słodki powód mojej nieobecności

Tym postem chciałabym wytłumaczyć się, a raczej zapowiedzieć moją dłuższą nieobecność na blogu. Moje blogowanie od tej chwili spadło na ostatni plan, a internet zaczął kojarzyć się z wynalazkiem w sferze marzeń. Może w miarę upływu czasu zacznę pojawiać się na blogu, jednak już ostatnimi czasy pisanie o tym, co czytam - a czytałam bardzo dużo ostatnio - nie kręciło mnie specjalnie zacznę wrzucać krótkie notatki, albo polecanki (od której zacznę już dziś).




Moje Wielkie Szczęście odciąga mnie trochę od lektury, odkręca mój dotychczasowy świat o 180 stopni, zmienia spojrzenie na świat i priorytety, ale jako, że Szczęście, będac małą fasolką samo lubiło kiedy czytałam, czy później trochę większym, dającym się czasem we znaki dzidziusiem uwielbiało kiedy mama siadała z książką na brzuchu i zapadała w lekturę z czytania do końca nie rezygnuje-my.

Otóż tak, dla niewtajemniczonych i   wtajemniczonych niepoinformowanych :) 15 stycznia w moim świecie pojawił się Maks. Do dziś widzę ten moment kiedy zobaczyłam go pierwszy raz (nawet teraz się wzruszam)i nigdy go nie zapomnę. Tym bardziej, że choć poród do najdłuższych nie należał jednak przebieg miał dość dramatyczny i zakończył się cesarskim cięciem. Może komuś wydać się dziwne - szczególnie kobietom, które rodziły - ale ja swój poród wspominam fantastycznie. Kilka godzin porodu niwelują hormony szczęścia i widok dziecka (jakie szczęście, że CC odbywają się w świadomości matki) do tego cudowny zespół lekarzy i położnych i mogę zawrócić na pięcie aby to powtórzyć. Wątpię by ktokolwiek z tego świetnego zespołu medycznego czytał mój blog, ale muszę powiedzieć, że życzę wszystkim kobietom takiej opieki przy porodzie ze strony Pań położnych jak i profesjonalnego podejścia lekarzy, którzy towarzyszyli przyjściu na świat mojego syna (nie wiem, czy gdyby nie Ich przytomność i wiedza miałabym dzisiaj o Kim pisać). Najlepszy zespół na świecie!!!

Proszę więc Wszystkich czytających mój blog o cierpliwość i wyrozumiałość, oraz o nie kasowanie linka do mojego Czytania. Postaram się czasem tu pojawić, a już dziś mogę zapowiedzieć recenzję książki Małgosi Wardy, która pojawi się w dniu premiery książki.




Mama karmiąca czyta i poleca:
Rozwiązła Jarosława Kamińskiego





Czytane z radościa, pisane w biegu

Jako, że ostatnio znacznie więcej książek czytam niż o nich piszę postanowiłam w kilku słowach przybliżyć te, które zapadły mi szczególnie w pamięć i myślę, że mogłyby Wam się również podobać.







Zacznę może od znanej wszystkim i pewnie czytanej przez większość Jane Eyre (dawniej Dziwne losy Jane Eyre - bo pod takim tytułem ukazywała się książka Charlotte Brontë wcześniej). Zeszłoroczne wydanie zostało wznowione przy okazji wejścia do kin filmu na podstawie książki i otrzymało nową, prawdziwie filmową okładkę. Kilka ... naście lat temu zaczytywałam się, jak każda pewnie młoda dziewczyna, a raczej dziewczynka w książkach sióstr Brontë, oraz Jane Austen ale jak się okazuje na Dziwne losy Jane Eyre nie trafiłam, bo lektura okazała się miłym zaskoczeniem. Zaskoczeniem bo nie była to mdła, romantyczna historyjka i odskocznią od wszystkich ciężkich książek (tym bardziej, że wcześniej przeczytałam Farby wodne L. Ostałowskiej). Tytułowa Jane Eyre to rezolutna młoda dziewczyna, którą poznajemy jako silne, zbuntowane, choć pewnie w duchu pragnące miłości dziecko. Osierocona przez rodziców, opuszczona przez umierającego wuja skazana zostaje na humory ciotki, która zapatrzona w swoje niesforne dzieci nie zauważa trosk i potrzeb małej Jane. Myśląc, że wysłanie dziewczynki do rygorystycznej szkoły będzie dla niej karą uwalania się od obowiązku wychowywania, a Jane daje szanse na lepsze życie. Szansę, którą dziewczyna wykorzystuje po ośmiu latach pobytu w zakładzie. Wreszcie los się do niej uśmiecha, a doświadczenia zdobyte (często na własnej skórze) u ciotki, oraz w zakładzie tylko umacniają i tak twardy charakter dziewczyny. Sama znajduje sobie pracę, w której nawet nie spodziewając się spotyka wielką miłość swojego życia. Jak zawiła jest jej znajomość z Edwardem Rochesterem dowie się tylko ten czytelnik, który sięgnie po książkę. Ale upór Jane czasem bywa denerwujący, lecz prowadzi konsekwentnie dziewczynę do celu. To nic, że przyjdzie jej pożegnać się z miłością. Jednak nie wszystko Jane przekreśla i żyjąc - nawet w oddaleniu od Rochestera nie upada na duchu i ciągle marzy o spełnieniu. Koleje losu Jane bywają zaskakujące - są i smutki ale też i radości. Dość przyznać, że końcówka książki bardzo mnie wzruszyła. I choć Jane Eyre to ponad pięćset stron ani chwili nie poczułam znużenia i nie żałowałam powrotu do angielskich romansów.






Kolejną książką, również o miłości, jednak szybkiej i nie tak trwałej jak uczucie panny Eyre i Edwarda Rochestera jest W upale i kurzu Ruth Prawer Jhabvala. To krótka (zaledwie 160 stron) historia o niezbyt udanym małżeństwie Olivii i Douglasa, która dzieje się na placówce w Indiach. Olivia przybywając do Indii z góry zakłada swoje nieprzystosowanie i odmienność i nie potrafi pozbyć się wielkopańskich zwyczajów. Zachowując się jak mała dziewczynka stwarza więcej problemów swojemu i tak wiecznie zajętemu mężowi, niż radości ze swojego towarzystwa. Tylko romans z indyjskim księciem jest w stanie wyrwać ją z marazmu, w jaki zapada podczas gorącej pory i nawet deszcz nadchodzący wraz z porą monsunową nie jest w stanie jej przebudzić. Dopuszcza się okrutnego czynu i niszczy życie kilku osób. Tego wszystkiego jednak dowiadujemy się z listów Olivii, które odnalazła wnuczka Douglasa. Chcąc wyjaśnić tajemnicę miłości dziadka i kobiety, o której rodzina stara się milczeć przyjeżdża do Indii i podąża śladami sprzed 50 lat.


Ta książka była świetną przygodą po Indiach - zarówno tych bardziej współczesnych, jak i tych sprzed ponad pół wieku. Stroje, zwyczaje oraz jedzenie - barwny świat Indii przeplata się z romansem i ani trochę nie sprawia wrażenia, że tak stara historia mogłaby pokryć się warstwą kurzu.


W upale i kurzu w 1975 roku otrzymała Booker Prize.






I trochę cięższa lektura, jednak bardzo wciągająca i ciekawa: Słodko - gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji Necli Kelek. To świetne źródło, jak na raport przystało informacji o tym być może mało znanym kraju. Dla mnie osobiście książka - zaskoczenie. Bo niby coś tam wiemy o Turcji - Stambuł, baklava, trochę muzyki, Orhan Pamuk i spór o wejście do UE. Ale na ile te informacje są prawdziwe, ile jest jeszcze innych, które przyćmią sukces Pamuka i słodycz baklavy? Dzięki lekturze książki Necli Kelek, która urodziła się w Turcji, później emigrując, wraz z rodzicami (jak wielu Turków) do Niemiec możemy dowiedzieć się tak wiele. Słodko - gorzka ojczyna to trzeźwe spojrzenie na kraj ojczysty. Próżno szukać słów chwały i pobłażania Turkom ze strony autorki. Ta książka to chłodne spojrzenie na sprawy zarówno gospodarcze, jak i kulturowe kraju tak bogatego w zwyczaje i jednocześnie tak zaniedbanego przez władze i mieszkańców. Autorka porusza kwestie morderstw honorowych (które teraz, aby spełniać warunki przyjęcia do UE zamieniają się w jeszcze większej liczbie niż dotychczas w samobójstwa), religii, która wraz z władzami rządzi państwem (która jest władzą), o braku porozumienia między prawem a zwyczajem, o tym, co ukryte "za wysokimi murami" a jednak nadal w Europie. Zaskakująca i przerażająca jednocześnie lektura, która jednych zachęci do podróży do Turcji, innych zapewne zniechęci, ale na pewno pozwoli wyrobić sobie zdanie na temat sytuacji w tym kraju i uzupełni ten słodko gorzki obraz.

Za wzorową czynność uchodzi siedzenie. Tureckie słowo oturmak oznacza zarówno siedzieć, jak i rozkoszować się, żyć, mieszkać. Siedzenie, granie w karty czy w domino - w każdym razie niepracowanie - jest punktem, do którego się dąży, celem życia.


Może ktoś znajdzie coś dla siebie wśród tych trzech pozycji, być może kogoś zachęcę do powrotu do romantycznej lektury, albo do zagłębienia się w historię i kulturę barwnego kraju? Być może? Życzę udanych wyborów, jak najmniej dylematów i samych miłych chwil z książką.



cytat pochodzi z książki N. Kelek Słodko - gorzka ojczyzna...

Królewna Śnieżka z Auschwitz - Farby wodne L. Ostałowska



Kiedy słucham, historie istnieją, kiedy mówią, mogą się uwolnić. Szukam tu (w muzeum) własnej, a nie polskiej tożsamości. Myślę: to się stało. Bez kalek, fiszek, stanowisk ... Nie osądzam siebie ani innych.

Trzeba  przyznać, że Farby wodne Lidii Ostałowskiej nie są typową lekturą na okres świąt. Ale może nie wszyscy lubią historie rodzinne, miłosne, czy lepienie bałwanków w wesołym gronie - ja nie lubię. Stąd z zapartym tchem zabrałam się za lekturę Farb wodnych, które znalazłam pod choinką.
Nie, nie jest to przyjemna lektura, ale napewno pouczająca. Reportaż Ostałowskiej to prawdziwe świadectwo obozowych i postobozowych realiów. Farby wodne to głównie (pisze głównie, bo choć to krótka książeczka, pociąga wiele wątków) historia Diny Gottliebovej, Żydówki czeskiego pochodzenia a przede wszystkim malarki. Dina trafiając do obozu w Auschwitz-Birkenau ratuje się własnym talentem. Początkowo ryzykując własne życie umila je najmłodszym więźniom obozu malując na barakach sceny z Królewny Śnieżki, która na króko przed "obozem" stała się hitem kinowym i ... ulubionym filmem Adolfa Hitlera. Dzięki tym malunkom zostaje zauważona przez Josefa Mengele (a właściwie Wolfganga Gerharda) i "zatrudniona" do malowania jemu portretów ludzi, którzy posłużą do doświadczeń temu pseudodoktorowi, znanemu całemu światu ze swojego okrucieństwa. Nie wiem, jak ocenić Dinę, i czy w ogóle wolno mi ją oceniać. Pewnie nie powinnam wcale tego robić, ale kołaczą mi się dwie sprzeczne myśli, różne postawy, w których staram się znaleźć na jej miejscu. Wiem, że to wprost niemożliwe abym w jakikolwiek sposób mogła wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Z jednej strony to naturalny odruch człowieka, że stara się ratować swoją skórę, szczególnie w obliczu  śmierci, tak okrutnej śmierci, na którą więźniowie obozu przecież patrzyli każdego dnia. A z drugiej strony - czy taka postawa to nie tchórzostwo, nie sprzedanie siebie? Współpraca z okrutnym nazistą, człowiekiem, który mówił o sobie lekarz a zabijał, torturował i w swojej głupocie, czy też niewiedzy, w swoim wrodzonym okrucieństwie (jakim trzeba być psychopatą aby robić takie rzeczy) wyrywał dzieci z łon matek, zszywał żyły bliźniętom aby stworzyć sobie bliźnieta syjamskie, podawał ludziom dziwne mikstury nie znając skutków ich zażywania .... albo w swoim okrucieństwie chcąc je raczej poznać, kastrował, wydłubywał oczy, na żywo, po śmierci nieważne, byle zapisać jakiś skutek. I takiemu człowiekowi pomaga Dina Gottliebova - tylko po to aby uratować siebie i matkę. Nieznane są też mi i niezrozumiałe dla mnie pobudki jakimi kierował się sam Mengele zatrudniając dziewczynę - z jednej strony okrutny człowiek, skłonny zabijać wszystkich, którzy nie zaliczają się do jego rasy, a z drugiej niby taki dobrotliwy wujek, który najmuje do pracy Żydówkę, po to aby malowała jemu anomalia fizyczne więźniów, aby służyła za dokumentalistkę? Nie mieli aparatów? Czy też była to klejna perswazja Mengele - dać trochę przyjemności więźniowi w trakcie pozowania, aby zaraz potem podoświadczać sobie na jego ciele? Nie ma słów wytłumaczenia na cokolwiek, co dotyczy nazistów i obozów, nie ma wytumaczenia dla Holokaustu.
Autorka Farb wodnych dociera do Diny Gottliebovej po latach. To nękana chorobą staruszka, która stara się odzyskać swoje obrazy zawłaszczone przez muzeum KL Auschwitz - Birkenau. Czy faktycznie należą się one Dinie jako autorce? Malarce? Czy może też stanowią własność Josefa Mengele (o ile ten człowiek jeszcze żyje - tego chyba my się nie dowiemy, bo, że ktoś to wie, jest więcej niż pewne), czy też stanowią jednak właśność muzeum, są dowodem na okrucieństwo Niemców i należą się każdemu odwiedzającemu? O uznanie właśności walczą wszyscy. Muzeum, które zatrzymało nie tylko właśność Diny, nie tylko te obrazy ale i prywatne części garderoby, walizki - wszystko, co odwiedzające muzeum rodziny są w stanie rozpoznać, co stanowi czasem jedyną pamiątkę po pomordowanym, a boli, że jest w muzeum mogłoby przecież, jak to wiele razy zarzucano muzeum zostać zastąpione kopią (włosy, tałesy, podróbki butów i waliz - made in China). Obrazy, kórych dotyczy spór to głównie portrety Romów, Cyganów, których w Auschwitz zginęły setki. Na których Menegle z wyraźną przyjemnością dokonywał doświadczeń, jak na cudach (czy też wybrykach) natury (dziwne wrażenie przy czyteniau Farb wodnych po niedawnej lekturze, jakże odmiennej książki Psożercy ze Svini  Karla-Markusa Gaussa).
Farby wodne to liczne dowody na brak człowieczeństwa nie tylko Hitlera ale i ludzi, którzy ślepo szli we wskazanym przez tego zakompleksionego człowieczka kierunku. Szczególnie końcowe rozdziały, które dotyczą współczesności, uświadamiają, że jesteśmy tak marni kłócąć się nad prochami pomordowanych tysięcy więźniów. Ukazują słabość i chciwość człowieka, nawet w obliczu takiej tragedii. Nie do uwierzenia, nie do pomyślenia. A mieszkańcy Oświęcimia mają tego wszystkiego dosyć - z jednej strony kłótnie o pamięć, o religię i pamiątki, z drugiej strony wysokie bezrobocie w Oświęcimiu, masowe wyjazdy młodych ludzi, bo cała miejscowość jest jak miejsce zbrodni, miejsce święte, w którym nie może powstać market czy klub nocny.
Choć znam historię i nie jestem nań obojęta nie potrafię sobie nawet wyobrazić własnego stanowiska w tej sprawie. Wydaje się łatwym do pogodzenia i rozwiązania konflikt obozowy - postawmy małe krzyże, zlikwidujmy te wielkie, dajmy możliwosć modlitwy wsystkim narodom i wyznaniom. Albo podarujmy sobie modlitwę - uszanujmy w ciszy, każdy we własnym sercu i sumieniu pomordowanych.

I unikajmy takiej postawy: Gdzie byli ich prawnicy - szlocha wstrząśnieęta (wizytą w muezum) amerykańska studentka.

Jest wiele do napisania o tej książeczce - raptem 200 stron tekstu, a taka burza myśli, takie ogromne niedowierzanie, która ogarnia mnie zawsze ilekroć poznaję każdą historię związaną z wojną, Holokaustem i niemożliwym do wyobrażenia okrucieństwem Niemców.

Fragment obozu w Birkenau

Dzieci, na których eksperymentował Josef Mengele

Brama do obozu - napis Arbeit macht Frei uratował od złomowania polski chłop - za butelkę samogonu odzyskał go od Rosjanina. Współczesną historię kradzieży napisu znamy.

Dina Gottliebowa w swojej pracowni z portretem Cyganki (dla Mengele ważne było ucho i oczy, oraz znaki szczególne)



źródło zdjęć: czarne.com.pl oraz google
cytaty pochodzą z książki

41 numer sZAFy już jest!


fot. Michał Karcz

Nowy numer sZAFy już dostępny, a w nim wiele stron dobrej lektury, poezji, prozy, wywiadów oraz nagród do wygrania. Liczne teksty koleżanek i kolegów blogerów. Zapraszam do lektury!

POEZJA
Marcin Baran, Hania Dikta, Piotr Gajda, Mirosław Gabryś, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Jarosław Jabrzemski, Barbara Janas-Dudek,Izabela Fietkiewicz-Paszek, Tomasz Jamroziński, Wanda Karczewska, Justyna Krawiec, Karolina Kułakowska, Karol Maliszewski, Jacek Mączka, Piotr Mosoń, Marcin Orliński, Paweł Podlipniak, Małgorzta Południak, Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Teresa Rudowicz, Jakub Sajkowski, Karol Samsel, Rafał Wierzbicki

PROZA

Marcin Baran, Jacek Durski, Seweryn Gałązka, Jan Godlewski, Mateusz Górniak, Anna Gratkowska, Eliza Kijanek, Edward Kupiszewski, Kornel Maliszewski, Mirosław Pisarkiewicz, Małgorzata Południak, Wojciech Radoch, Joanna Storczewska-Segieta, Sebastian Theus, Leon Zdanowicz, Beata Wincza

sZAFa Presents

WANDA KARCZEWSKA - poezja
Izabela Fietkiewicz-Paszek - „Uroboro” Wandy Karczewskiej
Beata Patrycja Klary- Życie w cieniu śmierci
Ania i Arek Łuszczyk - Festiwal okiem obiektywu
Małgorzata Południak - Karczewska ukrywa swoją twarz w kwiatach kasztanu
Anna Tabaka - Miasto mego ojca
Teresa Rudowicz- O wierszu „Rozmowa z rówieśnikiem z ul. Widok 12”
Karol Samsel - Matka na oświęcimskim obłoku - O nostalgii i sadyzmie w utworach Wandy Karczewskiej.
Beata Stanecka-Busz - O pogłębianiu zwątpienia aż do potrzeby wiary. Rzecz o Elegii Wandy Karczewskiej. * O rozpaczy, którą może odczarować zakatarzony jeż i fletowy głos wilgi. Głos wilgi Wandy Karczewskiej.
Rafał Wierzbicki - Fotoreportaż
Leszek Żuliński- Między miłością z rozpaczą (o poezji Wandy Karczewskiej)

ESEJ; FELIETON; RELACJE

Marcin Baran - Slam, czyli poezja opuszcza salony
Henryk Gała - Poeci małych ojczyzn
Izabela Fietkiewicz-Paszek- Relacja z II Festiwalu Literackiego im. Edwarda Kupiszewskiego
Marcin Orliński - Literatura jest ciemność
Beata Patrycja Klary - Ileż można przełykać kształty? - relacja ze spotkania poetyckiego Aleksandry Słowik
Klaudia Raczek - Dziennik spod Róży I, Dziennik spod Róży II
Jurata Bogna Serafińska- Wystawa malarstwa Felixa Tuszyńskiego
Świdemajer - relacja z poprzedniego projektu

FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO

Maciej Boksa, Francesco Cusumano, Talat Darvinoğlu, Foto Odlot 2011 - wynik konkursu, Jacek Kaczyński, Michał Karcz, Felixx Klee, Barbara Komaniecka, Lilianna Lazarska, Zygmunt Kozimor, Oksana Mathieu, Izabela Nowak, Andrzej Olczyk, Raspazjan, Jan Rusnok, Marianna Stelmach, Vsevolod Shvayba, Tomasz Trafiał, Felix Tuszyński

TEATR

Teresa Radziewicz "Ja, Edit Piaf"

Ekfraza

Teresa i Grzegorz Radziewicz "Wyobraźnia zaludniona"

KRYTYKA LITERACKA

RECENZJA

Artur Jabłoński - Thomas Bernhard Moje nagrody
Teresa Rudowicz - Życie to jest opowiadanie, a opowiadanie to jest życie – o opowiastkach opowiadających Leona Zdanowicza*Ziemia nieznacznie wypukła – o Wieczerzy w Rajskiej Dolinie Edwarda Kupiszewskiego
Teresa Radziewicz Notatki na marginesach wierszy - Mniej niż zło Olgerda Dziechciarza * Czyta się, czyta - Nasza klasa Tadeusza Słobodzianka
Karol Maliszewski - Kazimierz Brakoniecki Obroty nieba, Dziennik berliński
Monika Mellerowska - Książkowe choinkowe upominki *Jestem leniwym pisarzem Mariusz Pilot - Pióropusz
Joanna Mieszkowicz - "Niewidzialne potwory" Chucka Palahniuka*Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza
Karol Samsel - Źródło i śmierć Fenomenologia jako egzegeza literacka
Jakub Sajkowski - Wystawiona na słońce. Magda Gałkowska, Fabryka tanich butów * Ryszard Będkowski Gorzkie jezioro * Poezja kłamie? A niech sobie kłamie! Michał Nowak Historie Powszechne
Konrad Staszewski - Wschodzący księżyc Keri Arthur * Całując grzech Keri Arthur
Bogdan Zdanowicz Krzysztof Tomanek Zaimek teraz

WYWIAD

Aleksandra Szramek "Z Ireną Kiką Szaszkiewiczową", "Z przyjaciółmi Ireny Kiki Szaszkiewiczowej"
Tomasz Kosiorek "Rozmowa z Rogerem Moorhousem na temat książki Stolica Hitlera"
Robert Rutkowski z cyklu: "Jeszcze zdarzają się wiersze:
* z Marcinem Orlińskim
* z Teresą Radziewicz
Sosnowska: z Marcinem Prokopem i Szymonem Hołownią

MULTIMEDIA

Astrid Lindgren - Chwila
Darek Wasilewski - "Rafał Wojaczek - Modlitwa bohaterów"
Lugozi - Peaceful Sleep
The October Leaves - All Of The Stars
Warzone - The Sound Of Revolution

KONKURSY

* Nagrody Poetyckiej im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego ORFEUSZ za najlepszy tom roku 2011
* I Ogólnopolski Konkurs Poetycki
im. Pawła Brylińskiego
* Kaliski Konkurs Literacki na Utwór dla Dzieci
* III OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI „O wers Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”
* Broniewski dzisiaj
*I Edycja konkursu LIterackiego im. Kazimierza Furmana "Furmanka 2012"

PATRONAT MEDIALNY

Ena Kielska Pamiętnik Wendy
Festiwal Świdemajer [maj 2012]
Foto Odlot 2011 - wynik konkursu


Jak ze śmiechem leczyć dzieci - Oskar Pill i zakon Medykusów

Pewnie gdyby nie fakt, że Mikołaj w tym roku objawił mi się niezwykłą i niespodziewaną paczką z Wydawnictwa W.A.B. nie sięgnęłabym po tę książkę. Stało się jednak inaczej i nie tyle przymuszona, bo nic na siłę, ile zainteresowana tym przedziwnie brzmiącym i zapowiadającym magiczną przygodę tytułem zatopiłam się w lekturze. Nie wiem, czy to polski Wydawca, czy też zagraniczny porównał Oskara Pilla i zakon Medykusów do Harrego Pottera, ale ja - choć tego drugiego nie czytałam nigdy do końca - nic podobnego nie widzę. Oskar Pill to przesympatyczny dwunastoletni chłopiec, który ze swojej nadprzyrodzonej siły nie zdaje sobie sprawy. Przynajmniej na początku. Fakt faktem, że czasem zdarzają się jemu przedziwne sytuacje, ale chłopak nie bierze ich do siebie szybko o nich zapominając.
Oskar wychowywany jest wraz ze swoją starszą siostrą przez mamę. Taty niestety nie pamięta, a historia śmierci ojca, opowiadana przez mamę czyni zeń bohatera.

Jakby w tle codzienności Oskara i jego rodziny toczy się krótka historia w więzieniu, z którego niepostrzeżenie i niewytłumaczalnie znika groźny więzień.

Tymczasem kończącą się szkolną codzienność Oskara przerywa wizyta w domu Pillów niezwykłej osoby, która rozstraja matkę chłopca, a jemu samemu pozwala na odkrycie kawałka rodzinnej tajemnicy. Przez tę tajemnicę, którą matka skrzętnie ukrywała przed chłopcem, trafia on do specjalnego domu, w którym zostanie przeszkolony do walki ze złem.

Dopiero w tym dziwnym domu, do którego wchodzi się przez pień drzewa Oskar odkrywa w sobie pełnię magicznych sił i uczy się je wykorzystywać. Na chłopcu, jako na ostatnim z najmłodszych Medykusów i synu bohatera spoczywa odpowiedzialność za cały świat.

W jaki sposób Oskar będzie musiał stoczyć walkę ze złem? Nie chcę opowiadać za wiele. Wystarczy tylko jak dodam, że autor powieści Eli Anderson  jest między innymi dziecięcym onkologiem i w swojej powieści, której zapowiada się więcej części walczy z "chorobami". Wspierany przez "moce" w postaci "zabiegów" czy "leków" zabija patologie, które toczą malutkie organizmy dziecięce. Ta bajka, bo tak można powiedzieć o książce o dzielnym chłopcu budzi w wyobraźni czytelnika nie tylko magiczne obrazy, jakie nasuwa treść książki ale i uśmiechy malutkich pacjentów doktora, które zapewne pojawiają się na ich buziach w trakcie słuchania opowieści o przygodach Oskara. Za to czynienie radości i sprawianie prostszym pokonywanie chorób polubiłam właśnie tę powieść:)


P.S. powyższą książkę będzie można wygrać w zapowiadanym już, nowym (41) numerze magazynu Szafa