Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty

Szybka kawa, szybka prasa - Śmierć gazet i przyszłość informacji. B. Poulet

 
 
Przez kilka miesięcy, po odejściu z pracy najbardziej brakowało mi porannego rytuału kawy i świeżej prasy. Do tego stopnia odczuwałam brak czegoś, co robiłam przez kilka lat, że potrafiłam zmusić się do wyjścia do kiosku po prasę zanim jeszcze zapach kawy na dobre rozszedł się po domu. Wracając ze zwiniętą pod pachą gazetą uśmiechałam się do myśli o tym, jak rozsiądę się nad pachnącą świeżym drukiem płachtą gazety i zapadnę (w spokoju) w lekturze. Z tego samego powodu – przyzwyczajenia, zapachów i relaksującej rutyny – nie wyobrażam sobie świata bez codziennej prasy, z której powoli, niczym duch dziennikarstwa unosi się mgiełka włożonej w jej przygotowanie pracy, pośpiechu, w jakim ją redagowano, szmerów drukarek, faksów, dzwonków telefonów i głośnych dyskusji nad tym, co zmieści się na pierwszą stronę. Dlatego też nie mogłam przejść obojętnie i dlatego tak bardzo przeraziła mnie książka Bernarda Poulet Śmierć gazet i przyszłość informacji.
Szybka kawa, szybka prasa.
„W ciągu najbliższych dziesięciu lat cały świat mediów, komunikacji społecznej i reklamy stanie na głowie. Za dziesięć lat żadne z mediów nie będzie funkcjonowało inaczej, jak tylko w internecie. Żaden dziennik, żadne pismo nie będzie istniało w wersji papierowej. Wszystko będzie rozpowszechniane w formie elektronicznej.”
Ta przerażająca poniekąd wizja prezesa Microsoftu Steve’a Ballmer’a wydaje się niewyobrażalna. Jak i to (zważając na fakt, że książka została napisana w 2009 roku), że pozostało nam jedynie siedem lat. Osobiście – zresztą nie tylko ja – nie wierzę do końca w tę przepowiednię. Myślę raczej, podobnie jak myślał Steve Jobs, że to nie prasa i książki znikną, a wymrze sama chęć czytania. A co za tym idzie, nawet wiadomości przedstawiane w sieci nie będą miały racji bytu. Już dziś mówi się o pokoleniu nagłówków – czyli takich ludziach (nie tylko zresztą zaliczają się do nich najmłodsi użytkownicy internetu) którzy czytają w podawanych im artykułach jedynie tytuły, ewentualnie kilka pierwszych zdań newsa.
 
Smutne jest to, że zanika w nas chęć i radość z przyniesienia świeżej gazety do domu. Że zamiast tego wolimy „włączyć” bezduszną przeglądarkę, intrenetową wersję ulubionego dziennika, czy magazynu (te ostatnie jak na razie sprawdzają się w internecie w mniejszym stopniu (argumentowane jest to wieloma czynnikami miedzy innymi objętością, a co za tym idzie kosztami wersji sieciowej). Nie czujemy już potrzeby łączności z żywym światem, ani też nie potrafimy na tę łączność wygospodarować czasu. Bombardowani z każdej strony informacjami nie potrzebujemy skupienia nad nimi, ani tym bardziej poświęcenia im dłuższego czasu, jeśli możemy to samo otrzymać w wersji szybkiego przekazu, często ujrzanego mimo chodem. Takie wiadomości w pigułce. Czy zatem istnienie prasy w sieci ma sens, i jaki sens ma reorganizacja starych redakcji (często opornie się reformujących) i przenoszenie ich do sieci? Zbyt krótki to mariaż prasy i internetu aby stwierdzić, że społeczeństwo się przekona, że za chwilę będzie ono gotowe płacić za elektroniczne wersje gazet, i ile. Ten związek jeszcze nie rokuje, nie przesądza o upadku prasy drukowanej, co najwyżej sugeruje chwilowe kłopoty.
Po lekturze książki Pouleta uświadomiłam sobie jak wiele na świecie istnieje (istniało) tytułów! Nie żebym myślała, iż prasowa gospodarka to mała wioska, ale żeby tyle!? Co chwilę nowe tytuły pojawiają się i giną, ich polityka zachęcania (w postaci dodatkowych gadżetów) nie działa, dotacje nie wystarczają, a jednak kolejne rosną jak przysłowiowe grzyby po deszczu.
 
Wszystko pożera Google
„Od stycznia 2008 roku na horyzoncie rysuje się inne zagrożenia dla wydawnictw, ale też dla czytelnictwa w ogóle. Tym zagrożeniem jest (…) Kindle.”
Ale wystarczy pójść dalej i okazuje, ze czytniki mogą mieć w historii krótszy byt niż zakładano, bo to przeglądarki mogą przejąć ich rolę. Mówi się, że – co jest przerażające do potęgi! – autorzy nie będą potrzebowali wydawców, a jedynie dobrej znajomości obsługi komputera. Wizja przyszłości autora jest taka, że to on będzie zamieszczał swoją książkę w sieci i udostępniał ją bezpośrednio czytelnikom.
Wszystko to okropne i smutne wizje świata bez papieru, w których pocieszający jest fakt (pocieszający dla tych, którzy książki i prasę kochają za duszę) że żyjemy w kraju, który z postępem technicznym ma się trochę na bakier, więc chyba nie straszna nam wizja Ballmera i jego „plan dziesięcioletni”? Tymczasem cieszę się każdą książką w mojej domowej biblioteczce, szanuje je i głaszczę pocieszając, że wizja końca człowieczeństwa jest bliższa, a i tak nikt w nią nie wierzy.

„ (…) nikt do tej pory nie wynalazł takiego modelu ekonomicznego, który umożliwiłby połączenie wysokiej jakości informacji z jej masowym rozpowszechnianiem. Trzeba zgodzić się z tym, że liczący sobie już ponad wiek rozdział historii mediów i demokracji właśnie został zamknięty (…). Gazety zapewne nie znikną z dnia na dzień.”
 
cytaty pochodzą z książki
zdjęcia google, własne

Poniedziałkowe dzieci - Patti Smith



Because the Night to jeden z większych jej przebojów (latem 1978 roku piosenka zajmowała 13 miejsce na liście Top40), najbardziej znana debiutancka płyta Horses, i zarazem najbardziej osobista, bo w całości poświecona przyjaciołom, którzy stanęli na jej drodze do sławy, i tym, którzy odeszli. Choć pewnie największym przyjacielem nigdy nie przestanie nazywać Roberta Mapplethorphe’a. To, co łączyło tych dwoje jest uczuciem zdarzającym się raz na milion lat (tak odważnie można powiedzieć), związek, który tworzyli zaś oryginalnym i silnym jednocześnie mimo burz, jakie przezeń się przetoczyły.
Poniedziałkowe dzieci, której tytuł w oryginale brzmi jak jeden z napisanych przez nią wierszy – Just kids – to coś więcej niż książka. Więcej niż opowieść o miłości. Dwutorowość tej historii tworzy z niej opowieść niesamowitą. Jak obiecała Patti Robertowi opisała w niej ich historię, bo nikt tak jak ona by tego nie zrobił (Czy napiszesz naszą historię? A chcesz? Musisz – odpowiedział. – Nikt inny nie będzie umiał tego zrobić. Napiszę, przyrzekłam, choć wiedziałam, że trudno mi będzie dotrzymać tej obietnicy.) Na szczęście obietnicy udało się dotrzymać. Mamy Poniedziałkowe dzieci a w nich opowieść o miłości i marzeniach.
Bliźniaczo do siebie podobni, nie tylko fizycznie (wielu myślało, że są rodzeństwem, a mąż Patti Smith powiedział kiedyś: Nie wiem, jak on to robi, ale na wszystkich twoich zdjęciach zrobionych przez niego wyglądasz jak on.) ale przede wszystkim mentalnie, spotkali się w księgarni, w której pracowała Patti. Było to spotkanie przypadkowe, jednak utkwiło obojgu na zawsze w pamięci, i zawsze już miało swoje odbicie w ich przyszłości. Dwie artystyczne dusze, dwoje ludzi poszukujących swojego miejsca w świecie. Bez grosza, bez konkretnych planów, jedynie z wielkimi marzeniami i przeczuciem, iż urodzili się dla sztuki, żyjąc na swoich zasadach, według tego, co przyniesie dzień dążą do celu.
Wiele razy, w trakcie lektury zadziwiałam się ich samozaparciem, siłą, której w tak trudnych warunkach im nie brakowało. Podziwiałam możliwość (i chęć) prze-życia w dziwnych czasach, w których z jednej strony wystarczyło sprzedać płytę zdobytą gdzieś taniej, aby przeżyć tydzień, a z drugiej - martwić się o jedzenie. Czasach, w których przypadkowe spotkania rodziły przyjaźnie ważące na przyszłym życiu. Przyjaźnie nie z byle kim. Przez życie Patti i Roberta przewinęły się takie osoby jak Jimi Hendrix, Andy Warhol, Janis Joplin i inni wielcy lat sześćdziesiątych. A oni? Oni zmagali się w tym czasie ze swoim a to gasnącym, a to na nowo rozkwitającym uczuciem, ze swoimi nowymi, kolejnymi związkami, uzależnieniami, seksualnością, ciągle goniąc marzenia. Trwając jedno przy drugim, jak obiecali to sobie na początku przyjaźni byli razem niezależnie od tego, co się wydarzyło. Obiecali sobie czuwać i tego dotrzymywali (stąd poczucie odpowiedzialności Smith za śmierć przyjaciela). Trudno powiedzieć komu pierwszemu udało się dogonić marzenia. Wiadomo przecież, że Robert Mapplethophe umarł młodo (42 lata), pozostawiając jednak po sobie liczne dowody na talent jako fotografa. Przede wszystkim rozpoznawalny do dziś styl wyrażony w otwartym homoseksualnym erotyzmie, w formie wielkoskalowych czarno-białych zdjęć. Jedyny, niepowtarzalny, tylko Mapplethorpha. I Patti Smith, której twórczość znana jest na całym świecie, a piosenki doczekały się wielokrotnie coverów. Jednak to chory już Mapplethorphe powiedział do swojej przyjaciółk:i Patti (…) Stałaś się sławna wcześniej niż ja.
Tych dwoje było jak brat i siostra, jak mąż i żona (tych, przed matką Roberta grali do końca), a przede wszystkim jak przyjaciele, jakich świat widuje rzadko. Bez miejsca do spania, z pustą lodówką i po wielokrotnych „zdradach”, które każdego z nich bolały uczucie łączące ich pozostało tak samo silne. Pomimo późniejszych swoich stałych związków z innymi partnerami (małżeństwa Patti i związku Roberta) nadal łączyły ich silne więzi, których nawet śmierć nie była w stanie zerwać.
Wreszcie nad morzem – a wiec tam, gdzie Bóg jest wszechobecny – stopniowo się uspokoiłam. Stałam i patrzyłam w niebo. Chmury miały kolor jak u Rafaela. Poraniona róża. Miałam wrażenie, że sam to namalował. Zobaczysz go. Poznasz. Poznasz jego dłoń. Te słowa mi się objawiły i wiedziałam, że pewnego dnia zobaczę niebo namalowane ręką Roberta.

Wielokrotnie wzruszałam się przy tej lekturze. Wielokrotnie łapałam się też na tym, iż nie chcę wcale aby się kończyła. Chcę ją czytać bez końca, wsłuchiwać się w tę melodię dusz artystów. Włączając płyty Smith, oglądając fotografie Mappletorpe’a przedłużałam sobie tę cudowną historię o ambicjach, sercu i uczuciu. Nie da opisać się wrażeń z lektury Poniedziałkowych dzieci, bo to tak, jakby chcieć opisać na kilku stronach czyjeś życie. Jedyne co mogę napisać to to, iż historia Patti i Roberta wstrząsnęła mną, wzruszyła i na pewno tak szybko (o ile w ogóle) jej nie zapomnę. Myślę też, że to nie książka dla wszystkich, jedynie dla tych, którzy potrafią zachwycić się szczegółem, światłem i najcichszym dźwiękiem. Tym polecam.
 

Każde słowo w ustach
Każde słowo w piśmie
Zaklęcie przerwane
I uczynek złoty
Wszystkie grane role
Jak wikliny sploty
Spadają na ziemię
Dzikie dzikie liście.
 
 
 
 
 
cytaty pochodzą z książki
zdjęcia: www.czarne.com.pl, google,


Macierzyństwo non-fiction - Joanna Woźniczko - Czeczott i konkurs na Początki i Macierzyństwo ...



Droga matko, myślę, że wśród występujących w tej książce kobiet na bank znajdziesz przyjaciółkę (Justyna Bargielska) – Bardzo mi przykro, ale nie!


I znowu kolejna książka w temacie około macierzyńskim. Ty razem dotycząca już samego macierzyństwa, czyli okresu po ciąży, o którym jest książka Początki. Na Macierzyństwo non-fiction  autorstwa Joanny Woźniczko-Czeczott zwróciłam uwagę zanim jeszcze została wydana. Zaintrygował mnie podtytuł – Relacja z przewrotu domowego i opinie na jej temat na stronie Wydawnictwa. Jakkolwiek mogłabym się zgodzić z podtytułem, a w szczególności określeniem pojawienia się dziecka, jako przewrotu - choć wolałabym aby to słowo miało raczej wydźwięk pozytywny, bo dla mnie taki ma, niż negatywny, który jak zakładam miał brzmieć w tytule, to już opinie, które – podobnie, jak książka, przedstawiają macierzyństwo jako straszne i ciężkie przeżycie zupełnie nie były zgodne z moimi. Stąd moje zainteresowanie książką – chciałam po prostu poznać zdanie innych kobiet.
Opisy macierzyństwa zazwyczaj ociekają lukrem. Pisze się o maluszkach, bobasach i nieustającej radości bycia matką. Od tej słodyczy bolą zęby. A jak jest naprawdę, wiedzą ci, którzy mają małe dzieci. Problem polega na tym, że zazwyczaj o tym nie mówią. (Justyna Sobolewska)
Właśnie, ja wiem i mówię o tym. Może ja mam jakąś wyjątkową cierpliwość? A może wyjątkowe dziecko? Albo po prostu nie przejmuję się tym, co mnie omija radując się każdą chwilą z moim dzieckiem?

Już w tym miejscu mogłabym nie chcieć sięgnąć po książkę, bo dla mnie to jednak słodki czas, pomimo – i owszem – problemów. Problemów, z których chyba każda kobieta decydująca się na dziecko zdaje sobie sprawę? Dziecko, to nie myślący dorosły człowiek, który – zachowując się w sposób dziecinny, może faktycznie denerwować. Dziecko to bezbronna istota, która potrzebuje opieki rodziców. No właśnie – rodziców. Przecież dziecko ma dwoje rodziców! Skąd sfrustrowane, zaniedbane kobiety, zamęczone, niewyspane jeżeli taką samą opiekę nad dzieckiem może sprawować jego ojciec? Ale zacznijmy od początku. Znowu to zdawanie sobie sprawy. Co innego młoda dziewczyna, która zachodzi w nieplanowaną ciążę, która nie ma ani warunków – nie tylko finansowych – do wychowania dziecka, ale sama jest mentalnie dzieckiem, psychicznie nie przygotowanym do przywitania swojego dziecka na świecie. Ale dorosła kobieta, którą przeraża ilość obowiązków i związanych z dzieckiem nowości to dla nie coś, czego nie znam.
Już w ciąży przeczuwałam, że istnieje. I że lepiej opanować go przed rozwiązaniem. Słowniczek obsługi dziecka. Ten, którym biegle posługują się młodzi rodzice, a który niewtajemniczonym (a przynajmniej ciężarnej mnie) do złudzenia przypominał chińszczyznę.

Hmm doprawdy to takie trudne do opanowania? Myślałam, że istnieje coś takiego, jak instynkt macierzyński i wszystko, co związane jest z dzieckiem kobiecie przychodzi łatwo – widać nie wszystkim. Niewtajemniczona? No właśnie, do czasu. Do rozwiązania, do zostania młodym rodzicem przecieżJ Doprawdy zastanawiałam się już przy pierwszym zdaniu, czy to prawda, czy tylko taka poza?
Chodziłam więc na przyspieszone kursy do koleżanek matek z pod®óbką moleskine’a w torbie i zamiast reporterskich treści zapisywałam w notesie obce (sic!) słowa.

Linomag, emmeljunga, oilatum.

Tantum rosa, Frida, bugaboo.

Octenispet, weleda, baby sense.

(…)

Myliły mi się kremy do pupy z markami wózków, a te s kolei – z przyrządami do wyciagania niemowlętom glutów z nosa.

To cytat z książki, broń Boże moja opinia! Pomijając podejście do spraw, nazwijmy to oczywistych (ciekawe jak autorka nazywa pełne pampersy, czyli kupy dziecka?!). Nie wiem, czy to może ja jestem dziwna, orientując się w przynajmniej większości wspomnianych nazw, już przed ciążą? Nie wiem, jak można żyć w dzisiejszym świecie, na którym na szczęście są jeszcze dzieci i nie osłuchać się z przynajmniej niektórymi wyrazami;/?
Pomimo, że książka od początku nie tyle mnie irytowała ile zaskakiwała, brnęłam dalej – przyznaję - niektóre momenty pomijając dla spokoju własnych nerwów, inne – dla zrozumienia czytając kilka razy. Ogólnie książka to jakaś straszliwa wizja macierzyństwa, chyba nie dla planujących je par. Bo zdanie Macierzyństwo po brzegi wypełnia nuda może skutecznie zniechęcić do posiadania dziecka J

Chociaż komuś, kto przeczytał powyższy tekst, książka może wydać się nieodpowiednia, nudna, albo denerwująca to chcę zaprzeczyć – tak nie jest! To bardzo ciekawy tekst, który osoby z podobnymi do autorki poglądami może zachwyci, a bliższych mi nawet rozśmieszyć J Czytaliśmy fragmenty na głos, zastanawiając się w dwójkę czy coś jest z nami nie tak, w dwójkę zaśmiewając się, z tak odmiennych od naszych problemów. Jednocześnie nie zazdroszcząc zniechęcenia do osiemsetnego trząśnięcia drzwiczkami szafki przez pierworodnego!

Chciałabym jeszcze dodać, że autorka, z którą co do kwestii dziecinnienia i zapomnienia siebie (mówienia o sobie w osobie trzeciej, zmiany gustów itp.) nie mogę się zgodzić prowadzi także blog metamacierzynstwo.pl. Chciałabym też zapytać autorki skąd pomysł aby bohaterów książki – siebie, męża i dziecko „ubrać” w postaci ze słynnego w latach osiemdziesiątych serialu o bogatej rodzinie. Przecież chyba macierzyńswto Crystal czy Alexis wyglądało zgoła inaczej? Ale to już chyba osobny temat.
I na pocieszenie, także cytat z książki Joanny Woźniczko – Czeczott:
Macierzyństwo to tak duże wyzwanie, że można starać się je osłodzić. Koncentrować się na tym, co dobre. Pięknych chwil wszak nie brakuje.

Dla osób chętnych na lekturę zarówno Początków jak i Macierzyństwa non-fiction. Relacja z przewrotu domowego przygotowałam konkurs. Chciałabym, aby książka Początki (ufundowana przez Wydawnictwo Świat Książki) trafiła do przyszłych mam – więc proponuję ją dziewczynom w ciąży (ufam tym, które zgłoszą się do konkursu),  oczywiście nie tylko one mogą zgłaszać się po książkę. Natomiast Macierzyństwo non-fiction (z mojej biblioteczki) chciałabym podarować jednej z obecnych mam. Na zgłoszenia czekam do następnego piątku, czyli do 8 czerwca, do godziny 12.00.


Zgłaszajcie się więc przyszłe Mamy i Mamy obecne. Życzę Wam powodzenia.

cytaty pochodzą z książki Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego. J. Woźniczko-Czeczott.

Czytane z radościa, pisane w biegu

Jako, że ostatnio znacznie więcej książek czytam niż o nich piszę postanowiłam w kilku słowach przybliżyć te, które zapadły mi szczególnie w pamięć i myślę, że mogłyby Wam się również podobać.







Zacznę może od znanej wszystkim i pewnie czytanej przez większość Jane Eyre (dawniej Dziwne losy Jane Eyre - bo pod takim tytułem ukazywała się książka Charlotte Brontë wcześniej). Zeszłoroczne wydanie zostało wznowione przy okazji wejścia do kin filmu na podstawie książki i otrzymało nową, prawdziwie filmową okładkę. Kilka ... naście lat temu zaczytywałam się, jak każda pewnie młoda dziewczyna, a raczej dziewczynka w książkach sióstr Brontë, oraz Jane Austen ale jak się okazuje na Dziwne losy Jane Eyre nie trafiłam, bo lektura okazała się miłym zaskoczeniem. Zaskoczeniem bo nie była to mdła, romantyczna historyjka i odskocznią od wszystkich ciężkich książek (tym bardziej, że wcześniej przeczytałam Farby wodne L. Ostałowskiej). Tytułowa Jane Eyre to rezolutna młoda dziewczyna, którą poznajemy jako silne, zbuntowane, choć pewnie w duchu pragnące miłości dziecko. Osierocona przez rodziców, opuszczona przez umierającego wuja skazana zostaje na humory ciotki, która zapatrzona w swoje niesforne dzieci nie zauważa trosk i potrzeb małej Jane. Myśląc, że wysłanie dziewczynki do rygorystycznej szkoły będzie dla niej karą uwalania się od obowiązku wychowywania, a Jane daje szanse na lepsze życie. Szansę, którą dziewczyna wykorzystuje po ośmiu latach pobytu w zakładzie. Wreszcie los się do niej uśmiecha, a doświadczenia zdobyte (często na własnej skórze) u ciotki, oraz w zakładzie tylko umacniają i tak twardy charakter dziewczyny. Sama znajduje sobie pracę, w której nawet nie spodziewając się spotyka wielką miłość swojego życia. Jak zawiła jest jej znajomość z Edwardem Rochesterem dowie się tylko ten czytelnik, który sięgnie po książkę. Ale upór Jane czasem bywa denerwujący, lecz prowadzi konsekwentnie dziewczynę do celu. To nic, że przyjdzie jej pożegnać się z miłością. Jednak nie wszystko Jane przekreśla i żyjąc - nawet w oddaleniu od Rochestera nie upada na duchu i ciągle marzy o spełnieniu. Koleje losu Jane bywają zaskakujące - są i smutki ale też i radości. Dość przyznać, że końcówka książki bardzo mnie wzruszyła. I choć Jane Eyre to ponad pięćset stron ani chwili nie poczułam znużenia i nie żałowałam powrotu do angielskich romansów.






Kolejną książką, również o miłości, jednak szybkiej i nie tak trwałej jak uczucie panny Eyre i Edwarda Rochestera jest W upale i kurzu Ruth Prawer Jhabvala. To krótka (zaledwie 160 stron) historia o niezbyt udanym małżeństwie Olivii i Douglasa, która dzieje się na placówce w Indiach. Olivia przybywając do Indii z góry zakłada swoje nieprzystosowanie i odmienność i nie potrafi pozbyć się wielkopańskich zwyczajów. Zachowując się jak mała dziewczynka stwarza więcej problemów swojemu i tak wiecznie zajętemu mężowi, niż radości ze swojego towarzystwa. Tylko romans z indyjskim księciem jest w stanie wyrwać ją z marazmu, w jaki zapada podczas gorącej pory i nawet deszcz nadchodzący wraz z porą monsunową nie jest w stanie jej przebudzić. Dopuszcza się okrutnego czynu i niszczy życie kilku osób. Tego wszystkiego jednak dowiadujemy się z listów Olivii, które odnalazła wnuczka Douglasa. Chcąc wyjaśnić tajemnicę miłości dziadka i kobiety, o której rodzina stara się milczeć przyjeżdża do Indii i podąża śladami sprzed 50 lat.


Ta książka była świetną przygodą po Indiach - zarówno tych bardziej współczesnych, jak i tych sprzed ponad pół wieku. Stroje, zwyczaje oraz jedzenie - barwny świat Indii przeplata się z romansem i ani trochę nie sprawia wrażenia, że tak stara historia mogłaby pokryć się warstwą kurzu.


W upale i kurzu w 1975 roku otrzymała Booker Prize.






I trochę cięższa lektura, jednak bardzo wciągająca i ciekawa: Słodko - gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji Necli Kelek. To świetne źródło, jak na raport przystało informacji o tym być może mało znanym kraju. Dla mnie osobiście książka - zaskoczenie. Bo niby coś tam wiemy o Turcji - Stambuł, baklava, trochę muzyki, Orhan Pamuk i spór o wejście do UE. Ale na ile te informacje są prawdziwe, ile jest jeszcze innych, które przyćmią sukces Pamuka i słodycz baklavy? Dzięki lekturze książki Necli Kelek, która urodziła się w Turcji, później emigrując, wraz z rodzicami (jak wielu Turków) do Niemiec możemy dowiedzieć się tak wiele. Słodko - gorzka ojczyna to trzeźwe spojrzenie na kraj ojczysty. Próżno szukać słów chwały i pobłażania Turkom ze strony autorki. Ta książka to chłodne spojrzenie na sprawy zarówno gospodarcze, jak i kulturowe kraju tak bogatego w zwyczaje i jednocześnie tak zaniedbanego przez władze i mieszkańców. Autorka porusza kwestie morderstw honorowych (które teraz, aby spełniać warunki przyjęcia do UE zamieniają się w jeszcze większej liczbie niż dotychczas w samobójstwa), religii, która wraz z władzami rządzi państwem (która jest władzą), o braku porozumienia między prawem a zwyczajem, o tym, co ukryte "za wysokimi murami" a jednak nadal w Europie. Zaskakująca i przerażająca jednocześnie lektura, która jednych zachęci do podróży do Turcji, innych zapewne zniechęci, ale na pewno pozwoli wyrobić sobie zdanie na temat sytuacji w tym kraju i uzupełni ten słodko gorzki obraz.

Za wzorową czynność uchodzi siedzenie. Tureckie słowo oturmak oznacza zarówno siedzieć, jak i rozkoszować się, żyć, mieszkać. Siedzenie, granie w karty czy w domino - w każdym razie niepracowanie - jest punktem, do którego się dąży, celem życia.


Może ktoś znajdzie coś dla siebie wśród tych trzech pozycji, być może kogoś zachęcę do powrotu do romantycznej lektury, albo do zagłębienia się w historię i kulturę barwnego kraju? Być może? Życzę udanych wyborów, jak najmniej dylematów i samych miłych chwil z książką.



cytat pochodzi z książki N. Kelek Słodko - gorzka ojczyzna...

Królewna Śnieżka z Auschwitz - Farby wodne L. Ostałowska



Kiedy słucham, historie istnieją, kiedy mówią, mogą się uwolnić. Szukam tu (w muzeum) własnej, a nie polskiej tożsamości. Myślę: to się stało. Bez kalek, fiszek, stanowisk ... Nie osądzam siebie ani innych.

Trzeba  przyznać, że Farby wodne Lidii Ostałowskiej nie są typową lekturą na okres świąt. Ale może nie wszyscy lubią historie rodzinne, miłosne, czy lepienie bałwanków w wesołym gronie - ja nie lubię. Stąd z zapartym tchem zabrałam się za lekturę Farb wodnych, które znalazłam pod choinką.
Nie, nie jest to przyjemna lektura, ale napewno pouczająca. Reportaż Ostałowskiej to prawdziwe świadectwo obozowych i postobozowych realiów. Farby wodne to głównie (pisze głównie, bo choć to krótka książeczka, pociąga wiele wątków) historia Diny Gottliebovej, Żydówki czeskiego pochodzenia a przede wszystkim malarki. Dina trafiając do obozu w Auschwitz-Birkenau ratuje się własnym talentem. Początkowo ryzykując własne życie umila je najmłodszym więźniom obozu malując na barakach sceny z Królewny Śnieżki, która na króko przed "obozem" stała się hitem kinowym i ... ulubionym filmem Adolfa Hitlera. Dzięki tym malunkom zostaje zauważona przez Josefa Mengele (a właściwie Wolfganga Gerharda) i "zatrudniona" do malowania jemu portretów ludzi, którzy posłużą do doświadczeń temu pseudodoktorowi, znanemu całemu światu ze swojego okrucieństwa. Nie wiem, jak ocenić Dinę, i czy w ogóle wolno mi ją oceniać. Pewnie nie powinnam wcale tego robić, ale kołaczą mi się dwie sprzeczne myśli, różne postawy, w których staram się znaleźć na jej miejscu. Wiem, że to wprost niemożliwe abym w jakikolwiek sposób mogła wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Z jednej strony to naturalny odruch człowieka, że stara się ratować swoją skórę, szczególnie w obliczu  śmierci, tak okrutnej śmierci, na którą więźniowie obozu przecież patrzyli każdego dnia. A z drugiej strony - czy taka postawa to nie tchórzostwo, nie sprzedanie siebie? Współpraca z okrutnym nazistą, człowiekiem, który mówił o sobie lekarz a zabijał, torturował i w swojej głupocie, czy też niewiedzy, w swoim wrodzonym okrucieństwie (jakim trzeba być psychopatą aby robić takie rzeczy) wyrywał dzieci z łon matek, zszywał żyły bliźniętom aby stworzyć sobie bliźnieta syjamskie, podawał ludziom dziwne mikstury nie znając skutków ich zażywania .... albo w swoim okrucieństwie chcąc je raczej poznać, kastrował, wydłubywał oczy, na żywo, po śmierci nieważne, byle zapisać jakiś skutek. I takiemu człowiekowi pomaga Dina Gottliebova - tylko po to aby uratować siebie i matkę. Nieznane są też mi i niezrozumiałe dla mnie pobudki jakimi kierował się sam Mengele zatrudniając dziewczynę - z jednej strony okrutny człowiek, skłonny zabijać wszystkich, którzy nie zaliczają się do jego rasy, a z drugiej niby taki dobrotliwy wujek, który najmuje do pracy Żydówkę, po to aby malowała jemu anomalia fizyczne więźniów, aby służyła za dokumentalistkę? Nie mieli aparatów? Czy też była to klejna perswazja Mengele - dać trochę przyjemności więźniowi w trakcie pozowania, aby zaraz potem podoświadczać sobie na jego ciele? Nie ma słów wytłumaczenia na cokolwiek, co dotyczy nazistów i obozów, nie ma wytumaczenia dla Holokaustu.
Autorka Farb wodnych dociera do Diny Gottliebovej po latach. To nękana chorobą staruszka, która stara się odzyskać swoje obrazy zawłaszczone przez muzeum KL Auschwitz - Birkenau. Czy faktycznie należą się one Dinie jako autorce? Malarce? Czy może też stanowią własność Josefa Mengele (o ile ten człowiek jeszcze żyje - tego chyba my się nie dowiemy, bo, że ktoś to wie, jest więcej niż pewne), czy też stanowią jednak właśność muzeum, są dowodem na okrucieństwo Niemców i należą się każdemu odwiedzającemu? O uznanie właśności walczą wszyscy. Muzeum, które zatrzymało nie tylko właśność Diny, nie tylko te obrazy ale i prywatne części garderoby, walizki - wszystko, co odwiedzające muzeum rodziny są w stanie rozpoznać, co stanowi czasem jedyną pamiątkę po pomordowanym, a boli, że jest w muzeum mogłoby przecież, jak to wiele razy zarzucano muzeum zostać zastąpione kopią (włosy, tałesy, podróbki butów i waliz - made in China). Obrazy, kórych dotyczy spór to głównie portrety Romów, Cyganów, których w Auschwitz zginęły setki. Na których Menegle z wyraźną przyjemnością dokonywał doświadczeń, jak na cudach (czy też wybrykach) natury (dziwne wrażenie przy czyteniau Farb wodnych po niedawnej lekturze, jakże odmiennej książki Psożercy ze Svini  Karla-Markusa Gaussa).
Farby wodne to liczne dowody na brak człowieczeństwa nie tylko Hitlera ale i ludzi, którzy ślepo szli we wskazanym przez tego zakompleksionego człowieczka kierunku. Szczególnie końcowe rozdziały, które dotyczą współczesności, uświadamiają, że jesteśmy tak marni kłócąć się nad prochami pomordowanych tysięcy więźniów. Ukazują słabość i chciwość człowieka, nawet w obliczu takiej tragedii. Nie do uwierzenia, nie do pomyślenia. A mieszkańcy Oświęcimia mają tego wszystkiego dosyć - z jednej strony kłótnie o pamięć, o religię i pamiątki, z drugiej strony wysokie bezrobocie w Oświęcimiu, masowe wyjazdy młodych ludzi, bo cała miejscowość jest jak miejsce zbrodni, miejsce święte, w którym nie może powstać market czy klub nocny.
Choć znam historię i nie jestem nań obojęta nie potrafię sobie nawet wyobrazić własnego stanowiska w tej sprawie. Wydaje się łatwym do pogodzenia i rozwiązania konflikt obozowy - postawmy małe krzyże, zlikwidujmy te wielkie, dajmy możliwosć modlitwy wsystkim narodom i wyznaniom. Albo podarujmy sobie modlitwę - uszanujmy w ciszy, każdy we własnym sercu i sumieniu pomordowanych.

I unikajmy takiej postawy: Gdzie byli ich prawnicy - szlocha wstrząśnieęta (wizytą w muezum) amerykańska studentka.

Jest wiele do napisania o tej książeczce - raptem 200 stron tekstu, a taka burza myśli, takie ogromne niedowierzanie, która ogarnia mnie zawsze ilekroć poznaję każdą historię związaną z wojną, Holokaustem i niemożliwym do wyobrażenia okrucieństwem Niemców.

Fragment obozu w Birkenau

Dzieci, na których eksperymentował Josef Mengele

Brama do obozu - napis Arbeit macht Frei uratował od złomowania polski chłop - za butelkę samogonu odzyskał go od Rosjanina. Współczesną historię kradzieży napisu znamy.

Dina Gottliebowa w swojej pracowni z portretem Cyganki (dla Mengele ważne było ucho i oczy, oraz znaki szczególne)



źródło zdjęć: czarne.com.pl oraz google
cytaty pochodzą z książki

Protezy pamięci - eseje o fotografii. Nominowane do Nike Dno oka Wojciecha Nowickiego


Kiedy czytałem tę – dla mnie niezwykłą – książkę, przyszedł mi do głowy obraz, który mogę sobie wyobrazić nawet jako fotografię: oto widzę przed sobą grube, szare mury, coś się za nimi kryje, może świat cały, jakaś nieprzenikniona zona. Nie ma wejścia i tylko od czasu do czasu, tu i ówdzie, widać drzwiczki czy okienka, nieco podobne do owego otworu uchwyconego przez Bułhaka na wileńskiej ścianie (…). Owe drzwiczki to fotografie/ teksty Wojciecha Nowickiego; przez nie da się do wewnątrz zajrzeć, zdają się one przejściami – przewodnikami, które pozwolą coś stamtąd zobaczyć.


To słowa, którymi zaczyna się książka Wojciecha Nowickiego Dno oka, ze wstępu zatytułowanego Medytacje migawkowe, autorstwa Marka Bieńczyka. I to słowa jak najbardziej trafne, które właściwie powinny wystarczyć czytelnikowi jako krótki, idealny opis zbioru esejów jaki bierze do ręki. Przyznaję, że z niedowierzaniem wzięłam Dno oka do ręki i z jeszcze większym niedowierzaniem i brakiem przekonania zaczęłam czytać. No bo co można powiedzieć o zdjęciach? Obejrzałam zebrane przez autora zdjęcia i wzruszyłam ramionami – no cóż więcej można dodać, do tego, co zobaczyłam – czarnoskóry rikszarz i biały pan, stare chaty wypełnione zbędnymi przedmiotami, a w nich smutni (czy też ówdzie radośni) ludzie, kawałek kamienicy – nic więcej. Zdjęcia jak zdjęcia. Jeśli komuś coś się z nimi kojarzy, to ma łatwiej. To przecież swego rodzaju zapis pewnego zdarzenia, chwili. Więc dla tych, którzy sami utrwalali ten moment, albo zostali na nim utrwaleni zobaczyć, co znajduje się na fotografii to błahostka. A dla postronnego obserwatora? Nic specjalnego – można albo podziwiać albo też nie. Spojrzeć bezdusznym okiem i nie wnikać. Ale można też wejść w fotografię. Przeniknąć do świata na niej, znaleźć się miedzy ludźmi, przedmiotami, między chwilą, a chwilą. Tak jak zrobił to Wojciech Nowicki. Pewnie, że oglądając stare zdjęcia staramy się dociec z jakiego okresu pochodzą, jakie przedstawiają miejsce i kogo, szukamy ciekawych szczegółów. Ale czy aż tak dokładnie, jak zrobił to autor zbioru esejów pod tytułem Dno oka. Tytułem jak najbardziej trafnym, bo przecież to właśnie na dnie oka pozostaje „fotografia” chwili. Z dna oka wyciągamy poszczególne nitki łączące świat obecny z tym przedstawionym na zdjęciu. Taki malutki obraz zapisany, na dnie i na kawałku kliszy a tyle słów, którymi można go opowiedzieć.
Dno oka. Eseje o fotografii to przedziwny album, niepowtarzalny zbiór zdjęć, które nigdy nie znajdą się w prawdziwym albumie zebrane w jedno. Począwszy od zimnego i przygnębiającego szarą rzeczywistością zdjęcia z łaźni sierocińca, przez kolonialne i orientalne fotografie aranżowane, po oniryczne zdjęcie dziewczyny w długich włosach, widma Anny Csillag i pani Bovary i pełnych niepotrzebnych przedmiotów wnętrz chałup, pachnących całą feerią zapachów, nie koniecznie przyjemnych, kojarzących się ze wsią, starością i śmiercią i niedźwiedzia w groźnej ludzkiej postawie.

Słowa w tej książce idą naprzód ostrożnie, uważnie, w zwolnionym tempie. Są powstrzymywane, ważone (…) by dojść do sedna rzeczy, na „dno oka”, odrzuciwszy wszelkie, mówi autor, „nawarstwienia”, „bełkotliwe języki”, a nawet, w razie konieczności, „historyczną wiedzę”. Wówczas tylko może dość do spotkania twarzą w twarz z czyimś gestem czy z przedmiotem (…) .

To książka pachnąca przeszłością i historią. Jest jak pudełko z fotografiami, które otwiera przed nami autor. Opisuje każde zdjęcie tak szczegółowo, dogłębnie doszukując się (i znajdując) drobiazgi, na które niewprawne oko nie zwróciłoby uwagi. Nazywa każde załamanie światła, każdą najmniejszą kreskę, jakby fotografia była obrazem namalowanym wprawną ręką mistrza pędzla. Nowicki wierszem mówi o zebranych przez siebie fotografiach. A jest to zbiór zdjęć amatorskich, ale też profesjonalnych, wykonanych w zakładach fotograficznych. Porzuconych, jak wyrzuca się stare zabawki i jednocześnie wartościowych, bo jak można wyrzucić czyjeś życie na śmietnik, jak można sprzedać się na pchlim targu (wiele z fotografii Nowicki kupił na tych właśnie). Niepotrzebne, umarłe – często wraz z właścicielem – życia utrwalone na kliszy. W rękach i słowach Wojciecha Nowickiego ożywają. Wychodzą z ram fotografii i stają naprzeciwko czytelnika. Jak żywe, prawdziwe i namacalne. Dzięki Wojciechowi Nowickiemu zaczynają nowe życie, być może pierwsze, wcześniej stanowiąc kaprys bogatego człowieka, pamiątkę, która nigdy nie dotarła do adresata, czy nieudaną fotografię, ukrytą na dnie szuflady, nigdy nieoglądaną. Temu wyciąganiu szczegółów ze zdjęcia towarzyszy bogactwo informacji o fotografii. Autor przywołuje znane nazwiska fotografii – Sontag, Barthe’s Czartoryska, podparte przykładami i porównaniami. Dno oka to nie tylko pusty i oschły opis tego, co widzimy na zdjęciu, ale filozoficzna myśl towarzysząca temu, co jest po drugiej stronie kawałka papieru, na którym została wywołana. Uwalniająca to, co autor zdjęcia chciał przekazać, a co zostało zamknięte zdawałoby się na zawsze w sepii, czy kolorze zdjęcia, w unieruchomieniu postaci i przedmiotów. Autor pokazuje jak bardzo żyjemy fotografią a nie prawdą. Bo każda fotografia według Nowickiego to kłamstwo. Swego rodzaju zakłamanie, które trwa dzięki utrwalonej sekundzie, która nie mówi nic, bo za chwilę w rzeczywistości zmieni cale życie postaci nań przedstawionej. I właśnie tę zmianę omawia Nowicki. To czego normalnie byśmy nie zauważyli. Fotografia uderza podstępnie – pisze Nowicki – jej moc tkwi w hiatusie pomiędzy zamierzeniem a rezultatem. Jej siłą bywa pomyłka.

Może  było jeszcze inaczej, nie wiem jak. Pokrętna prawda o fotografii jest wyłącznie tym, co jest nam dane do zobaczenia; fotografia nie tłumaczy świata, ale pokazuje wyrwane obrazy, jak kartki z książki, gdzie tekst się zaczyna w pół słowa i kończy równie gwałtownie. Fotografia pozwala zobaczyć, że było właśnie tak, ale nie wyjaśnia dlaczego . Nie tłumaczy cierpliwie. Pozwala oglądać przez dziurkę od klucza, ale skąpi komentarza.

Wzięłam tę książkę do ręki z przeświadczeniem, że to jej autor otrzyma tegoroczna nagrodę Nike. Chciałam aby były to właśnie eseje, aby było to coś nieprzewidywalnego (tak też się stało, i niekoniecznie był to mój wybór). I choć nie byłam przekonana, że to lektura dla mnie, to już od pierwszych zdań, od pierwszej fotografii, na której ja widziałam tylko smutne dzieci pod prysznicem zrozumiałam, że warto czytać dalej i wiedzieć więcej. Dno oka to mój swoisty album, który stanie na półce między książkami, i do którego będę czasem zaglądać jeśli tylko poczuję bezduszność kliszy fotograficznej. Będę oglądać i starać się dojrzeć wszystkie szczegóły które wskazał mi autor zbioru, może kiedyś uda mi się posiąść tę sztukę? Kto wie?

cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: czarne.com.pl

(Nie)Bajkowe książki Dubravki Ugrešić

Raczej rzadko sięgamy po literaturę bałkańską, częściej w nasze ręce wpadają amerykańskie bajki o idealnym życiu lub koszmarne (czasem w każdym tego słowa znaczeniu) historie o nieziemskich stworzeniach. Na szczęście ostatnimi czasy uwaga czytelników kieruje się na południe, do byłych krajów jugosłowiańskich i to nie tylko dotyczy strony historycznej tego kraju, ale i wyboru autorów, którzy wywodzą się z tych, jakże bliskich i jednocześnie jakże egzotycznych okolic. Choćby przypomnieć takie nazwiska jak Ismail Kadare, Ornela Vorpsi,  czy Dubravka Ugrešić.




Przyjrzyjmy się tej ostatniej, chorwackiej pisarce, o której książce Życie jest bajką było ostatnio głośno, za sprawą Wydawnictwa Znak.
Czytając tytuły książek autorki można odnieść wrażenie, że pisze ona raczej książki dla dzieci – zachęcające wspomniane Życie jest bajką, Baba Jaga zniosła jajo czy Nikogo nie ma w domu. Niestety nic bardziej mylnego – nim książki Ugrešić wciśniemy w ręce naszych milusińskich przyjrzyjmy się im dokładniej. Tak, to może i bajki, ale po pierwsze nie do końca piękne i dobrze się kończące, a po drugie to raczej bajki dla dorosłych. I choć tytuł ostatniej książki autorki brzmi ciekawie i zachęcająco, to jednak zdaje się trochę abstrakcyjny i na przekór treści. Bo kto ośmieli się wypowiedzieć takie stwierdzenie, że życie jest bajką? A może mimo wszystko większość z nas (z pesymistów) żyje w błędzie, bo może faktycznie to, co przeżywamy jest rodzajem baśni, bardzo krótkiej baśni. Przecież i w najpiękniejszych bajkach zdarzały się sprawy trudne, nieprzyjemne. Zdarzały się tylko po to, aby za chwilę mogło zaświecić słońce na firmamencie życia. Takie trochę jest Życie jest bajką Ugrešić. Niby smutne, opowiadające o starości, która ciągle jeszcze traktowana jest jak coś złego, jak gorszy etap życia człowieka, a z drugiej strony oprawione lekką dawką humoru. Niby smutek, niby płacz, lecz czasem w prześmiewczy sposób. A do tego wszystkiego tajemnicza postać Baba Jagi, która pojawia się w książce niczym wróżka ze świata elfów. Postać – symbol. Baba Jaga przedstawicielką kultur, wierzeń i filozofii, ale także synonimem starości, chorób i osamotnienia, jakie niesie często starość.




O Babie Jadze jest także jej książka Baba Jaga zniosła jajo. I tu Ugrešić Babę Jagę stawia jako symbol wszystkiego, co dotyczy przeszłości, nieszczęścia i bezradności. I również tym razem dostarcza dużej dawki humoru w prześmiewczy sposób przybliżając znane dzieła klasyków (np. Tołstoja). Baba Jaga zniosła jajo może wydać się bardziej przystępną niż wcześniej wspomniana książka autorki, ale to tylko złudzenie. Być może jest trochę lżejsza w odbiorze, lżejsza dzięki parodii jakiej się dopuszcza i dzięki - być może - bardziej współczesnej rzeczywistości. Dla niektórych – niestety życiowa. Ale sięgając po Ugrešić tak już będzie – życiowo i melancholijnie.




Widać Ugrešić lubi pastisze i porównania. Doskonałym na to przykładem jest jej książka (od której być może warto zacząć przygodę z twórczością chorwackiej autorki) Stefcia Ćwiek w szponach życia. To krótka, lecz jakże śmieszna historia o - można rzec - współczesnym kopciuszku. Przywołująca wiele dzisiejszych przedstawicielek płci pięknej, które niejednokrotnie są albo tegoż piękna zaprzeczeniem, albo taką parodią samych siebie, że już dawno zapomniały, jak wyglądają naprawdę. Tytułowa Stefcia to zwykła dziewczyna, która, jak większość pragnie miłości i tego jedynego mężczyzny. Pragnie idealnego życia. A z drugiej strony chce pozostać nadal sobą. Czy Stefci uda się pogodzić dwie tak różne kwestie, sprzeczne idee, które wspólnie nie funkcjonują?  Ugrešić w świetny sposób demaskuje plastikowe kobiety, puste bez ambicji lalki goniące raczej za tym, co mężczyzna ma na posiadaniu niż za nim samym, z całym jego wnętrzem i wartościami osobowości. Przy tym nikogo nie obraża, ale rozśmiesza tłumy czytelników.





Za sprawą Amerykańskiego fikcjonarza zrobiło się u Ugrešić trochę jakby politycznie. Książka ta podyktowana jest kilkuletnim pobytem pisarki w Stanach Zjednoczonych, gdzie odbywała ona stypendium. To opowieść o Jugosławii oczyma „emigranta”. Dość nostalgiczna historia o tęsknocie, poczuciu braku własnego domu i lęku o ojczyznę ogarniętą wojną. I jeszcze trochę polityki w wydaniu „bajkowej Ugrešić ” – tym razem w książce Kultura kłamstwa, powieści o kłótniach i wstydzie. To analiza uczuć dzisiejszych Jugosławian, którzy wyszli z rozbitego wojną kraju, i to niezależnie z której strony (czy byli  Serbami, czy też Chorwatami). Mieszkająca w Holandii od prawie 20 lat Ugrešić rozprawia się z bagażem przeszłości i wstydem, jakiego jugosłowiańskie korzenie dostarczają po latach.  Książka ciężka i okrutna, jak wojna w byłej Jugosławii. I jeszcze krótko o kolejnej książce Ugrešić o wojnie.Przecież byłą Jugosławiankę musiała ona strasznie dotknąć, szczególnie zapewne przeżywała ją mieszkając na obczyźnie. Stąd tyle śladów wojny w jej książkach. W Muzeum bezwarunkowej kapitulacji także wspomina o śladach powojennych, o ranach przez nią zadanych, których blizn, choć często niewidocznych dla oka nie da się ukryć.




Z Ministerstwem bólu możemy przejść do tematu życia na obczyźnie. To opowieść o poszukiwaniu nowego życia w nowym miejscu, kraju. Także o wspomnieniach, które bolą ale i jednoczą, tak jak zjednoczyły jej bohaterów  - jugosławiańskich studentów (Bośniaków, Serbów, Chorwatów,) dla których język ojczysty, dawno zapomniany stał się nicią porozumienia i drogowskazem do przeszłości. Zapomnieć? Wybaczyć winy? Czy tak się da?



I jeszcze coś o pisaniu/czytaniu – Czytanie wzbronione. Zdawałoby się tytuł na czasie, nawet cieszący co niektórych (albo niestety większość;/). Ale nie o niskim poziomie czytelnictwa jest ta książka. To raczej perypetie tych, którzy książki tworzą – piszą, wydają i promują.




Jeśli o niski poziom czytelnictwa zahaczyliśmy, to warto wspomnieć o galopującym postępie cywilizacji, przy jednoczesnej jego degradacji. I nie mam tu na myśli zniszczenia czysto fizycznego, ale przede wszystkim degradację umysłową. Kiedy w dzisiejszych czasach mądrość i inteligencja zdają się być czymś pasee, a ogłupienie i wycofanie (żeby nie powiedzieć zacofanie) kulturalne jest postrzegane jako trend warto sięgnąć po książkę o prawdziwie śmiesznym, przywołującym czeski film tytule Nikogo nie ma w domu. Ale pod tym tytułem, jaki swojej książce nadała Ugrešić  nie kryje się nic śmiesznego. 




I jeszcze jedna pozycja, tym razem dla milusińskich. Aby nie było tak, że Dubravka Ugrešić pisze tylko dla dorosłych, w tak prosty i przystępny (wręcz czasami dziecinny sposób) przywołam pozycję wydaną w zeszłym roku, a poświęconą najmłodszym. Tytułowe Domowe duchy mieszkają w jednej z zagrzebskich kamienic. Tam też robią swoje figle i psoty. Książka do tego jest bogato ilustrowana :)

Jest jeszcze pewnie więcej tytułów tej autorki, które warto by przywołać, nie wszystkie jednak są wydane w Polsce, i nie wszystkie są dostępne w księgarniach czy bibliotekach. Jednak jeśli traficie kiedykolwiek na książki tej autorki nie wahajcie się i sięgnijcie po nie. Nie tylko najnowsze Życie jest bajką jest … bajką



P.S. Po wspaniałomyślnej uwadze Anny usunęłam z tekstu Sofi Oksanen, która znalazła się w nim z rozpędu, jako, że - jak odpisałam Annie - pierwotna wersja tekstu o książkach Dubravki miała mieć zupełnie inne źródło (nie Bałkany w każdym razie). Co ja bym zrobiła bez takich uwag:)! Dziękuję Annie za świeżość umysłu w trakcie czytania tekstu.

nieopisane i niedopowiedziane, czyli czego nie potrafię wyrazić słowami i książki P. Theroux

Pamiętam, jak w księgarni sięgnęłam po Wielki Bazar Kolejowy. Pamiętam, jak przepadłam w książce już przy księgarnianych półkach i później, aby nie odrywać się od lektury usiadłam nad, wybraną przez panią – też aby nie odrywać się od lektury - herbatą. Taki obraz zapamiętałam z pierwszych wrażeń z lektury. Pamiętam jeszcze, jak doskonałą herbatę dostałam do stolika – pikantną, przyprawioną, tak aromatycznymi przyprawami, że żadna inna bardziej pasować do książki Theroux nie mogła. Sam autor zapewne zasmakowałby się w niej, a i książkę można śmiało porównać do tej bogato przyprawionej herbaty. Bogactwo rozgrzewających, orientalnych nut – tak, zdecydowanie pasuje do Wielkiego Bazaru Kolejowego!
Nie wiem, co sprawiło, że nie mogłam oderwać się od lektury? Siedziałam tam jak zahipnotyzowana, nie zważając na przerzedzający się tłumek czytałam, czytałam … i tylko rychłe zamknięcie kawiarni przegoniło mnie z niej. Czy to ton, w jakim napisany jest Wielki Bazar, który przypomina uspakajający stukot kół pociągu, czy też sama wspaniała jej fabuła? Zapewne jedno i drugie, bo zarówno doskonałej treści jak i jej działającej kojąco na czytelnika właściwości książce Paula Theroux odmówić nie można. Jest w niej coś „miękkiego”  – lekka szarość papieru, zdjęcie na okładce, ulotny zapach podróży – wszystko to składa się na magiczną całość. Na historię, od której nie sposób się oderwać.
W Wielkim Bazarze Kolejowym, wówczas trzydziestokilkuletni Paul Theroux opisuje swoją pierwszą wyprawę do Azji. Wyprawę nie byle jaką, bo podróż, która odbyła się historycznym Orient Expressem nie jest sprawą banalną. Dziś brzmi to jak jakaś abstrakcja, magiczna droga, bo dziś podróżowanie raczej mało ma w sobie spontaniczności i przygody. W czasach kiedy można wsiąść w samolot i w Azji znaleźć się jeszcze tego samego dnia, w którym przekroczyliśmy próg domu, podróż Theroux nabiera jakiegoś specjalnego znaczenia. Jeszcze bardziej znaczącą stanie się ona wówczas, gdy jakiś pasjonat podróży pokusi się o kilkumiesięczną podróż po krajach azjatyckich – bo po bez mała 40 latach to już nigdy nie będzie to samo. W dobie telefonów komórkowych i internetu taka rozłąka z rodziną i światem bardziej, nazwijmy to cywilizowanym jest niczym w porównaniu do tego, co przeżył ten młody pisarz (notabene zapłacił dość wysoką cenę za brak kontaktu z żoną i dziećmi).
Wielki Bazar Kolejowy. Pociągiem przez Azję to nie jest typowa książka podróżnicza, od których, jak pisze autor wieje nudą. To arcyciekawa podróż przez nieznane i w nieznane. To też nie reklama miejsc odwiedzanych przez autora – żaden przewodnik, który często bez podstaw zachwala przedstawiane miejsce. Choć za przewodnik posłużyć może. Może też, albo przede wszystkim stać się inspiracją do podróży. Jeśli nie tak dalekiej, jaką odbył autor, to choćby mobilizacji do wyruszenia z domu – w nieznane, w ciekawe miejsca, być może jeszcze nieodkryte.
Jeśli mielibyśmy określić miejsce, w jakim rozgrywa się opowieść, to musielibyśmy wskazać – pomimo wielu ciekawych miejsc, jakie odwiedza autor – przedział pociągu. I nie zawsze będzie to wygodny i bezpieczny wagon sypialniany, klimatyzowany i z dobrą kuchnią i czystą toaletą. Często będą to prowizoryczne pociągi, jakie jeżdżą pod torach dalekiej Azji – z całym przybytkiem, jaki podróżuje z tubylcami, z ich przywarami i zwyczajami. Bez możliwości monitorowania czasu podróży, bo do kogo składać skargę o to, że skład nagle stanął gdzieś w szczerym polu? Bez możliwości snu i umycia się. Ale zawsze z gwarantowaną niepowtarzalną przygodą.




Nie wiedziałem jeszcze wtedy [zanim powstała książka], że artykuły podróżnicze pisane do gazet powstają ku obopólnej korzyści złaknionych przyjemności dziennikarzy i speców od reklamy, którym zależy, by pochwalana wzmianka o zaletach danego hotelu lub restauracji znalazła się w prasie. Większość tekstów podróżniczych, które znałem, dotyczyła zatem wakacji i luksusów, a nie prawdziwych doświadczeń i trudów wędrówki.

Teraz powinnam napisać kilka słów o treści książki. Jednak, jak podołać zadaniu, które z góry skazane jest na porażkę? Bo jak można wyrazić w słowie pisanym zachwyt i uniesienia jakich dostarczyła mi lektura Wielkiego Bazaru … ? Jak opisać te wszystkie przygody które zapierały dech w piersiach i przyprawiały o zagryzanie palców? W jaki wreszcie sposób opisać niezliczoną ilość miejsc, które odwiedził autor i przeczytanych przez niego w tej wspaniałej podróży książek? No jak?
To jest, jak dotykanie życia, to bycie w podróży, umęczenie, strach i tęsknota. Łapanie wiatru w żagle, za każdym razem gdy ten ustaje. Kombinowanie, walka z przeciwnościami losu i własnymi myślami, które wiele razy każą wątpić. Z siłą, która w jakiś magiczny sposób jednak pcha do przodu, pomimo wielu trudów i przeciwności. Ciemnych nocy, zimnych poranków i głodnych nieraz dni. Wreszcie obawy o siebie i bliskich, których pozostawiło się na tak długo w domu.
Wiele minie chwil nim czytelnik zdoła ochłonąć po tej „podróży” i jeśli jego natura jest ciekawa, a on sam spragniony więcej to albo niech sam pakuje plecak i wsiada w pociąg albo, nim to uczyni przeczyta sentymentalny powrót Paula Theroux na szlak swej dziewiczej podróży.
Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu to druga książka z wyprawy pisarza-podróżnika po Azji. Trzydzieści trzy lata po podróży opisanej w Wielkim Bazarze udaje się on w tę samą trasę. Tak samo, jak podczas pierwszej podróży wyrusza z domu w Londynie (tym razem jest jednak pewien, że będzie miał dokąd i do kogo wrócić) i ograniczając loty udaje się w drogę śladami młodego Paula. Tym razem to podróż sentymentalna, której trasę wytyczają wspomnienia i zmiany, jakie dokonały się na świecie przez ponad trzydzieści lat. Niektóre z państw znajdujących się na drodze Wielkiego Bazaru tym razem pisarz zmuszony jest omijać – ustroje polityczne, wojny i układy nie pozwalają jemu na przekroczenie ich granic, co jednak nie zniechęca doświadczonego już Theroux.
Choć w obydwu tych książkach to ciągle ten sam Theroux łatwo jednak zauważyć zmiany, jakie dokonały się nie tylko na trasie podróży ale i w Theroux. Dziś - już nie tak buńczuczny, nie tak pewny siebie i jednocześnie bardziej zalękniony w trudnej sytuacji - dojrzały Theroux podróżuje bardziej świadomie. Pociąg widmo … to nie pokaz sił z pasją w tle. Współczesny Theroux to podróżnik który chłonie wszystkie obrazy każdą komórką swego ciała, każdym zmysłem i jednocześnie stara się je zrozumieć, zapamiętać, a nie zaliczyć. Skupiony na podróży, nie na sobie najprawdziwszy podróżnik.

Samotność, samowystarczalność i anonimowość – to warunki konieczne podróży. A wybór właściwej trasy, najlepszego sposobu podróżowania to, w mojej opinii, najpewniejszy sposób zdobycia doświadczeń. Podróż wymaga całkowitego oddania, trzeba się w niej zanurzyć, musi być długą świadomą wyprawą w głąb kraju, a nie przenoszeniem się z miejsca na miejsce – coś takiego nie zasługuje dla mnie w ogóle na miano podróży.

Choć te słowa napisał Theroux przy okazji wydania pierwszej części swoich azjatyckich podróży – w Wielkim Bazarze Kolejowym – to wydają się one bardziej pasować do tego Theroux starszego, tego, który podróżuje Pociągiem widmo do Gwiazdy Wschodu… .




Orient Express, Kolej Transsyberyjska, czasem samolot, Indie, Turcja, Chiny, Związek Radziecki, Polska, Pamuk, Safak, Murakami i wiele innych, mniej znanych osób, które autor wspomina po latach – to tylko niektóre z przyjemności, jakie spotkają czytelnika we wspólnej podróży z autorem książek. Do tego dołóżmy mnóstwo informacji wzbogacających wiedzę autora i naszą, smaków, zapachów i zwyczajów, a otrzymamy niezapomnianą przygodę, którą można przeżyć siedząc w fotelu we własnym domu. Poczuć namiastkę wzruszeń, jakich dostarcza niczym niezmącona droga w nieodkryte. Te dwie książki to opowieści, które odrzucają egoizm i otwierają horyzonty. Coś niezwykle nowego, świeżego, coś, czego dotychczas nie było w żadnej innej książce o podróżach. Wreszcie to książki, które inspirują, a mnie do dziś wzruszają, jak dziecięca bajka, którą mama czytała do snu, a która powraca z niezwykle wyraźnymi obrazami za każdym razem kiedy ją wspominam.
Tak, jak autorowi tych obydwu książek nie podobał się fakt opuszczania rodziny na tak długi czas (podróży), tak i mi nie podoba się to, że opisałam je w raptem 1200 słowach. Wielkiego Bazaru Kolejowego i Pociągu widmo do Gwiazdy Wschodu, jak pisałam nie da się tak łatwo opisać, może więc lepiej by było wcale nie zaczynać, bo czymże jest te kilkadziesiąt zdań w obliczu tylu miesięcy przygody i tylu wrażeń z lektury książek. Przyznaję – żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co czułam w trakcie lektury i czuję dziś, kiedy staram się wam przekazać choćby część z tych wrażeń. Myślę, że każdy kto sięgnie po książki Paula Theroux sam się o tym przekona, a kto już je czytał potwierdzi moje słowa. Nic nie jest w stanie opisać wrażeń z ich lektury. Mnogość słów, natręctwo zachwytów, nadmierna gestykulacja, łzy w oczach i uśmiech, nieschodzący uśmiech - radość, jakby podróż odbyło się samemu. Bajecznie!


cytaty pochodzą z książek Paula Theroux