temperatura rośnie czyli Środek lata Małgorzata Warda


Gdyby można było w tym miejscu wykrzyczeć emocje, pewnie zagłuszyłabym tym krzykiem myśli wszystkich, którzy zajrzą pod ten adres. Gdyby można tu było bić i gryźć, przekazać tę gorycz i temperaturę wrzenia po lekturze książki. Ach gdyby można było! Banalnie będzie jeśli napiszę dawno nie czytałam tak emocjonującej historii, bo to banalne i nie pasuje dla Środka lata, bo nie ma takich słów, które potrafiłyby opisać to, co czułam w trakcie lektury i czuję teraz, kiedy - niestety - zamknęła się ostatnia karta książki. Chciałoby się – równie banalnie – zapytać – Pani Małgorzato będzie ciąg dalszy? Bo choć historia rodziny Feyów jest okrutna, straszna i nieprawdopodobna, to po jej przeczytaniu niczego nie pragnę więcej jak poznać osobiście te rodzinę albo dowiedzieć przynajmniej jak im się wiedzie – Mateusz nadal w Krakowie? Lou wyrosła? A Laura, jak sobie radzi Laura? I tylko boję się jednego, a mianowicie tego, że Lou też?!
Środek lata z letnich temperatur ma gorączkę wrażeń. Nic poza tym albo aż, bo to tragiczna i smutna historia, a jak smutna świadczyć mogą moje łzy, których (kolejny minus bloga) również nie mogę uwidocznić na tej stronie. Popłakałam się nad książką od niepamiętnych czasów, wzruszyłam się i zagryzając pięści powtarzałam, jak mantrę, nie, nie, nie!
Dla tych, którzy czytali to, co napisałam o Nikt nie widział, nikt nie słyszał albo też osobiście czytali książkę, powiem jedno – to jest nic w porównaniu ze Środkiem lata. Ja nadal utrzymuje się w przekonaniu i nadal (choć muszę) nie zaliczę również tej książki do literatury polskiej. Choć rzecz dzieje się w jak najbardziej polskiej Gdyni, nad naszym, polskim morzem, w polskich realiach szarej rzeczywistości. Ale polska literatura jest zwykle nudna i ciągnie się niemiłosiernie, a Środek lata nie ma nic wspólnego z nudą, a jedyne, co mogę mu zarzucić, to fakt, że kiedyś się kończy.
Rodzina Feyów, niby normalna, spokojna rodzina, troje dzieci, wymarzony, ciężko wypracowany dom i życie, choć bez nadzwyczajnych namiętności całkiem przyzwoite i ułożone. A jednak coś zgrzyta, ktoś ukrył gdzieś głęboko tajemnicę, która doprowadza do tragedii, która musi znaleźć swoje ujście. Sylwia i Mateusz to rodzeństwo darzące się silnym uczuciem, złączone nierozerwalną więzią, żyjące w swoim świecie ... ach jest jeszcze Lucyna, nie można zapomnieć o małej Lou, choć tych dwoje czasem zdaje się o niej zapominać, zresztą im zdarza się często zapominać o całym świecie. Nie źle! - cały świat to tych dwoje. I kiedy ginie jedno z nich ten świat się rozpada, zmienia. Nic już nie jest i nie będzie takie piękne i proste … ale czy w ogóle kiedykolwiek było?
Nie chcę w tym miejscu opisywać całej historii, streszczać tego, co przeczytacie w książce, bo jedno zdanie za dużo i może się zdarzyć, że ogień przygaśnie. A ja chcę abyście płonęli jak ja w trakcie lektury, aby emocje paliły was jak żar nieba w środku lata.

Niesamowita, ciężko mi się z nią rozstać, chcę więcej i dalej i jednocześnie chcę cofnąć czas, naprawić to, co zepsuto u Feyów, a jeśli naprawić się nie da, to choćby troszkę cofnąć zegar czasu i pomóc miłości. Co za emocje!

poopowiadam Wam - Opowiadania G.G. Marquez


Od opowiadań wszystko się zaczęło! Przynajmniej tak możemy dowiedzieć się z biogramu Marqueza - najpierw szkolne gazetki, później czasopismo Literatura, a później pamiętny El Espectador i Trzecia bieda czyli pierwsze opowiadanie autora. Widać ten gatunek literacki noblista (1982 rok) upodobał sobie od najmłodszych lat. W jego dorobku później często będą pojawiać się książki, które są zbiorami opowiadań czy felietonów - Bardzo stary pan z olbrzymimi skrzydłami, Morze utraconych opowiadań, Dwanaście opowiadań tułaczych, czy Opowiadania - to tylko część z nich.
Można powiedzieć, że Marquez do mistrzostwa opanował ten gatunek i można się też o tym przekonać sięgając po choćby jedną pozycję z tego dużego zbioru.
Opowiadania, które składają się z trzech tomów: Dialog lustra, W tym mieście nie ma złodziei oraz Niewiarygodna i smutna historia niewinnej Erendiry i jej niegodziwej babki uznawane są za najpełniejszy zbiór opowiadań w dorobku pisarza. To lektura niesamowita – jej oniryczność sprawia, że czytając czujemy się jak na latającym dywanie, unoszącym się nad baśniową krainą. Krainą, która jednak nie zawsze jest jasna i kolorowa. Kto czytał choćby jedną powieść Marqueza i polubił jego styl bezboleśnie wniknie w karty opowiadań, nie zwracając uwagi miękko przejdzie z jednej historii w drugą. Ten, kto czytał więcej niż jedną powieść autora znajdzie zapewne w niejednym opowiadaniu zarys bohaterów, o których czytał już kiedyś w którejś z powieści. Ja pokusiłam się nawet o zapoznanie się, choćby pobieżnie (przesiadując w bibliotece) z tymi, których jeszcze nie czytałam, aby przekonać się ile postaci odgadnę ile zaczątków przyszłych powieści odnajdę. Opowiadania są jak swojego rodzaju układanka, literackie puzzle, które układają się w jedną całość, choćbyśmy nie znali całej twórczości pisarza. I tak opowiadanie Ewa w środku kota mi przywodzi na myśl powieść O miłości i innych demonach – gdzie uwięziona Sierva może kojarzyć się z Ewą uwięzioną we własnej duszy, a Śmierć wierniejsza niż miłość już samym tytułem skojarzy się zapewne miłośnikom Miłości w czasach zarazy z tą właśnie powieścią, Trzecia rezygnacja natomiast może przywodzić na myśl Szarańczę, opowiadanie Noc sępów znajduje natomiast odzwierciedlenie już w początkach Jesieni patriarchy, która zaczyna się słowami "pod koniec tygodnia sępy wdarły się przez balkony pałacu prezydenckiego", a Bardzo stary pan z olbrzymimi skrzydlami nawiązuje do – również – zbioru opowiadań o tym samym tytule. Skojarzeń jest więcej i być może mogą się one różnić między czytającymi, ale zawsze Opowiadania będę lekturą ciekawą przez to, że dają tak wiele wrażeń, czy też za to, że odbiór każdego z nich może tak bardzo się różnić. Ja opowiadania jako zbiory wszelkiego rodzaju lubię za to, że mogę długo rozpamiętywać każde z nich, kontemplować je i doszukiwać się ich znaczeń, które niejednokrotnie zmieniają się w miarę upływu czasu. Podobnie było w przypadku Opowiadań Marqueza i mam nadzieję, że tak samo pozytywne wrażenia odniosę przy lekturze kolejnych zbiorów opowiadań tego autora, i co przyjemniejsze, im więcej poznam dzieł pisarza tym ciekawiej będzie mi się czytało te zbiory i odkrywało ich pierwotne, być może znaczenie.
Moje wydanie Opowiadań Marqueza, wydanie z nowej wersji Muzy jest kolorowe nie tylko na okładce, ale też mieni się różnymi kolorami znaczników samoprzylepnych i moimi własnymi skojarzeniami, które mam nadzieję, będą się zmieniać, potwierdzać i zwiększać w miarę poznawania twórczości noblisty.

... i przyśniła mi się książka - Śmiech w ciemności V. Nabokov

Jest! W końcu, po długiej (za długiej) przerwie kolejny raz mogłam napawać się szczęściem, moim ulubionym magicznym światem Nabokova. Radość taką sprawiła mi książka Mistrza Śmiech w ciemności z nabokovskiej kolekcji Muzy. Nie wiem, na ile będę w stanie obiektywnie opisać książkę, bo nie wiem na ile ktoś, kto w książkach Nabokova zatraca się jak w żadnych innych będzie umiał przybliżyć jej fabułę. Będę się bardzo starać, aczkolwiek dla mnie książki Sirina, razem z tym tu Śmiechem w ciemności to magiczne miejsca zapomnienia. Ich magia polega na tym, że można ją zawsze mieć przy sobie i niezależnie gdzie będzie się czytać Nabokova, przeniesie on nas w magiczny, stworzony przez niego świat.
Śmiech w ciemności w zasadzie zostaje streszczony przez autora już w pierwszym akapicie – któż inny odważyłby się na taki zabieg?!
Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą”.
Można powiedzieć zabieg głupi, zdradzający wszystko, ale to tylko pozory, które jedynie rozbudzą ciekawość czytelnika i sprawią, że nie będzie on potrafił oprzeć się dalszej lekturze. Ba, wystarczy rozpocząć drugi akapit aby się o tym przekonać.
„Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane”.
Czy nie przywodzi Wam to na myśl początku filmu? Takiej pierwszej sceny, która tylko rozbudza ciekawość widza, który pewny jej przewidywalności i pyszny z ironicznym uśmieszkiem będzie „oglądał” kolejne sceny wiedziony przekonaniem, że zna zakończenie tej – wydawałoby się – banalnej historii. Nic bardziej mylnego. Otóż książka faktycznie miała być rodzajem scenariusza, jak dowiadujemy się w posłowiu. Nabokov chciał napisać powieść, którą będzie się raczej oglądało oczyma wyobraźni niż czytało – nawet pierwotny jej tytuł świadczy o zamyśle autora Camera obscura. Liczne zmiany scenerii, epizodyczne rozdzialiki – przywodzą na myśl faktycznie film, do pierwotnego tytułu nawiązuje też treść książki.
A szczegóły to cała historia ślepej miłości Albinusa do młodej i głupiutkiej Margot, która marzy o karierze aktorskiej i przysłowiowej dobrej partii. Łapiąc bogatego historyka sztuki, ma możliwość zrealizować swoje filmowe marzenie, choćby jej zachcianka mało miała wspólnego z talentem aktorskim.
Śmiech w ciemności to powieść o mądrym mężczyźnie, który głupieje przez zauroczenie odmiennością młodej kochanki, daje się ponieść jej świeżości, tracąc wszystko to, co miał najcenniejsze. Tracąc dom i rodzinę zyskuje "przyjaciół", którzy w sposób czasami komiczny oszukują go, mamią i wrabiają. Jednak ślepy najpierw miłością, a potem po prostu ślepy (tracąc wzrok w wypadku, którego scena została opisana w iście filmowym stylu – klatka po klatce, scena, w której czuje się nawet południowy upał!) Albinus zdaje się niczego nie zauważać, a jeśli już zdrada rzuci się jemu na oczy (znowu te oczy) daje sobie łatwo ją wytłumaczyć.
Książkę trzeba przeczytać aby zrozumieć jakie rzeczy działy się wokół Albinusa, tym bardziej, że on sam nie do końca wszystko widział. Mistrzostwo tych scen powoduje, że z rozpaczą pragnie się otwierać tak szeroko oczy, żeby ten biedak Albinus z pomocą czytelnika mógł dostrzec teatr, jaki się wokół niego rozgrywa. Nikt tak jak Nabokov nie potrafi tworzyć w zamętach prostych ścieżek, które prowadza przez najciekawsze widoki i zakamarki ludzkich świadomości. Nikt, tak jak on nie potrafi opisywać życia – nie w typowy dla życia szary sposób, ani też nie w formie kolorowego kiczu, ale ze wszystkim co zawiera się na życie, jednocześnie czyniąc opis ten ciekawym. W jego książkach słowa zdają się pachnieć i smakować, są miękkie i dźwięczne jednocześnie - na przykład taka „elektryczna furgonetka z mleczarni (która) ŚMIETANKOWO turlała się po grubych oponach” albo „POLICZEK ZIEMI (…) malowało (…) łagodne słońce”? Mogłabym tak przytaczać przykładów i pisać więcej o scenach świadczących o niezwykłym stylu autora, o jego talencie i kunszcie. Wreszcie mogłabym opisywać liczne ciekawe sceny książki, jednak nie chciałabym pozbawiać was tego uczucia słodkiej błogości, której można doświadczyć przy lekturze książek Sirina. Niesamowitości i zatracenia w baśni - nie, tego nie będę pozbawiać Was moi drodzy. Czytać jego książki raz, to doprawdy za mało, bo są one jak nieodkryte światy, które będą wiecznie zaskakiwać czymś poprzednio niezauważonym, nowymi skojarzeniami i powiązaniami. Czy nie wystarczy, że napiszę, iż śnię sny tworzone wyobraźnią Nabokova?

Okruchy (pięknej) codzienności - Elizabeth Strout


Z pozoru historia jakich było już wiele – frustracje i proza życia, szarość, nuda i nadzieja. Można zapytać – po co? Pytanie to padnie jeszcze wielokrotnie w trakcie lektury, bo Okruchy codzienności to kilka opowiadań o faktycznie zwyczajnych ludziach i ich zwykłej tytułowej codzienności. Ale jest w tej książce coś magicznego, co nie pozwala jej odłożyć. Coś, co zaciekawia jak obraz za oknem, spotkanie z interesującym człowiekiem, jak nowy dzień. Książka kojarzy się raczej ze szkicem powieści niż z ostateczną jej formą, a poszczególne rozdziały są czymś na kształt notatek. Ewentualnie można pokusić się o porównanie jej do pamiętnika, który autorka złożyła wyrywając kilka kartek z różnych dzienników różnych ludzi, bo choć książka ma opowiadać o Olive Kitteridge, surowej nauczycielce matematyki, to w rzeczywistości jest ona historią osób, które Olive otaczają. Można powiedzieć ile ludzi tyle charakterów, spojrzeń i sposobów na życie. Ile domów tyle historii – z pozoru błahych i szarych ale gdy w nie wniknąć okazują się małymi dramatami zamkniętymi w czterech ścianach.
Ta książka Elizabeth Strout jest też taką trochę wiwisekcją, dokonywaną przez autorkę, która próbuje zedrzeć maski ze swoich bohaterów, rozebrać ich na oczach czytelnika, czasem ośmieszyć i złamać aby pomóc im znaleźć sens życia. Charakterystyczna dla książki jest też dwutorowość – z jednej bowiem strony Strout przedstawia ich w najgorszej odsłonie, jako ponurych, zdradzających się, mordujących i niezadowolonych wiecznie z życia zacofanych ludzi, śmiejąc z ich obłudy i masek, które przywdziewają nie rozpoznając w lustrach własnych twarzy, a z drugiej właśnie zdziera je z nich i zmusza do oglądania świata innymi oczami, trochę żałując ich za nieporadność życiową, dodaje sił i wyznacza nowe drogi.
Iluż z nas twierdzi, że wiosna jest piękna, że słońce i ptak na drzewie cieszą oko – ale iluż z nas zdaje sobie sprawę z tego, że czasem to taka nasza maska? Życie, które składa się z okruchów nie jest zawsze piękne, nie zawsze układa się tak byśmy tego chcieli, niezależnie ile pracy włożymy w realizację planów, ale może czasem warto dojrzeć w jego okrucieństwie i szarej codzienności barwę i mimo wszystko chęci, a nie doszukiwać się jej w kolorowych skrawkach ulatującego życia. Trzeba pamiętać, że nie zawsze poczwarka okaże się kolorowym motylem, który będzie cieszył oczy, bo może wykluje się z niej coś, czego nie będziemy w stanie tolerować. Może też okazać się, że choć będzie nam się wydawać, że z uśmiechem na twarzy zdobędziemy serca wszystkich, a być może za ten uśmiech ktoś zechce nas zabić. Może wreszcie okaże się, że strach przed śmiercią nas wyprzedzi, że nie my będziemy opłakiwani, a raczej sami będziemy opłakiwać innych. Może też coś, co uciekło jeszcze wróci w prawdziwym życiu.
Okruchy codzienności, które w 2009 roku zdobyły nagrodę Pulitzera, to prawdziwie ludzka i życiowa książka. Życiowa do tego stopnia, że aż bolesna. Sprawiając wrażenie trójwymiarowości, przetykanej radościami, uśmiechami ale i znajomym smutkiem jest czymś, z czym łatwo można się utożsamiać, znajdując wśród bohaterów książki choćby skrawki siebie.

mordercza miłość, ulana słodycz i miłosna czkawka czyli jak tak można!!? i "Kasika Mowka" Katarzyny Nowak

Jak można nazywać się Kasika Mowka? Nazywać? Żeby tylko! Jak można tak się nazwać?! Jaką trzeba być osobą, jakim dzieckiem żeby chcieć wyprzeć własną świadomość, nie lubić własnego ja? Tak, bo Kasika Mowka to imię i nazwisko wymyślone przez dziewczynkę, która tak właśnie chciała się nazywać. Pióro samo napisało, to nie wina Kasiki.



Babcia siada obok wanny, na krzesełku, bierze książkę, zaczyna czytać. Dokładnie piętnaście minut. „Siedzenie w gorącej wodzie dłużej niż piętnaście minut jest niezdrowe”, mawia. Więc po piętnastu minutach zamyka książkę, a Kasika wstaje. Babcia dużym ręcznikiem wyciera dokładnie dziewczynkę. Nakłada na gole ciało wnuczki ciepły biały szlafrok frotte, a na stopy pantofle, bierze szczotkę i rozczesuje jej długie włosy. Po tym zabiegu Kasika wreszcie może pójść do przygotowanego łóżka, ze świeżą, pachnącą pościelą, i zostać w nim aż do poniedziałku rano, kiedy to trzeba iść do szkoły.


Ta opowieść Katarzyny Nowak, o tym samym tytule, co dziwny pseudonim dziewczynki Kasika Mowka, to historia o chorej miłości. O miłosnej niewoli. O tym, że z uczuciami też można przesadzić, a przez to wpaść w pułapkę skrzętnie kopaną słodkimi uśmiechami, wyręczaniem i zapatrzeniem. Kasika mieszka tylko z babcią Anną, w starej kamienicy, w której Kasika jest jedynymi dzieckiem. Do czasu, kiedy to zjawia się dziwne dziecko – ni to chłopiec, ni dziewczynka. Ale to nie dziecko o twarzy owcy jest dziwne w tym domu. Nie jest dziwna też chyba sama Kasika (co najwyżej skrzywdzona) – dziwna jest babcia. Kobieta, która chce dobrze, ukrywając małą przed całą rodziną, i rodzinę przed Kasiką. To babcia w swojej miłości, która nie dopuszcza innych osób do Kasiki wydaje się złym człowiekiem. Wredną nienawidzącą kobietą, która wszystkie kasikowe prezenty wyrzuca na śmietnik, która zamyka to dziecko w domu, nawet przed szkołą i wpaja jej mądrości życiowe, jednocześnie robiąc z niej emocjonalną kalekę. Nawet fakt, że Kasika staje się kobietą nie uczy babci niczego. Anna nadal kroi wnuczce „żołnierzyki”, obierając chleb ze skorki, przynosi jej śniadania do łóżka, umizgując i otaczając kokonem słodyczy. Wieczorne rytuały kąpieli trwają także nieprzerwanie, niezależnie od wieku dziewczyny.
Długo nie trzeba czekać na efekty zamknięcia ptaszka w złotej klatce. Brak kontaktów z rówieśnikami, radzenia sobie z najprostszymi zajęciami (wiązanie butów, czy krojenie chleba) i ta bezdenna miłość odwracają się przeciwko babci. To, że stara kobieta nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc od wnuczki staje się czymś normalnym i przewidywalnym ale, że normalne dla Anny są także ataki wnuczki na nią, to już jest zadziwiające. Dobrze, że stare serce kobiety nie wytrzymuje zawodu i zimnego serca Kasiki, dobrze, że nie musi oglądać jej upadku moralnego i życiowego, że nie widzi jak swoją miłością skrzywdziła jedyną wnuczkę.
Choć książka ta należy raczej do poważnych, bo i o poważnych tematach traktuje, ja jednak bardzo często zaśmiewam się przy jej lekturze w głos – jak można być tak głupim i uparcie dążyć do zagłady bliskiego człowieka, zabijając go miłością ciężką i kaleczącą jak narzędzie zbrodni. Jak można kręcić sobie taki los i jeszcze gorszy gotować własnej wnuczce. Z drugiej strony zadziwiła mnie postawa Kasiki, która będąc już dorosłą osobą nie potrafiła zbuntować się w sposób konstruktywny przeciw działaniom babci. Jedyne, co potrafiła to poniżać tę kochająca ją kobietę, za chwilę żałując swoich czynów i przepraszając. Zadziwiał mnie brak działań inteligentnej - niby - dziewczyny, która karmiona przez tyle lat miłością, nie potrafiła wykrzesać jej w sobie ani grama.
Kasika Mowka to książka ukazująca problem częsty w świecie współczesnym, problem izolacji, która rzekomo ma służyć dobru dziecka. To też książka o trudnościach młodego wieku, problemach związanych z dojrzewaniem – pierwszych miesiączkach, miłościach i nastoletnim buncie. Wreszcie to książką poruszająca problem wolności dla miłości, a nie miłości jako więzienia. Bo babcią Anną może być każdy, kto przesadzi z miłością do Kasiki, którą może być też każde dziecko.



- Gdzie dżem? – pyta [Kasika] z pełną buzią.
- Zapomniałam, przepraszam. – Babcia wraca, wyjmuje konfiturę ze śliwek, odkręca słoik, zanosi.
- Co? Ze słoika mam jeść? Od kiedy?
Babcia wraca, nakłada konfiturę na porcelanowy talerzyk, zanosi Kasice z łyżeczką.
- No, i tak ma być – uśmiecha się dziewczynka, nakładając słodycz na kromkę chleba, Bez skórki.
cytaty pochodzą z książki

... bo traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa pozostają z tobą na zawsze ...

W Polsce znika rocznie około 5 tysięcy dzieci. Statystycznie w/g policji, mniej więcej ginie jedno dziecko co dwa dni*. Większość z nich wraca (znajduje się) w przeciągu kilku dni, a ich zaginięcia najczęściej okazują się zwykłymi „gigantami”. Jednak takie ucieczki dotyczą najczęściej młodzieży, a małe dzieci giną z oczu dorosłych przez ich nieuwagę lub też przepadają w towarzystwie „dobrych wujków i cioć”. Niestety, często takie zniknięcie nie kończy się powrotem skruszonego dziecka ale długoletnim oczekiwaniem i życiem w ciągłej nadziei. Zdarza się także, że zaginione dzieci przetrzymywane są przez porywaczy, a nawet własnych rodziców!
Właśnie taki przypadek wieloletniej niewoli był natchnieniem dla Małgorzaty Wardy – przypadek Nataschy Kampusch, młodej Austriaczki, przetrzymywanej w domu oprawcy przez osiem lat wyzwolił pomysł napisania Nikt nie widział, nikt nie słyszał.
To opowieść z tych, które lubię najbardziej, niby polska autorka ale nigdy nie sklasyfikuję tej książki jako literatury polskiej, nie przypiszę do typowo polskiej twórczości, ona jest ponad kategoriami. Książka stworzona z kilku historii, które niby mają ze sobą wiele wspólnego, niby wydają się dążyć do jednego punktu, a jednak są tak różne, jednak mogą się mijać. To historia samotnego ojca Michała Gersona, który wychowuje dwie kilkuletnie córki – Sarę i Lenę. Jego permanentne problemy z pracą nie pozwalają tej „wyszczerbionej” rodzinie zadomowić się nigdzie na stałe. Ciągłe przeprowadzki, zmiany szkół i otoczenia hartują dziewczynki ale sprawiają też, że są one dla siebie całym światem, a dla ojca kumpelkami. Miłość i przyjaźń, podszyte gdzieś skrytym żalem i tęsknotą za niknącym obrazem matki, to codzienne emocje w rodzinie Gersonów i zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zburzyć tego ładu, jedynie czas może pozwolić wyjaśnić kilka spraw, a dziewczynkom pozwolić zrozumieć przeszłość, dać dorosnąć uczuciom i wybaczyć. Jednak staje się rzecz straszna, która już na zawsze zmieni życie w tym małym gdyńskim mieszkanku, na zawsze skrzywdzi psychikę Michała i Leny, przerwie tę silną nić, która łączy ojca i córkę.
Książka nagle przeskakuje o 18 lat w przyszłość, świat zmienia się na oczach czytelnika, nie zmieniają się jednak pęknięte serca bohaterów. Jednocześnie autorka tworzy dwie inne historie kobiet. Wszystko zdaje się mieć wspólny mianownik, biec ku rozwiązaniu, cofając się, oddalając i klucząc. Te retrospekcje są wspaniałe w wydaniu Wardy – trzymają w tak niesamowitym napięciu, że słowa Małgorzaty Domagalik, jakoby książka „napisana była z prawdziwym nerwem”, są strzałem w dziesiątkę, choć nawet i one nie oddają emocji, które towarzyszą lekturze. Niech też nie zmyli czytelnika fakt, że historie Agnieszki i Leny są tak podobne, niech nikt nie próbuje rozwiązywać ich na własną rękę, prychając śmiechem z powodu złudnego banału.
Straszne historie okrucieństw, jakich doznają młode kobiety, dziewczynki, to co dzieje się w ich głowach i to co staje się z nimi kiedy już są dorosłe jest nie do objęcia i nie do wyobrażenia. Niesamowite, groźne i udzielające się napięcie kiedy Monika Litwin wraca do świata żywych, gęsia skóra kiedy mały chłopiec odkrywa, że pod śniegiem nie zawsze ukryte są przebiśniegi, a lustra zdają się powracać do przeszłości, to tylko niektóre z emocji, jakie towarzyszą lekturze książki Małgorzaty Wardy.
Nikt nie widział, nikt nie słyszał to książka, jakich chciałabym czytać wiele, choć wolałabym aby żadne prawdziwe historie nie były ich natchnieniem, ale egoistycznie życzę Pani Małgorzacie więcej niewidzianych i niesłyszanych historii, które choć tak gorzkie przez swą realność są tak literacko wartościowe, tak wzruszające i niezapomniane. Bo Nikt nie widział, nikt nie słyszał, nie sposób zapomnieć, tkwi ona w szufladach pamięci, jak trauma przeżyta w dzieciństwie przez Lenę.



cytaty pochodzą z okładki książki
informacje o ilości zaginionych dzieci zaczerpnęłam ze strony http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Gdy-dziecko-ginie-z-domu,wid,11234030,wiadomosc_prasa.html
* wyjaśniłam dla zbyt dosłownie myślących oraz dla tych, którzy nie zaglądaja na podane linki

"gdy jesteśmy szczęśliwi, zawsze jesteśmy dobrzy, ale gdy jesteśmy dobrzy, nie zawsze bywamy szczęśliwi"- czyli być i nie być jak Dorian Gray


Któż nie chciałby być wiecznie młody, piękny i lubiany? Ale czy za cenę własnej duszy także znalazłoby się tylu chętnych na nieprzemijające uroki młodości? Pewnie i dziś można by znaleźć kilku śmiałków, którzy nie myśląc o przyszłości sprzedaliby się diabłu i metafizyce. Tak samo postąpił Dorian Gray – choć niewinnie, bo nieprzemyślanym, wypowiedzianym bez zastanowienia nad konsekwencjami marzeniem, sam zafundował sobie nieśmiertelność. Ale czy na pewno?
Zacznijmy od początku. Dorian Gray to przecudnej urody młodzieniec, którego nie sposób nie dostrzec w tłumie, nie sposób nim się nie zachwycić i nie zakochać. Jego uroda w połączeniu z tajemniczym urokiem osobistym każe wszystkim fascynować się Dorianem. Jednak ta fascynacja i uwielbienie odbijające się w oczach innych skierowały młodego chłopaka na złą drogę. Kiedy ujrzał swój portret namalowany przez przyjaciela, malarza Bazylego Hallwarda, zechciał pozostać tak samo jak jego alter ego na portrecie niezmiennym, ciągle pięknym i wiecznie młodym. Jakaś siła magiczna „mieszkająca” w obrazie lub w duszy Doriana sprawiła, że marzenie stało się rzeczywistością. Ale czy wymarzoną?
Aby dowiedzieć się jak okrutny to obraz, jak głupi to pomysł z wypowiadaniem głośno marzeń nie trzeba będzie długo czekać. W książce Oskara Wilda czytelnik poznaje historię portretu, na którym odbijają się grzechy i niemoralne czyny popełniane przez Doriana Graya, gdy on sam zachowuje młodzieńczy i niewinny wygląd. Całe zepsucie duszy, które można interpretować na zepsucie społeczeństwa odzwierciedla się i odbija na obrazie. Duszą Graya jest jego portret, kiedy ona ulega zepsuciu, gnije od obłudy i ignorancji, widoczna metamorfoza dokonuje się na obrazie. Okrutna metamorfoza, którą choć sam Gray widzi nie jest w stanie pokonać jej w sobie, zaprzestać zepsuciu, bo każdy jego ruch, każda myśl tego niemoralnego mężczyzny w dziwny sposób odczytywany jest przez malowidło.
Któż z nas nie chciałby ukryć obrazu swojego zepsucia gdzieś głęboko, gdzie nikt go nie ujrzy, doglądać i kontrolować własne poczynania i grzechy? To trochę jak posiadanie widocznego sumienia, materialnej duszy, którą da się wybielić i naprostować. Ale życie nie jest takie proste, a zepsute do szpiku kości, kierowane na wartości materialne, na to co zewnętrzne zawsze pobiera zapłatę, choć nie zawsze jesteśmy w stanie kontrolować to, jak ta cena rośnie. Dorian Gray miał ta okazję, widział, co dzieje się w jego umyśle i sercu, a jednak nie potrafił, jednak obłuda była silniejsza, chęć posiadania i bycia były mocniejsze od chęci przejścia na dobrą stronę. Jego utopijne marzenie o nieśmiertelności zgubiło go, porzucając moralność i prawdziwą radość z życia, krzywdząc po drodze wiele osób sam zagubił się w jego korytarzach, a ciemność ogarniająca ciało i umysł zaprowadziła go w mroczne zakamarki, z których znane jest tylko jedno wyjście.

Choć Portret Doriana Graya osadzony jest w wiktoriańskiej Anglii, to jest też zdecydowanie pozycją ponadczasową, o której możemy powiedzieć, że jest obrazem i krytyką współczesnego społeczeństwa, nic nieznaczących ideałów, które zatraciły swój sens, bo jakim ideałem jest coś, co prowadzi do zguby człowieka, zguby całego świata. Dzisiejsze społeczeństwo to zbiorowisko ówczesnych Dorianów, dla których jedynymi autorytetami są pieniądze, władza i sztuczna młodość prowadzące na samo dno.


Kilka ilustracji z książki wydanej przez W.A.B.







cytat pochodzi z książki

z punktu widzenia trzepaka czyli cztery odsłony Plebanek


W końcu mogę powiedzieć, że czytałam wszystkie książki autorki. Mogę teraz je porównywać, dyskutować o nich, wybierać najlepszą i tą, która mi osobiście najmniej przypadła do gustu. Już kiedyś pisałam o dwóch pierwszych pozycjach autorstwa Grażyny Plebanek – o Pudełku ze szpilkami oraz o Dziewczynach z Portofino. Pozwolę sobie w skrócie przybliżyć te dwie książki oraz, także w skrócie opisać dwie przeczytane przeze mnie w ostatnich dniach – Przystupę oraz Nielegalne związki.
Po lekturze, trochę być może niechronologicznej mogę zauważyć, że proza Plebanek ewoluuje, zmienia swoje tło. Gdy zaczynałam przygodę z tą autorką zachwyciłam się realizmem jej książek i tematyką, która w pewnym stopniu dotyczyła mnie osobiście. Dotyczyła czasów, w których przyszło mi żyć, będąc w wieku bohaterek autorki. Dziewczyny z Portofino porównałam do siebie i swoich koleżanek – tak bardzo ich przygody i przeżycia przypominały mi nasze, być może nie w takim stopniu jak Agnieszki, Beaty, Mani czy Hanki i nie tak tragiczne one były ale obrazy im towarzyszące – betonowe place zabaw, które placami zabaw były tylko z nazwy, zabawy uatrakcyjniane naszą fantazją czy będące trochę obok problemy z jakimi borykali się nasi rodzice były znajome. Z bohaterką Pudełka ze szpilkami również kobiety, będące dziś w moim wieku mogą się identyfikować – znowu ten sam czas uchwycił nasze dojrzewanie, dorastanie i emocje charakterystyczne dla czasów.
W książkach tych łatwo mi było się znaleźć – bez problemów mogłam rozpoznać w nich przeszkody, które spotykali moi rodzice, tak samo jak rodzice bohaterek Plebanek, przypomnieć sobie podobne, a jeśli nie takie same otoczenie – mam tu na myśli szarość ulic, brak zieleni, nocne kolejki za czymś, co rzucono na półki i inne charakterystyczne dla czasów znajome obrazy.



"(...) to życiowa książka, prawdziwa, śmieszna, a i momentami smutnawa … ale takie jest życie. I właśnie dlatego nie odrzuciłam jej jak pudełka ze starymi szpilkami, ale przeczytałam od deski do deski i było całkiem przyjemnie i całkiem wygodnie, bo faktycznie jest to książka o poznawaniu siebie. "





Kolejną książką, po którą sięgnęłam były Nielegalne związki – jakże odmienna książka Plebanek od poprzednich czytanych przeze mnie. Odmienna, choć również dotycząca problemów jednostek, które przedkładają się i tworzą problemy całych rodzin i otoczenia.
Tym razem jednak nie dotyczą one bezpośrednio kobiet. Nielegalne związkiPudełkiem ze szpilkami w męskim wydaniu, w męskim świecie.
Nielegalne związki to – traktując po męsku – pudełko z mokasynami. To męskie spojrzenie na miłość, na świat problemów otaczających mężczyzn. Próba zrozumienia uczuć kierujących rodzajem męskim w obliczu własnych słabości i nieudolności. W tragicznym świecie grzechu i niezrozumienia.












"U Plebanek dziewczyny, a właściwie dziewczynki z blokowiska są zdane same na siebie. Same kolorują sobie to życie i starają jakoś je ułożyć, zaplanować przyszłość. Same żyją z własnymi problemami bo rodzice mają swoje partie, podbite oczy i delirki. A one? One się starały i to, jak im wyszło, jak się skończyło może nie zawsze odpowiadało ich wizjom ale było dobre. Tylko ten bagaż dzieciństwa pozostał. Bo Beata, Hania, Mania czy Aga wydają się być doroślejsze od dzisiejszych dziewczyn w ich wieku, bogatsze w doświadczenia, „mądre i silne kobiety”."



Po jakże emocjonalnie wyczerpujących Nielegalnych związkach znowu zmieniamy punkt widzenia na damski – choć to tylko mój punkt spojrzenia, ponieważ Przystupa powstała przed Nielegalnymi związkami. Można więc powiedzieć, że po trzech podejściach kobiecych Plebanek wyraziła się po męsku. Kimże jest tytułowa Przystupa. No tak, ktoś kto nie miał nawet książki w rękach nie może domyślać się, że chodzi o młodą, prostą wiejską dziewczynę, która buntuje się przeciwko bezowocnej egzystencji (bo trudno nazwać to życiem) u boku ojca i jego drugiej żony. Nie należy się dziwić Przystupie, że ucieka od pola, kartofli, kłótni i nocnych pojękiwań macochy w objęciach męża. Rzucając szkołę, pakując trzy przysłowiowe rzeczy na krzyż i pomarańczową, jakże wymowną kurtkę Przystupa wyrusza do miasta. Przypadkiem dostaje jedyną pracę, do jakiej się nadaje bez kwalifikacji. Zostaje pomocą w domu bogatych ludzi. I to nie byle jakich ludzi – w rodzinie Gwiazdy pop. Tu dopiero zaczną się przygody, czasami tragiczne dla Przystupy, które rzucą ją na głęboką wodę – dosłownie i w przenośni, być może uszczęśliwią ją, a na pewno wiele nauczą.

Jeśli wolno mi wyrazić swoją opinię na temat prozy Grażyny Plebanek wolę ją w wydaniu damskim, być może z powodu tego, że akurat to wydanie męskie autorki, jakim są Nielegalne związki wyczerpało mnie emocjonalnie, wprowadziło moje nerwy w delikatnie przyjemny aczkolwiek dający się odczuć do dziś rezonans emocjonalny, a przede wszystkim dlatego, że jestem kobietą, która chce pozostawić zakryty ten rąbek tajemnic męskiego świata. Z niecierpliwością czekam na kolejne książki autorki, w których dojrzę żywe obrazy poruszające wspomnienia z dzieciństwa, chłodzone przez sztokholmski wiatr tak często wiejący w Przystupie i rozgrzewane czarnym, roztapiającym się w słońcu asfalem.

Kissing the Cinderella - Kissing the Witch. Old Tales in New Skins Emmy Donoghue

Zastanawialiście się kiedyś ile prawdy jest w bajkach, które słuchaliście jako małe dzieci? Czy nie byłoby dobrze usłyszeć je z drugiej strony, z punktu widzenia bohatera bajki? Jak wyglądałyby bajki, gdyby nie opowiadały ich osoby postronne a postacie w nich występujące? A gdyby tak jeszcze przenieść wszystkich odważnych i smutnych, pięknych i brzydkich bohaterów w czasy teraźniejsze, dodać im świeżości i nowości - jak brzmiałaby taka bajka opowiedziana przez współczesnego, dajmy na to Kopciuszka, który nie opowiada tyle o sobie, ile o swoim buciku, który został na balu?

Emma Donoghue opowiedziała w trzynastu przypowieściach Kissing the Witch odwróconą historię. Te baśnie widziane oczyma bohaterów brzmią zupełnie inaczej, są jak bonusy do filmu, w których reżyser wyjaśnia krok po kroku, jak powstała scena. Albo jak rozmowa z autorem książki, który wyjaśnia, co miał na myśli pisząc swoją powieść.
I w taki oto sposób poznajemy historię jabłka, które zjadła Królewna Śnieżka


Another summer in the rose garden,
I asked,
Who were you
before you chose a mask over a crown?
And she said,
Will I tell you my own story?
It is a tale of an apple.

Czy baśń o Królowej Śniegu, Kaju i Gerdzie opowiedzianą oczami dziewczynki


There in the dark grass I asked,
Who were you
before you bought me
for a handful of radishes?
And she said,
Will I tell you my own story?
It is a tale of a brother.


A może wolicie bajkę o Jasiu i Małgosi w smakowitej chatce z piernika?


I stumbled along the bridge, caught her
sleeve and asked,
Who were you
before you became Little Sister?
And she said, Tell you story?
Tale of cottage.


Jest też baśń o siedmiu krasnoludkach i Śpiącej Królewnie, która w książce staje się opowieścią o pocałunku


Climbing to the witch’s cave one day,
I called out,
Who where you
before you came to live here?
And she said,
Will I tell you my own story?
It is a tale of a kiss.


W tej książce z jakże wymownym podtytułem - Old Tales in New Skins można wybrać też historię o Pięknej i Bestii, Słowiku i wiele innych opowieści. Każda z nich poprzedzona jest przypowieścią – pytaniem, które naprowadza czytelnika na właściwą baśń. Choć ja cytuję przypowieści trochę wyrwane z kontekstu, w książce są one ze sobą powiązane. W cudowny sposób przenikają jedna w drugą, łączą charaktery i cechy bohaterów. Wygląda to trochę tak, jakby autorka zebrała wszystkich bohaterów, posadziła w jednym pokoju a oni, jeden przez drugiego, opowiadali o sobie. Do tego wszystkiego opowieści te dają dużo radości i oprócz tego, że wyjaśniają umilają jeszcze czas, który jak wtedy, gdy będąc dziećmi słuchaliśmy opowieści starszych mija miło i niestety szybko.


Emma Donoghue znalazła się wśród nominowanych do tegorocznej The Man Booker Prize


cytaty pochodzą z książki

Cztery ściany wspomnień - przedpremiera Domu tysiąca nocy Mai Wolny



„Już dawno przestałam wierzyć w moją datę urodzenia, kochany. Mam pięćdziesiąt lat, ale moje nogi są wciąż zgrabne i szczupłe, jak u młodej dziewczyny (…) To pomyłka na moją korzyść, pomyłka fizjologii i genów, pomyłka Wielkiego Zegarmistrza, Orologiaio Grande.”

Tak zaczyna się ukazująca się jutro książka Mai Wolny Dom tysiąca nocy, tym podsumowaniem życia, sumą półwiecza. Zastanawiałam się czemu ten dom jest domem tysiąca nocy? Teraz już wiem, to wielka księga lat radości i smutków, uśmiechów i westchnień, w domu tym rozgrywały się miłości i dramaty, rodzili i umierali ludzie. To dom, który żył.
Dziś mieszka w nim następne pokolenie, które dopisuje kolejną część jego historii, swoją historię – rodziny Russo. Właściwie wszystko rozgrywa się pomiędzy najstarszą przedstawicielką rodziny i najmłodszym jej pokoleniem. Między babcią i wnukiem. Carla kobieta, która zawiodła się na życiu i na sobie, matka nie potrafiąca przyjąć własnego dziecka do serca budzi je i porusza dla chorego wnuka. Bruno wychowany bez matki, darzy babkę miłością dziecięcą, choć związany jest z Carlą emocjonalnie, jednak jak każde dziecko pragnie samodzielności. Jest też polski akcent w książce Mai Wolny – Malwina, dojrzała kobieta po tragicznych przejściach, która ma być pomocą dla Carli w jej starym i samotnym życiu. Malwina - wyimaginowana kochanka Nietzschego - Malwida.

Miedzy lazurem morza, ukojeniem w cieniu, między słonecznym porankiem i aromatycznym wieczorem są życiorysy bohaterów. Mocne i bolesne historie, zdarzenia niewyjaśnione i niezrozumiałe dla nich. W tych dramatach i rozterkach wybucha bomba uczuć, która nie mogła nie odpalić. Targani silnymi emocjami ludzie, którzy żyją w swoim świecie, domyślając się większości faktów o sobie, powoli otwierają się, wynaturzają. Początkowo nieśmiało, skubiąc fakty jak delikatną skorupkę jajka, zamykając jak kwiat na noce budują uczucie. A jednak te strachy i ból wybuchają jak wulkan i jak wulkan niszczą.
Czy można pogubić się w uczuciach? Czy można nie odróżnić tęsknoty od płytkich i szybkich uczuć. W reszcie czy można ZABIĆ miłością?
Dom tysiąca nocy to dramat wielu rodzin, choć rozgrywa się w przysłowiowych czterech ścianach czasem wychodzi poza nie. Wypływa jak niszczycielska lawa, zagarniając po drodze bolesne wspomnienia. W tej książce można odkryć niecałe dwieście stron włoskiego klimatu pachnącego pomidorami i bazylią, ukwieconych uliczek Sorrento i ścian przepełnionych bólem - zbyt duży kontrast? Nie w wydaniu Mai Wolny - w tym przypadku to mocna lektura na jeden wieczór.


„Już dawno przestałam wierzyć w moją datę urodzenia, kochany. Mam pięćdziesiąt lat, ale moje nogi są wciąż zgrabne i szczupłe, jak u młodej dziewczyny (…) To pomyłka na moją korzyść, pomyłka fizjologii i genów, pomyłka Wielkiego Zegarmistrza, Orologiaio Grande.”

… tak kończy się Dom tysiąca nocy, w którym noc być może nie przestaje tworzyć swych historii.


O książce przeczytacie też u Matyldy.


cytaty pochodzą z książki

Nowy Archipelag już jest!

Już jest! Długo oczekiwany drugi numer Archipelagu.


To ogromna gratka dla czytelników i wielka radość dla tworzących magazyn. Zagłębiając się w lekturę odkryjecie nowe znaczenie słowa dom, bo dom w literaturze ma jedną cechę wspólną – każdy może w nim zamieszkać. Czy Tolkien mieszkał w magicznym pałacu, a może Jane Austen w malutkim romantycznym domku? Jak to jest zamieszkać w książce? I co warto czytać w jesienne wieczory. Ze swej strony polecam także artykuł, który pozwoli poznać niepoznane, złamać stereotyp, czyli świadome czytanie o moim kochanym Nabokovie. Na te wszystkie pytania odpowie nowy Archipelag, który jest już dostępny na stronie http://www.archipelag-magazyn.pl/




Czytając baczcie na to, że dzieli nas tak wiele kilometrów, różnic kulturowych i światopoglądów, a jak owocnie łączy ten jedyny w swoim rodzaju Archipelag. Milej lektury!