kiedy pod spada nam na głowę i kiedy nad znaczy pod czyli Nigdziebądź Neil'a Gaiman'a

30 wrzesień



Drogi pamiętniku
jeszcze wczoraj mogłam beztrosko chodzić po ulicach, mogłam nie patrzeć pod nogi doszukując się drugiego dna. Londyn Nad i Londyn Pod? Przecież to może być każde inne miasto! Aż strach pomyśleć, co się dzieję pod podłogą mego domu? Od dziś będę mówiła o sobie, jak o żyjącej na piętrze.
Poznałam Richarda Mayhew, który miał wszystko dobrą pracę, mieszkanie, kochająca dziewczynę – ale czy to było wszystko, czego pragnął? Nie wydaje mi się aby czuł się spełniony, choć może on po prostu nie wiedział o istnieniu „spełnienia”, o lepszym życiu. Biedny nieświadomy Richard.
Opowiedział mi historię, w którą trudno uwierzyć, która zapiera dech w piersiach. Do teraz nie mogę się otrząsnąć! To historia życia podziemnego, które przytrafiło się jemu, kiedy … właśnie kiedy. On myśli, że wtedy, gdy spotkał ranną dziewczynę o dziwnym imieniu Drzwi, córkę Portyka. A ja myślę, że to wtedy, kiedy doznał swego rodzaju objawienia, albo lepiej nauki (nauczki) po tym, jak jego serce się otworzyło, jak zauważył kogoś, kto potrzebuje pomocy. Jak się to mówi Pamiętniku – zmiękło mu serce. Ale to był dopiero początek jego przygody, która zaprowadziła aż do ukrytych dla zwykłego śmiertelnika tunelów i wymiarów niedostępnych dla umysłu. On uznał to za świetną zabawę – te wszystkie ciemne zakamarki, dziwne postacie, mówiące szczury, Harrods nocą, w którym wystawiano kramy – ja jednak myślę, że był to rodzaj oczyszczenia, coś jak wyjazd na wczasy odchudzające. Richard został wysłany przez swoją świadomość na oczyszczenie umysłu, rozjaśnienie, które miało otworzyć przed nim bramy życia. Chyba zapłacił za to niemałą cenę, przede wszystkim przestał odróżniać Londyn Pod od Londynu Nad, od Londynu w ogóle. Mówił coś o dziwnych nazwach stacji metra, niewidzialnych osobach i ukrytych korytarzach ale najważniejsze, że dobrze się bawił.
Richard swoją przygodę zapisywał w wewnętrznym pamiętniku, w myślach, po to aby opowiedzieć innym. Dać poznać się na nowo, jako miły i uczynny człowiek, a nie zabiegający o wszystko yuppies. Nie wiem drogi pamiętniku, czy Richard poradzi sobie w tym naziemskim świecie, bo odnoszę wrażenie, że tęskni za zrozumieniem, za walką o każdy dzień, która ma jednak sens. Za otwartym umysłem, pomimo braku drzwi. Myślę, że on tak naprawdę nigdy nie wrócił do prawdziwego świata, no bo jak mógł wrócić skoro nikt nie wie, który świat jest prawdziwy?
Hmmm kiedy tak słuchałam opowieści Richarda o Londynie Pod czułam się jakbym czytała książkę Neil’a Gaiman’a … a może Richard to wszystko wymyślił? Albo co gorsza, może nie było żadnego Richarda?
... bo drzwi są wszędzie, trzeba tylko bardzo chcieć je otworzyć, mocno pukać a przede wszystkim zauważać je...


„Czy dostałaś kiedyś wszystko, czego pragnęłaś? I wtedy zrozumiałaś, ze nie o to ci chodziło?”



cytaty pochodzą z książki Neil'a Gaiman'a Nigdziebądź

Kronika ze skrawków życia - Julio Cortazar i Książka dla Manuela



„- Co to wszystko znaczy – odpowiedziałem – co to wszystko znaczy w porównaniu z tym, co się stało.
- Moim zdaniem dla ciebie zbyt wiele, aniele. Bo niby skąd taki dziki zapał w kompilowaniu tych skrawków papieru.
- Ośmielę się rzec, że po prostu dla Manuela.”



Książka dla Manuela - podobno odmienna, różna od pozostałych książek Cortazar’a. Pewnie tak może ocenić ją tylko ktoś, kto czytał wszystkie jego książki. A co może powiedzieć czytelnik jednej? Jak ja mogę powiedzieć o niej, że jest inna, jeśli jedyne co mogę, to porównać ją do Gry w klasy. Na tej podstawie mogę się zgodzić o jej odmienności, ale jeśli zagłębić się w treść wszystkich pozostałych - przepraszam, też nie wszystkich, bo znowu muszę zdać się na opinię innych osób - czyli zgódźmy się na większość, to Książka dla Manuela nie różni się specjalnie od tej jak powiedzieliśmy większości. Niby nie oniryczna i mało magiczna Książka dla Manuela różna jest przez swoje założenie, dla którego powstała. Jest oryginalna, bo stanowi książkę w książce, jest w reszcie czymś miłym – prezentem, rodzajem albumu chroniącym od zapomnienia. Zamiast zdjęć jednak w książce są opowieści. Historie, które tytułowemu Manuelowi mają przypomnieć w odległej przyszłości jak żyli jego rodzice, jakich czasów doświadczali, smutków i radości. Dowiedzieć się gdzie w tym czasie był sam Manuel – jakie miejsce zajmował w ich życiu, jakim uczuciem go darzyli i jak czasy, w których dorastał wpłynęły na jego przyszłe życie. Mało tego książka - pamiętnik posłuży też kolejnym pokoleniom po Manuelu.
Wspomniałam, że to rodzaj albumu, jednak bez zdjęć – ale za to z dużą ilością wycinków prasowych, notatek, dyskusji i komentarzy. To kocioł, w którym gotują się poglądy polityczne, religijne, jak najbardziej rzeczywiste doniesienia prasowe, miłość, wrażliwość i seks. Czasem też można odnieść wrażenie, że to rodzaj manifestu sprawiedliwości, obraz i wizja świata nakręcanego przemocą i nienawiścią.
Odmienność tej powieści Cortazar’a – jeśli w ogóle zaistniała – spowodowała, że jeszcze bardziej chcę poznać pozostałe jego książki. Chcę móc porównać i umieć sobie wytłumaczyć jej odmienność, zachwycić się nią jeszcze bardziej.



cytat pochodzi z książki

Siedem kobiet nie tylko dla kobiet. Rebecca Miller


Mam takie szczęście ostatnio, albo też kieruję się podświadomie jakimś kluczem, że trafiają mi się książki króciutkie, książeczki. Choćby taka Jak uleczyć fanatyka Amos’a Oz’a czy Korowód cieni Julian’a Rios’a, a nawet Kupię rękę Agnieszki Szygendy również do grubasów nie należała. Mam takie szczęście, tym bardziej, że książki te, choć cienkie bogate w treści. To sztuka zawrzeć w kilkudziesięciu (z ogonkiem) stronach wystarczającą ilość zdań i mądrości aby dotrzeć do czytelnika, aby przekazać to co się zamierzało. Widać nie potrzeba się rozpisywać, bo i czasem to szkodzi, aby stworzyć coś genialnego. Dla mnie wzorem geniuszu krótkiej formy i głębokich treści pozostaje jak na razie Sandor Marai i Żar. Wiem, powtarzam to do znudzenia, ale niech mnie ktoś tak samo jak Mistrz zaskoczy! Ostatnio udało się to Riosowi – dla mnie stoi on obok Marai. Czekam na następnych.
Siedem kobiet Rebeki Miller na pewno nie przywodzi na myśl Żaru, bo to odmienna literatura, ale też nie jest to chick-lit, jak mógłby wskazywać tytuł. Raczej niewielką ilością stron, poruszonym w książce problemem kobiet oraz formą krótkich rozdziałów przypominała mi Złoty Rydwan egipskiej pisarki Salwy Bakr.
Siedem kobiet jak siedem żyć – każdy rozdział to inna jego odsłona. Inny problem, których autorka porusza wiele i podobnie jak w poprzedniej książce tej autorki Prywatne życie Pippy Lee dotyczą one kobiet po przejściach, ich przemyśleń i doznań, szczęścia i zawodów życiowych. Książka dzięki budowie jest jak film, a każdy rozdział jak kadr z niego. Nowy rozdział to nowa klatka, w której nie braknie miłości, płaczu, seksu i bólu, opisanych tak plastycznie, że nie trudno je sobie wyobrazić. I choć nie wszystkie bohaterki można polubić, zapewne każdy obdarzy sympatią inną kobietę identyfikując się z nią mniej lub bardziej, to nikt nie może zarzucić braku realizmu tym historiom. Dla tegoż właśnie realizmu i wachlarza cech u kobiet Rebeki Miller, dla tych kilku chwil możliwości zobaczenia kwałka siebie w losach innych, książkę tę warto przeczytać.
Nawet jeśli zdenerwuje Cię jakaś Louisa czy Bryna, a Nancy przyprawi o łzy, czy Greta o śmiech i nawet jeśli nie jesteś kobietą czytelniku drogi to i tak warto sięgnąć po książkę. Może tym bardziej, może to właśnie książka napisana z myślą o mężczyznach?

opowieść z Tamogi - procesja duchów

„Minęło tyle lat. Zawieszone we mgle i deszczu miasteczko jawiło mu się tak rozmyte i dalekie, że nierealne. Po lewej stronie szosy płynęła szeroka, ciemna rzeka, ginąc w morzu na horyzoncie. Na nadrzecznych mokradłach pasły się małe włochate konie, całe w błocie.”

Ta niepozorna książeczka (zaledwie 140 stron) pisana przez młodziutkiego, bo zaledwie 20 letniego autora przez dwa lata, a opublikowana po bez mała czterdziestu, tworzona początkowo do szuflady, jako osobne szkice zachwyca treścią i stylem, który mi osobiście przyniósł na myśl Sandora Marai.
Opowiadania osobne, a jednak mniej lub bardziej ze sobą powiązane. Korowód cieni można by czytać osobno – jako 9 odrębnych opowiadań – tak też mówi sam autor Julian Rios, ale dla elementu zaskoczenia, może trochę grozy pomieszanej z tragikomedią lepiej czyta się je jako całość. Niby każde z dziewięciu opowiadań Korowodu … jest odrębną historią bohatera, jednak może nas też zaskoczyć, kiedy po kilkunastu stronach zrobi nawrót i przywoła kiedyś wspomnianą postać (czytający niesumiennie będą zagubieni).
To opowieść z Tamogi, opowieść i zwyczajnym miasteczku, miasteczku jakich wiele. Dziewięć opowieści, jak dziewięć plotek z prowincji Tamoga, gdzie każdy żyje życiem drugiego, sąsiedzi wiedzą, albo też wydaje się im, że wiedzą o tobie wszystko. Plotkują, spekulują, dopowiadają i kłamią.
Jest obcy Mortes, którego przybycie do miasteczka porusza lawinę plotek, prześladowań. Wszystkim znany jest każdy jego krok – właściciel hotelu wie gdzie i na jak długo zanocuje, barman zna smutki, telefonistka powtarza wszystkim rozmowy, a dziwka zna zawartość kieszeni. Tylko kiedy trzeba Mortes zostaje zapomniany. Albo taki groźny Palonazo. Głupek Palonazo – niezauważony w wielkiej miejskiej rodzinie. Niedopilnowany! Czy też rodzeństwo seniorita Delia i jej brat Horacio, żyjący w domu podzielonym … aż do śmierci. I znowu rodzeństwo - Celso Castillo i nieznany brat, za którego Celso musi oddać życie. Jednak cierpliwi dowiedzą się o zemście. Wiele jeszcze innych postaci przewija się w książce – istny korowód duchów, które czasem mogą okazać się żywymi. Czytanie Korowodu cieni wybiórczo będzie jak odgrzewanie niedojedzonego obiadu. Nie smakuje i szkodzi, nie pozwala poznać kwintesencji smaku, odróżnić składników. Nie poznamy Tamogi i jej mieszkańców jeśli nie wejdziemy w korowód, jeśli nie pójdziemy z pochodem duchów i żyjących.
Autor książki umiejętnie przenika z historii w historię, zmienia czas akcji w sposób gładki i niezauważalny. W jednym krótkim rozdziale, charakterystycznym dla Korowodu robi kilka zwrotów, które wydają się zaplątywać tylko po to, aby okazać się jedynym wyjściem i rozwiązaniem. Zwykle od krzyku do krzyku, od śmierci do śmierci, od wyjścia, przez labirynt do wyjścia – zawsze przez retrospekcje.
Ciekawa jestem, który z rozdziałów stanie się Waszym ulubionym, kiedy już sięgniecie po opowieść z Tamogi? Powiem Wam w sekrecie, że ja upodobałam sobie … Lecz prochem kochającym, ale nie zaczynajcie od tego! Miłej koniecznej lektury!
cytat pochodzi z książki Korowód cieni J. Rios

„Nawet szara myszka, jeśli zechce, może być szarą eminencją” - książka Kupię rękę Agnieszki Szygendy


Sprzedam nerkę, sprzedam wątrobę i wiele jeszcze innych części i organów ludzkiego ciała. Ale rękę? Sprzedam rękę – kupię rękę!? A jednak. Makabryczne? Pewnie i tak, ale taka jest proza Agnieszki Szygendy – makabryczna, ocierająca się o czarny humor, ale nie brak w niej powagi i życiowości. Bo czyż życie nie jest czarną komedią, której gramy główne role, czasami chcąc zabłysnąć w rolach pierwszoplanowych. Nieważne metody, nieważne ofiary i skutki, byle zostać zauważonym. Być bohaterem akcji.
Taki też jest Olgierd Szczepankiewicz, Biznesmen, jak sam siebie nazywa … w sieci. Olgierd to typowy przedstawiciel wieku średniego, zawsze idealny, wykrojony na miarę profesjonalista. Bezduszny i zimny. Żyjący dla pracy, dla kariery nie dla bliski, może trochę dla siebie. Swoją żonę uważający za „nadgniłą połówkę”, a syna za zło konieczne.
Tomasz – student, idealista, niespełniony młody człowiek, którego z Olgierdem połączy ręka i krępujący tatuaż. Stygmat, który choć niegroźny będzie toczył Tomasza jak niewidzialna choroba, jak robak i wyrzut sumienia. A może to swego rodzaju znamię na zamówienie, znamię za grube pieniądze obudzi jednak Tomasza z letargu, jakim stało się jego ciężkie i nudnawe życie?
Iga, a właściwie Iga i Mateusz. Wieczna para, skazana na nudę i rozstanie. Ta słabiutka Iga, w której obudzi się demon. Najpierw pozwoli jej się sprzedać, później żyć. Zlikwidować ciemiężyciela i pana. Stać się w końcu sobą, o-sobą żyjącą.
Agnieszka Szygenda w sposób trochę można powiedzieć horrorystyczny pokazuje w książce Kupię rękę jak nic niewarte jest ludzkie życie. Właściwie, jak traci na wartości od naszych narodzin. Życie sprzedawane przez właścicieli, przez nas samych. Jak łatwo jest nie dostrzec wartości, które pomagają, ułatwiają życie, nie tylko właścicielom tego daru ale i bliskim. Jak dobrze jest być po prostu dobrym i to, że to bycie dobrym trzeba zacząć od siebie. Od czynienia dobra swojemu życiu.
Świat jest pełen komercji, reklamy i sprzedawczyków, dla których ludzkie życie jest nic niewarte. Wystarczy. Po co jeszcze samemu dolewać oliwy do ognia. Czemu zatracamy się w tym okrucieństwie i nie szanujemy własnego życia. Przecież życie to jest to wszystko co nas otacza, rodzina, znajomi, pani w kiosku, bezpański pies, miłość, wspólne celebracje przy stole, uśmiechy. To jest nasza własność, a nie rzecz na sprzedaż! A „człowiek robi się coraz bardziej zachłanny, pazerny, jakby od tego, ile ma, zależała jakość życia.”


Książkę mogłam przeczytać i opisać dzięki współpracy z przykominku.com, granice.pl oraz dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bliskie.
Powyższy tekst napisany został pod wpływem emocjii, jakich dostarczyła mi książka Agnieszki Szygendy "Kupię rękę". Wybaczcie.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki.

sztuką jest życie - Sztuka latania Magdaleny Kawki

Długo zastanawiałam się, jakimi słowami opisać tę książkę, bo to książka z tych, które czytam na przekór sobie, taka, co nie jest w moim guście ale jest w niej to coś, co powoduje, że wciągam się w lekturę. Taka jest właśnie Sztuka latania Magdaleny Kawki. Już sam tytuł s z t u k a l a t a n i a przykuł moją uwagę. Ma w sobie coś magicznego – bo jednocześnie uświadamia, że człowiek, choć stara się od wieków, sam nie jest w stanie unieść się w przestworzach, potrzebuje do tego pomocy … maszyn. I to, że życie to ciągłe latanie – moje nieszczęsne latanie, którego tak strasznie się boję i które jednocześnie przyciąga całą magia, którą oferuje. Jednak chyba tylko związek tych dwóch wyrazów, które możemy przetłumaczyć jako sztuka życia stanowi coś magicznego.
Podobnie jak życie Zosi – głównej bohaterki, dla której życie to sztuka, a już życie w związku to prawdziwa sztuka latania. Nie dla Zosi wariactwo i skoki emocjonalne, to nie jest dziewczyna, która lubi adrenalinę (bo i latać samolotami też nie lubi), która pragnie emocji związanych z uczuciami. Zośka chce stabilizacji, którą jej zdaniem jest w stanie osiągnąć tyko w związku ze sobą. Czyli krótko mówiąc żyjąc samotnie. Tak samotnie, bo dla Zosi, pomijając miłość, nawet przyjaciele (no dobrze, znajomi, przyjaciel jest w liczbie 1) stanowią problem. Zosia człowiek z rodzaju tych, którzy przywiązują się do jednej osoby i za nic w świecie nie odczepią się od tego emocjodajnego i jednocześnie łagodnego źródełka. Tej stabilizacji i pewności, że ktoś ją lubi i toleruje, stałości uczuć.
I jak często w życiu bywa i w przypadku Zosi przeciwieństwa się przyciągają – Marta, przyjaciółka Zofii to dokładne przeciwieństwo stabilnej i poważnej Zośki. Dziewczyna nie tyle cierpliwa, co nie przejmująca się tak, jak jej przyjaciółka wszystkim, odrzucająca nieistotne jej zdaniem drobne wydarzenia, które mają mniejszy (czy czasem większy lecz niechciany) wpływ na nasze życie. Marta, która osiągnęła sztukę latania …. jako stewardesa i jako radosna, pełna życia, spełniona kobieta.
Sztuka latania to nie tylko książka o przyjaźni, nie tylko bajeczka o miłości i miłostkach. To też książka momentami dramatyczna i bolesna. To opowieść o dojrzewaniu, którego być może nigdy nie osiągamy, dążąc doń przez całe życie.
I może Sztuka latania nie jest dziełem epokowym, szczytem filozoficznych wyżyn, jeśli ktoś by tego oczekiwał, bo nie taka miała być i nie taką ją chcemy czytać. Na pewno jest książką, przy której czytający oderwie się od codzienności, jednocześnie o codzienność się ocierając. Ale jeśli też pomyśli ktoś, że to lekka łatwa i przyjemna lektura również się zawiedzie. Magdalena Kawka nie przesłodziła swojej książki, na jej tekście nie wyrósł żaden ptyś, nabity śmietanką, lukrowany, różowy i jakże nierealny. Wyrosło za to konkretne ciasto życia, z prawdziwymi problemami, zgrzytami i pesymizmem okraszonym drobnymi radościami dnia codziennego. Sztuka latania to przyjemny lot ku lekturze.

lubię więcej niż 10 rzeczy:)


Zostałam zaproszona do łańcuszka „10 rzeczy które lubię” przez Agnieszkę (Engę) oraz Lilithin, za co bardzo dziękuję Dziewczynom. Jako, że zaproszenia „odebrałam” dużo wcześniej, a z przyczyn techniczno-urlopowych nie mogłam natychmiast wywiązać się z łańcuszkowego zobowiązania czynie to teraz, kiedy już mam 100% (?) internet oraz głowę oderwaną z chmur, a raczej górskich szczytów.
Otóż ciężko znaleźć 10 rzeczy, które lubię i ciężko, jeśli zaczną przychodzić pomysły do głowy wybrać z nich tylko 10. Jakoś podołałam temu nawałowi myśli i zaznaczam, że ich kolejność jest przypadkowa i nie ma nic wspólnego z lubieniem bardziej czy też mniej.

1. Lubię książki – to jasne i mało oryginalne ;( Nawet trochę śmieszne, bo przewidywalne - lubię zapach książek - tych nowych (nie lubię „zapachu” starych książek, ale to chyba takie zawodowe skrzywienie, po prostu nie lubię smrodku starego papieru), lubię układać je na moich półkach, choć nie oznacza to, że jest na nich porządek. Lubię odwiedzać Panie w zaprzyjaźnionej księgarni, bo lubię przede wszystkim te rozmowy o książkach, koloryt księgarnianych półek - grzbietów i okładek, lubię patrzeć na półki pełne książek, tak jak narkoman lubi ... cokolwiek lubi narkoman. W związku z czym lubię chwilę z książką – może być bez herbaty, ciasta (tym bardziej), czy kawy, uwielbiam tę chwilę zapomnienia, zatopienia się w książce, wniknięcia w treść, przenikania w bohaterów. Uwielbiam tę ciszę, która towarzyszy czytaniu. Lubię trzymać książkę w rękach!

2. Lubię ludzi szczerych – ok; jako, że ludzi nie można zakwalifikować do rzeczy, w takim razie lubię szczerość – nawet jeśli boli, to wolę ją niż obłudę i zakłamanie, niż sztuczny uśmiech, a za plecami wiadomo co.

3. Lubię burzę – tak, uwielbiam tę świeżość i przejrzystość powietrza po burzy, a w jej trakcie ciemność, strach i tę niepewność przyprawiającą o dreszczyk emocji.

4. Lubię ciszę – ciszę, która gwiżdże w uszach.

5. Ale lubię też muzykę – w zależności od nastroju, jednak najbardziej uspakaja mnie poczciwy Miles Davis. Wiem też, że lubiłabym, gdybym jeździła samochodem śpiewać w nim z całych sił, krzyczeć i nie przejmować się tym, że ktoś mnie usłyszy. Lubię muzykę w uszach, szczególnie w tramwaju, kiedy to mogę obserwować ludzi - co lubię, nie słysząc o czym rozmawiają, bo to często psuje ich obraz;/ stąd muzyka w uszach.

6. Lubię – to mało powiedziane – kocham góry, to zmęczenie, które towarzyszy zdobywaniu szczytu, dotyk zimnej skały, wiatr, który wieje na szczycie i strumyki, które szumią, spotykając się w jednym nurcie. Lubię nawet ten strach, który towarzyszy mi – paradoksalnie – w trakcie wspinaczki – patrz misie, wilki itp. Lubię też, w związku z górami stary śnieg w maju i pierwszy śnieg we wrześniu. Lubię górali, serki smażone, które smakują tylko w górach, grzańce we wszelkiej postaci, pstrągi grillowane prosto ze strumyka i góralską muzykę, która chwyta za serce.

7. Lubię zasnąć na plaży – pod warunkiem, że nie jestem na niej jedną z tysiąca;)

8. Lubię deszcz i wiatr – lubię kiedy ten drugi plącze mi włosy, wygina parasol, a ten pierwszy wlewa się za kołnierz i w buty. Uwielbiam listopadową pluchę - no cóż:/

9. Lubię, oprócz zapachu książek zapach starych domów i kościołów – ten tajemniczy, widoczny wręcz w powietrzu aromat kadzideł, zapach starego drewna i wilgoci.

10. Lubię możliwość bycia ze wszystkimi moimi blogowymi znajomymi, bo bez nich - bez Was mój każdy dzień byłby nudny.


Jest wiele osób i wiele rzeczy, które kocham ale to zostawię już dla siebie i Tych, których kocham;). Jest również wiele rzeczy, których nie lubię, może nawet więcej od tych, które lubię, bo daleka jestem od nadmiernych fascynacji i w związku z tym nie będę wymieniać tego, co psuje mi humor i sprawia, że uśmiech znika z mojej twarzy.

Nie wiem czy mogę wyłamać się z regulaminu łańcuszkowego i podarować sobie zaproszenia? Myślę, że jestem tak spóźniona, że wszyscy już zdążyli nacieszyć się łańcuszkowym Lubię, w związku z czym dalszą zabawę i udział w łańcuszku pozostawiam do Waszej decyzji.



obrazek: google

zazdrościć znaczy kochać - 11 września w/g Amos'a Oz'a


Długo zastanawiałam się jakimi słowami opisać książkę Amos’a Oz’a Jak uleczyć fanatyka. Jakie słowa będą odpowiednie i czy ja podołam opisać te trzy krótkie eseje - wykłady, jakże w dzisiejszym dniu aktualne. Nie chcę wyjść na ckliwą i komercyjną, nie chcę wykorzystywać w tym celu dzisiejszego dnia – 11 września. Myślę jednak, że to odpowiedni moment aby wspomnieć książkę tego wybitnego izraelskiego prozaika. Może wyda się to komuś drogą na skróty, ale tak jak „umiarkowany nacjonalizm jest jedyna siłą, która może wziąć w cugle fanatyczny nacjonalizm” tak ja wolę zostać posądzona o … brak słów.

„A zatem, jak uleczyć fanatyka? Uganiać się za bandą fanatyków w górach Afganistanu to jedno. Walczyć z fanatyzmem to co innego.”

„Fanatyzm jest, niestety, wszechobecnym elementem natury ludzkiej; genem zła (…).”

„ (…) gdyby ludziom zaszczepić choć trochę wyobraźni, mogłoby to nadwątlić ich fanatyzm.”

Jak uleczyć fanatyka... to lektura obowiązkowa!



wszystkie cytaty pochodzą z książki Amos'a Oz'a Jak uleczyć fanatyka

Most nad przypływem - dwie tajemnicze książki i Mont St.-Michel

Mont St.- Michel nocną porą - ten zapierający dech w piersiach, aż nie chciało się odjeżdżać (można jednak zanocować na wyspie i widok ten podziwiać do późnych godzin nocnych) - z lewej strony widoczny mały przypływ, kiedyś jednak widoczna na pierwszym planie grobla, była również zalewana)



Każde miejsce ma swoją historię. Z każdym związana jest jakaś tajemnica czy legenda. Tym bardziej z miejscem, które ma burzliwą przeszłość, którego koleje losu i przeznaczenia zmieniały się jak w kalejdoskopie. Tak było z wysepką Mont St.-Michel na Morzu Północnym, do kiedy w 708 r. biskupowi Avranches Aubertowi ukazał się archanioł Michał i kazał mu zbudować kaplicę. Na tym pokrytym lasem celtyckim stosie pogrzebowym, na skalistych brzegach wyspy miała powstać kaplica dostępna tylko podczas odpływu. Prawie 300 lat później na wyspie z rozkazu księcia Normandii Ryszarda I powstało opactwo benedyktynów. Odosobnienie miało służyć i pomagać kontemplacji i modlitwom, jednak z czasem wyspa zaczęła się zmieniać. Na miejscu oryginalnej kaplicy mnisi wznieśli kościół Notre-Dame-sous-Terre, ale ze względu na bogaty potencjał strategiczny opactwem zaczęli interesować się francuscy królowie. Tym też sposobem w czasie rewolucji opactwa zostały skonfiskowane i przekształcone w więzienie – wyspa atakowana przez potężne przypływy i wiatry, oddzielona od lądu zdradzieckimi mieliznami stanowiła idealne miejsce na tego typu przedsięwzięcie.




Archanioł Michał pokonujący smoka, symbolizującego zło


:) skarby wyspy - wszystko o Mt. St.Michel i benedyktynach


widok na ruchome mielizny


La Marveille




Dopiero Victor Hugo zlitował się nad wsypą i rozpoczął powrót do pierwotnego jej przeznaczenia. Od połowy 19 wieku zaczęły wyrastać na wyspie hotele, restauracje i domy mieszkalne ale legenda nadal krąży po wąskich i stromych uliczkach miasteczka. Wystarczy przystanąćc w jakimkolwiek miejscu aby dostrzec morze, a w wietrze, który delikatnie plącze włosy wychwycić tajemnice. Jeśli jednak turysta czuje niedosyt po spacerze może zagłębić się w literaturę, która opiewa nie tylko tajemnice opactwa benedyktynów ale i sam klasztor Mont Saint Michel. Liczni autorzy próbują dociekać lub jak ktoś woli dostrzegać, szukać przysłowiowej dziury w całym, rozpisując się na temat tajemnic klasztornych cel.



Grande Rue - główna ulica wyspy, na której stoją domy z XV i XVI wieku


w takich kafejkach i kawiarenkach można na Mont Saint Michel przebierać i
wybrać tę, z której rozpościera się najciekawszy widok


Nie wiedzą, że po uliczkach miasteczka krąży duch mnicha szepczący słowa, które przytaczają w swojej książce La Promesse de l'Ange Frederic Lenoir i Violette Cabesos Trzeba przekopać ziemię, żeby osiągnąć niebo.
Tajemnica anioła to powieść, która rozgrywa się na wyspie, w murach klasztornych. Porównywana do Kodu Leonarda da Vinci odkrywa mroczne sekrety mnichów, które pogrzebane pod warstwami skały, śpią snem kamiennym. Do czasu. Aby odkryć skrywaną przez nie tajemniczą legendę o gorącym uczuciu i tajemnicy świętej góry trzeba sięgnąć po tę przygodę.



taki ogród i miejsce kontemplacji znajduje się na dachu klasztoru


wnętrze klasztoru - jedno z pomieszczeń, które zachowane są w doskonałym stanie


"gigantyczny klejnot z granitu, delikatny jak koronka, przebita wieżami" - G. de Maupassant o M. St.-Michel


Dla lubiących klimaty Dana Browna mogę również polecić również barwną i trzymająca w napięciu książkę Matilde Asensi Iacobus. W tej, poniekąd szpiegowskiej książce, autorka próbuje rozwiązać tajemnicę templariuszy. Galceran – bohater Asensi wplątuje się w międzynarodową aferę, w której stawką jest życie papieży i Arka Przymierza. Barwne obrazy, historyczne budowle stanowią tło dla fascynujących perypetii bohatera podczas pielgrzymki najsłynniejszym szlakiem pątniczym, który do dziś jest przemierzany przez tysiące chrześcijan.



most w Avignon - część szlaku papieskiego


pałac papieski w Avignon - pobudowany w roku 1334, po decyzji biskupa Marimee, który stwierdził, że pałac przypomina bardziej więzienie niż siedzibę Boga, przeniesiony do Watykanu



Dziś zwiedzanie opactwa i wyspy jest jak podróż w czasie i choć do klasztoru powrócili benedyktyni, nie przeszkadza to w zwiedzaniu obiektów klasztornych, zachowanych w doskonałym stanie. Kamienne wnętrza, skromne wyposażenie i rzeźby z epoki nadają swoisty klimat temu miejscu i warto wspiąć się główną ulicą, następnie uliczką prowadzącą stromymi schodami w górę aby dostać się do klasztoru. Tym bardziej, że niedługo dostęp do wyspy może być utrudniony – wkrótce ma powstać tylko kładka dla pieszych, która ma zstąpić obecną groblę. Stanie się tak, ponieważ zamulanie zatoki, spowodowane przez wysoką groblę powoduje łączenie się dawnej wyspy z lądem. Chciałabym aby kiedyś możliwy był dostęp do niej jak dawniej. Czekanie na odpływ aby szybko pokonać drogę, lub też na przypływ aby pokonać ją łodzią stanowiłoby nie lada atrakcję i pozwoliło poczuć się jak choćby w XV wieku.









ciurka szacha czyli statystyki po raz pierwszy;)

Nigdy wcześniej nie „bawiłam się” w statystki. W wybór co śmieszniejszych – a jest z czego wybierać. Ta analiza dała mi powód do zastanowienia – co ja takiego wypisuję na blogu, że czasem takie dziwadła odsyłają do pod mój adres? Może czas wyważać dobierane słowa? Może warto niektóre sprawy przemilczeć? Ale z drugiej strony – przecież trochę radości – wskazane :)

I tak najczęściej pojawiającym się jest (w oryginalnej pisowni):

trudny wybór – i nie wiem czy to mój blog sprawia takie trudności? Pozostaje mieć nadzieję, że jednak nie

równa się – mam nadzieję, że nie mój blog trudny wybór?

rzeka szaleństwa – znam tylko dziką rzekę, za którą nie przepadam

blogi4 moni – hmm cóż na razie mam jeden, ale może to wróżba?

brakujące strony zdradzona Harris – starałam się szybko mieć ją za sobą ale braków nie zauważyłam

czy to jest twoje serce – chyba zaczynam się bać

Francja życie – o tak, to jest życie! I też mi się tak kojarzy!

gry krew w żyłach – to chyba jakieś straszne gry, dobrze, że gry mnie nie pociągają, a swoją drogą jak krwe w żyłach to dobrze!

jak się czyta gathery
– jak gathery:) … hmmm chyba potrzebny audioblog?

klasy linoleum – pełna oferta w komforcie:)

książka o homoseksualiście, który był manicurzysta – już odpowiadam - Porozmawiaj ze mną

miłosna książka do czytania – hmmmm, a do czego może być książka

naga, szolc – może by się jednak ubrała?:/

oddychanie glista – nie jestem dobra z biologii, może ktoś wie jak oddycha glista?

odległość między łodzią a Grazem – dociekliwy z Łodzi - uprzejmie proszę udać się do googlemaps

straszne historie prawdziwe by móc je kopiować – straszneeee!!! nie kopiuj, nie!

I kwiatek prozą:
To te dni.. kiedy twój świat jest szary. kiedy z życia spływają wszystkie kolory. Kiedy z serca i umysłu zostaje kolor wyssany – poeta:)

Oraz moje ulubione:

ciurka szacha – proszę o wytłumaczenie, bo mi z niczym się nie kojarzy ... no może z córką szacha?:))