Jako, że ta książka nie jest pozycją typowo dziecięcą, nie jest też książką tylko dla rodziców pozwalam sobie wpisać ją także i w to miejsce, może akurat komuś będzie się podobać?:)
Więcej o tym albumie TU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Zysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Zysk. Pokaż wszystkie posty
Ulotna delikatność dmuchawców - rozmowa z Hanną Kowalewska w Szufladzie
Hanna Kowalewska - seria o Zawrociu tej Autorki towarzyszyła mi w ostatnich miesiącach ciąży, kiedy leżałam w łóżku czekając na jeden z najpiękniejszych dni w życiu. Moc wzruszeń jakich dostarczały mi poszczególne części dawała mi - o dziwo - sił. To były pozytywne wzruszenia. Dobre emocje ze świata kobiet. Świata delikatnego i pełnego sił zarazem. Świata, który pięknie pachnie, utula, dodaje sił, wygląda cudownie - świata, jak jabłoń na łące Matyldy - żyjącego własnym rytmem. Zachwycałam się też, a może przede wszystkim językiem, jakim książki zostały napisane. Wzruszyłam się, do łez kiedy moja znajomość z Matyldą dobiegła końca. Chociaż nie, przecież ja ją nadal znam. Pamiętam każdy szczegół z jej życia, i czuję się raczej tak, jak byśmy rozstały się na chwilę, jakby to ona gdzieś wyjechała, gdzieś skąd za chwilę wróci.
To właśnie książki o Zawrociu Hanny Kowalewskiej natchnęły mnie do rozmów, wywiadów (jak kto woli) w skojarzenia. To od fortepianu, o którym marzyć mogę, od dmuchawców o ulotnym pięknie, teatru, który mnie ujmuje, masek, które przywdziewamy, i rosy na łące, tak świeżej zaczęły się skojarzenia. Do tego pierworodnego wywiadu z Autorką wydanego niedawno "Przelotu bocianów" zapraszam.
fot.:Agnieszka Herman.
Biegnąca z Wilkami - Clarissa Pinkola Estes
„Dzikie zwierzęta i
Dzika Kobieta to zagrożone gatunki.” (s. 13) - tak zaczyna się książka Clarissy
Pinkoli Estes, książka przetłumaczona na dziewiętnaście języków - w Polsce
doczekała się już trzech wznowień. „Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej
Kobiety w mitach i legendach” to coś więcej niż książka, ale też nie
podręcznik. To raczej przewodnik po naturze kobiety, która od lat deformowana
jest przez te współcześnie żyjące.
Po więcej na temat "Biegnącej z wilkami" zapraszam do Szuflady.
Dwa brzegi ponad tęczą - Ewa Pisula-Dąbrowska
Są takie książki, które aż żal
czytać, ze strachu, że się skończą. Są opowiedziane w nich takie historie,
których nie można zapomnieć, choćby nie wiem, jak się człowiek starał je
wyprzeć, choćby nawet go nie interesowały. Taka jest książka Ewy Pisuli-Dąbrowskiej
Dwa brzegi ponad tęczą. Zdzisław
Skrok we wstępie zatytułowanym Kazimierska choroba (wstęp zaczerpnięty z książki
Kazimierz Dolny bezwarunkowe uwiedzenie)
napisał: Lektura ta jest jednak tylko dla
wybrańców. Tylko tych olśni i zachwyci. Tych, którzy popadli w kazimierską
chorobę albo są na dobrej ku niej drodze. A niewtajemniczeni nie mają tu nic do
szukania. Nie mogę się z nim zgodzić, ponieważ na chorobę wspomnianą przez
autora tych słów nie zapadłam (dotyczy ona, według Zdzisława Skroka
kazimierskiego uwiedzenia, któremu poddają się osoby zakorzenione w Kazimierzu).
Ja jedynie choruję na ujrzenie tego miasta z marzeń, tego, które umyśliłam
sobie oazą spokoju, do czego próbowała przekonać mnie autorka książki Dwa brzegi ponad tęczą. Być może, jeśli
autorka przekonała mnie dostatecznie, aby w daleką podróż wyruszyć zapadnę na
tę przypadłość, bowiem według Tadeusza Pruszkowskiego, jednej z wielu
malowniczych osobowości Kazimierza Dolnego, dolegliwość ta przekazywana jest
poprzez tajemne promieniowanie wapiennych
skał, na których położone jest miasteczko. To właśnie przez nie Kazimierz Dolny zwany jest Sieną w miniaturze. Z tych samych
powodów oraz z charakterystycznej dla mieszkańców i miasteczka atmosfery
powolności porównywany jest do miasteczka z włoską mentalnością.
O wielkości i niesamowitości tego
małego miasteczka można przeczytać w wielu
publikacjach, powieściach i opracowaniach naukowych. Te wspomina także Ewa
Pisula-Dąbrowska, między innymi Na Rynku
usiąść w Kazimierzu … Leszka Długosza, Prawdy
i nieprawdy czyli kazimierskie fakty i legendy Leszka Pietrzaka,
opracowania żydowskich autorów (Żydzi stanowili w międzywojniu ponad połowę
mieszkańców Kazimierza) Kazimierz vel
Kuzmir. Miasteczko różnych snów czy album W Kazimierzu nad Wisłą. Ponadto słynne Dwa księżyce Marii Kuncewiczowej, mieszkanki Kazimierza oraz
książka autorki Dwa brzegi ..., także rodowitej kazimierzanki, o włoskich
korzeniach - Kazimierz Dolny bezwarunkowe uwiedzenie. Można wymieniać jeszcze
długo tytuły książek nawiązujących do Kazimierza, bo mało kto, kto raz odwiedzi
miasto nie ulegnie jego urokowi. Wielu zdolnych rodził Kazimierz, a ci odwdzięczali
się jemu utrwalaniem jego piękna czy to w literaturze, obrazach, czy muzyce i
filmie.
Wracając do książki Dwa brzegi ponad tęczą - to będzie
trudniejsze niż myślałam opisać wrażenia, których jest tak wiele, i taką mają
one moc. Po pierwsze zaskakujące, jak można dać się porwać opowieściom o
miejscu, którego się nie zna. Nie orientuje się ani w jego odległej historii,
ani tej trochej bliższej. Wyobraźnia nie podsuwa nawet obrazów jak może
wyglądać miasto, o którym słyszało się tak wiele pochlebnych słów. Małe jest,
czy raczej większe? Tłoczne i radosne, czy raczej wyludnione i smutne? Ludzie –
czy są mili, czy przesiadują w swoich domach niechętni turystom? Takie pytania
rodziły się w mojej głowie zanim zetknęłam się z książką, a właściwie zbiorem
opowieści o Kazimierzu. Obrazów
przywoływanych jak iskry
świadomości, morza emocji z tym związanych, wzruszeń, śmiechu i zamyślenia.
Dwa brzegi ponad tęczą raczej się
smakuje, nie pochłania. Raczej długo maluje się obraz według wskazań Ewy
Pisuli-Dąbrowskiej, czekając jego wyschnięcia, aby barwy się nie rozmyły, kolory
nie rozmazały. I właściwie – nie opowiem o czym jest książka, bo nie sposób,
ale to garść wspomnień z przeszłości, uwag do teraźniejszości, myśli
niewypowiedzianych, żywych ciągle obrazów. W tej książce, jak mówi sama
autorka:
… podzieliłam się tym, co do mnie z czasem wróciło.
Echem.
Echem niesionym wiatrem, naznaczonym losem.
Było zmiennie słyszalne. Czasami było jak zapach.
Ulotne.
Bywało, że czekałam, aż zapach wejdzie w reakcję ze skórą, odparuje i
pozostaną jedynie odczucia. Echo.
Ja ciągle czekam aż odparuje,
może stanie się to dopiero kiedy wyruszę w drogę do miasta dwóch księżyców? Ale
nie chcę czekać na to, aż blichtr rozsieje się po ulicach miasteczka, aż władze
jego zapomną już zupełnie o kulturze (a przecież Kazimierz z nią się kojarzy!),
nie chcę czekać, aż dobre serca mieszkańców i miłośników miasta zatwardzieją i
skończy się uśmiech, jaki miasteczko im oddaje za dobre gesty. Nie samą poezją ono
żyje, nie opinią, którą dzisiejsze pokolenia nie kojarzą. Dobrze, że rodzą się takie
książki, że jeszcze my, którzy pamiętamy, którzy tęsknimy do spokoju i nie
chcemy rozlewającego się wszędzie bogactwa i nowoczesności docenimy takie
wspomnienia. Bo w prozie Ewy Pisuli-Dąbrowskiej (…) dawność i różnorodność żyje, domaga się naszej uważności i jest ozdobą
teraźniejszości, unieważnia banalną pustkę dostatniej codzienności.
Książka, składa się z około stu opowieści, z których każdą otwiera inne motto,
piękna uwaga czy fragment opowieści nad którymi warto się zatrzymać. Podobnie,
jak nad każdym wspomnieniem autorki, przystanąć nad brzegiem tęczy i wspomnieć …
W tym mieście gdzie księżyce dwa – spójrz
Magia trwa
(Ach żeby tak, ach żeby znów, ach Boże mój ..)
L. Długosz, Na Rynku usiąść w Kazimierzu …
Celowo posługiwałam się w
powyższym tekście słowami innych, bo oni, znawcy i miłośnicy KazimierzaDolnego potrafią
tylko doskonale oddać jego barwy, dźwięki … piękno.
Cytaty pochodzą z książki
O cudowności!
Nie znoszę pokazywania stosów, tym bardziej takich, których przyszłość, jako "przeczytane" jest wątpliwa. Tym razem jednak nie mogę się powstrzymać (nie podejrzewam jednak aby prezentowany mikrostosik - wybaczcie skrzywienie ekonomiczne) miał zostać skazany na złą sławę "do (wiecznego) przeczytania". Otóż moja radość z niego, choć niekompletny jest nieziemska (aaa i jeszcze dojdzie do niego magiczna pozycja, tajemnicza wręcz, ale o tym później ... kiedyś). Wyczekiwałam książek ze Znaku z utęsknieniem ;( już straciłam wszelkie nadzieje, a tu proszę, jak tylko zamknęłam cudowną!, wspaniałą!, boską wręcz! książkę Ewy Pisuli-Dąbrowskiej Dwa brzegi ponad tęczą zastukał do drzwi pan z paczuszką z trzema cudnymi, jak dla mnie, wyczekiwanymi powieściami.
O cudowności książki Dwa brzegi ... już było i jeszcze będzie, Alfabet Tischnera ma być lekcją pokory, a na ksiażki Anny Ficner-Ogonowskiej po prostu raz mnie naszło (Angelika hmmm chyba aż tak bardzo tym wyborem się nie kieruj hihi).
Mam co czytać, będę miała za chwilę jeszcze więcej, choć ciągle czuję niedosyt z powodu braku nominowanej do Bookera Dziewczyny w błękitnej sukience;/ Ale może da się to naprawić ;)
Miłego patrzenia!
p.s. zdjęcia zrobione starą, "spadniętą" dziś na kafle Nokią hehe, cud, że działa!
i motto (jedno z wielu pięknych z książki Ewy Pisuli-Dąbrowskiej), tym razem o mieście, o którym książka opowiada
" Mieścina jak łupina szaro-złota pośród chmur
Któż tę zabawkę tam upuścił?
Dziecko
Anioł
Może Bóg?"
(Leszek Długosz, Na Rynku usiąść w Kazimierzu ..)
doktor śmierć ... ups! Doktor Styks - Marcin Wolski
Orfeusz w piekła czeluście pomyka,
noc idzie za nim, przed nim jak aksamit.
Mrok lepki, gęsty,
ni słońca promyka
i tylko rozpacz kieruje krokami,
Eurydyko! Wszak jesteś stracona.
Zgon twój dokonan
absolutnie pewien
Bo tylko sztuka nigdy nie skończona
istnienie - mgnienie.
Jutro będzie? Nie wiem ...
E.
Kto weźmie do ręki najnowszą
książkę Marcina Wolskiego z przeświadczeniem, że zatopi się w znanym z
poprzednich licznych powieści stylu autora pomyli się, zaskoczy i zdziwi.
Doktor Styks to, jak zapowiada sam Wydawca historia odmienna od poprzednich
książek Wolskiego. Gdyby ktoś jeszcze chciał pokusić się o zaszufladkowanie tej
powieści do jakiegoś konkretnego gatunku także życzę powodzenia. Podobnie, jak
z umiejscowieniem jej w czasie, przed czym zresztą przestrzega sam jej autor,
dodając na samym końcu książki, ku zupełnemu zaskoczeniu (jakby tego było mało)
dopisek: Czytelników przestrzegamy przed
lokalizacją opowieści w jakimś konkretnym czasie.
Jedyne co można sobie ustalić to
fakt, że historia dzieje się w radio. Ale i tu nie do końca możemy być pewni bowiem
bohater książki, który jest redaktorem – uff coś prawdziwego - ma przedziwne
zdolności, czy też skłonności do przemieszczania się w czasie, a co za tym idzie
i w miejscach.
Historia zaczyna się
od niespodziewanej i zagadkowej śmierci jednego z redaktorów, twórcy radiowego słuchowiska
kryminalnego. Serialu cieszącego się ogromną popularnością, zarówno wśród
słuchaczy radia, aktorów odgrywających bohaterów i ich alter ego - bohaterów. Po śmierci Piotra Abramczyka kontynuację
prac nad serialem przejmuje nasz bohater Gwidon Michałowicz. Dostaje także,
niejako w spadku mieszkanie redaktora wraz ze wszystkimi jego bogactwami w
postaci książek i szaf pełnych mniej, czy bardziej tajemniczych dokumentów. Taka
gratka w postaci kontynuacji myśli mistrza radia i pióra ma być nie lada szansą
dla młodego radiowca. Jednak jak się okazuje to raczej utrapienie. W jednej z
książek Abramczyka Michałowicz znajduje wiersz, w którym pierwsze litery wersów
tworzą przerażające hasło. Czyżby hasło-zagadkę?
Od początku wszystko jest
niejasne w całej historii, zarówno okoliczności śmierci, niby samobójczej,
jednak dziwnie podejrzanej, zaginione, napisane już wcześniej odcinki serialu,
które mogłyby zapewnić trochę czasu dla młodego redaktora zanim napisze kolejne,
oraz co najmniej dziwne zjawiska, niewyjaśnione peregrynacje Michałowicza w
czasie.
Nie wiemy, czy to, co przydarza
się redaktorowi to odzwierciedlenie jego chorej świadomości, która zakotwiczyła
się w serialu i myli się z rzeczywistością, czy też świadomość tą ktoś zatruwa
w bliżej nieokreślony sposób. W każdym razie wokół Michałowicza zaczynają dziać
się dziwne rzeczy: pojawiają się przedmioty sprzed kilkudziesięciu lat, które
przeznaczone były pierwotnie dla … bohaterów serialu, postacie z serialu mieszają
się z realnym życiem Michałowicza (z jedną z bohaterek nawiązuje
nawet romans). Słowem rodzi się mnóstwo problemów, które niezrozumiałe dla
autora serialu, tym bardziej niezrozumiałe są dla otaczających jego osób.
Niewidoczni dla postronnych bohaterowie słuchowiska, z którymi Michałowicz
nawiązuje znajomości sprawiają, że ten przestaje orientować się w obydwu
światach. Jakby tego było mało młody redaktor w nieznany sobie sposób przemieszcza się w czasie, podróżując po miejscach sprzed kilkudziesięciu lat,
po miejscach charakterystycznych raczej dla serialu niż współczesnego świata.
Słowem rzeczywistość miesza się z fikcją serialową i nie sposób odróżnić co
jest prawdą, a co wymysłem …. . Bo choć bohaterzy serialu przenoszą się do
życia realnego, mijają na ulicach i korytarzach redakcji, bo choć ulice zmieniają
się w te z czasów słuchowiska to ciągle nie wiadomo, co powoduje takie załamanie
czasoprzestrzeni? Czy Michałowiczowi uda się rozwiązać zagadkę przez
scenariusze kolejnych odcinków?
Jakby tego było mało tytułowy Styks jest głównym prowodyrem w mieszaniu wymiarów. Czy jest on
prawdziwy czy też nie? Oto zagadka dla redaktora Michałowicza i czytelników Marcina
Wolskiego.
Ta książka jest jak zabawka, jak
niekończąca się gra. Czytając ją przyszła mi na myśl słynna kostka Rubika, którą
choćby nie wiem, jak się człowiek starał i jak bardzo chciał nie sposób ułożyć
szybko i prosto. A poszczególne kolory w układance można porównać do
wyskakujących z fabuły bohaterów. Doktor
Styks to nie tylko książka, to też gra, w którą grają wszyscy – poczynając
od autora książki, przez bohaterów pisanego w książce serialu na czytelniku
kończąc. Tylko na ile w tej grze wszyscy grają fair, a na ile ktoś wrabia szukających
rozwiązania … to pozostawiam do rozwiązania wnikliwemu czytelnikowi.
cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: Zysk i Sp.
trochę słońca na chłodne dni - Słońce w słonecznikach Dominiki Stec

Już dawno „chodziła” za mną książka polskiego autora, książka, przy której zapomnę o wszelkich okropnościach i udziwnieniach serwowanych mi przez ostatnio czytaną lekturę. Chcąc oderwać się od nadprzyrodzonych mocy oraz zapomnieć o ich braku w codzienności, której czasem by się przydały pobiegłam najzwyczajniej w świecie do księgarni (jakież to proste, lecz zbawienne działanie – pobiec do księgarni!). Tam, wśród kojących woluminów, uspakajającego widoku pełnych półek, tęczy barw serwowanych przez plastyków na okładkach książek można spokojnie popaść w specyficzny stan błogości, w stan, którego nie osiągnie się po żadnej chemii, używce, czy wizycie u specjalisty. Wśród wspomnianych skarbów moje oczy wypatrzyły książkę Dominiki Stec, a mój trzeci zmysł podpowiedział mi, że Słońce w słonecznikach będzie tą lekturą, która pomoże mi wskoczyć na właściwie tory i zapomnieć o koszmarach wyborów, przy których trzeci zmysł nie zadziałał.
Słońce w słonecznikach – w ogóle ktoś czytał tę książkę? Nie powiem, żeby rzucała mi się często w oczy na stronach blogowych. Czemu tak wiele skarbów pozostaje nie odkrytych? Czemu takie perełki marnują się żółknąc i wypatrując tęsknie potencjalnego czytelnika? Może dlatego, że im dłużej stoją, tym, niczym wino nabierają szlachetności? To trochę tak, jak z opisaną w książce historią. Opowieścią pewnego pamiętnika, w którym ukryła się prawdziwa miłość i, z którego ta miłość (tyle, że w drugą stronę) się narodziła. Choć nie lubię opowiadać fabuły książki, tym razem nie omieszkam zainteresować Was historią, którą opowiada w swojej książce Dominiak Stec.
Otóż pewnego dnia u siedemdziesięcioletniej Teresy, wdowy po Kaziku, kolekcjonerze zegarów zjawia się młody, nieznany jej mężczyzna. Prosto z odległej Szwecji przywozi tajemniczą historię i jeszcze bardziej tajemniczy pamiętnik. Prosząc ją o pomoc przy rozwikłaniu zagadki owego zeszytu nieżyjącego dziadka pozostawia ją sam na sam z lekturą. Biedna Teresa przepada w tych przedziwnych wspomnieniach. Obrazy z przeszłości migają jej przed oczami, doprowadzają do tak silnego ożywienia, że kończy się to dla niej bezsennymi nocami, zapuchniętymi i niewidzącymi oczami oraz szpitalem. A w pamiętniku, cóż w tym pamiętniku? A w nim zupełnie inna historia, która, podobnie jak w głowie Teresy przetacza się przed oczami czytelnika. Czasem zdaje się gnać z głuchym łoskotem, podnosząc ciśnienie nie tylko starszej kobiecie, aby za chwilę przystanąć, zachwycić się ze wzruszeniem nad pojawiającym się uczuciem, młodością i utraconą przeszłością. Wywracając ją do góry nogami, śmieszy i oburza. To historia niedoszłej miłości, uratowanego życia nieświadomej niczego dziewczynie i bohaterskiej śmierci. Mogłabym jeszcze dodać, że to opowieść o Teresie sprzed pół wieku, o jej udanych i nietrafionych miłościach, naiwności i problemach młodego wieku. W pamiętniku pojawia się też sam autor. Jerzy, którego zauroczenie młodziutką Teresą doprowadziło do prawdziwie wielkiego uczucia i jeszcze kilku innych zdarzeń, niekoniecznie dobrych dla niego samego. Słońce w słonecznikach to historia jednego lata, jednych wakacji, kwitnących drzew i pachnących maciejką ogródków. To opowieść o rodzącej się przyszłości i wspomnienie przeszłości. Niczego nie brakuje w tej książce, choć może czasem oddechu, który niekiedy przydałby się w tej emocjonującej opowieści. To piękna historia miłosna, choć nie typowy romans, to też wspomnienie irytującego minionego (na szczęście) systemu politycznego. Wreszcie Słońce w słonecznikach to opowieść o tym, że nie zawsze układa się w naszym życiu tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, a także o tym, że czasem choć nie zawsze to wiemy, mamy gdzieś obok siebie anioła stróża i drugie, dane nam życie.
Dawno nie czytałam tak emocjonującej książki (ostatnio gryzłam palce przy książce Środek lata Małgosi Wardy) i życzyłabym sobie więcej takich powieści, a wtedy obiecuję czytać tylko rodzimych autorów, bo nie chcę więcej dziwacznych stworów, kanibalizmu i zmutowanego robactwa, choćby miały być one przepowiednią nadchodzących czasów. Choćby tak właśnie miało być wolę przeszłość ubraną w słońce.
Dawno nie czytałam tak emocjonującej książki (ostatnio gryzłam palce przy książce Środek lata Małgosi Wardy) i życzyłabym sobie więcej takich powieści, a wtedy obiecuję czytać tylko rodzimych autorów, bo nie chcę więcej dziwacznych stworów, kanibalizmu i zmutowanego robactwa, choćby miały być one przepowiednią nadchodzących czasów. Choćby tak właśnie miało być wolę przeszłość ubraną w słońce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




