Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nike. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nike. Pokaż wszystkie posty

Ciemno, prawie noc - Joanna Bator

 
 

Moja przygoda z twórczością Joanny Bator rozpoczęła się od Piaskowej góry. Do tej książki podchodziłam przez kilka lat, przekonana, iż może to być Bator w wydaniu japońskim, którego (książkowo – Japoński wachlarz) nie zniosłam (za to felietony „po japońsku” – w Bluszczu – czytałam namiętnie). Piaskowa góra – odkąd pamiętam stoi na półce w księgarni i kusi mnie – najpierw pierwszymi miejscami w księgarnianych topach, później jeszcze bardziej - nominacjami do licznych nagród – między innymi do Nike. Ten zielono-szary wolumin, tak raczej odstraszający, przywołuje jeśli nie kojarzony dotychczas z autorką klimat kraju kwitnącej wiśni, to przygnębiający charakter prozy tak często uprawiany przez polskich pisarzy. Kuszę się! Długo to trwało, ale jest. Czytam – to mało powiedziane, pochłaniam, wspinam się na wałbrzyską górkę osiedlową, po schodach w wielkopłytowych domach, siadam przy stole przykrytym jakże polską ceratą … przepadam. I wydaje mi się, że teraz już będzie z …górki, nomen omen. Jednak - choć kolejna powieść Joanny Bator wynosi mnie początkowo w chmury, z którymi – choć Chmur-dalia nie ma nic wspólnego, to tylko po to aby za chwilę inaczej zacząć kojarzyć tytuł z po-chmur-ną atmosferą książki. Jak dla mnie – choć nieziemsko (znowu chmury) i pięknie literacko, to za dużo. Za dużo wszystkiego. Za dużo się dzieje, ludzi pojawia, za po-chmurno, smutnie. Pomieszanie, jakby z Chmur dalii miała być Chmura i Dalia, jakby z dwóch książek powstała jedna. Jedna, która – jak dla mnie – nie uniosła ciężaru, jaki autorka w niej zawarła. Ale widać, nie na tyle było źle bym miała się zniechęcić. Na długo przed premierą kolejnej książki autorki było już o niej głośno. Ciemno, prawie noc tak mnie prześladowało, że zaplątało się w moje nominacje do Nike o rok za wcześnie. Widać ogromną miałam chęć na tę książkę. A jak się potoczyło?
Alicja Tabor przyjeżdża do Wałbrzycha pozamykać kilka ważnych dla siebie spraw. Jako dziennikarka – w poszukiwaniu rozwiązania dla tajemnicy znikających w mieście dzieci. Jako Alicja – dla zagadki przeszłości.  Wałbrzych dzisiejszy jawi się przygnębiającym widokiem opuszczonych szybów kopalni węgla, bezrobotnych mężczyzn wysiadujących przed sklepami, biedaszybów, biegających samopas dzieci i kobiet plotkujących. Wałbrzych małej–dużej Alicji jest smutny, pełen duchów przeszłości. Wierzy w jakieś psychodeliczne guru i Matkę Boską Bolesną jednocześnie. Zacofanie i bezmyślność. W tym smutnym mieście ginie trójka dzieci. Małych, tak różnych od siebie, że trudno znaleźć wspólny punkt, o który można zahaczyć dochodzenie.
Mała Alicja, prawie czterdzieści lat wcześniej wychowuje się bez matki, w starym domu pełnym poniemieckich duchów wraz z siostrą Ewą i ojcem. To nie jest najlepsze towarzystwo dla dorastającej dziewczynki. Skrzywdzona przez przeszłość siostra, obłąkana wyimaginowanymi stworzeniami, od których mimo wszystko pragnie chronić siostrzyczkę i poszukujący skarbu ojciec, daleki od wyjaśniania tajemnic rodzinnych. Do tego bliskość Zamku Książ – mroczne wizje podziemnych korytarzy, głuche nawoływania duchów pomordowanych jeńców, krążący nad tym wszystkim duch księżnej Daisy, mieszkanki zamku, która fascynuje Ewę. Nie mogło to wszystko nie mieć wpływu na psychikę małego dziecka. Nic w tym rodzinnym – tylko z nazwy - domu Ali nie sprzyja jej stabilizacji i dzieciństwu. Kiedy przychodzi śmierć siostry świat załamuje się doszczętnie. Dopiero przechowana w bibliotece dla niej przez lata książka dostarczy być może rozwiązania zagadki wszystkich śmierci.
W książce Joanny Bator jest dużo ciemności – pusty dom rodzinny Alicji, z widokiem na przygnębiający Zamek Książ, otaczający go ogród i pola pełne kości nad którymi unoszą się zjawy dzieciństwa. Ta dziwna samotność kobiety, której towarzyszy jedynie, też nieprzekonujący do końca pan Albert – ogrodnik, towarzysz jeszcze z czasów dzieciństwa. Za oknem ciemny ogród, czasem ciemna postać. Strach ogarnia wszystko. Zaginionych dzieci nic nie łączy, ich opiekunów zdaje się nie łączyć nic z dziećmi. Smutno, ciemno, prawie noc. A zagadki tłoczą się, owijają niczym bluszcz, za dnia na chwilę dając wytchnienie Alicji, która mnoży ludzi wokół siebie.
Znowu za dużo!? Ciemno, prawie noc wciągnęło mnie niczym ten bluszcz, opętało i pochłonęło. Ale cóż, że zwiędło;/ To przedziwna opowieść – opowieść, która wciąga i odpycha jednocześnie. Sprawia, że zagryza się paznokcie, a za chwilę wybucha śmiechem. Nie można przejść obok niej obojętnie. Język Bator, jak zwykle doskonały. Spostrzeżenia, sytuacje, dialogi i postacie – jak wyjęte z ulic polskich małych miasteczek. Ciemność jak żywa maluje się na kartach książki, wydają się przemykać gdzieś chyłkiem zaginione dzieci, duchy unosić nad zdaniami … tylko, że trochę znowu tego za dużo, jak dla mnie. Może jestem za słaba na takie wyczyny? Może kotojady mnie odepchnęły, może trwoga była silniejsza. Pogubiłam się trochę na końcu drogi, posmutniałam, ale czuję jednocześnie satysfakcję, bo to był kawał dobrej prozy. Czuję się, jak po pysznym obiedzie, którego choć mi smakował – zjadłam za dużo i wiem, że zrobi mi się niedobrze. Było pysznie, na bogato, oryginalnie i ze sma(cz) kiem. Nie wiem, jak Wy, ale ja przystaję przy moich nominacjachJ

Zamek Książ - zdjęcie wikipedia
 
Księżna Daisy - zdjęcie oficjalna strona zamku (http://www.ksiaz.walbrzych.pl/)


Takie sobie gdybanie ...

Nie wiem czy z nudów, czy też z chęci „zagrania” sobie z własnymi myślami, zabawienia się w typowanie, a może z najprostszego powodu, jakim jest chorobliwe wręcz pragnienie wyszukiwania ciągle nowych, kolejnych książek zabrałam się za typowanie, własne nominacje. No bo przecież nie mam parcia na książki nagradzane, tylko tyle, że w ten sposób najprościej mi szukać czegokolwiek/typować cokolwiek/bawić się tytułami.
Jak na szachownicy (widać nie od parady już w przedszkolu wytypowali mnie do grupy szachowej – a ja tak chciałam grać na skrzypcach;/!) mogę przestawiać, jak w kartach tasować i przekładać okładkami, tytułami. Rozmyślać o fabułach, treściach i dorobku autorów. Nocami śnić barwne sny aby w końcu przekonać się, czy udało mi się choć trochę trafić (jeszcze nigdy nie miałam 100% trafności). Całe szczęście wybrałam sobie tylko dwie nagrody i całe też szczęście z jedną z nich – Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego - jest o tyle łatwiej, że już na początku roku znane są książki nominowane (może by tak sobie utrudnić zadanie i zacząć typować już pod koniec roku?).
Ten post zamieszczam też na blogu dlatego, że moje pytanie na fejsbuku o nominacje do Nike nie miało odzewu, więc może chociaż tutaj ktoś pokusi się o podanie swoich typów.
Zawsze cieszy mnie fakt, że wśród nominowanych do nagrody książek są takie, które czytałam. Oczywiście im więcej tym lepiej. Świetną jednak zabawą jest wybór z nominowanych tych, które moim zdaniem przejdą dalej i przeczytanie ich do ogłoszenia wyników (czasem to się udawało, w zeszłym roku np. byłam pewna Dna oka Wojciecha Nowickiego - nominacja do Nike - i bardzo źle strzeliłam, jednak lektury książki oczywiście nie żałuję, poza tym  zwycięski Pióropusz także udało mi się przeczytać i cieszę się, że wygrał, bo nie miałabym pewnie możliwości przeczytania go).
Już jutro będzie można poznać ścisłą piątkę książek nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (reportaże opublikowane w języku polskim, tu nagroda również dla tłumaczy reportaży zagranicznych). Bardzo się cieszę, że wśród tych książek znalazły się dwie, które czytałam, a oprócz tego, na liście są jeszcze przynajmniej dwa tytuły, które chciałabym przeczytać. Tak więc jutro dowiem się, po który tytuł biec jeszcze do księgarni, tak aby zdążyć do maja, no i od jutra zacznie się prawdziwa zabawa w typowanie zwycięzcy.
 

W tym roku wśród książek, które zakwalifikowały się do nagrody za najlepszy reportaż znalazły się trzy książki polskich autorów, w tym nominowany po raz drugi Jacek Hugo-Bader z Dziennikami kołymskimi (w 2009 nominowano Białą gorączkę – nagrodę otrzymał wtedy Jean Hatzfeld i Strategia antylop. Jacek Hugo-Bader jest także laureatem nagrody Grand Press w latach 1999 oraz 2003, Bursztynowego Motyla w 2010 za Białą gorączkę, jego książki były także nominowane do Literackiej Nagrody Nike). Pozostałe polskie tytuły to: Farby wodne Lidii Ostałowskiej oraz Miedzianka. Historia znikania Filipa Springera.


Pozostałe siedem tytułów to książki autorów zagranicznych. Wśród tych znalazła się książka Colina Thubrona Po Syberii, którą czytałam, jednak nie zachwyciłam się. Być może spowodowane było to uprzednią lekturą którejś z książek Paula Theroux i Thubron się nie przebił. Oprócz Po Syberii do Nagrody Kapuścińskiego nominowano w tym roku także kilka książek zagranicznych autorów, wśród których wyraźnie widać azjatyckie wpływy: Prowadzący umarłych.  Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych  Liao Yiwu - poety, prozaika i dziennikarza, który debiutował na łamach rządowej prasy, jednak jego wiersze zostały szybko uznane za antykomunistyczne, a on sam skazany na cztery lata więzienia. Liao Yiwu swoje przygotowania do książki rozpoczął już w więzieniu, gdzie rozmawiał z prostymi ludźmi o ich życiu i pracy. Prowadzący … to właśnie zbiór blisko trzydziestu wywiadów z przedstawicielami najniższych warstw chińskiego społeczeństwa. Także Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej Barbary Demick, która pracowała jako korespondentka w Seulu, w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Światu … wielokrotnie nagradzana książka - pozwala zobaczyć rzeczywistość, o której większość z nas nie ma pojęcia. Książka obejmuje chaotyczny czas po śmierci Kim Ir Sena, gdy do władzy doszedł jego syn Kim Dzong Il, a w kraju zapanował głód, w wyniku którego zginęła jedna piąta mieszkańców i gwałtownie wzrosła liczba nielegalnych uciekinierów z komunistycznego raju (tu polecam także zajrzeć do książki Mike Kim Z piekła do wolności. Ucieczki z Korei Północnej).



Na liście nominowanych znalazł się także trudno dostępny w Polsce Suketu Mehta, pisarz mieszkający na stałe w Nowym Jorku a urodzony w Kalkucie. Laureat wielu nagród, między innymi  Fellowship of the New York Foundation of Arts oraz Guggenheim Fellowship, finalista Pulitzera. W nominowanej Maximum city Bombaj Mehta odkrywa przed nami Bombaj – swoje rodzinne miasto, do którego sam pragnie wrócić, by na nowo podjąć przerwane dorastanie.

Raja Shehadeh także nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (palestyński pisarz i prawnik, jeden z twórców organizacji praw człowieka Al-Hak (Prawda)). Jest autorem wielu książek na temat prawa międzynarodowego, praw człowieka i Środkowego Wschodu. Za Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie otrzymał w 2008 roku Nagrodę Orwella. W książce Shehadeh nie epatuje historiami pełnymi przemocy i rozlewu krwi, nie pisze też o zamachach bombowych i cywilnych ofiarach. Opowiada o tym, jak zielone wzgórza zamieniają się powoli w betonowe twierdze i jak izraelskie państwo przy użyciu administracyjnych wybiegów wywłaszcza mieszkańców z ich ziemi i zasiedla ją nowymi osadnikami.

Poza tym do nagrody nominowano także reportaż Francisco Goldmana o zabójstwie Juana Gerardi, biskupa i założyciela Gwatemalskiego Archidiecezjalnego Biura Praw Człowieka Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa. I najnowszą książkę Jonathana Littella Czeczenia. Rok III. Tym razem, autor Łaskawych pisze reportaż, który jest owocem jego kilkunastodniowej podróży do Czeczenii w 2009 roku.

Z tej dziesiątki ja stawiam na Jacka Hugo-Badera, nie z jakiejś specjalnej sympatii, ale z wiadomego mi zainteresowania książką i świetnym piórem jej autora. Widzę w ścisłej piątce także Barbarę Demick i Liao Yiwu – jako, że fascynacja Azją ciągle na fali, a problemy, które  dotychczas raczej nie oglądały światła dziennego, tym bardziej wartościowe i godne uwagi. Ja wiem, że w przypadku Nagrody Kapuścińskiego ważna jest wartość dokumentalna książki, praca jaką włożył w jej powstanie reporter i autor w jednym, więc, jako, że czytałam tylko Ostałowską i Thubrona trudno mi w ten sposób oceniać pozostałe książki nominowane. Być może, kiedy jutro zobaczę listę piątki będzie mi łatwiej przybliżyć się do nich.

W przypadku drugiej nagrody, o której chciałam pisać będzie o tyle trudniej, że tytuły, które mogą wejść do nominowanych ciągle się pojawiają, a do tego jest ich tak dużo, że nie sposób wytypować choćby część tych, które znajdą się na 100% wśród nominowanych. W przypadku Literackiej Nagrody Nike to czysta zabawa.

Jednej nominacji dokonałam już w trakcie lektury debiutu prozatorskiego Jarosława Kamińskiego (Rozwiązła) i tę książkę ciągle pozostawiam na mojej liście. Do tego jednego samotnego tytułu doszło jeszcze całe mnóstwo innych, wśród których są te bardziej prawdopodobne, tak zwane asy i te, które postanowiłam sobie wytypować ale bez większego entuzjazmu i przekonania, że dostaną się choćby do nominowanej dwudziestki. W przypadku Nike będzie trzeba także dłużej, bo do września poczekać na finałową siódemkę (choć wybraną dwudziestkę poznamy już w maju), z której to w październiku (najprawdopodobniej) jury wybierze książkę laureatkę. Trudno jest więc także i w tym wypadku „zdążyć” z przeczytaniem wszystkich nominowanych, czy tym bardziej laureatek więc to naprawdę tylko zabawa.

Oprócz wspomnianej już Rozwiązłej wśród moich typów znalazły się takie pewniaki jak: nominowani już w poprzednich latach Jerzy Pilch (Pod Mocnym Aniołem, 2001), Justyna Bargielska (Obsoletki, 2011), Hanna Krall (Wyjątkowo długa linia, 2005), Andrzej Stasiuk (nominowany kilkakrotnie, laureat nagrody w 2005 za Jadąc do Babadag), Mariusz Szczygieł (Zrób sobie raj – 2011 oraz Gottland – 2007),czy wreszcie Mariusz Sieniewicz (nominowany dwukrotnie w roku 2004 i 2008 za książki Czwarte niebo i Rebelia). Dorzuciłabym tu także książkę, o wydaniu której dowiedziałam się przypadkiem w Internecie, a mianowicie o Ciemno, prawie noc Joanny Bator, czyli autorki, która także była już dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike – z Piaskową górą (2010) i jej kontynuacją Chmurdalią (2011). Z tych moich pewniaków stawiam na kilka tytułów, ale nie chcę się zdradzać z wyborami, przynajmniej do dnia ogłoszenia finałowej siódemki.
Oprócz autorów, którzy pojawiali się w latach poprzednich – co nie daje im oczywiście pierwszeństwa (weźmy na przykład Mariana Pilota, który nie dość, że nie był nigdy zamieszany w Nike, to jeszcze rzadko się go wydaje – w tym roku również być może będzie nominowany z Pantałykiem) na mojej liście typów (dotychczasowych nazwijmy to, bo pewnie lista będzie się zmieniać) znaleźli się Kazimierz Orłoś z książką Dom pod Lutnią – jako, że opisuje mazurską wieś, na której powojenni rozbitkowie znaleźli swoją małą ojczyznę.


Poza tym wśród książek, które wyszukałam, na które zwróciłam uwagę i widziałabym – przynajmniej niektóre z nich – w finale Nike znalazłyby się te, które mają się dopiero ukazać: Droga do Tarvisio (polska powieść drogi), Noc żywych Żydów (metafizyczna zamiana miejsc i rozprawa z przeszłością) czy Dom spalony w domu (saga pewnej rodziny opowiedziana przez jej nestora). Oraz te, które już się ukazały: Getto – bajka (trochę bajkowa opowieść o własnych rozterkach i cierpieniach), Spektrum (mieszanka uwolnionych emocji autora i jednocześnie opowieść o miłości),  Stąd aż do Brighton Beach (emigracyjne getto), Mała schizofrenia (opowiada o konfrontacji z pierwszymi trudnymi sytuacjami, pierwszych miłościach i pierwszych ważnych decyzjach, za które młodzi ludzie biorą odpowiedzialność), oraz debiutanckie zdaje się (niech mnie ktoś poprawi jeśli się mylę) Jutra może nie być czyli wzruszająca historia miłosnego trójkąta i poszukiwaniu siebie.


To są moje typy książek na nagrody. Typy, które robię dla własnego użytku, ale ciekawa jestem oczywiście Waszych wyborów, jeśli takie macie. Czy ktoś z Was także robi sobie własne listy książek, które nagrodziłby chętnie którąś ze wspomnianych przeze mnie nagród? A może jakąś inną nagrodą? Może nawet tytuły przeze mnie podane znalazły się na takich listach? A czy ktoś z Was może szczególnie polecić któryś z podanych przez mnie tytułów?

Może warto, w oczekiwaniu na ogłoszenie wyników, które wzbudza często wiele emocji – nie wspominając już o wyborze laureata (np. zeszłoroczny Marian Pilot, który niektórych oburzył, niektórych zaskoczył, ale ogólnie wywołał zamęt)  „pogdybać” sobie? Może takie rozmyślanie natknie kogoś na ciekawą książkę? Nawet jeśli nie, to zawsze ciekawe zajęcie takie szukanie wśród książek.


  
Zdjęcia oraz opisy niektórych książek pochodzą ze stron wydawnictw oraz Empik.com. 

Protezy pamięci - eseje o fotografii. Nominowane do Nike Dno oka Wojciecha Nowickiego


Kiedy czytałem tę – dla mnie niezwykłą – książkę, przyszedł mi do głowy obraz, który mogę sobie wyobrazić nawet jako fotografię: oto widzę przed sobą grube, szare mury, coś się za nimi kryje, może świat cały, jakaś nieprzenikniona zona. Nie ma wejścia i tylko od czasu do czasu, tu i ówdzie, widać drzwiczki czy okienka, nieco podobne do owego otworu uchwyconego przez Bułhaka na wileńskiej ścianie (…). Owe drzwiczki to fotografie/ teksty Wojciecha Nowickiego; przez nie da się do wewnątrz zajrzeć, zdają się one przejściami – przewodnikami, które pozwolą coś stamtąd zobaczyć.


To słowa, którymi zaczyna się książka Wojciecha Nowickiego Dno oka, ze wstępu zatytułowanego Medytacje migawkowe, autorstwa Marka Bieńczyka. I to słowa jak najbardziej trafne, które właściwie powinny wystarczyć czytelnikowi jako krótki, idealny opis zbioru esejów jaki bierze do ręki. Przyznaję, że z niedowierzaniem wzięłam Dno oka do ręki i z jeszcze większym niedowierzaniem i brakiem przekonania zaczęłam czytać. No bo co można powiedzieć o zdjęciach? Obejrzałam zebrane przez autora zdjęcia i wzruszyłam ramionami – no cóż więcej można dodać, do tego, co zobaczyłam – czarnoskóry rikszarz i biały pan, stare chaty wypełnione zbędnymi przedmiotami, a w nich smutni (czy też ówdzie radośni) ludzie, kawałek kamienicy – nic więcej. Zdjęcia jak zdjęcia. Jeśli komuś coś się z nimi kojarzy, to ma łatwiej. To przecież swego rodzaju zapis pewnego zdarzenia, chwili. Więc dla tych, którzy sami utrwalali ten moment, albo zostali na nim utrwaleni zobaczyć, co znajduje się na fotografii to błahostka. A dla postronnego obserwatora? Nic specjalnego – można albo podziwiać albo też nie. Spojrzeć bezdusznym okiem i nie wnikać. Ale można też wejść w fotografię. Przeniknąć do świata na niej, znaleźć się miedzy ludźmi, przedmiotami, między chwilą, a chwilą. Tak jak zrobił to Wojciech Nowicki. Pewnie, że oglądając stare zdjęcia staramy się dociec z jakiego okresu pochodzą, jakie przedstawiają miejsce i kogo, szukamy ciekawych szczegółów. Ale czy aż tak dokładnie, jak zrobił to autor zbioru esejów pod tytułem Dno oka. Tytułem jak najbardziej trafnym, bo przecież to właśnie na dnie oka pozostaje „fotografia” chwili. Z dna oka wyciągamy poszczególne nitki łączące świat obecny z tym przedstawionym na zdjęciu. Taki malutki obraz zapisany, na dnie i na kawałku kliszy a tyle słów, którymi można go opowiedzieć.
Dno oka. Eseje o fotografii to przedziwny album, niepowtarzalny zbiór zdjęć, które nigdy nie znajdą się w prawdziwym albumie zebrane w jedno. Począwszy od zimnego i przygnębiającego szarą rzeczywistością zdjęcia z łaźni sierocińca, przez kolonialne i orientalne fotografie aranżowane, po oniryczne zdjęcie dziewczyny w długich włosach, widma Anny Csillag i pani Bovary i pełnych niepotrzebnych przedmiotów wnętrz chałup, pachnących całą feerią zapachów, nie koniecznie przyjemnych, kojarzących się ze wsią, starością i śmiercią i niedźwiedzia w groźnej ludzkiej postawie.

Słowa w tej książce idą naprzód ostrożnie, uważnie, w zwolnionym tempie. Są powstrzymywane, ważone (…) by dojść do sedna rzeczy, na „dno oka”, odrzuciwszy wszelkie, mówi autor, „nawarstwienia”, „bełkotliwe języki”, a nawet, w razie konieczności, „historyczną wiedzę”. Wówczas tylko może dość do spotkania twarzą w twarz z czyimś gestem czy z przedmiotem (…) .

To książka pachnąca przeszłością i historią. Jest jak pudełko z fotografiami, które otwiera przed nami autor. Opisuje każde zdjęcie tak szczegółowo, dogłębnie doszukując się (i znajdując) drobiazgi, na które niewprawne oko nie zwróciłoby uwagi. Nazywa każde załamanie światła, każdą najmniejszą kreskę, jakby fotografia była obrazem namalowanym wprawną ręką mistrza pędzla. Nowicki wierszem mówi o zebranych przez siebie fotografiach. A jest to zbiór zdjęć amatorskich, ale też profesjonalnych, wykonanych w zakładach fotograficznych. Porzuconych, jak wyrzuca się stare zabawki i jednocześnie wartościowych, bo jak można wyrzucić czyjeś życie na śmietnik, jak można sprzedać się na pchlim targu (wiele z fotografii Nowicki kupił na tych właśnie). Niepotrzebne, umarłe – często wraz z właścicielem – życia utrwalone na kliszy. W rękach i słowach Wojciecha Nowickiego ożywają. Wychodzą z ram fotografii i stają naprzeciwko czytelnika. Jak żywe, prawdziwe i namacalne. Dzięki Wojciechowi Nowickiemu zaczynają nowe życie, być może pierwsze, wcześniej stanowiąc kaprys bogatego człowieka, pamiątkę, która nigdy nie dotarła do adresata, czy nieudaną fotografię, ukrytą na dnie szuflady, nigdy nieoglądaną. Temu wyciąganiu szczegółów ze zdjęcia towarzyszy bogactwo informacji o fotografii. Autor przywołuje znane nazwiska fotografii – Sontag, Barthe’s Czartoryska, podparte przykładami i porównaniami. Dno oka to nie tylko pusty i oschły opis tego, co widzimy na zdjęciu, ale filozoficzna myśl towarzysząca temu, co jest po drugiej stronie kawałka papieru, na którym została wywołana. Uwalniająca to, co autor zdjęcia chciał przekazać, a co zostało zamknięte zdawałoby się na zawsze w sepii, czy kolorze zdjęcia, w unieruchomieniu postaci i przedmiotów. Autor pokazuje jak bardzo żyjemy fotografią a nie prawdą. Bo każda fotografia według Nowickiego to kłamstwo. Swego rodzaju zakłamanie, które trwa dzięki utrwalonej sekundzie, która nie mówi nic, bo za chwilę w rzeczywistości zmieni cale życie postaci nań przedstawionej. I właśnie tę zmianę omawia Nowicki. To czego normalnie byśmy nie zauważyli. Fotografia uderza podstępnie – pisze Nowicki – jej moc tkwi w hiatusie pomiędzy zamierzeniem a rezultatem. Jej siłą bywa pomyłka.

Może  było jeszcze inaczej, nie wiem jak. Pokrętna prawda o fotografii jest wyłącznie tym, co jest nam dane do zobaczenia; fotografia nie tłumaczy świata, ale pokazuje wyrwane obrazy, jak kartki z książki, gdzie tekst się zaczyna w pół słowa i kończy równie gwałtownie. Fotografia pozwala zobaczyć, że było właśnie tak, ale nie wyjaśnia dlaczego . Nie tłumaczy cierpliwie. Pozwala oglądać przez dziurkę od klucza, ale skąpi komentarza.

Wzięłam tę książkę do ręki z przeświadczeniem, że to jej autor otrzyma tegoroczna nagrodę Nike. Chciałam aby były to właśnie eseje, aby było to coś nieprzewidywalnego (tak też się stało, i niekoniecznie był to mój wybór). I choć nie byłam przekonana, że to lektura dla mnie, to już od pierwszych zdań, od pierwszej fotografii, na której ja widziałam tylko smutne dzieci pod prysznicem zrozumiałam, że warto czytać dalej i wiedzieć więcej. Dno oka to mój swoisty album, który stanie na półce między książkami, i do którego będę czasem zaglądać jeśli tylko poczuję bezduszność kliszy fotograficznej. Będę oglądać i starać się dojrzeć wszystkie szczegóły które wskazał mi autor zbioru, może kiedyś uda mi się posiąść tę sztukę? Kto wie?

cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: czarne.com.pl