vivre la france


Nie będzie mnie – nie będzie nie tu tak często jak zwykle bywam, a to za sprawą kolejnego naszego wyjazdu. Wakacyjny bajkowy wyjazd znowu przed nami (zdjęcia z wyprawy po południu Europy można zobaczyć TU). Tym razem jedziemy w kierunku zachodu, a naszym głównym celem jest Francja. I choć wyjazd stał pod wielkim znakiem zapytania z powodu powodzi – myśleliśmy o pomocy, zarówno naszych rąk jak tej finansowej – no bo jak tak możemy balować, jak inni cierpią?!:( ale w miarę opanowywania sytuacji wracały nam chęci i humor. Tak więc tym razem odwiedzimy:

Domek :) Genshagen, KOELN, PARIS, etretat , colleville, saint-quentin-sur-le-homme, le Mont st. Michael, Nantes, Angers, Saumur, rigny-usse, azay-le-rideau, villandry, Tours, chenonceaux, amboise, chambord , blois , bourges, Clermont-Ferrand, valence, Avignon, frejus, Luzern, tasch, zermattmatterhorn, norymbergia, Genshagen, Domek:) (pewnie są tu błędy:/)

Oczywiście postaram się zdawać małe relacje z kolejnych etapów podróży, jednak nie wiem na ile będę miała czasu i sił oraz możliwości (głównie tych internetowych).

Całuję Was i z góry przepraszam za brak odpowiedzi na komentarze i brak odwiedzin na Waszych cudnych blogach, za którymi będę tęsknić.
Czaro dziękujemy za paryską pomoc:)
monika

Pies też człowiek czyli w Krainie Chichów Jonathan'a Carroll'a

Czy można poznać swoją przyszłość w księdze życia? A może można pokierować swoim życiem i zmieniać jego bieg? Czy psy mogą mówić, albo też czy ludzie mogą zamieniać się w psy? Czy bezgraniczne uwielbienie do autora może być niebezpieczne, a Kraina Chichów przestrogą dla ciekawskich?
"Pytania są niebezpieczne, Nie szukaj ich, będą spały. Zapytasz - zbudzisz i znacznie więcej niż myślisz pytań powstanie".

Kraina Chichów
– już sam tytuł jest przerażający i nie potrzebne mi zapewnienia samego autora i wydawcy, że podczas lektury zjeży mi się włos na głowie. Chichy i chichoty kojarzą się z czymś strasznym i tajemniczym, a jak dodać do tego magiczny świat masek i lalek robi się czarodziejsko. Mi wystarczyło jeszcze aby doszła do tego historia z powstawaniem biografii pisarza (jak ghost writer) i byłam szczęśliwa. Książka Jonathana Carrolla to powieść o powieści, to praca pisarza o pracy pisarza, to książka w książce.
Tomasz, syn znanego aktora – no właśnie tego wiązania jego osoby z osobą ojca Tomasz nie lubi – więc zacznę od początku …
Tomasz – nauczyciel języka angielskiego w jednym z gimnazjów, od dziecka wielbiciel Marshall’a France’a autora książek cokolwiek odmiennych i kolekcjoner masek spotyka na swojej drodze drugą, równie sfiksowaną na punkcie France’a osobę – Saxony. Dla tych dwojga jawi się możliwość napisania biografii ukochanego autora, możliwość odkrycia źdźbła prawdy jego owianego tajemnicą życia. A może wejścia do zakazanego świata Marshall’a? Świata, do którego nikt nie ma wstępu, albo nie ma wyjścia – jak już doń wejdzie. Świata stworzonego przez samego autora, w którym nic nie jest tym na co wygląda. Kraina Chichów to duża dawka emocji i magii – mówiących psów, dziwnych ludzi i kotów kłaniających się na dzień dobry. Kraina zapisana na kartach przedziwnej książki autorstwa zmarłego France’a – rozpisano w niej każdą godzinę z życia pojedynczego mieszkańca wioski, każdy ich krok a nawet sposób w jaki umrą. Ale książka ta też kiedyś się kończy i aby życie w Galen mogło toczyć się dalej trzeba przywrócić do życia jej autora – a to już zadanie dla ghost writer’a ...

„Mój widelec miał postać srebrnego błazna, z głową odrzuconą do tyłu i zębami widelca wychodzącymi z otwartych ust. Nóż był ręką o smukłych muskułach, ściskającą coś w rodzaju łopatki czy rakietki. Nie pingpongowej, raczej zbliżonej do przyrządu, którym łoi się dzieci w angielskich szkołach prywatnych. (…) Jej widelec był wiedźmą na miotle: miotłą były zęby, trzonkiem miotły – uchwyt widelca”.
J. Carroll, Kraina Chichów, s. 94.

szare, bure i pstrokate -po prostu koci świat -Doris Lessing "O kotach"


Nie jestem kociarą, nawet za nimi nie przepadam, choć miałam w swoim życiu kota. Tak, miałam kota i psa też miałam i to wszystko w tym samym czasie. Kot mieszkał sobie u mnie w pokoju, wychodził z niego kiedy chciał, bo z mojego pokoju również było wyjście na taras, a pies – pies miał lepiej, bo żył sobie w niejednym pokoju, ale z reguły, kiedy kot był w domu, pies siedział z nosem przy drzwiach i węszył. Moją kotkę przestałam lubić od momentu, kiedy - wystraszona co prawda - mnie podrapała i to okrutnie, wyrywając się z moich rąk i uciekając przed czymś co ją wystraszyło. Szybko mi ta złość minęła jednak strach pozostał, mimo to nie chciałam aby stała się jej krzywda, a jednak coś się stało, bo już nigdy nie wróciła do domu z jednej ze swoich wycieczek. Kot na zdjęciu z okładki bardzo mi ją przypomina – biała sierść, czarne uszy i czarna łata na plecach.
Powtórzę się – nie jestem kociarą (choć lubię Filomenę, która zamieszkała u E. bo Fila to prawdziwa kobietka – uwielbia TOREBKI, wprost szaleje za każdą, swoimi zielonymi oczami potrafi w jednej sekundzie zlokalizować torbę gościa, szczególnie gościa płci żeńskiej, a jeszcze szczególniej jeśli torba ta posiada świecące dżety;)) to jednak jestem fanką Doris Lessing i z tego tez powodu książka O kotach znalazła się w moim stosie. Ta cienka książeczka to, pomimo mojej całej antypatii do kotów (oprócz Fili) zabawna i sympatyczna opowieść o sierściuchach w życiu autorki. Ja nie odebrałam jej jak opowiadania o tym jak to Doris przekonuje się do nich, jak przygarnia ciągle następne, nowe koty, bo dla mnie to książka o przygodach tych kociaków. To ich świat, ich życie i zwyczaje, to nawet – mam wrażenie – ich myśli. O kotach jest jak spisana przez człowieka a opowiedziana przez koty historia o kocim życiu. Wszystko dlatego, że jeszcze nie potrafią one pisać, choć kto wie, może te przebiegłe i mądre stworzenia niedługo odkryją w sobie tę zdolność?

„Rufus ma inteligencję nastawioną na przetrwanie. Charles to badacz, ciekawy wszystkiego: ludzkich spraw, gości przychodzących do domu, a zwłaszcza naszych gadżetów. Magnetofon, kręcący się talerz gramofonu, telewizor, radio – wszystko to go fascynuje. Gołym okiem widać, jak główkuje, dlaczego z pudełka wydobywa się głos bez ciała. Jako mały kociak zwykł zatrzymać obracającą się płytę. Kładł na niej łapkę, podnosił, znowu kładł, wreszcie patrzył na nas i miauczał pytająco. Zaglądał do radia od tyłu i próbował zobaczyć to, co słyszał.”

Może gdyby ta książeczka doczekała się kolejnych rozdziałów, przygód i części skusiłabym się na kociaka, zapałałabym miłością do miauczącej małej kulki, kto wie?

P.S. o O kotach pisała także Skarletka – o TU pisała!




D. Lessing, O kotach, s. 159.


Bajka i wizja końca świata czyli Murakami po raz drugi

Dwa światy, dwóch bohaterów czy też raczej jeden żyjący w dwóch światach jednocześnie – niby różni a jednak szukający tego samego. Dwa światy jak dwa tytuły – ten tragiczny, ziemski, ze wszystkimi okrucieństwami, kłamstwami i kombinowaniem i ten bajkowy, cudowny świat z tajemnicą i przygodą. Dwa światy jak dwa stany świadomości. Sen i jawa. Dzień i noc. W obydwu misja do spełnienia. Ale czy codzienne życie to nie misja? Czy każdy z nas nie jest jak ten cyfrant Murakamiego czy jak Czytający Sny. Otaczający świat ma w sobie każdego dnia cząstkę końca świata i baśni, i każdy jest przygodą, w której ludzie szukają i dążą do miłości.
Koniec świata i Hard-boiled Wonderland Haruki Murakami to opowieść o tych dwóch światach, z których każdy ma swojego bohatera. Zarówno ten o tajemniczo brzmiącym zawodzie – cyfrant - ostatnia żyjąca ofiara tajemniczego Systemu i eksperymentu, polegającego na wszczepieniu do mózgu czytnika rozszyfrowującego zakodowane informacje i jeszcze bardziej tajemniczy, ze świata bajki, z Miasta - Czytający Sny, który jest podświadomością tego pierwszego, realnego - muszą wybierać. Wybrać wieczne życie albo śmierć, miłość albo skamieniałe serce. Każdy wybór ma jednak swoją cenę.
Książka ta jest jak sen o przygodzie - bo senny koszmar, choć czasami przygody bywały straszne - jednak nie pasuje. Choć zjawy, mary i wszystkie plagi jakie spotykały bohaterów Murakamiego do przyjemnych nie należały, to jednak śmiało można powiedzieć, że fascynujące były. Chętnie wyśniłabym przygodę z podziemi czy Zwierza o złotej sierści z tajemniczego Lasu.
I kto to mówi – ja przeciwniczka, niezdecydowana i czasami zniesmaczona. Jednak tym razem nie można było oderwać mnie od lektury, a to jak ją wczoraj streściłam A. powinno zostać napisane tu w tym miejscu. Jednak emocji nie da się przełożyć na papier. Mogę powiedzieć jedno – po lekturze Końca świata … nie wiem co czytać.

„Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć do ręki kolejny sen i spróbować jeszcze raz. Chodziłem już do magazynu sam. Wybierałem jeden z niezliczonych snów i przenosiłem go na stół. Dziewczyna wycierała go z kurzu najpierw mokrą, potem suchą szmatką. Czysty sen lśnił bielą świeżego śniegu.
Kładłem dłonie na czaszce i ogrzewałem ją palcami. Gdy przekraczała pewien próg ciepła – nie większy niż okruch zimowego słońca – sama zaczynała promieniować ciepło i opowiadać zapisany w sobie sen. „
H. Murakami, Koniec świata ..., s. 209.

Highball*


Bywają książki, które chcielibyśmy aby się nie kończyły. Wciągają od pierwszych zdań tak, że nie sposób się oderwać, a jednocześnie szkoda nam je czytać, żal docierać do ostatniej strony. Tak zaczął się Bar dobrych ludzi. Oszalałam, chwaliłam i nie mogłam się oderwać – a jak się skończył? … hm o tym później.
Książka JR Moehringer’a to powieść autobiograficzna, opowiadająca o wchodzeniu w dorosłe życie chłopca - JR - wychowywanego przez matkę, który namiastki ojcowskiego uczucia poszukuje w … barze. Jednak niezwykły to bar, już sama jego nazwa Dickens dużo mówi o jego oryginalnym charakterze.


"Zawsze gdy wchodziłem przez frontowe drzwi, czułem się tak, jakbym stał na progu niekończącej się powieści. Możliwe, że Steve chciał wywołać takie wrażenie już wtedy, gdy nadał barowi nazwę Dickens. Stworzył własnych dickensowski świat, w którym nie zabrakło nawet dickensowskiej mgły – gęstego dymu cygar i papierosów."

Poza barem JR wychowuje się w domu zdziwaczałego dziadka i zastraszonej babci, wśród starych posklejanych taśmą izolacyjną mebli, ciągłych krzyków dziadków i pozostałych mieszkańców domu. Ojciec JR zostawił jego z mamą (a raczej oni go zostawili) kiedy chłopiec miał kilka miesięcy – od tego czasu rozrywkowy tatuś, gwiazdka lokalnego radia jest dla chłopca tylko Głosem. Głosem za którym tęskni i którego szuka wśród najbliższych jemu mężczyzn przesiadających w Dickensie.
Marzeniem tego chłopaka są studia prawnicze i możliwość zarobienia dużych pieniędzy tak aby móc jednocześnie ukarać Głos i spełnić marzenia matki.
I choć większość czasu JR spędza wśród drobnych pijaczków przesiadując w zadymionym barze udaje się jemu dostać na studia w Yale. Ale czy przesiąknięty barowymi zwyczajami i atmosferą, zamknięty wokół uczuć przyjaciół od hokera i kufla będzie w stanie wydostać się z tej barowej rzeczywistości, która pozwala jemu zapominać o własnych kompleksach? Czy tam, gdzie nie będzie źródła wiecznej radości i zawsze rozumiejących przyjaciół JR będzie w stanie poradzić sobie z życiem?
Dickens był jego drugim domem, zapomnieniem dla szkolnych i domowych problemów i nieudanych związków z kobietami. Bar i JR dojrzewają wspólnie – Dickens (przemianowany później na Publicansa) wraz z J.R., a on razem z barem. Jest świadkiem, pierwszych zawiedzionych miłości i pierwszych doświadczeń z seksem, spełnienia marzeń kiedy dostaje się na uniwersytet Yale, pracy w magazynie "Modne wnętrza", czy w „New York Times”, wreszcie to przyjaciele z baru są pierwszymi krytykami JR, kiedy pisze teksty do gazety czy zaczyna pracę na książką. Bar jest jak konfesjonał, w którym dzieli się swoimi rozterkami i niespełnionymi pragnieniami, to barowym kolegom powierza swoje cele i ambicje.
Publicans porównany do lampy Alladyna miał pomóc spełnić wszystkie marzenia JR, dać jemu radość. Staje się jednak ciemną studnią, która pomimo licznych towarzyszy nie jest w stanie dać tego szczęścia, którego oczekiwał JR. To swego rodzaju sanktuarium JR, miejsce święte dla wielu mężczyzn z Manhasset okazuje się tylko gąbką, która przyjmie wszystkie żale i smutki jednak nie rozwiąże problemów i nie będzie żyła za człowieka.
Aby móc spełniać marzenia i „swobodnie trwonić czas, obserwować źdźbła trawy” trzeba wyjść z cienia, wypłynąć z barowego kufla piwa i zacząć robić coś w kierunku spełniania marzeń, zacząć żyć.
I byłoby pięknie gdyby autor zakończył swoje wywody, swoje barwne opowieści kilkadziesiąt czy kilkaset stron wcześniej (około 150 byłoby idealnie). W tym miejscu, nawet jeśli JR nie zmądrzał, nie nauczył się doświadczeniami innych, powinien dać nam autor więcej możliwości domyślania się, dopowiedzenia. Wierzyłam w to, że Dickens to kopalnia przyjaciół, podobnie jak domyślałam się, że niektóre z tych przyjaźni prędzej czy później rozpadną się, nie koniecznie w dobrej atmosferze ale na tych domysłach i wierze wolałabym pozostać. Bo tak jak rozpoczynając książkę nie chciałam aby się kiedykolwiek skończyła tak na 420 stronie miałam już dość! Odnosiłam wrażenie, że upijam się barowymi oparami, spowija mnie papierosowy dym, a mnogość poznanych ludzi pomieszała mi wszystkie wcześniej ustalone związki i znajomości. Chętnie przeczytałabym Bar dobrych ludzi raz jeszcze, pozbywając się kilkudziesięciu stron a pozostawiając bogate zakończenie tej barwnej jak papuzie pióra historii.














































Moehringer, Bar dobrych ludzi, s. 325; s. 467.

* Highball to tak popularny w latach 20 dwudziestego wieku drink, że "New York Times” podjął starania, by wyjaśnić jego pochodzenie - wynalazł go nowojorski barman, a nazwę swą zawdzięcza łatwości i szybkości przygotowania (highball = w języku maszynistów oznacza pospiesz się)

mały CIESZY OKO STOSIK



To w jakim tempie urósł ten stosik zakrawa na cud …tak wolno jeszcze nie zbierałam raptem czterech książek:) Ten przytulaśny stosik złożyłam z książek nabytych z różnych źródeł i w końcu to taki trochę odwet za nieudany stos świąteczny :/

Erich Fromm Mieć czy być – nabyty dziś w E.

Haruki Murakami Koniec świata i Hard-boiled Wonderland – również dziś i również w E. (choć miało być South of the Border, West of the Sun – ale okazało się, że to wcale nie takie proste kupić w E. książkę obcojęzyczną i do tego tą upatrzoną)

J.R. Moehringer Bar dobrych ludzi – allegro, książka baśniowa, z tych, które szkoda kończyć!

Philp Roth Cień pisarza – przypadkiem, wczoraj, Matras za 6,40!



I znowu ten dylemat … czytać dalej to co zaczęłam czy zabrać się za tak stosikowe pokusy?

i po zmierzchu czyli Haruki Murakami





















Po książki Murakamiego sięgałam wielokrotnie i pewnie większości z Was znane jest moje rozdarcie między chęcią czytania a niemożnością przebrnięcia. Nie wiem sama czemu po kilkudziesięciu stronach tak się zniechęcałam? Odnosiłam wrażenie, że właśnie to co mnie fascynuje w jego prozie – tajemnica i mroczne zakamarki psychiki ludzkiej, tak różne doświadczenia bohaterów, które generują ciekawą książkę - jednocześnie mnie odrzuca. I choć przeczytałam, a właściwie zaczęłam tylko kilka książek tego autora - Ślepa Wierzba i Śpiąca Kobieta, Tańcz, tańcz, tańcz, Norwegian Wood - to prozę Murakamiego odczuwam jako coś przystępnego i łatwego, bo pełnego współczesnych symboli charakterystycznych dla mojego pokolenia - motywy muzyczne i literackie, znane przecież dla większości z nas, piękne obrazy i fascynująca odległa kultura.
Po zmierzchu wzięłam do ręki przypadkiem – czy coś może dziać się przypadkiem? – chciałam w końcu przebrnąć choćby przez jedną książkę Murakamiego, a ta wydała mi się przystępna - jak każda od pierwszych stron;/ Pewnie sprzyjały też okoliczności, bowiem akurat nie miałam nic innego do czytania (hmm za plecami miałam księgarnię ale ten fakt przemilczę) a czekały mnie długie samotne chwile … przy kawie.
I pewnie gdyby nie fakt, że chwile wyczekiwania minęły przeczytałabym książkę do końca pochłaniając kolejne filiżanki kawy. Tak! Jest udało się wciągnęła mnie! Tylko czemu akurat ta, która jest inna od pozostałych, ta uznawaną za gorszą, łatwiejszą? Bez charakterystycznej dla niego tajemniczości bez podświatów przywodzących na myśl podzbiory ludzkich żyć i bez tej eksploracji świadomości. Ha! brakowało mi tego – możecie mi wierzyć albo nie ale chłonęłam książkę, bo czekałam na jakiś zakręt typowy dla Murakamiego!
W Po zmierzchu spotkamy dwie siostry – tę słabszą i uważająca się za gorszą Mari, jeszcze uczennicę i Eri modelkę – piękną dziewczynę. Razem z Mari poznajemy Takahashiego -studenta, oraz trzy kobiety, które prowadzą dom miłości - byłą zapaśniczkę i jej dwie współpracownice. A także informatyka z wielkiej firmy komputerowej, mafiozo i chińską prostytutkę, ciemne ulice i sny…
… nie mogę tak zupełnie ogołocić książki z tajemniczości – już sam fakt, że jej akcja toczy się od północy do świtu dodaje trochę z tej aury, plus Eri, która śpi od dwóch miesięcy.
Może zdoła mnie ta cząstka przenieść w świat książek Murakamiego? Może Po zmierzchu uda się mnie rozpędzić w stronę jego prozy?

ARCHIPELAG!


Już jest! Internetowy magazyn bukinistyczny stworzony przez pasjonatki, miłośniczki książek i wszystkiego co z nim związane, blogerki. Pismo stworzone dzięki wielkiej wytrwałości, powstałe z prawdziwego uczucia! Jeśli macie ochotę poczytać o dobrej literaturze, podziwiać fantastyczne zdjęcia i dowiedzieć się tego, czego jeszcze nie wiecie zajrzyjcie TU.

Just a perfect day czyli dziś mamy 4 maja


Ciężko pisać o książce, o której tyle już napisano i o której Zosia, od której książkę otrzymałam napisała wszystko, co można o niej napisać. Zacznę od tego, że ten tekst nie pojawia się bez przyczyny akurat dziś, choć książka przeczytana leży już od kilku tygodni. Tak sobie wymyśliłam, że pojawi się ona 4 maja – bo tytułowy piękny dzień to właśnie czwarty dzień maja, dziś są też moje imieniny - dlatego tak mi się skojarzyło i tak sobie wymyśliłam, że kilka słów na temat książki pojawi się akurat w dzisiejszym dniu. Nie ukrywam, że ten fakt wzmocnił mój pozytywny odbiór książki, lubię konkretne daty, które łatwiej przyswoić, skojarzyć. Do tego piękna piosenka, która „krąży” po stronach książki – Perfect Day Lou Reed’a oraz dopełnienie całości - słoneczna okładka i zapowiada się przyjemna lektura.



Owszem lektura przyjemną jest ale tytułowy piękny dzień Melanii Mazzucco wcale do pięknych nie należy. To historia o odrzuconych i zapomnianych marzeniach, o niespełnionych planach i żalu za nimi. Emma niespełniona piosenkarka, niedoceniana żona i matka próbująca odzyskać miłość dzieci. Antonio zazdrosny i ciągle kochający swoją byłą żonę policjant. Elio senator, który zapatrzony w siebie i swoją karierę polityczną, tu i ówdzie skrywane romanse nie zdaje sobie sprawy jak bardzo oddala się od rodziny i jak szybko może ją stracić. Maja, żona Elia, trzydziestoletnia kobieta, która dopiero odkrywa sens i cel życia. Jeszcze kilka innych osób, których marzenia ciągną się za swoimi właścicielami jak popołudniowy cień na brudnych ulicach Rzymu. Rzymu tak innego od tego, którego obraz powszechnie jest nam znany, bo to miasto w książce Mazzucco jest brzydkie i brudne, to miasto z którego wszyscy chcą uciec, pragnąc poznać lepszy świat.
Taki piękny dzień to książka skoncentrowana na jednym dniu, to dwadzieścia cztery rozdziały jak dwadzieścia cztery godziny, zgrabnie oddzielone chwile z życia tych zagubionych ludzi. Przecinające się jak tory metra w Wiecznym Mieście, wszystkie dążą gdzieś w innym kierunku, a jednak na końcu drogi spotykają się. Nie sposób oderwać się od książki, od akcji, która zdaje się po tych torach pędzić jak wagon metra, wyhamowując tylko czasem, tak aby zabrać w tę podróż dnia jeszcze kilka osób, których tor życia skrzyżował się z torami pędzących już w tym "pociągu" osób. Ta chwila oddechu kiedy „pociąg” zwalnia jest tylko pozorna, bo nawet kiedy wydaje się, że zwalniamy i zdołamy wypatrzeć gdzieś słońce, które zapowiada piękny dzień to jest to złudne doznanie. Nie ma miłych momentów w tych dwudziestu czterech godzinach.
To historia niewiarygodna i jednocześnie przewidywalna, bo nie da się uniknąć najgorszego jeśli pędzi się drogą życia bez hamulców. Tak nie ukrywam przewidywałam kiedy już zorientowałam się, że ten dzień do najlepszych należeć nie będzie, że gdzieś pod jego koniec pociąg życia się rozbije. Nie myślałam jednak, że na końcu tej drogi spotkam tak okrutne rozwiązanie, takie obrazy, które pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Z tego samego powodu ciężko mi pisać na jej temat, poza trywialnym "podobała się" "uderzająca" i "warto przeczytać" nie jestem w stanie nic więcej z siebie wydusić.
Szkoda, że nie da się cofnąć pięknego dnia z książki Mazzucco.