzieli miłość między dwóch mężczyzn. Jednak kiedy w jej związku z K. coś zaczyna się psuć nie potrafi znaleźć drugiego takiego mężczyzny na dłużej. Przygodne krótkie związki Vår, na chwilę, dla doznań ale bez uczucia zaczynają ją drażnić. Usilnie stara się znaleźć kogoś do kochania, męcząc się wzmagającym uczuciem zazdrości o kochankę męża. Dopiero zaproponowana przez Lou gra wzmaga jej chęć do działania. Niestety, jednocześnie strasznie miesza w ich małżeństwie sprawiając, że nawet poznany przez Vår mężczyzna, którego wydawać by się mogło kocha nie daje ukojenia.
Po tym nieudanym związku, po tej niefortunnej grze przychodzi czas na refleksję. Tym dwojgu przestają wystarczać jedynie niedziele, które zwykle mieli tylko dla siebie. Niedziele pełne rutyny małżeńskiej. Zaczynają chcieć czegoś więcej. Zaczynają coraz silniej zazdrościć przestając widzieć sens gry i dawnych zasad. Ale jednocześnie ciągle jakby pragną czegoś więcej szukają nowych doznań.
Anatomia. Monotonia dla jednych będzie książką o zdradzie, dla innych o perwersji, bezsensie i poszukiwaniach, a dla jeszcze innych o sile miłości. Albo będzie ona dla wszystkich o tym wszystkim po trochu. Dla mnie to chyba ciągle jeszcze książka o sile miłości. Miłości, która pokonała błędy, znudzenie i monotonie. I choć ciągle rozmyślam o książce Edy Poppy nadal nie mogę odnaleźć rozwinięcia innych jej aspektów. Ciekawa jestem strasznie o czym, i czym jest ta książka dla tych, którzy być może już ją czytali? 
Ale o czym jest ta książka? Tego nie zdradzę. Opowiada ona jednak zarówno o miłości, jak i desperacji. Gdyby istniało jedno słowo zawierające w sobie znaczenie tych dwóch, ta  książka zapewne byłaby właśnie o nim.


Cytaty pochodzą z książki


Rozwiązła - Jarosław Kamiński



Na początku należałoby wspomnieć, że Rozwiązła to debiut literacki Jarosława Kamińskiego. I to jaki debiut! Dotychczas autor powieści swój talent lokował w scenariuszach filmowych i teatralnych (nagrodzone Szczęśliwego Nowego Roku ’68 czy Wyrzeczenie). Pióro Kamińskiego mogliśmy poznać  także z licznych felietonów i poezji. Rozwiązła jest jego pierwszą powieścią.
Bohaterką Kamińskiego jest czterdziestoletnia Zofia Rogala pracująca jako makijażystka na wszelkiego rodzaju planach zdjęciowych. Dzieciństwo małej Zosi to koszmar domu dziecka i przeświadczenie bycia odrzuconą, niekochaną. Prywatnie Rogala związana jest z młodym malarzem Adamem Zarembą. Swój związek trzymają oni w tajemnicy, w szczególności ukrywając go przed rodzicami chłopaka. Wyłamanie się od zasady trzymania języka za zębami, czyli przedstawienie Zofii rodzinie Zarembów staje się katalizatorem dla długo skrywanych emocji i rodzinnych tajemnic. Głównym czynnikiem uruchamiającym tę lawinę zdarzeń, otwierającym Puszkę Pandory jest dziadek Adama – Edward Czerski. Początkowe sugestie autora mogą czytelnika skierować do romansu zacnego redaktora Czerskiego z atrakcyjną Zofią, by po czasie przedzierzgnąć się w trudną do rozwikłania zagadkę ojcostwa Zosi i jej dzieciństwa bez matki. 

Kamiński, przy okazji ujawniania tajemnic snuje bogatą w wydarzenia opowieść. Tak więc mamy przeszłość tej, co dała życie Zofii umykającą wśród fałszywych i bluźnierczych osądów, donosicielstwa i brzemienia pochodzenia. Marcowe migdały, których nie osłodziły narodziny dziecka. I wreszcie niemożność spotkania zawładnięta upływającym czasem.
Małe zagmatwanie – no dobrze, nagromadzenie wspomnianych zdarzeń i faktów przydaje powieści Kamińskiego zawiłości i politycznego rytu. Jak dla mnie – zabieg nie do końca konieczny w tej arcydoskonale zapowiadającej się powieści. Z drugiej strony należy zdawać sobie sprawę, że gdyby nie ta odrobina filozofii i trudnego charakteru Hanny Rogali doskonałość mogłaby umknąć autorowi Rozwiązłej. Nawet dość liczne „odloty” autora vel Zofii w pokręconą przeszłość i myśli Zofii nie były w stanie mnie zniechęcić, choć już takie im nadałam przeznaczenie. Rozwiązła to powieść, rozłożysta (żeby nie powiedzieć rozwlekła) jak na zbiór faktów historycznych przystało. Jak na opowieść, która mogłaby się wydarzyć – poza faktami, co wiadomo. Z niezbyt słodkiego romansu przeradza się w opowieść o antysemickim, fałszywym społeczeństwie idealistów. Ze wszystkimi postaciami, mniej lub  bardziej znaczącymi w historii życia Zofii Rogali, wraz z chorymi stosunkami rodzinnymi i wręcz depresyjnymi stanami tej tworzy kalejdoskop zdarzeń w szarych barwach życia, z których każde uderza z wielką siłą obalając kolejny mur tajemnicy w niepewnym życiu bohaterki.

Kamiński wszystko to opowiada językiem barwnym i przystępnym. Z lekkością tekstu pozbawionego czasem znaków interpunkcyjnych, gładko mimo wszystko przenika z wydarzenia na wydarzenie (a tych jest co niemiara) by jeszcze bardziej gładko wlać się w czytającego. Szczerze mówiąc widzę Rozwiązłą w tegorocznym finale Nike i jednocześnie pierwszy raz mam nieodparte wrażenie, że ta powieść już dobiła targu z boginią zwycięstwa!

Mapa miłości - Ahdaf Soueif

Mapa miłości


O książkach Ahdaf Soueif przeczytałam u Chihiro (TU i TU). Zaciekawiona twórczością tej urodzonej w Kairze pisarki rozpoczęłam poszukiwania tłumaczeń jej książek. Natknęłam się na Mapę miłości - podobno bestsellerową gdziekolwiek się ukazała. Obszerny fragment na stronie jednej z księgarni oraz historia miłości łącząca tak różne kultury nie mogła mnie nie zainteresować.
Lektura książki rozpoczęła się entuzjastycznie - strona za stroną pochłaniałam tę wielowątkową powieść zatapiając się w losy bohaterów i zgrabnie przeskakując z epoki do epoki - Mapa miłości łączy bowiem "jedno stulecie i tysiące kilometrów"*. Poprzez tajemniczy kufer znaleziony przez Isabel łączy mężczyzn i kobiety z tak różnych kręgów kulturowych, a miłością, jaką rozsiewa tajemniczy kufer zmniejsza odległości łączące kochanków.
W roku 1900 młoda wdowa angielska Anna zakochuje się - z wzajemnością - w egipskim bojowniku Szarifie Baszy. Niestety sytuacja zarówno polityczna jak i rodzinna zmusza ich do ukrywania związku i stawia na drodze miłości mnóstwo problemów. Małżeństwo Egipcjanina z Angielką w obliczu kolonizacji nie jest dobrze widziane, skazane jest na odtrącenie przez większość rodziny i znajomych. Jednak zakochani zdają się nie zważać na te problemy i na przekór wszystkim zwierają małżeństwo.
O wątpliwościach i radościach, jakie rozpierały Annę możemy przeczytać z pamiętnika, który prowadziła, a który sto lat później, wraz z kufrem pełnym pamiątek odnajduje jej prawnuczka. Jakaś niesamowita moc tego wiekowego odkrycia pcha Isabel do Egiptu i ... miłości. Odkrywanie tajemnicy miłości prababki okazuje się zawiłą zagadką i pisze kolejny miłosny scenariusz, być może dla kolejnych pokoleń Anny.

Wszystko to wydawać by się mogło piękną miłosną historią, a właściwie kilkoma historiami, które autorka zgrabnie przeplata. Raz podając ją nam w formie pamiętnika Anny, innym razem jako przygodę Isabel przeplataną historią rodzinną opowiadaną przez Amal, kuzynkę Isabel. Jednak tło polityczne, które oczywiście jest ciekawe, to w ilości podanej przez Soueif nuży, pozbawia historię tajemniczej nuty miłości. Powiedziałabym - odbiera jej lekkość.
Po przeczytanej ostatnio książce Hosseiniego Tysiąc wspaniałych słońc, gdzie również mieliśmy do czynienia z wątkiem politycznym stwierdzam, że w Mapie miłości zdecydowanie wątek ten mi nie pasował. Przyznaję, że ciekawość nie pozwalała mi odłożyć książki, więc tło polityczne (dość jednak znaczące w całej tej historii Soueif) starałam się omijać. Mam nadzieję, że historia opisana przez Ahdaf Soueif nie straciła przez to na znaczeniu, a mnie nie ominęły ciekawe wydarzenia!


cytat pochodzi z książki
zdjęcie WP

Jak ze śmiechem leczyć dzieci - Oskar Pill i zakon Medykusów

Pewnie gdyby nie fakt, że Mikołaj w tym roku objawił mi się niezwykłą i niespodziewaną paczką z Wydawnictwa W.A.B. nie sięgnęłabym po tę książkę. Stało się jednak inaczej i nie tyle przymuszona, bo nic na siłę, ile zainteresowana tym przedziwnie brzmiącym i zapowiadającym magiczną przygodę tytułem zatopiłam się w lekturze. Nie wiem, czy to polski Wydawca, czy też zagraniczny porównał Oskara Pilla i zakon Medykusów do Harrego Pottera, ale ja - choć tego drugiego nie czytałam nigdy do końca - nic podobnego nie widzę. Oskar Pill to przesympatyczny dwunastoletni chłopiec, który ze swojej nadprzyrodzonej siły nie zdaje sobie sprawy. Przynajmniej na początku. Fakt faktem, że czasem zdarzają się jemu przedziwne sytuacje, ale chłopak nie bierze ich do siebie szybko o nich zapominając.
Oskar wychowywany jest wraz ze swoją starszą siostrą przez mamę. Taty niestety nie pamięta, a historia śmierci ojca, opowiadana przez mamę czyni zeń bohatera.

Jakby w tle codzienności Oskara i jego rodziny toczy się krótka historia w więzieniu, z którego niepostrzeżenie i niewytłumaczalnie znika groźny więzień.

Tymczasem kończącą się szkolną codzienność Oskara przerywa wizyta w domu Pillów niezwykłej osoby, która rozstraja matkę chłopca, a jemu samemu pozwala na odkrycie kawałka rodzinnej tajemnicy. Przez tę tajemnicę, którą matka skrzętnie ukrywała przed chłopcem, trafia on do specjalnego domu, w którym zostanie przeszkolony do walki ze złem.

Dopiero w tym dziwnym domu, do którego wchodzi się przez pień drzewa Oskar odkrywa w sobie pełnię magicznych sił i uczy się je wykorzystywać. Na chłopcu, jako na ostatnim z najmłodszych Medykusów i synu bohatera spoczywa odpowiedzialność za cały świat.

W jaki sposób Oskar będzie musiał stoczyć walkę ze złem? Nie chcę opowiadać za wiele. Wystarczy tylko jak dodam, że autor powieści Eli Anderson  jest między innymi dziecięcym onkologiem i w swojej powieści, której zapowiada się więcej części walczy z "chorobami". Wspierany przez "moce" w postaci "zabiegów" czy "leków" zabija patologie, które toczą malutkie organizmy dziecięce. Ta bajka, bo tak można powiedzieć o książce o dzielnym chłopcu budzi w wyobraźni czytelnika nie tylko magiczne obrazy, jakie nasuwa treść książki ale i uśmiechy malutkich pacjentów doktora, które zapewne pojawiają się na ich buziach w trakcie słuchania opowieści o przygodach Oskara. Za to czynienie radości i sprawianie prostszym pokonywanie chorób polubiłam właśnie tę powieść:)


P.S. powyższą książkę będzie można wygrać w zapowiadanym już, nowym (41) numerze magazynu Szafa

Stos inaczej i bezludny świat może być Bezludnym rajem - Ana Maria Matute

Zbierałam się do tej książki bardzo długo. Pierwsze podejścia mogłabym wyliczać w nieskończonośćJ Ale ruszyłam z kopyta, doszłam do końca pierwszego rozdziału, w końcu zaliczyłam magiczną setkę. I przepadłam! Przecież ta książka jest magiczna. Jak ja mogłam w ogóle ją odkładać!? Czasem nawet w tej magii straszna, bo jak sobie człowiek uświadomi, że jako dziecko też miewał swoje krainy, które odwiedzał, czy to przed zaśnięciem czy we śnie to może utożsamiać się z Adrianą i cieszyć jeśli był rozumiany. Książka Any Mari Matute kojarzyła mi się też nierozerwalnie z oglądanym kiedyś filmem Jeż. I choć silnie starałam się odegnać obraz Palomy, bohaterki filmu, kamienicy w której mieszkała to po jakimś czasie poddałam się i tam właśnie umiejscowiłam akcję książki Bezludny raj.
Tytuł jak najbardziej trafny. Adriana bohaterka książki Matute, która dla mnie zdaje się być alter ego autorki to kilkuletnia dziewczynka żyjąca w swoim świecie, w którym poza wymyślonymi postaciami nie ma nikogo więcej. I choć mieszka ona razem z rodzicami, starszą siostrą i braćmi, oraz służbą żyje jak samotny malutki człowieczek, zagubiony w ciemnościach swojego wielkiego mieszkania i małego świata dziecka. Adriana to inteligentna dziewczynka, która niestety nie potrafi znaleźć wspólnego języka z najbliższymi, albo też oni nie potrafią dogadać się z nią. Za to doskonale rozumie się ze swoją nianią, kucharką, siostrą mamy, którą jednak rzadko widuje, dostarczycielem węgla, mleka …. z wszystkimi osobami, które niestety nie należą do jej rodziny. To bardzo przykre, zważając na inteligencję tego dziecka, z którym rozmowa zdawałaby się być przyjemnością. Niestety rodzice Adriany zajęci własnymi małżeńskimi problemami, nie zauważają problemów społecznych córki, która nie potrafi porozumieć się z koleżankami w szkole i nauczycielami. Wszystkie problemy, jakie dostrzegają zrzucają na brak ogłady i złośliwość córki. Neurotyczna matka, na progu rozwodu potrafi Adrianę tylko łajać za uwagi, jakie dziewczynka przynosi od nauczycielki i dyrektorki szkoły. Starsza siostra w ogóle nie znajduje języka z małą Adrianą, a bracia – bliźniacy, którzy jeszcze do niedawna byli jakby jedynymi osobami rozumiejącymi choć trochę siostrę teraz wyrośli z ich wspólnego świata, a w nowym niestety dla Adriany nie ma miejsca. Jedynie rozmowy z nianią i kucharką są w stanie rozweselić choć trochę małą i dodać blasku w jej smutnym życiu. Na szczęście dla dziewczynki do kamienicy, w której mieszka wprowadza się chłopiec, który rozumie jej świat. Na tę przyjaźń niestety Adriana i Gawryła będą musieli poczekać, gdyż choroba, która zaatakowała dziecięcy organizm dziewczynki na długi czas unieruchamia ją i odbiera możliwość bliskiego poznania chłopca. Jednak tak długo wyczekiwana znajomość i upragnione zrozumienie rozkwitają z podwojoną siłą, której można dzieciom tylko pozazdrościć. Dopiero przy Gawryle Adriana staje się sobą, to z nim, dotąd zamknięta w sobie dziewczynka zaczyna rozmawiać, poznawać świat i cieszyć się życiem, jak na dziecko przystało. Ich wspólne spędzanie czasu zdaje się nie mieć końca, a radość przepełniająca tę małą dwójkę napełnia ich energią. Nie zważają na przeciwności losu, bawią się życiem, poznają to, czego nie nauczyliby ich zajęci sobą dorośli. Żyją. Niestety i tu wkracza okrutny świat dorosłych, bo poza początkowym niezrozumieniem i brakiem przyzwolenia na przyjaźń ze strony matki Adriany wkracza jeszcze choroba Gawryły. Tak bardzo kochające się i rozumiejące dzieci muszą stawić czoła chorobie i śmierci, zrozumieć życie w tak młodym wieku i pogodzić się z jego nieuchronnym przemijaniem.
Bezludny raj to mimo wszystko wesoła książka. Proces, jaki przeszła mała Adriana – od ciemnego świata, w którym nie widać dla niej przyszłości doszła, dzięki przyjaźni i miłości osób, które mimo wszystko znalazła na swojej drodze życia do radości, jaką daje otwarcie się na innych i zrozumienie siebie. Bardzo przyjemnie czytało się te książeczkę i choć czasem zdarzały się smutki, a nawet łzy wzruszenia, to zamykając ją uśmiechałam się do siebie i Adriany, o której wiedziałam, że teraz już sobie poradziJ



A poniżej mój stos na opak, z pozycji horyzontalnej. Od kilku dni jestem przywiązana do łóżka, z którego udaje mi się uciec na krótkie wypady w celu dotlenienia i rozprostowania kości ... w tym jedną wycieczkę do księgarni - no bo jakże by inaczej:) Nie wiem jak długo potrwa jeszcze moje przywiązanie, ale stwierdzam, że dopiero teraz widzę, że mam czas na czytanie. Nie, nie narzekam oczywiście bo i tak miałam go dużo, ale zawsze jednak obowiązki domowe - przynajmniej - odciągały od płynnego czytania. A dzięki temu, że jestem niemobilna, nietykalna, cały remont w domu dzieje się obok i tylko udawać się zaczęłam na krótkie wycieczki w celu zamieszania w garnku z zupą, ewentualnie zjedzenia jej, to przeczytałam zastraszające ilości w jeszcze bardziej zastraszającym tempie.
Na szczęście obok stosu leżącego, czyli już przeczytanego - stąd jego odmienność - stoi kilka książek do przeczytania.
I tak leżą:

(od dołu)
Groteska Natsuo Kirino, którą zaczęłam kiedyś w ramach osobistego wyzwania czytelniczego, które zrobiłyśmy sobie z Olą, ale jej nie skończyłam wtedy, więc teraz zaczęłam raz jeszcze i skończyłam, Uff

Bezludny raj A.M. Matute opisany powyżej:)

Maska arlekina Hanna Kowalewska książka z serii o Zawrociu, którą czytam przygotowując się do pewnego planu, który mam nadzieję kiedyś zrealizuję.

Pióropusz Marian Pilot podobnie jest książką do wykorzystania w planach redakcyjnych, pewnej przepastnej Redakcji:)

Pałac kobiet Pearl Buck to po tę książkę wybłagałam "podróż" do księgarni i żaden inny zakup książkowy nie smakował mi i nie cieszył mnie tak bardzo, jak ten! (o książce wkrótce)

Chmurdalia Joanna Bator pewnie tej książki przedstawiać nie trzeba, ale to i dobrze, bo mnie nie zachwyciła, w odróżnieniu od Piaskowej Góry

W tym stosie powinien pojawić się jeszcze Mondo i inne historie Le Clezio, który leży już na półce i nie załapał się na zdjęcie, a o którym pisałam już TU.

A stoją sobie i czekają w zasięgu łapki:

1Q84 (t.3) H. Murakami otrzymany dzisiaj od Muzy, i tak gorąco omawiany na pewnym portalu społecznościowym :)

Naga cytra Shan Sa też od Muzy (zadbała Muza o to abym się nie nudziła:) ) bo mam napad japońsko-chiński:/

Mapa i terytorium M. Houellebecq ajć wyczekana!!!

Puls J. Barnes chyba nie muszę się tłumaczyć dlaczego:)

Płatki z nieba Mingmei Yip znowu ten napad! :) A powyższe dwie książki podesłało mi Wydawnictwo Świat Książki, dbając o zapewnienie mi zajęcia podczas leżenia:)


Dobrze się leży, skutkuje i mam co czytać!

Obudź w sobie dziecko razem z Le Clezio i Mondo

Każde pojawienie się nowego tytułu J.M.G. Le Clézio jest, przynajmniej dla mnie zapowiedzią literackiej uczty. Zdążył bowiem Le Clézio przyzwyczaić mnie do swojego stylu, który nigdy nie zawodzi, a zawsze jest równie interesujący. Choć przy każdej jego kolejnej książce odkrywam coś nowego, to wiem, że zawsze trafię na ten sam magiczny klimat, otulony mgłą oniryczności prawdziwy świat. Podobnie było i tym razem. Opowiadania – Mondo i inne historie to mistrzowskie etiudy o życiu. Krótkie opowiastki, lecz jak bogate w treść, ile napięć, radości i dramatyzmu jednocześnie niosące za sobą.
Tytułowy Mondo to cygański chłopiec, który przypomina trochę Małego Księcia Saint-Exupéry, Momo Ende w połączeniu z Piotrusiem Panem J.M. Barrie. Tak samo zniewalający i rozczulający, choć potrafiący też uprzykrzyć życie. Tak samo dorosły ile dziecinny Mondo stanowi esencję każdego dorosłego. To jest to dziecięce sedno, które drzemie w każdym dorosłym. Ale oprócz Mondo w zbiorze opowiadań Le Clézio pod tytułem Mondo i inne historie znajdziemy wiele takich wysublimowanych historii. Onirycznych postaci, o które możemy stać się zazdrośni. Tymi, którzy to uczucie wzbudzają są dzieci, bo to właśnie one tym razem opisał Le Clézio. To ich niezależność, wzruszająca szczerość i nieosiągalna (albo raczej zapomniana) dla dorosłych beztroska tak wciągają czytelnika, który weźmie do ręki to najnowsze dzieło francuskiego pisarza. Smutne czasem historie, opisane z rozbrajającą szczerością – jakby opowiedziane przez samych małych bohaterów przypominają dorosłym o czymś co było, co minęło. O czymś czego nie zrobili w swym dziecięcym życiu choć bardzo tego pragnęli.
Bunt Lullaby marzącej o ciepłym domu, o miłości która będzie odbijać się w oczach rodziców, spełnienie marzeń Daniela – odmieńca oczekującego trochę tolerancji, czy Alii uczącej zrozumienia. I wiele innych ciepłych historii dzieci, od których dorośli mogliby uczyć się zrozumienia świata. Prostych równań, których rozwiązanie leży w zakresie możliwości wszystkich ludzi. Czystych serc i szczerych intencji, które kolorują szary świat. Bohaterowie Le Clézio ze zbioru opowiadań Mondo … są jak farby w jego dłoniach, ja właśnie w taki sposób je odczytałam. Każdy z nich jest innym odcieniem szczęścia, składających się razem na piękny obraz świata.
Szkoda tylko, że jest ich tak mało - kolorów, mało historii. Czuję niedosyt po lekturze dawno wyczekiwanej książki. Ta książka to raptem osiem historii, które kończą się za szybko. Jednak z drugie strony - aż osiem, bo choć tak krótkie dają tyle barw i pozytywnej energii, że łatwo po ich lekturze odnaleźć w sobie ukryte głęboko dziecko, dawno zapomniane radości, a przede wszystkim sposoby na ich osiągnięcie. 

saturnismo, czyli "przekleństwo dziedziczenia" - Saturn, Jacek Dehnel



Inspiracją do napisania Saturna były Czarne obrazy Francisco de Goi, a dokładnie rzecz ujmując teoria podważająca ich autorstwo. Jeśli połączyć to z talentem Jacka Dehnela odziedziczonym po matce malarce i z jego przeszłością malarza to wygląda na to, że książka ta nie mogła nie wyjść spod jego pióra.
Saturn to studium życia w cieniu wielkiego ojca. I nie tylko o wielkość geniuszu chodzi w tej historii, ale też, a może przede wszystkim – o silną, autorytarną osobowość Francisco de Goi.
De Goja to odrażający człowiek, przez swego syna Javiera uważany za jurnego dzika, łapczywego satyra wielbiącego brzydotę, starość i chorobę (takie były obrazy Goi – ciemne ponure, ociekające starością i chorobą).  Jaki był de Goja w rzeczywistości - perwersyjnym starcem, dla którego nie było rzeczy niemożliwych, czy smutnym człowiekiem obawiającym się utraty posiadanego talentu? Pomimo głuchoty i wieku, który zbliżał go do nieuchronnego końca ciągle pełen jeszcze werwy. Ciągle pragnący przygód i tworzenia, niezmożony w miłosnych podbojach. Ten przepełniony odrażającymi cechami artysta egoistycznie, nie patrząc na innych chłonął życie garściami. Wiecznie niezadowolony ze swojego jedynego, które przeżyło dziecka,  nieudacznika syna Javiera w okrutny sposób całe swoje życie dawał jemu to odczuć  (Ale niestety przeżył tylko Javier. Niestety tylko i niestety Javier). Javier jednak nie pozostaje dłużny wielkiemu ojcu. Przytłoczony jego osobowością i nadzwyczajnym talentem nie umie funkcjonować jako odrębna jednostka, nie ma siły aby wydostać się spod wpływu mistrza. Nie rozumiejący zachwytu nad talentem ojca jest nim jednocześnie sparaliżowany. Świadomy braku własnego odczuwa całe życie lęk przed wielkim Francisco. Javier i w swoim dorosłym życiu zachowuje się cały czas jak zahukane dziecko, które boi się twardej ręki ojca. Nie potrafi się jemu przeciwstawić nawet wtedy, gdy wydaje się jemu, że ojciec uwodzi jego młodziutką żonę, nawet wtedy gdy rodzi się Javierowi syn uderzająco podobny do swojego dziadka. Nawet wtedy ten, jedyny, który pokonał morderczą dla nienarodzonych dzieci chorobę ojca nie potrafi zbliżyć się do niego.
Biedny Javier zmuszony ukrywać swoją niechęć do ciemnych, pełnych bólu obrazów ojca, musi też ukrywać swój mały talent, a raczej zamiłowanie do pięknych krajobrazów, bujnych i pobudzających kolorów.



Znacząca jest scena, w której Javier w przypływie natchnienia zamyka się w swojej pracowni i maluje przez kilka dni dzieło życia. Francisco de Goya niespokojny i ciekawy nagle wybujałego talentu syna, zakrada się w nocy do jego pracowni aby przejrzeć obraz – i poprawia na nim konia, który namalowany przez Javiera wydaje się jemu nijaki, do konia niepodobny (Tylko ten czarny koń z lewej to już naprawdę … zaraz – sięgnąłem po paletę, (…) i poprawiłem ten dziwny garb). Javier na drugi dzień dziwi się swojemu nieudacznemu fragmentowi i nie zdając sobie sprawy z ingerencji ojca przemalowuje na powrót (Przyjrzałem się tylko czarnemu koniowi w lewy rogu – jak ja mogłem coś takiego puścić? Zawinąłem tylko rękawy i ostrożnie żeby nie kapnąć farbą na ubranie, poprawiłem konia, dziwnie płaskiego). Ta scena wyraźnie pokazuje stosunek ojca do syna, i różnice ich dzielące.
Książka podzielona jest na trzy głosy, przemawiają nimi Francisco de Goya, jego syn Javier i wnuk Mariano. Te krótkie rozdziały są jednocześnie ich wypowiedziami, ich osobistym spojrzeniem na te same tematy. Czytając Saturna odnosi się wrażenie, jakby słuchało się dyskusji  trzech mężczyzn naraz. Oni się nie kłócą, oni wyrażają swój punkt widzenia. I tylko jedyne czego brakuje w tej prawdziwej rozmowie to wypowiedzi kobiet. Istnieją one tylko w opowiadaniach mężczyzn, same nie mają głosu w życiu de Gojów.
A kobiet w życiu Francisca przewinęła się niezliczona ilość. Życie de Goi to wieczna pogoń za nimi, jak ściganie się z niedoścignionym, jakby pazerność na miłość cielesną miała prowadzić do szlachetnego celu. A każdy kolejny podbój miał przedłużyć jemu młodość, dodać natchnienia (I owszem, wstyd przyznać, niektórych kobiet też nie pamiętam).


Przypomnijmy, że do napisania książki skłoniła Jacka Dehnela teoria profesora Junquery, która – jak mówi sam autor książki - stawia na głowie cała historię powstania Czarnych obrazów. Namalowane na ścianach domu Gojów ogromnych rozmiarów obrazy, podobnie, jak miłosne listy kochanków Francisco de Goi i Martina Zapatera stanowią do dziś nierozwiązaną zagadkę, którą być może pomogłaby rozwikłać rodzina. Ta jednak milczy i starannie ukrywa ocenzurowane uprzednio szczegóły mogące przybliżyć nas do prawdy. Autor przygotowywał się do książki bardzo skrupulatnie i profesjonalnie, analizując biografie, listy i przede wszystkim spędzając godziny na analizie obrazów (co szczególnie jest widoczne w rozdziałach interpretujących poszczególne obrazy i ich fragmenty). To doskonałe przygotowanie ma odbicie w książce, która stanowi nie tylko zbiór faktów, ubranych w słowa przez Dehnela ale i studium nad naturą człowieka i związkami rodzinnymi. 


źródło obrazów: google
powyższy tekst powstał również w oparciu o wywiad z autorem książki - Bluszcz Nr 3 (30) Marzec 2011. 

przedziwny ten stos!!!


Postanowiłam tym razem wy-stosować odmienny niż dotychczas stosik. Zwykle przedstawia on zbiór nowych nabytków, książek, które planuje się przeczytać, a ja postanowiłam inaczej. Przedstawiam stos, który już przeczytałam! Każdą z tych książek, chcę Wam przybliżyć w kilku słowach, a w przyszłości być może w szerszym tekście, jeśli tylko czas mi na to pozwoli. Tak, z czasem ostatnio u mnie krucho, ucieka przez palce w nieznanym mi kierunku i nie wiem, gdzie go szukać. A, że książki leżą przeczytane (niektóre niedoczytane) żal mi ich i ich potencjalnych przyszłych czytelników. Przecież może te kilka zdań skusi kogoś do sięgnięcia po książkę.
W stosie tym przedziwnym znajdują się głownie książki czytane przeze mnie do pracy nad artykułem, większość z nich jest Wam zapewne już doskonale znana, myślę jednak, że znajdą się i takie, po które być może planujecie dopiero sięgnąć. Zaczynamy!




Nocny pociąg do Lizbony Paul Mercier: to książka trochę magiczna żeby nie powiedzieć oniryczna. To, co przytrafia się jej bohaterowi zdaje się być ponad nim. Być może dla kogoś zwykła podróż do obcego miasta może nie mieć nic z magii ale dla Gregoriusa – bohatera książki – ta radykalna zmiana, jaką jest między innymi podróż, w którą się wyprawia ma z niej na pewno wiele. Tym bardziej, że udaje się on do Lizbony, o której prawie nic nie wie. I tym bardziej, że to jakaś tajemnicza siła (może miłość, a może nauka?) pcha tego dotychczas samotnego, zamkniętego w sobie intelektualistę do takiej zmiany. A wszystko to przez jedną książkę i jedną kobietę.










Wojna i wojna, Laszlo Krasznahorkai: książka ta zaczyna się tak, że ma się wrażenie iż nie dotrwa się do końca, bo nie zniesie się nieporadności bohatera. Maruder i nieudacznik – takim jawi się początkowo Korim, a opowiadana przez niego historia nudną. Ale wystarczy zagłębić się w przygodę węgierskiego archiwisty, a zawładnie ona czytelnikiem tak, jak Korimiem zawładnęła tajemnicza księga opisująca historię czterech mężczyzn podróżujących przez miejsca i epoki, nieustannie uciekających przed zagładą. Wrażenie bycia wciągniętym w przedziwną opowieść potęguje styl, jakim posługuje się Krasznahorkai, przywołujący na myśl bezinterpunkcyjne książki Jose Saramago. Woja i wojna to książka zdecydowanie dla lubiących tajemnice i Saramago!









Chłopiec i gołąb Meir Shalev: to kolejna „miłosna” baśń Shalev'a, jaką przyszło mi czytać. Właściwie książka powinna nosić tytuł Chłopiec, dziewczynka i gołąb”. I tym razem to także wspomnienia. Równolegle toczące się dwie historie miłosne – współczesna i osadzona w czasach wojny. Tylko, że ja czytając Chłopiec i gołąb odnosiłam wrażenie, że nadal czytam Rosyjski romans, a szkoda, bo chciałabym poczytać jeszcze Shalev'a i jego opowieści o miłości. Polecam zdecydowanie tym, którzy czuli niedosyt po Rosyjskim romansie.








Wielki bazar kolejowy Paul Theroux: to książka, jak to określiła Chihiro skrzyneczka ze skarbami – i ja to potwierdzam. To bardzo trafne określenie dla książki Theroux. Dodałabym jeszcze, że to książka podróż (nie o podróży, a podróż właśnie). Kopalnia wiedzy na temat Azji (i nie tylko) jak ona długa i szeroka. Pozycja, która zasługuje na osobny tekst, a z drugiej strony książka, o której ciężko napisać, bo chyba żadne słowa nie są w stanie oddać wrażeń, jakich dostarcza jej lektura.
















Rien ne va plus Andrzej Bart: myślę, że to książka doskonale znana czytelnikom choćby z tego powodu, że to wyjątkowo oryginalny pomysł na fabułę. Otóż, jeśli ktoś jeszcze nie wie, to Rien ne va plus jest historią obrazu, który opowiada o swojej podróży po świecie. Książka Andrzeja Barta to doskonała lekcja historii, pełna niepoznanych wcześniej ciekawostek i wydarzeń związanych nie tylko, ze sztuką. Może oczywiście komuś kojarzyć się z Portretem Doriana Graya Oscara Wilde’a ale nic bardziej mylnego. Te dwie historie różnią się diametralnie. Wspólnym mianownikiem jest li tylko obraz, który jednak w każdej książce spełnia inne zadanie. O Rien ne va plus pisała Luiza.








Moja historia czytania Alberto Manguel: książka niespodzianka. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich bibliofilów i kochających książki pod każda postacią i w każdym momencie. Bo o rodzajach czytelników i formach czytania, o czytaniu na głos i po cichu, o powstawaniu książek i historiach z tym związanych jest ta pozycja. To książka, której nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach, bo jak można w tak krótkiej formie opowiedzieć o sztuce czytania i miłości do książek. A tej pełna jest powieść Alberto Manguel’a. Niestety to książka wypożyczona z biblioteki więc cierpię, bo jak pogodzić się z myślą, że kiedyś będę musiała ją oddać.




Van Gogh’s Women Derek Fell: to prezent od Maga-mary, który podczytywałam ochoczo, zaspakajając swoją ciekawość. Czyż pomyślałabym kiedykolwiek, że geniusz cierpiał z powodu miłości? Czy zastanowiłam się kiedyś, że malując przelewał na płótno swoje niespełnione miłości? Ten chory artysta nie tylko farbami malował obrazy ale i wyobraźnią, która jawiąc się jako prawda nie przybierała takich barw jak jego dzieła. Nic dziwnego, że popadł w depresję – zresztą podtytuł książki także jest wymowny – Romanse i droga do szaleństwa Vincenta. Kobiety van Gogha to ciekawa pozycja nie tylko dla miłośników malarstwa artysty ale i ciekawych życia tego biednego, niespełnionego życiowo człowieka. To zbiór listów ilustrowany szkicami, zdjęciami obrazów malarza i rodziny. I w przypadku tej pozycji chciałabym znaleźć czas, aby choć pokazać trochę ilustracji.




W tym stosie znalazłoby się pewnie jeszcze kilka tytułów, które przeczytałam i wrażenia zachowałam dla siebie i to nie z tego powodu, że były złe, czy że nie chcę się nimi z Wami podzielić. Raczej z tego powodu, że nie sposób pisać o każdej przeczytanej książce, czasem chce się ją przemyśleć, przetrawić, a później te piękne wrażenia zachować dla siebie.

upiję cię arbuzem - Pudełko ze szpilkami Grażyna Plebanek

Pudełko ze szpilkami pierwszy raz czytałam kilka lat temu, więc teraz to moja druga lektura tej książki. Czy bardziej dojrzała? Pewnie tak, to chyba naturalne, że z każdym kolejnym spojrzeniem zauważamy coś innego, czy to w książkach, obrazach, miejscach czy zdarzeniach. Pudełko ze szpilkami i dziś nie jest dla mnie kolejnym Dziennikiem B.J. – to pewnie nie jedyna opinia której nie zmieniłam, jednak opinia to bardziej świadoma. I nie dlatego, że tym razem przeczytałam Dziennik... – nie, bo czytałam go przed pierwszą lekturą Pudełka … , raczej dlatego, że debiut Grażyny Plebanek stał mi się bliższy. I znowu nie z jakichś osobistych powodów, czy wydarzeń podobnych, do tych które spotkały Martę – bohaterkę książki (młodą dziewczynę, która ucieka do Warszawy z rodzinnego prowincjonalnego miasteczka, aby w stolicy zrobić karierę), a raczej z prostej przyczyny - zrozumienia jej zachowania. Tak, bo mogę śmiało powiedzieć i przyznać, że dziś bardziej rozumiem Martę – że wierzę w jej tęsknoty i chęci. Wierzę w jej siły ale też w upadki i zwątpienia. Po prostu wierzę w prawdziwość jej uczuć. Być może podyktowane jest też to bezpośrednim spotkaniem z autorką Pudełka ze szpilkami, która okazała się być przystępną i zwyczajną kobietą, a także wyjaśniła czytelnikom genezę powstawania swoich książek.
Pudełko ze szpilkami, to dość osobista historia, która opowiada o młodej kobiecie u progu „trzydziestki”, dla której kariera to wszystko, choć gdzieś pod skórą ukrywa ona pragnienie spełnienia w miłości. Ale właśnie pod skórą, głęboko, tam gdzie można pragnienie to zamknąć pod zapachem perfum, pod warstwą firmowych (koniecznie) ubrań i udawać, że ono nie istnieje. Jednak pragnienie Marty wyszło bez pytania na światło dzienne, samo bezczelnie się wepchnęło, uaktywniło podświadomie. Poznaje ona mężczyznę, wiąże się niewiele o nim wiedząc. W ekspresowym tempie, poganianym przez małego Julka, który zapragnął pojawić się na świecie wychodzi za mąż, zaczyna wspólne życie i gubi się w tych obowiązkach, próbując odnaleźć w tym wszystkim siebie. Kariera, po którą przyjechała do Warszawy zostaje zepchnięta na boczny tor. Nieudane małżeństwo rodziców, beztroski ojciec, niespełniony reżyser teatralny i Kasia - siostra bliźniaczka z pięcioma owocami miłości jej męża wiecznie uciekającego od obowiązków ojca i żony - rozlazłej, zapuszczonej młodej kobiety. Z drugiej strony kariera, praca, przypadkowe znajomości i koleżanki-perfekcjonistki, maszyny rodem z odysei kosmicznej. To wszystko wywołuje u Marty niechęć i pobudza do działania, do szukania siebie, znalezienia w sobie kobiety z krwi i kości.
Nie chciałabym tu opowiadać fabuły, choć pewnie jest ona już znana większości z Was, ale wierzcie mi nawet czytanie tej krótkiej historii kolejny raz jest wielką niespodzianką.
To historia ukazująca trudy samotnego macierzyństwa ze wszystkimi jego przeciwnościami i chwilami dającymi radość. Książka nie ukrywająca nadmiaru kilogramów w ciąży, bólu piersi kobiety karmiącej, gorączki, płaczu, kataru …. i okrutnego zmęczenia, jakie ogarnia samotną mamę. A przy tym szczerze mówiąca o nieuchronnej wizji oddalających się ambicji, możliwości rozwoju w pracy i topniejących, jak wiosenny śnieg znajomości. Pudełko ze szpilkami jest prawdziwie prawdziwe, nie koloryzuje i nie zabiega wcale o te kolory. Nie daje możliwości powiedzenia „ach to proste” „eee tam jakoś to będzie” albo tym bardziej „przecież to jakaś bzdura”, bo to książka na wskroś realistyczna i nawet czasem bolesna.

Druga lektura Pudełka … przyniosła silną falę wzruszeń, a lekkość z jaką czytałam ją uprzednio gdzieś zniknęła, wymknęła się poza okładki książki. Nie było beztroski, była raczej obawa o to, czy Marcie się uda. Czy będzie miała tyle sił aby wyskoczyć z ram przypisywanych kobiecie w jej wieku. Uciec od perfekcjonizmu, zimnego społeczeństwa, które nie zna litości. Z kolejki stojącej za nie wiadomo czym?
Właściwie tytułowe pudełko ze szpilkami jest pudełkiem po szpilkach, miejscem w którym Marta chowa swoje życie. Zapisane na kartkach historie, które powstają w jej głowie, może zdarzają się gdzieś po drodze. Myśli w stylu, co by było, gdyby i własne bolączki, których nie wiadomo czemu nigdy nikomu nie wypowiedziała. Życie zapisane na kartkach, życie w którym nie ma miejsca dla Marty, bo wszystko to, co jej dotyczy, co ją otacza tak się rozpanoszyło, rozlazło i zapanowało nad zmęczoną Martą, że na nią nie ma już ani miejsca ani sił. Te zapiski to opowieść, w której nie pojawia się też ojciec dziecka, w której nikt do końca nie wie, gdzie jest ten przystojniak, za którego za mąż wyszła Marta.

Idę sobie zrobić herbaty. Tobie też zrobić?” – pytałeś z drugiego końca miasta. Zrobiłam sobie sama. Wypiliśmy ją razem, po dwóch stronach telefonicznego połączenia.

Wzruszenie – nieodzowne, szczególnie w najpiękniejszym momencie książki – u jej końca (nie chciałabym w tym miejscu być źle zrozumiana), kiedy to wszystko się klaruje, kiedy Marta staje się sobą. Pojawia się cięgle nieobecny mąż - Łukasz. Odnajduje się ktoś, kto istniał, stał cały czas obok Marty, ale nie był obecny dla nas, osób postronnych. Wzruszają gesty i czułość, która była cały czas obecna. Były wyznania miłości, długie rozmowy, słowem prawdziwe uczucie, do pozazdroszczenia. Wszystko staje się jasne, jakby nagle wyszło słońce i rozgoniło chmury - pojawił się mężczyzna i kobieta.
cytat pochodzi z książki

Zagubieni w swoich czasach - dwóch Panów Marro czyli Rewolucje Le Clezio


Jean Eudes Marro i Jean Gildas Marro – co łączy tych dwóch mężczyzn poza nazwiskiem? Otóż rewolucje. I nie mam na myśli tylko książki o tym tytule ale raczej wewnętrzne przemiany, które dokonały się w ich umysłach i życiu. Także te rewolucje, które były tłem do historii. Wielka Rewolucja Francuska wchłonęła Jeana Eudesa, a bliższe współczesnemu człowiekowi wydarzenia w Meksyku, wojna algierska i Paryski Maj stanęły na drodze młodego Jeana Gildasa. To rewolucje rzuciły ich w świat. J.E. Marro porzuca szeregi armii, rezygnuje z walki i pozostawiając ducha rewolucji na polu bitwy osiada na Mauritiusie. Ale i Jean’a Gildas’a los rzuca na Mauritius, jednak nie tak szybko i nie tak zdecydowanie – najpierw są postoje i dylematy co wybrać – Niceę czy Londyn, a może Meksyk? To dwie niespokojne dusze i tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Jean-Marie Gustave Le Clezio pisząc Rewolucje toczył dwie równolegle opowieści łącząc czasy rewolucji francuskich i współczesne, zrewolucjonizowane życie. Opowieści tak jednocześnie różne, a tak sobie bliskie. Rewolucje składają się z rozdziałów, które przeplatają się jak warkocz, jak tory biegnące do celu. Pozornie dwa różne życia, jednak związane więzami krwi i przeszłością - bowiem Jean Gildas to potomek Jeana Eudesa. Obaj tak samo rozdarci, szukający swojego miejsca w życiu. Jean Eudes obawiając się prześladowań ze strony jakobinów, ucieka z Francji, osiedlając się na bajkowej Isle de France czyli dzisiejszym Mauritiusie. Jean Gildas opiekujący się na co dzień niewidomą ciotką Catherine, kierowany jej opowieściami o boskim Rozilis, po wieloletniej wewnętrznej tułaczce (liczne miłostki, rozdarcie między własnym szczęściem, a zgorzkniałymi rodzicami) również dociera na Mauritius.
Czytając Rewolucje odnosi się wrażenie, że granice nie istnieją, że świat jest małą globalną wioską, której wszystkich mieszkańców łączą więzy krwi. W której wszędzie jest blisko, odległości się nie liczą i zawsze dociera się do celu. Celu, który znajduje się ukryty gdzieś, jak Atlantyda. Świat w Rewolucjach jawi się jako osobny raj. Jakby to, co już wiedzieliśmy i widzieliśmy na ziemi nie było prawdą. Jest jak bajka o raju. Raju utraconym, bo nierealnym. Miejscu, które ominęliśmy, choć było tak blisko. Tak jak Jean Gildas słuchając opowieści ciotki przenosił się do czasów swoich przodków, tak czytelnik przenosi się w opisywany przez autora świat. W tę książkę dosłownie się wchodzi - czując południową morską bryzę i upał nie do zniesienia, słuchając odgłosów walki i czując cierpienie żołnierzy. Tak czyta się Rewolucje.
Mówi się też, że Rewolucje to książką z wątkami autobiograficznymi – ciągle szukający Le Clezio, którego korzenie wyrastały już w wielu miejscach do tego rodzice pisarza, pochodzący również z Mauritiusa. Ta książka mnie wzruszała wielokrotnie, ale choć jest smutna przez to, że uświadamia naszą małość, nasz zepsuty byt i to, że tym zepsuciem zaraziliśmy cały świat, to jest piękna i daje nadzieję, że zawsze można coś naprawić, odkryć. Rewolucje uświadamiają, że aby żyć musimy walczyć, musimy się buntować. Musimy prowadzić rewolucje, przemieszczać się i poszukiwać. To książka - droga, historia w ciągłym ruchu.
Kiedy patrzy się - bo czytelnik ma lepiej, gdyż widzi całą historię - nie można się nadziwić, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Jak często, nawet nie zdając sobie sprawy, przenosimy nasz kod genetyczny, nasze zwyczaje z pokolenia na pokolenia. Jak bardzo jesteśmy powtarzalni, choć jednocześnie tak różni. To powieść pełna faktów historycznych, jednak czarująca i niepowtarzalna. Książka, której bohaterów tak szybko się nie zapomina. Wręcz utrwalają się oni do tego stopnia, i stają się tak żywi, że można złapać się na poszukiwaniach ich wśród mijanych mężczyzn.