Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Czarna księga w Innych kolorach - Orhan Pamuk
Mogłabym postarać się przybliżyć
fabułę i – co w przypadku książki tego autora jest ważne – także przesłanie.
Niestety właśnie ani ta pierwsza mnie nie zainteresowała na tyle aby móc o niej
cokolwiek napisać (chociaż to jedna z niewielu książek Pamuka, którą czytywałam
po nocach), a ni tym bardziej przesłanie – którego z kolei nie znajduję w
żadnej książce noblisty. Definitywnie po Czarnej księdze rezygnuję z kolejnych
podejść do twórczości Orhana Pamuka. Nie rozumiemy się z tym panem – moje
starania, czasem wymagające tyle poświęceń niczemu nie służą. Książki jego nie
wciągają mnie, nie wydają się mi interesujące, język jest (dla mnie) zagmatwany,
styl nie mój - to wszystko po prostu do mnie nie dociera. W związku z tym zamiast pisać
swoje wrażenia z Czarnej księgi napiszę
kilka słów o jej powstawaniu. Słów, które właściwie można przeczytać w jednym z
rozdziałów zbioru opowiadań i felietonów Pamuka Inne kolory pt. Czarna księga
– dziesięć lat później (Rozdział 58). Swoją drogą Inne kolory są najbardziej strawną dla mnie książką tego autora. Z
tego zbioru można wybierać sobie to, co w danym momencie nas interesuje, nie
trzeba go czytać od początku do końca, można „dawkować sobie Pmauka na każdy
temat, w zależności od nastroju.
Tak jak wspomniałam moje czytanie
Pamuka trwa długo – za długo. Przyrównując to do sposobu tworzenia tego autora
– równie długo (Pamuk Czarną Księgę
pisał 5 lat). Aby praca nad nią szła szybciej (! - co by było w innym wypadku?)
pisząc ją Pamuk spędzał czas w samotności. Na trzy lata wyprowadził się z domu,
żyjąc jak pustelnik (czasem głodny i brudny) tworzył księgę czarnych myśli. Upodabniając
się przy tym do swojego bohatera – Galipa. To osamotnienie i strach (przed
niepowodzeniem) pomogły mu – jak pisze –„przenieść do książki nastrój klęski i
ruiny” (s. 377). Dla mnie – udało się to jemu aż za bardzo!
Jestem chyba tym czytelnikiem,
którego Pamuk obawiał się najbardziej pisząc Czarną księgę. Spędzając nad nią długie godziny, które przeszły w
dni, miesiące i wreszcie lata zaczynał wątpić w tę powieść. Jej dążenie do
nikąd miało przynieść – według Pamuka – niezrozumienie i niechęć. Nie
przewidział jednak, że te uczucia zostaną podzielone między rzesze wielbicieli
i czytelników takich jak ja – czyli niechętnych, nierozumiejących. (myślę – mam
nadzieję – że w swoich przekonaniach i odbiorze prozy Pamuka nie jestem
osamotniona!?) i tych ubóstwiających wszystko, co wyjdzie spod jego pióra.
Nie pomogła mi nawet, w Czarnej księdze rzeczywistość zdarzeń i
osób, opisy miejsc, w których Pamuk spędzał młodość, w których żył. Mimo wszystko sama siebie
podziwiam i chwalę, że przebrnęłam przez tę powieść, do tego przez wybrane
rozdziały Innych kolorów, co po
wcześniejszych podejściach – mniej lub bardziej udanych do twórczości tego
docenionego pisarza jest dla mnie osobistym sukcesem. Nie zmienia to jednak
faktu, że – odważę się przyznać – z twórczością tego pana mi nie po drodze;/;(
Inne kolory natomiast mogę polecić czytelnikom rozpoczynającym
swoją przygodę z Orhanem Pamukiem, i takim, podobnym mnie – którzy wątpią w
swoją wytrwałość. Jest szansa na wspólny dialog.;)
Nie zostawiaj mnie - Grażyna Jeromin-Gałuszka
Lubię kiedy książka, którą czytam
pochłonie mnie bez reszty, lubię też – choć mam w zwyczaju po ukończeniu jednej
szybko zaczynać kolejną, jak bulimik wrzucający w siebie kolejne porcje
jedzenia, albo jak ktoś, kto komu za chwilę odbiorą książki - kiedy książka mną
wstrząśnie, nie chce wyjść z mojej głowy. Wtedy mam ulubiony objaw,
przyprawiający jednocześnie o dreszcz – odrzucania każdej kolejnej i biada tym,
które akurat wpadną w moje ręce. Ostatnio miałam właśnie szczęście do takich,
które rozsiadły się na dłużej w mojej pamięci. Oto pierwsza z nich:
Nie zostawiaj mnie Grażyny Jeromin-Gałuszka początkowo została kilka
razy odłożona. Stwierdzałam, że to historia nie dla nie, że za dużo tych – skąd
inąd moich ulubionych - retrospekcji, zbyt wielu bohaterów, miesza się i mówiąc
kolokwialnie kupy nie trzyma. Jednak ta irytująca mnie książka za każdym razem
kiedy ją odkładałam mierzwiła mnie, świdrowała moje myśli nie dając spokoju
dopóki nie wzięłam jej w ręce kolejny raz. Któryś z tych razów był ostatnim, po
nim przepadłam! Jak ja w ogóle mogłam tę ciepłą, fantastyczną i pełną literackich
skarbeczków opowieść odkładać? Nie wiem?! Jakieś bielmo, zaćmienie umysłowe i
brak subordynacji myślowej sprawiał to chyba. Najważniejsze, że opowieść
Fryderyki o przedwojennym (i nie tylko) życiu w kamienicy, o stosunkach
sąsiedzkich (i nie tylko) zakorzeniła się i wciągnęła niebezpiecznie. To książka
z serii tych, które człowiek chce czytać bez końca, zagarniać dla siebie. Pragnie
brać ją pełnymi garściami, nie oddawać ani dla chwili czasu, którego nie spędzi
z nią, ani dla kropli wody, bo przecież z emocji zaschło z gardle. Chce ją cały
czas mieć przy sobie i w niej cały czas być. Istnieć wraz z bohaterami tej
powieści, bo to prawdziwa przygoda. Niezapomniana. Budująca. Bywa, że smutna.
Bywa, że radosna.
A o czym jest Nie zostawiaj mnie? A właśnie o tych
emocjach, o których wspomniałam. O smutku i radości, zdradzie i miłości,
pogmatwanych i budująco prostych relacjach miedzy ludźmi. O czymś, czego chyba
w dzisiejszych czasach nie doświadczamy - wspólnotach ludzi sobie dalekich, a
jednak bardzo bliskich. O tym, że życie jest piękne pomimo złych dni, których
czasem o wiele za dużo. To książka, do której każdy musi zajrzeć sam, aby
przekonać się, że ciężko czasem wbiec na ostatnie piętro kamienicy, ciężko,
choć później jednak robi się miło uśmiechnąć się do znienawidzonego człowieka. Każdy,
kto ją przeczyta dozna uczucia niepowtarzalnego, wręcz graniczącego z
cudownością życia, uczucia, że też codziennie wchodzi na te same schody.
Pasja według św. Hanki - Anna Janko
Miłość jest jak jedzenie śniegu: zapiera dech, oszukuje głód.
Właściwie to nie wiem czemu
sięgnęłam po tę książkę? Przecież od czasu Pestki
Anki Kowalskiej nie znoszę tematu zdrady w książkach (podobnie jak morderstw i
fantastyki). Niezależnie czy zdrada ta dotyczy kobiet czy mężczyzn nie znoszę i
już. Jednak książka Anny Janko czymś mnie zainteresowała. Wiedziałam, że nie
będzie to zwyczajna opowieść o znudzonej małżeństwem kobiecie, która szuka
rozrywki w ramionach kolejnych mężczyzn, wiedziałam, że będzie to poetycki
obraz wewnętrznych rozterek bohaterki. I nie zawiodłam się. Pasja według św. Hanki to prawdziwie poetycka
uczta. Wszystkie przeżycia i przemyślenia Hanki, która po latach „wraca” do
swojej wielkiej miłości są jak wiersz. Piękny i głęboki wiersz.
Pasja według św. Hanki jest jakoby kontynuacją innej powieści Anny
Janko: Dziewczyna z zapałkami. Jednak
skierowana w kierunki Hanny jest jakby jej pamiętnikiem z czasu przeżywania
uniesienia związanego z uczuciem do Mata. Bo romansem tego po prostu nazwać nie
można – ani samej książki, ani tego, co związało tych dwoje. Z drugiej strony to
niezależna opowieść, nie stanowiąca ciągłości ze wspomnianą Dziewczyną z zapałkami, niewymagająca
zapoznania się z nią. Czytając Pasję … nie odnajdziemy w niej elementów romansu, będzie to raczej
opis emocjonalnych przeżyć kobiety uwikłanej w miłość, zbudowany z
anatomicznych wręcz opisów tegoż stanu. Rozkładanie na czynniki pierwsze
miłości – to chyba robi Hanka w swoim „pamiętniku”. Przywraca obrazy z miejsc,
w których spotkała się z Matem, maluje swoje wewnętrzne rozterki, rozbiera na
czynniki pierwsze otoczenie, rozprawia się z nim i analizuje. Żyjąc w dwóch
światach – rodzinnym i miłosnym - żyje w dwóch wymiarach, przenosząc się z jednego
do drugiego o każdej porze dnia i nocy.
Listopad 1986. Po raz pierwszy do tego stopnia nie
rozumiem swojego życia. Nie wiem, kogo kocha i gdzie chcę być. Nie wiem, w co
wierzę. Nie wiem, czy to jest koniec. Czy początek?
„Nie wiem” jest poduszką, na której zasypiam.
„Nie wiem” jest talerzem, z którego jem.
Od miesięcy chodzę z tajemnicą w głowie. Mam serce z podwójnym dnem.
Kąpię się dwa razy dziennie w wannie pełnej wody, taka się czuję nieczysta …
Z drugiej strony ta opowieść –
Hanki – jest jakby opisem tego, co widział ktoś postronny. Opisane z dystansu
zabite uczucie, liczne retrospekcje i dygresje składają się na rodzaj gry,
który czytelnik sam musi sobie ułożyć. Początkowo zagmatwane zaczynają układać się
w piękną opowieść.
Dla mnie lektura tej książki była
jak spotkanie z dobrą literaturą i sztuką jednocześnie. Łapałam się nawet na
tym, że liczy się nie fabuła, a piękno języka, jakim jest napisana. I
z tęsknoty za nim (który właśnie wciągnął mnie w książkę Anny Janko) z dziką
radością brałam ją do ręki, nie zważając na znienawidzony problem jaki opisuje.
Pewnie połączenie barwnego, pięknego języka i historii Hanki sprawiło, że
trudno rozstać mi się (emocjonalnie) z książką Anny Janko. Myślę, że długo
jeszcze posiedzi ona w mojej głowie.
Dziwnie się czuję. Jakbym właśnie przestała czekać, jakbym już
przestała przygotowywać swoje życie do użytku. Jest taka cisza, jakbym weszła w
samo oko Losu. Nie czuję szczęścia. Wiem, że nie ma powrotu. I nic już nie
można zmienić, cofnąć, obrócić w żart.
cytaty pochodzą z książki
Tak sobie myślę ... - Jerzy Stuhr
Tak sobie myślę … (że) to więcej niż książka. Dziennik Jerzego Stuhra
jest jak z nim rozmowa. Jak miło spędzony czas na wspominaniu jakże bogatego
życia tego inteligentnego i miłego człowieka i wspaniałego artysty. Tak sobie myślę pisane w zeszycie
podarowanym przez córkę autora, począwszy od momentu kiedy dowiedział się on o
swojej chorobie to nie tylko zapis poszczególnych dni spędzanych w
najróżniejszych szpitalach. To także, a może przede wszystkim wspomnienia z
wielu lat pracy, związanych z tym wyjazdów i spotkań, dziesiątek anegdot i wzruszeń,
które autor nazywa – powtarzając za Profesorem Bardinim - „przygotowywaniem się
do starości”.
Podoba mi się. Jestem w fazie
przygotowywania. Zbieram książki, których nie zdążyłem przeczytać, filmy nieobejrzane,
rozmowy z najbliższymi nieprzeprowadzone, wyznania miłości nigdy z braku czasu,
nastroju, skupienia niewypowiedziane. Jest co robić!
I jest co czytać! A i śmiać się do woli i łzy ronić – śmiechu i smutku.
Podziwiać też jest co – silna wola walki z chorobą, wiara w wyzdrowienie. Od
momentu dowiedzenia się o chorobie, poznawania jej i realizacji założenia, jakże innego od wyroków
medycyny. I jest! Udaje się! Plan zrealizowano! (oby tak dalej Panie Jerzy!). A
ileż w tej książce, przepraszam - w tym życiu wspaniałych przygód, o których,
zwykłemu śmiertelnikowi (którym i Pan Jerzy w swej skromności się nazywa) nawet
się nie śniło.
Chciałem dzisiaj wyjść na szpitalny korytarz.
Robię to rzadko, bo krępuje mnie w tym akurat miejscu zbieranie dowodów
popularności. Ale jeśli już, to tak sobie pomyślałem, że nie wypada w piżamie,
trzeba włożyć spodnie (…). Dlaczego? Przecież to szpital, wszyscy zrozumieją,
wszyscy w piżamach.
Wydawałoby się, że Jerzy Stuhr jest wszystkim znanym aktorem, artystą i
profesorem (między innymi rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im.
Ludwika Solskiego) a jednak i on nie zawsze zostaje rozpoznany, co wcale go nie
irytuje a jedynie smuci w kwestii braku względnej choćby znajomości sztuki.
Zaczynam się bać młodych. Nie młodzieży.
Młodzieży często zazdroszczę – beztroski, spontaniczności, pocałunków na
Plantach, zazdroszczę w taki, powiedzmy, gombrowiczowski sposób. A kto to są ci
młodzi, których się boję> Zacznę od banalnych obserwacji: boję się tych,
którzy nie kłaniają mi się na korytarzu w szkole, chociaż wiedzą, kim jestem (a
może nie?).
I jeszcze jedne z tych licznych cytatów dowodzących ignorancji i braku
kultury społeczeństwa, i wcale nie powinien on wzbudzać salwy śmiechu:
… i
nagle na środku Plant jakaś pani ciągnie w moją stronę mała dziewczynkę: „No chodź!
Nie rób komedii! Chodźże. No, popatrz się, no już … nie poznajesz? Przecież to
Osiołek ze Shreka.
Ale ten swoisty dziennik to nie tylko psioczenie i narzekanie, jest w nim też mnóstwo dowodów na znajomość
sztuki. Szkoda, że w większości u zagranicznych reżyserów i aktorów, ale może
to z jednej strony pocieszające? Jerzy Stuhr wspomina wiele swoich ról u
zagranicznych właśnie reżyserów, o współpracy z nimi – idealnej, czy też trochę
mniej. O swoich rolach, które ukochał szczególnie, o tych niezauważonych i
nagrodzonych. Tak sobie myślę … to
zapis codzienności – dotyczącej wydarzeń z prasy i telewizji, komentowanej z
dystansem, ubranej we wspomnienia – o dzieciństwie, miłości i wychowywaniu
dzieci. Krótkie, prawie codzienne wpisy o twórczości przeplatane z wpisami o
walce z chorobą.
Ale przede wszystkim opisuje walkę z chorobą. Autor pisze o tym, jak
potrzebna jest siła do niej i wiara - niezależnie od tego czy jest się słanym
aktorem, czy zwykłym szarym człowieczkiem. W chorobie każdy ma tę samą wartość,
każdy jest taki sam. I tylko wyjście z niej zależy od szczęścia i wiary.
Ukoronowaniem książki jest wywiad dla portalu medycznego i osobiste podsumowanie
Jerzego Stuhra tego, co dała mu choroba. Odważny zapis, budujący i zadziwiający
jednocześnie, bo przecież rzadko się zdarza aby choroba mogła wzbogacać.
Trudno zrecenzować czyjeś życie. Nie sposób komentować przeżyć tego
wielkiego człowieka, oceniać jego myśli i poglądy. Z radością można jedynie
polemizować – w myślach oczywiście – z ich autorem. I napawać się bogactwem
doświadczeń i przede wszystkim siłą skupioną w optymistycznym podejściu do
rzeczywistości.
To nie są cuda. To siła i energia. Niech mi
wiara da siłę i energię, to dziękuję serdecznie, niczego więcej nie chcę.
Cytaty pochodzą z książki
Opętani - Witold Gombrowicz
Zastanawiam się od czego zacząć? Czy od tego, że okrutnie się boję, że nie mogę skupić się na pisaniu, bo zerkam na ciemne kąty w domu i wypatruję wyimaginowanych strachów? Czy od tego, że Gombrowicz mnie zaszokował, zadziwił i … to w ogóle nie Gombrowicz? Opętanych wzięłam z półki w przypływie … znudzenia (to tak jak z prze…jedzeniem – delikatnie mówiąc – kiedy zjadłoby się jeszcze COŚ, choć brzuch – też jestem delikatna – pełen). I jakież moje zaskoczenie!? To jest romans …twe kryminał … yyy horror! No tak, bo to jest wszystko w jednym.
Niewielki pensjonat prowadzony
przez Maję Ochołowską i jej matkę, z jego okien widok na przerażający zamek w
Mysłoczy. W tymże zamku obłąkany książę Holszański, który obłąkanie to
odziedziczył po swoich przodkach (czyżby?). Do pensjonatu przyjeżdża Marian Walczak
vel Leszczuk, który ma być osobistym trenerem Mai w tenisie. Jako, że chłopak
to młody, pewny siebie (zbyt pewny) szuka przygód, które nadarzają się w
związku z bliskością osobliwego zamczyska. Zamek, jak na kilkusetletni obiekt
przystało ukrywa w swoich komnatach, nie tylko bogactwo dzieł sztuki, których
notabene pilnuje narzeczony Mai – Henryk Cholawicki, ale i tajemnice. Na ukryte
przed oczami postronnych osób obrazy, meble i inne bogactwa zamkowe łasi się
także profesor historii Skoliński, który także gości w pensjonacie Pań Ochołowskich.
Jego rzekomy wypoczynek jest tylko pretekstem do zwietrzenia szansy na
wzbogacenie się o cenne obiekty muzealne. Jednak wypłynięcie wspomnianej
tajemnicy znosi sprawę muzeum na dalszy plan. Tajemnica owa, związana ze „starą
kuchnią” dotyczy przeszłości księcia i … ruszającego się ręcznika. Owy ręcznik
przyprawia Leszczuka i Maję (jak i wcześniejszych bywalców starej kuchni) o
utratę zmysłów, pociągając za tym szereg przedziwnych wydarzeń. Nie tylko groza
wyglądająca z okien zamku pozbawia tych młodych ludzi zdrowego rozsądku ale też
chyba uczucie rodzące się między nimi. Gombrowicz bowiem do całej grozy
powieści dołączył także temat miłości rodzącej się między młodą panną z dobrego
domu a prostym chłopakiem. Tajemnicze jest też rzekome obłąkanie starego
księcia, wiązane przez pozostałego ze służby zamkowej Grzegorza z przeszłością
księcia. Przedziwne zrywy z permanentnego raczej snu następcy, nocne wędrówki
po korytarzach zamku i koszmary zwieńczone krzykami „Franio!, Franio!” wraz z
całym otoczeniem tworzą tchnący grozą klimat powieści. Lektura Opętanych jest też swoistą przygodą, bo zwiedzając
wraz z bohaterami powieści ciemne komnaty i zawiłe korytarze zamku można ze strachu
drżeć, zagryzając paznokcie - tak udziela się ta atmosfera. I choć każdy stara
się racjonalnie wytłumaczyć sobie fakt ruszania się ręcznika, nie sposób
obojętnie patrzeć na własne, wiszące w kuchni. Tajemnica księcia (nie chcę
zdradzać choćby jej najmniejszego rąbka, bo to kluczowy aspekt powieści) dosłownie
zjada nerwy bohaterów Gombrowicza, sprawia, że włosy stają im na głowie, a usta
czernieją tajemniczą siłą. Nikt z odważnych, który przestąpił próg starej
kuchni nie wyszedł z niej o zdrowych zmysłach, nikt już nigdy po wizycie w niej
nie był taki sam. A Marian i Maja po konfrontacji z opuszczonym dawno
pomieszczeniem przestali odróżniać jawę od snu i kontrolować swoje działania.
Tę powieść Witold Gombrowicz
początkowo wydawał w odcinkach na łamach kilku dzienników pod pseudonimem Z.
Niewieski. Dopiero trzydzieści lat później, czyli w roku 1968 przyznał się do
jej autorstwa (a właściwie ostateczna wersja, uwzględniająca zaginione
uprzednio zakończenie została wydana w roku 1990!!) Historia obłąkanego księcia, opisana jako zwykły kryminał z gotyckimi elementami
i nutą romansu była wyrazem przekory jej autora. Gombrowicz dręczony własnym
stylem, który dołączał raczej do miana artystycznego, pragnął „puścić się w
taniec z pospolitą” (tak pisał do Bruno Schulza sugerując jemu to samo) planuje
napisać powieść sensacyjną po to, żeby – jak pisze – „zarobić kupę forsy”.
Jednakże w rzeczywistości chodziło o stworzenie nowej literatury i „otwarcie
nieznanych terenów duchowej ekspansji”. Rzeczywiście Opętani to – patrząc na dorobek literacki Witolda Gombrowicza –
zupełnie nowy nurt (stąd być może ta porażająca odmienność od pozostałych
książek, które wyszły spod jego pióra).
Opętani przez krytyków oceniana jako kicz, to powieść przerażająca
nawet jeśli nie leje się krew (a może tym bardziej), nawet jeśli myślimy
racjonalnie i nie wierzymy w ruszające się ręczniki, pisane na ścianie
przesłania, tajemnicze morderstwa i inne dziwne historie. Nawet jeśli jesteśmy sceptykami
to i tak Gombrowicz gwarantuje nam to, że się przestraszymy i uwierzymy. Tym
bardziej chyba, że Opętani wciągają
niczym stara kuchnia, opanowują umysł niczym choroba, powodują utratę zmysłów.
Opętują! Brawo!!
Tak sobie myślę ... idzie do ....
Ufff tyle zgłoszeń do konkursu chyba jeszcze nigdy nie miałam;) Wpisywanie Waszych nicków dawno nie zajęło mi tyle czasu i stresu (żeby nie pomylić się i nikogo nie pominąć). Chyba mi się udało;). W tak wielkiej ilości zgłoszeń szanse maleją, to zrozumiałe ale są osoby, do których szczęście się uśmiecha. Dzisiaj jest to JULIA ORZECH!!!!!!!!!!!!!! Gratuluję;)
Dziękuję Wszystkim za zgłoszenia i zabawę!
P.S. Julia teraz poproszę Cię o adres do wysyłki książki, ponieważ nagroda ufundowana przez Wydawnictwo Literackie jest już u mnie (moja06@wp.pl).
Na szybko i bez zadęcia - KONKURS - do wygrania chwil kilka z Jerzym Stuhrem przy lekturze Jego książki Tak sobie myślę
Tak na szybko, bez pytania o cokolwiek oddaję jeden z egzemplarzy dziennika Jerzego Stuhra Tak sobie myślę... . To same ciepłe słowa, budujące, choć pisane w chorobie, dzień za dniem (prawie) zmagań z nią i z nie zawsze barwną rzeczywistością. Do bólu szczery, nad wyraz inteligenty a przede wszystkim ciepły "zeszyt" wspomnień od Wydawnictwa Literackiego.
Wystarczy wpisać swoją chęć w komentarzu. Na zgłoszenia czekam do końca tygodnia (do niedzieli 24 czerwca, losowanie w poniedziałek)
Powodzenia
m.
Czterdzieści zasad miłości - Elif Shafak
Dużo rozmyślałam, co napisać o
książce tak długo wyczekiwanej. O książce jednej z moich ulubionych autorek,
książce, po której dużo sobie obiecywałam. Bo choć od pierwszych stron Czterdzieści zasad miłości. Powieść o Rumim
(taki jest podtytuł!) Elif Shafak wciągnęła mnie niesamowicie to jednak czegoś mi później zabrakło. Charakterystyczny
klimat dla Shafak, mądra (wydawałoby się) bohaterka książki - Ella, a do tego
jej praca w wydawnictwie no i – niespodzianka – druga książka w książce. Ale
jak się okazuje to wszystko już było! Mądre kobiety to bohaterki Shafak, ale
książka w książce to nie do końca jej pomysł (to jest do wybaczenia, gdy się tak lubi jej pióro), a problemy małżeńskie Elli
przypominały, jak żywcem wyjęte – sceny z O
pięknie Zadie Smith. Wszystko to jednak nie przeszkodziło mi czytać dalej.
Pomimo małych irytacji zachowaniem Elli, trochę jakby okrojonej akcji (tak,
książka powinna być zdecydowanie dłuższa aby wyczerpać temat miłości) czytało
się miło. Powieść składa się z historii zasadniczej, która jest jakby książką właściwą
autorstwa Shafak przeplataną książką, którą Ella, bohaterka Shafak recenzuje w
ramach pracy. Słodkie bluźnierstwo,
taki nosi ona tytuł to książka autorstwa tajemniczego Aziza Zahary opowiada o historii
przyjaźni Rumiego i Szamsa. Słodkie
bluźnierstwo to idealna lektura dla prawie czterdziestoletniej Elli, matki
trójki dzieci, która zagubiła się w swoim codziennym, szarym życiu. Jej
małżeństwo z Davidem nie należy do najszczęśliwszych, a dzieci dorosły już do
wieku problemowego. Ella nie radzi sobie z własnymi uczuciami, tym bardziej, że
ciągle szuka w swoim sercu tego największego – miłości. Dzięki lekturze książki
do recenzji Ella zaczyna w swoim życiu stosować zasady miłości zapisane na jej
kartach i nawiązuje kontakt z autorem Słodkiego
bluźnierstwa. Ten pierwszy niewinny mail przeradza się w coraz śmielsze
dyskusje o życiu i miłości. Ella, która całe życie udaje, że zdrady męża jej
nie obchodzą, że nie istnieją zaczyna buntować się przeciwko takiej postawie i
żądać od życia także czegoś tylko dla siebie. Tym czymś, a właściwie kimś staje
się Aziz. Bezpieczna początkowo znajomość ‘na odległość’ zaczyna przeradzać się
w coś poważniejszego, co może doprowadzić do rozpadu kruchego i tak małżeństwa
Elli.
Shafak przeplata swoją opowieść o
Elli opowieściami, którym autorstwo przypisała tajemniczemu Azizowi. Przenosząc
się do trzynastego wieku, do Konyi poddani zostajemy mistycznym rozważaniom nad
sensem życia i znaczeniem miłości. Jakkolwiek te opowieści miały glębię i pozwalały na chwilę zadumy, to Ella mnie nie przekonała. Wydało mi
się, że nie jest do końca osobą podatną na duchowość. Nie sądziłam, że w ten
sposób potoczą się wydarzenia. Czekałam raczej na inne, bardziej zaskakujące
rozwiązanie. Nie oznacza to jednak, że Czterdzieści
zasad miłości to zła książka – nie mi oceniać ją w ten sposób, jednak nie
spełniła ona moich oczekiwań do końca, nie takiej Shafak pragnęłam. Wydała mi
się trochę książką bez pomysłu, jakby na
historię o Elli, która stanowi ciekawy temat nie wystarczyło Shafak wyobraźni
(o co tej autorki nie posądzam). Więc co się stało, że czegoś zabrakło? Że
autorka nie rozbudowała tego wątku? Wydarzenia potoczyły się tak szybko, że
książka stała się właściwie Słodkim
bluźnierstwem, której więcej w Czterdziestu
zasadach miłości. Więc może właściwym byłoby nazwać ją Powieścią o Rumim. Czyli czterdzieści
zasad miłości? I wtedy moglibyśmy, biorąc książkę do ręki oczekiwać
onirycznego świata kręcącego się w tańcu derwisza i dostać to wszystko. Może za
jakiś czas zrobię takie podejście do książki – będę oczekiwać duchowej
przygody, a nie historii zmęczonej życiem czterdziestolatki. Bo taka to w
rzeczywistości jest historia – nie płytka opowieść o znudzonej czterdziestce,
wypatrującej romansu, a piękna baśń o miłości.
Mozaika tradycji i barw - Dom Kalifa. Rok w Casablance.
Nie ukrywam, że do kupna tej książki zachęciła mnie okładka. Te soczyście błękitne drzwi, skrywające zapewne równie barwne pokoje - aż ma się wrażenie, że można je otworzyć, pociągnąć za ukrytą gdzieś klamkę i wejść do barwnego, marokańskiego świata. Do tego krótka, acz treściwa zachęta samej Doris Lessing – ‘cudnie zabawna” – to o książce – i ręka sama sięga do błękitnego stosu, łowiąc jedno kolorowe szkiełko dla siebie. Dom Kalifa Tahira Shah to książka oparta na doświadczeniach autora. Angielsko – afgańskie korzenie Tahira i marzenie o powrocie do kraju przodków czynią książkę barwną opowieścią, a nabyte angielskie cechy wywarzają ją, bo aż strach pomyśleć co mogłoby się dziać w niej gdyby autor czasem nie uruchomił swej angielskiej powściągliwości.
Tahir wychowany i mieszkający w Anglii marzy o przeprowadzce do Maroka. Jego dotychczas skromne życie u boku żony i dwójki dzieci nie satysfakcjonuje jego uśpionej radosnej natury. Ciągłe niezadowolenie z życia w nudnej, jak powiada Anglii, z zakłamanymi sąsiadami, wśród szarych ulic i utyskiwania znajomych i rodziny na jego marzenia mobilizują mężczyznę do wyjazdu.
Długie poszukiwania domu w tym dość specyficznym kraju, jakim jest Maroko szokują Tahira i Rachanę. Do tego dochodzi zniechęcający strach o życie dzieci i własne, podsycany zamieszkami w kraju, do którego chcą się właśnie przeprowadzić z nudnej i spokojnej Anglii. Jednak marzenia Tahira o zamieszkaniu w barwnym kraju, który przypomina jemu korzenie, dzieciństwo i opowieści dziadka jest zbyt silne, aby mógł on z niego łatwo zrezygnować. W końcu po długim czasie oczekiwania, po wielu kilometrach przejechanych w poszukiwaniu tego jedynego miejsca, trafiają na piękny aczkolwiek zrujnowany dom o tajemniczej, nikomu nieznanej przeszłości. Dom Kalifa to prawdziwa perła architektury, i choć widać po niej upływający czas i lata zaniedbań Tahir nie może oderwać od niego oczu.
Jak się po krótkim czasie okazuje nie tylko sam dom, który da się jakoś odbudować stanowi problem i przeszkodę w spokojnym życiu w wymarzonym miejscu i domu. Problem nie do pokonania stanowi mentalność Marokańczyków, którzy żyją wbrew jakimkolwiek zasadom i regułom. Kombinatorstwo, które rządzi ich życiem, beztroskie funkcjonowanie na krawędzi ryzyka a przy tym łatwość w bezstresowym rozwiązywaniu problemów to zgoła odmienne reguły od znanych europejczykom codziennych zasad funkcjonowania.
Tęcza barw na ścianach domu jest niczym w porównaniu do przygód, jakie przy okazji renowacji domu przyjdzie przeżyć Tahirowi i jego rodzinie. W codziennym funkcjonowaniu przeszkadzają jemu nie tylko problemy ze zdobywaniem materiałów do remontu, ekipy remontowej i dogadaniem się z nią (a to już wyższa sztuka) ale i, a może przede wszystkim tajemniczy mieszkańcy domu. Dżinny. Te niewidoczne duszki, które niszczą wszystko wokół, starszą swoją niezrozumiałą naturą i żądają coraz to dziwaczniejszych ofiar utrudniając codzienne życie rodziny Tahira. I nie pomaga tutaj jego rozsądek, bo wierzenia w Maroku są silniejsze niż jakiekolwiek wytłumaczenia, dżinny stanowią najważniejszą część życia mieszkańców tego kraju, uzależniają ich. Dla czytelnika jednak dostarczają solidnej dawki humoru, choć zapewne w normalnym życiu do śmiesznych by nie należały – bo kto chciałby składać ofiary z martwych kozłów w każdym pomieszczeniu domu, gotować duchom obiady, nie móc korzystać w toalety, czy spać w jednym pomieszczeniu z cała rodziną podczas gdy dżinny zamieszkują pozostałe kilkanaście pokoi? To tylko niektóre z przykładów zachowań tych tajemniczych duszków istnieniu, których Tahir nie jest do końca przekonany.
Przyznaję, że zarówno te duszki jak i postawa Tahira momentami mnie drażniły, irytowały, ale też jednocześnie podziwiałam jego wytrwałość. Pozostawał na miejscu podczas gdy ja dawno bym skapitulowała i nie pomogłyby marzenia o pięknym domu w kolorowym kraju. Upór Tahira doprowadzał wiele razy zarówno jego, jak i jego żonę do załamania nerwowego, aby w końcu ….
Nie, nie będę zdradzać czy Tahirowi i jego rodzinie udało się spełnić marzenie o zamieszkaniu w kolorowym Domu Kalifa. Po rozwiązanie tej małej zagadki odsyłam do książki i barwnych ścian Domu.
aktualny od półwiecza "Władca Much" Williama Goldinga
Ot, zwykła bajeczka, przygodowa historia chłopców, którzy jakimś cudem przeżywają wypadek samolotu rozbijającego się na bezludnej wyspie. Grupa młodych chłopców, a właściwie dzieci (przekrój wiekowy bohaterów Goldinga doprawdy szeroki) zostaje skazana na siebie, na własne pomysły aby przeżyć. Dzieciaki traktują początkowo to zdarzenie jako dobrą zabawę. Ucieczkę spod opieki dorosłych, samowolne decydowanie o własnym życiu. Dopóki jest dzień! Jednak z każdym zapadnięciem zmierzchu ich odwaga kurczy się, a strachy powiększają. Wieczorem i nocą każdy szmer wydaje się podejrzanym hałasem, każdy cień dziką zwierzyną i niebezpiecznym stworem. I choć początkowo myślą nad wyraz racjonalnie upatrując w rozpalonym ognisku jedynej szansy na ratunek z morza, budując liche, ale zawsze szałasy i wybierając wodza grupy, to po jakimś czasie to ich racjonalne myślenie gdzieś zanika. Zwycięża chęć dowodzenia, udowodnienia własnych racji. Budzi się chęć do walki i eliminacji słabszych i sprzeciwiających się. Tak rodzą się konflikty, tak dzieją się na wyspie tragedie.
Nożem zwierza! Ciach po gardle! Tryska krew!
Chłopcy zaczynają gubić się w rzeczywistości – tracąc orientację i powoli zmysły nie rozróżniają świata prawdziwego od tego, który kreuje ich wyobraźnia. Władza w grupie dzieli się. Dotychczasowy przywódca zostaje obalony, zaczyna rządzić "mały Hitler", który aby osiągnąć władzę nie cofnie się nawet przed zagładą wyspy i własnej, sprzyjającej jemu grupy.
Jakkolwiek na początku książki przeżywamy wraz z dzieciakami świetną przygodę, może trochę bardziej wybiegając w przyszłość, jako dorosły - bo przecież dorosły umie (wydaje się) bardziej przewidywać i planować aniżeli dziecko, tak im dalej zagłębiamy się w lekturę tym bardziej, jak chłopcy zaczynamy odczuwać strach. W naszej wyobraźni maluje się straszna rzeczywistość, która niewiele odbiega od otaczającej nas w codziennym życiu. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak słabej natury jest człowiek, jak okrutny jest jego charakter. Władza zapisana jest gdzieś każdemu w podświadomości i każdy – jeśli tylko dostanie taką okazję – będzie do niej dążył. Choćby po trupach, choćby tym samym torował drogę do własnej zagłady.
Jak okrutna to książka uświadamiamy sobie właśnie wtedy, gdy dociera do nas obraz człowieczeństwa, a właściwie jego zatracenia. Te dzieci są synonimem dorosłych, którzy nie potrafią znaleźć złotego środka dla dobra świata (bo przecież ta mała wyspa dla tych chłopców, to jak cały świat dla ludzkości). Nawet dziś nie trzeba długo szukać aby znaleźć przykłady takich rozbitków z bezludnej wyspy. Choćby wspomniany Hitler – po trupach (nawet własnym) do celu, nie bacząc na straty byle tylko osiągnąć cel, który da pocieszenie. Nieważne, że chwilowe. Czy też nienawistne zabijanie z powodu (a właściwie bez, bo co to za powód?) odmienności czy to poglądów politycznych, koloru skóry czy religii. Zabijanie z zazdrości, z zemsty za to, że ktoś jest lepszy. Nie dziwmy się tym dzieciom kiedy zabijają nieświadome własnego kolegę, biorąc go za Zwierza, bo sami walimy na oślep. Bez planu, bezmyślnie, bez sensu. Ostatnio choćby kiedy cała Europa wyrzucała tony żywności, nie wiedząc właściwie z jakiego powodu to czyni – z obrzydzeniem na twarzach i radością, że się pozbędzie śmiercionośnej bakterii pozbyła się źródła życia. Milionów witamin, ton jedzenia w dobie, kiedy 1/3 świata głoduje. W ten sposób Europa zabiła zwierza, który okazał się zwierzem nie być. Czy teraz rzucimy się na kolejnego podejrzanego, bezmyślnie pozbawiając go życia?
Jak zachowaliby się dorośli „spadając” grupą na bezludną wyspę? Niczym nie różniłoby się ich zachowanie od nieukształtowanych jeszcze dzieci. Od umysłów, które nie znają pojęcia rozsądku, władzy i zrozumienia, szczególnie w obliczu bezprawia (czytaj: ręki dorosłego)
Władca Much to po hebrajsku Belzebub, a ten jest synonimem Szatana. Władca Much Williama Goldinga to książka ponadczasowa i nie pasują do niej słowa, że dorosły jej nie zrozumie, że tylko dziecko może pojąć naturę dziecka, szczególnie w obliczu strachu. Nie zgodzę się z tym. Powiem więcej – mało które dzisiejsze dziecko, współczesne zrozumie tę powieść. W dobie internetu, szaleństwa komórek (oj stara jestem stara, iPodów przecież!), w czasach gdy przygoda dla dzieci zaczyna się i kończy przed monitorem własnego komputera, a konchą, która pozwala objąć władzę jest PSP czy wypasiony telefon takie dziecko nie zrozumie ducha przygody, nie pojmie strachu i wyobcowania. Wyśmieje nieporadność bohaterów Goldinga, bo dziś nie walczy się siłą i rozumem a snobizmem i pychą, a pustą głowę zastępuje pełen portfel.
Tańczmy nasz taniec! Dalej! Tańczyć!
cytaty pochodzą z książki
"Ślad ruchu naprzód" - ROK MIŁOSZA z Literackim
Czesław Miłosz – chciałoby się powiedzieć, kto nie zna Czesława Miłosza? A jednak, część z nas zdaje się kojarzyć Autora z przymusowego czytania w szkołach i kilku tytułów. Lektura na lekcji języka polskiego nie zawsze należy do przyjemnych, bo choć nawet książka będzie dla młodego człowieka wielką przygodą, to już jej interpretacja tak, jak przykazali niekoniecznie. Właśnie dlatego pewnie większości uczniów lektura szkolna kojarzy się z męką i czymś nieprzyjemnym. Stąd częste braki w znajomości warsztatów i dzieł taki wielkich autorów, jak Czesław Miłosz. Zresztą, co też nas uczono, że Miłosz to kto? Wielki buntownik, wróg narodu, renegat? Czy też, że za takiego go uważano kiedyś, a później starano się nagle wybielać, odwracać przysłowiowego kota ogonem. Dopiero zauważono, kogo stracono?
Setna rocznica urodzin Autora jest bardzo dobrą okazją do naprawy błędów, do nadrobienia zaległości, poznania, czy też poszerzenia wiedzy o Miłoszu i jego dziełach. Tym bardziej, że rok, w którym przypada ta rocznica ogłoszono Rokiem Miłosza. W ramach Roku Miłosza przygotowano nie tylko szereg spotkań, konferencji, dyskusji i wystaw (zresztą nie tylko w Polsce ale i za granicą – Paryż, Nowy Jork, San Francisco, Wilno itp) ale i wznowiono wiele dzieł Autora, oraz wydano zupełnie nowe opracowania dotyczące twórczości Miłosza. Wydawnictwa prześcigały się w ilości wznawianych tytułów – w rozmiarach, okładkach, szczegółach. Ja chciałabym przybliżyć kilka wydań Wydawnictwa Literackiego, na które zwróciłam uwagę, i które dzięki uprzejmości Wydawnictwa mogłam przeczytać: Wyprawa w Dwudziestolecie, Spiżarnia Literacka oraz zupełnie nową książkę, zapewne długo wyczekiwaną przez znawców i wielbicieli poezji Czesława Miłosza Moment Wieczny. Poezja Czesława Miłosza autorstwa Aleksandra Fiuta.
Podróż w głąb historii
Moja książka to ogród wycinków, co prawda plewiony, bo nie pozuję bynajmniej na całkowicie bezstronnego obserwatora … tak o Wyprawie w Dwudziestolecie pisze jej Autor. Książka składa się z szesnastu rozdziałów, z których każdy przybliża historię Polski, poszczególne elementy na nią się składające. Tak bliskie Miłoszowi Wilno, czy Lwów, Warszawę (Stolica) a także warstwy społeczne ówczesnej Polski: Robotnicy, Administracja, Sanacja … Ludzie - to tytuły kolejnych rozdziałów książki. Książka, jest opracowaniem raczej naukowym i dydaktycznym niż lekturą na upalne letnie wieczory, ale warto w te długie wieczory nadrobić dawno stracony czas, poznać to, czego nam poznać nie dano. Wszystkie informacje oparte są na doskonałych materiałach źródłowych (ulotkach, dokumentach, artykułach prasowych czy wreszcie pamiętnikach i fragmentach dzieł literackich, które przekazywały wiedzę o ówczesnej Rzeczpospolitej).
Dzięki doskonałym materiałom źródłowym, doświadczeniom własnym Autora Wyprawa w Dwudziestolecie trafnie ukazuje realia II Rzeczpospolitej. Być może niektórym obraz taki wyda się nieprawdziwy, zgoła odmienny od tego, jaki utrwalił się w jego świadomości, ale może znajdą się też tacy czytelnicy, dla których książka ta będzie doskonałą lekcją prawdziwej historii.
Na szczególną uwagę zasługuje ostatni rozdział książki Ludzie, w którym Czesław Miłosz podsumowuje wszystkie tematy, które poruszył w książce, w pewien sposób starając się wyjaśnić czym dla niego były okres dwudziestolecia i jakie znaczenie miały dla niego osoby tworzące ówczesną Polskę. W ten sposób przybliża i czytelnikowi czasy, które minęły i prawdy o których dziś trudno dotrzeć. Dzięki Autorowi mamy możliwość poznać zgoła odmienny punkt widzenia, ujrzeć to, czego widzieć nie pozwalano, co kryło się za zasłoną kłamstw i niedomówień. Wyprawa w Dwudziestolecie to doskonała lekcja historii.
Spiżarnia talentów
Spiżarnia literacka to kolejny dokument można rzec, jaki do naszych rąk trafia dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Można by Spiżarni literackiej nadać równie dobrze tytuł Kopalnia literacka, żeby nie powiedzieć kopalnia talentów. W tej książce poznajemy nie tylko ciekawostki jakich dostarcza nam sam Autor ale i właśnie Jego z zupełnie innej strony. To zbiór felietonów z kilku lat pisanych do Tygodnika Powszechnego, w którym wszystko jest ciekawostką. Prawdziwy róg obfitości, bez zbędnych frazesów i niepotrzebnych faktów. Książka można powiedzieć plotkarska. Wszystko w Spiżarni literackiej smakuje wybornie – każdy analizowany wiersz, każda ciekawostka o jego autorze – wszystko w najlepszym wykonaniu. Ale z drugiej strony nie jest to niezdrowe poszukiwanie sensacji - Miłosz nie wytyka nikomu błędów, nie uraża – dyskutuje, ale nie zagaduje, zaciekawia. Maluje prawdziwe portrety tworząc z nich wielką sztukę. Wartością tej sztuki jest fakt, że Autor wiele z opisanych przez siebie w Spiżarni... osób znał osobiście – można powiedzieć, że fakt ten dodaje pikanterii.
Do tej książki możemy podchodzić, jak do prawdziwej spiżarni bogatej w smakołyki – smakować je. Nie pochłaniać od razu, delektować się jej znakomitym smakiem. A nawet dzięki Wydawcy możemy źródła tych smaków poznać, na końcu książki umieszczono spis pierwodruków – daty i numery Tygodników, w których ukazały się poszczególne felietony.
Ta ostatnia książka Czesława Miłosza będzie smakować nie tylko tym, którzy pióro Autora w Tygodnikach Powszechnychśledzili, ale i wszystkim pozostałym, którzy być może dopiero poznają warsztat Miłosza.
A na deser … Moment wieczny czyli jedyna w swoim rodzaju monografia autorstwa jednego z największych znawców twórczości Czesława Miłosza – Aleksandra Fiuta. Ten zbiór tekstów publikowanych wcześniej przez autora, zarówno w Polsce jak i zagranicą, stopniowo poszerzany o analizę kolejnych, pojawiających się tomików poezji Miłosza stał się pierwszym studium monograficznym twórczości poetyckiej noblisty.
Moment wieczny to wyłączność Aleksandra Fiuta na monografię, jak sam przyznaje we wstępie. Opracowanie to, jak wspomniałam powstawało latami - autor książki początki jej powstawania datuje na rok 1975. Na wybór poszczególnych tekstów składa się ówczesna sytuacja polityczna kraju, oraz fakt przebywania na emigracji zarówno autora wierszy – Czesława Miłosza (wróg Polski Ludowej), jak i Aleksandra Fiuta. Należy nadmienić, iż opracowanie obejmuje osiemnaście tomów wierszy Miłosza (między innymi Piesek przydrożny, Nieobjęta ziemia czy Ocalenie) oraz wiersze Noblisty drukowane w czasopismach.
Na pytanie dlaczego taki, a nie inny tytuł dla tego zbioru, autor książki, w wywiadzie dla Wydawnictwa Literackiego odpowiada tak: Bywa, że tytuł powstaje, zanim powstanie książka. I tak właśnie było w tym przypadku. Po przeczytaniu wiersza, który początkowo nosił tytuł Bon nad Lemanem, a potem Na brzegach Lemanu, miałem przeczucie, że ostatnia jego fraza – Godzisz się co jest niszczyć i z ruchu podjąć moment wieczny - to klucz do poezji Miłosza. Zwłaszcza ta formuła: „moment wieczny”.
(dla zobrazowania fragment wiersza)
A kto w tym, co jest,
Znajduje spokój, ład i moment wieczny,
Mija bez śladu. Godzisz się, co jest,
Niszczyć i z ruchu podjąć moment wieczny
Jak blask na wodach czarnej rzeki? Tak.
Cz. Miłosz Notatnik: Brzegi Lemanu [w: A. Fiut, Moment wieczny)
Może warto choćby przy okazji jubileuszu i obchodów Roku Miłosza przypomnieć (czy też przybliżyć) sobie twórczość polskiego Noblisty. Szczególnie przy okazji tylu wartościowych i fantastycznych opracowań ciągle pojawiających się na polskim rynku książkowym. Przysiąść raz jeszcze nad książkami i wierszami aby skorzystać z tej spuścizny Autora, który powiedział o swojej twórczości, że w pogoni za rzeczywistością pozostawia za sobą książki niby zeschłą skórę węża, po to, żeby uciekać w przód od tego, co zrobiło się dawniej (Odczyt Noblowski, Zaczynając od moich ulic. Dzieła zebrane.).
Chętnie podzieliłabym się choćby jedną z powyższych książek, ale cieszą one moje oczy do tego stopnia, że trudno mi się z nimi rozstać. Zaglądam do nich i nadal odkrywam ciekawostki. Tak, zaskakujące bywają książki.
Powyższy tekst powstał w oparciu o opisywane książki, oraz wywiad Wydawnictwa Literackiego z Aleksandrem Fiutem, autorem książki Moment wieczny. Poezja Czesława Miłosza.
Cytaty pochodzą z książek.
Zdjęcie Cz. Miłosza
http://www.google.pl/imgres?imgurl=http://wilnoteka.lt/files/imagecache/240x180/images/article/field_picture/czeslaw-milosz-21.jpg&imgrefurl=http://wilnoteka.lt/pl/strona/anonse/wydarzenia&usg=__SvJv7AWB0ivmBFa805QUzTriktc=&h=180&w=240&sz=8&hl=pl&start=81&sig2=MbmUvIRrtW16E05bkPskZg&zoom=1&tbnid=4Nu5wVYj-H_2RM:&tbnh=144&tbnw=192&ei=7KTwTZbUJc-SOtOSvOsC&prev=/search%3Fq%3Dczes%25C5%2582aw%2Bmi%25C5%2582osz%26hl%3Dpl%26client%3Dfirefox-a%26hs%3Dk2I%26sa%3DX%26rls%3Dorg.mozilla:pl:official%26biw%3D1400%26bih%3D857%26tbm%3Disch&itbs=1&iact=hc&vpx=1170&vpy=378&dur=54&hovh=144&hovw=192&tx=74&ty=91&page=4&ndsp=25&ved=1t:429,r:5,s:81&biw=1400&bih=857Dziękuję za pomoc Wydawnictwu Literackiemu
Komuś musimy zaufać - dlaczego nie pszczołom?* - Królowa pszczół. Katarzyna Krenz
Najtrudniej jest pisać o książkach, które poruszają, szarpią za jakąś niewidzialną strunę, która drga przy każdym wspomnieniu. Jak opisać takie emocje? Przetwarzam, układam, odrzucam, myślę, myślę – i tak przez kilka dni po lekturze. Opowiedzieć jest mi łatwiej. Wyrazić emocje pomagając sobie mimiką, rękoma, gestami … a tak na papier, jak? Wszystko, co napiszę o doświadczeniach, jakie towarzyszyły lekturze książki będzie banałem.
Książka Katarzyny Krenz Królowa pszczół to opowieść o życiu i jednocześnie jego metafora. W cudowny sposób, wyjątkowo poetycki autorka opisuje smutne i radosne doświadczenia swoich bohaterów. Poznajemy w ten sposób historie trudnych związków, małżeństw po przejściach, ciężkiego dzieciństwa i innych doświadczeń życiowych, które miały ogromny wpływ na bohaterów książki. Bohaterowie Krenz są jak ludzie nas otaczający. Zwyczajni, targani emocjami, zagubieni i pełni kompleksów. Ale to też ludzie, którzy pragną zmian. Nie chcą pozostawać w tym stuporze, jaki funduje im codzienność. Chcą wyrwać się i żyć wbrew przekonaniu, że w pewnym wieku już nic się nie zmieni, że z niektórymi sytuacjami trzeba się pogodzić. Dokonują tego wyjeżdżając na tournee z grupą teatralną do Hiszpanii.
(...) Nie, to oni, ludzie z zespołu. Z pozoru tacy sobie obcy, tacy różni, niedopasowani, a już są razem, rozumieją się bez słów. (...)
Wszystko to, co zdarza się podczas podroży grupie ludzi sobie nieznanych jest wiele znaczącym doświadczeniem składającym się z - wydawałoby się małych - elementów mozaiki w ogromny obraz życia. Życia barwnego, dynamicznego choć czasem zdradliwego. Jak to bywa w grupie, zdarzają się i gorsze chwile. Przychodzi zwątpienie, pojawiają się nowe urazy i waśnie, ale najważniejsze jest to, że podróż do Hiszpanii budzi w każdym z nich nową chęć do życia. Każdemu maluje nową ścieżkę, którą śmiało może kroczyć po powrocie do domu. Gdziekolwiek on jest. Bo Królowa pszczół to też książka bez granic i o granicach. Nie tylko tych geograficznych, ale i tych, które każdy z nas nosi w sobie - (...)Narodowość można różnie rozumieć(...). Granicach, których z jednej stroni nikt z nas nie przekroczy, albo odwrotnie - przekroczyć pragnie – w zależności od tego, co sobie założy. Krenz śmiało pisze o problemach pochodzenia, o problemie tożsamości, nie tylko w globalnej wiosce, jaką jest świat, także o tożsamości wewnętrznej, o własnym poczuciu siebie, odnalezieniu własnej drogi i własnego ja. Łukasz próbujący zrozumieć miłość, Rita, której doświadczenia zamknęły się w śmiertelnej chorobie czy Helena próbująca na nowo obudzić miłość - wszystkie te postacie czegoś szukają, a podroż do Hiszpanii jest dla nich równaniem, które znajduje rozwiązanie.
Niekiedy zdarza się, że prawdy, które próbujemy poznać umysłem, niespodziewanie spadają na poziom serca i nagle czujemy je każdą cząsteczką swojego ciała. I już nie domyślamy się, nie przeczuwamy, po prostu wiemy. Jak niezależnie od siły i kierunku wiatru las nie zmienia struktury, tylko nadal pozostaje tym samym lasem, jak fale na morzu nie zakłócają esencji wody, gdyż są tą samą wodą, tak życie toczy się utartym trybem, niezależnie od naszej woli ani od tego, co o nim myślimy. Ono tego nie wiem, po prostu się toczy.
Tytuł książki nie jest przypadkowy – poza tym, że pojawiają się z niej fragmenty z książki Życie pszczół M. Maeterlinck’a, to bohaterzy Katarzyny Krenz jak pszczoły pracują nad własnym losem i jak pszczoły nie zrażają się w razie niepowodzeń. Tych kilka słów o książce chciałabym zakończyć wybranym cytatem z Życia pszczół, który znalazł się w książce Katarzyny Krenz, a który bardzo mnie poruszył i pokazał, jak bardzo smutni jesteśmy, my ludzie pragnąc samotności.
Pszczoła jest w pierwszej linii,
I to w wyższym jeszcze stopniu niż mrówka,
Stworzeniem stadnym, gromadzkim,
I może żyć jeno w tłumie […]
Na moment zanurza się w toniach kwiatów,
Niby nurek poszukujący pereł w głębi oceanu,
Ale pod grozą śmierci musi w regularnych odstępach czasu wracać,
By wciągnąć w piersi tchnienie tłumu,
Podobnie jak nurek nie może obejść się
Bez odetchnienia powietrzem ziemi.
Jeśli ją odosobnimy, to pomimo obfitości jadła
I najkorzystniejszych warunków temperatury
Zginie w ciągu kilku dnia, nie z głodu, nie z zimna,
Ale z samotności.
(Życie pszczół, M. Maeterlinck, s.20)
cytaty pochodzą z książki
* motto w tytule - przysłowie z Vermont (cytat pochodzi z książki)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















