nic nie napiszę ....

Tym postem chciałabym zakończyć swoje własne, niedokończone osobiste wyzwanie Booker’owskie. Podjęłam się jego z ciekawości i oczywiście z chęci poznania szerszego kręgu autorów nagrodzonych tą nagrodą. Założyłam sobie także przeczytanie listy booker’ów dla własnej satysfakcji. Ponieważ kilka z nagrodzonych książek miałam już za sobą, postanowiłam - w ramach oczywiście możliwości -przeczytać te jedne z pierwszych nagrodzonych i moje zaległe.
W ten sposób utworzył się pierwszy stos booker’owy – z tego stosu kilka książek opisałam na blogu, kilka z nich pozostało po prostu w mojej pamięci (być może kiedyś je spróbuje odtworzyć).
Znalazły się też takie pozycje, które przeczytałam ale które mnie nie zaciekawiły. Albo o których nie potrafię napisać nic miłego, a napisania złych słów na temat nagrodzonych książek już nie chcę się podejmować, ponieważ jedno z nich nie spotkało się z przychylnością czytelników na wielu forach.
Nauczona doświadczeniem, obawiając się kolejnej reprymendy w kilku słowach napiszę tylko moje osobiste odczucia, które – zastrzegam – mogą z czasem ulec zmianie.
Tak więc w moim stosie znalazły się :


Ci co pozostali Paula Scotta - w tej książce największą dla mnie wartością literacką było to, że porusza ona problem długoletnich małżeństw. To, że autor dostrzegł jak fantastyczne, może być życie w duecie przez tak wiele lat. Mimo wielu kłótni i pretensji, mimo wielu momentów krytycznych bycie ze sobą i trwanie w radości. Przyjemna i wzruszająca lektura z dużą dawką humoru.

Moja ość w gardle, mój wyrzut sumienia – Salman Rushdie Dzieci północy – no nie wiem, nie mogę!

Zachować swój świat Nadine Gordimer – nad, którym ubolewam bo nie miał kilkudziesięciu stron (ktoś je sobie przywłaszczył) więc nawet nie tknęłam. Ale o Gordimer pisałam TU

Stare diabły – Kingsleya Amisa, których lektura była dla mnie irytująca i wolałabym chyba tą przezabawną historię zobaczyć na wielkim ekranie

I wreszcie Ślepy zabójca Margaret Atwood – do tej książki podeszłam drugi raz i po raz kolejny była ona tak uderzająca i zarazem tragicznie dołująca dla mnie, że samo jej wspomnienie wywołuje na mych ustach grymas smutku. Powieść tak złożona, że nie potrafię wyrazić opinii na jej temat w jednym zdaniu. Książka na czytanie której znalazłam sposób i to właśnie dzięki niemu wrócę do niej ponownie.
Tymi słowami nie krytykuję powyższych książek, a raczej chcę zachęcić do sięgnięcia po nie, bo przecież opinię na ich temat każdy, po przeczytaniu, będzie miał własną, niepodyktowaną moim skromnym postem.

The Gathering

„Tajemnica rodu Hegartych Anne Enright faktycznie zaczyna się tajemnicą i cała jest nią owiana. Zaczynając czytać zdobywcę Bookera 2007, chciałoby się już, już zaraz wiedzieć o co chodzi, lecz książka tak zachwyca, tak wciąga, że przemy do przodu przez strony pełne głębokich uczuć. To jest ciemny i mroczny świat śmierci w chłodnej oprawie Irlandii. Zagubiona w swoim życiu Veronica z 50 letnią historią rodziny, owianej tajemnicą, której sama nie potrafi rozsupłać. Uwikłana w nią przez swoje poczucie winy, przez miłość do rodziców i rodzeństwa, ciągle trwające w „związku” z bliskimi. Nie potrafi pogodzić się ze śmiercią brata miotając się między uczuciem miłości i nienawiści, współczucia i niezrozumienia. Silna kobieta, jak jej się wydaje i jednocześnie tak słaba, zamknięta w swoim świecie, czasem tylko budzi się w nim aby utrzymać kontakt z córkami i mężem. Anne Enright daje nam mnóstwo czasu na oswojenie się ze śmiercią Liama Hegarty, tak jak oswaja się z nią jego siostra Veronica. „Tajemnica rodu Hegartych tak mroczna i poza zmysłami jak ludzie, którzy je postradali i nikt ich nie rozumie, jednocześnie dotyka wszystkich komórek czytelnika, porusza wszystkie zmysły. Sprawia, że zastanowisz się czytelniku jak ty żyjesz, czy będziesz zmuszony rozkładać też swoje życie na części pierwsze jak Veronica? Każda tragedia rodzinna i tajemnica możliwa jest do rozwikłania dzięki miłości, której nie brakuje u Enright, wypełnia ona całą treść książki i potrafi natchnąć czytelnika. Bo nie sposób przejść obok dramatu Hegartych bez wzruszeń. Nie sposób nie wczuć się w cierpienie Veroniki, w jej niezrozumienie świata albo rozumienie go w inny sposób, jej własny sposób. Każdy rozumuje świat, miłość, śmierć i wszystkie dramaty i wzruszenia jakie nam życie "daje" w swój własny sposób. Każdy ma problem ze zrozumieniem i pogodzeniem się ze śmiercią. Każdemu z nas może zdarzyć się obwinianie za nią innych. Wtedy w głębokich zakamarkach pamięci szukamy winnych, czy to ludzi czy zdarzeń. Veronica gubi się czasami w tych zawiłościach pamięci i jej zawodności czy też nadmiernej wyobraźni. Lecz czyż jest to wystarczający powód aby „wyciągać” wszystkie historie rodzinne te czyste jak kryształ i te „brudne”? Czy trzeba obwiniać, jak robi to bohaterka Enright rodziców i dziadków i cały bieg życia rodziny za to co się stało? Czyż nie jest ważniejsza miłość, a nie powód czyjejś śmierci, która i tak już się stała? Hegarty to są mądrzy ludzie, dobrze wychowani przez rodziców. Pomimo, że było ich 12, to im się udało. A cóż z tego, że każdy jest na swój sposób dziwny? Chyba za dużo w „Tajemnicy …” jakby wstydu i smutków wyniesionych z dzieciństwa. Niedomówienie, które kładzie się cieniem na historii rodziny Hegartych jest silniejsze nawet od ogromu miłości jaka przejawia się w tej dużej rodzinie. Szkoda, że nie potrafią zaufać sobie do końca i odkryć przed sobą, „odsłonić” ten cień, wpuścić słońce jak miłość do domu.
Książka jak najbardziej ambitna, zasługująca na nagrodę jaką otrzymała. Tak wzruszająca opowieść i do głębi prawdziwa jest mocno wciągającym przeżyciem i charakterystycznym dziełem „bookerowskim”.
Ten post jest "odgrzewany" (ze starego adresu blogowego) w związku z WYZWANIEM i choć dziś pewnie napisłabym go inaczej postanowiłam nic nie zmieniać.
_________________________________
http://ksiazki.wp.pl/katalog/ksiazki/kw,37471,ksiazka.html

graj w arlekiny!

„Patrz na te arlekiny” Wladimira Wladimirowicza to mocno wykoślawiona wersja autobiografii Nabokova*. Można ją nawet określić mianem parodii biografii. Bo niby - jak czytamy - wszystko w jest w jak najlepszym porządku, dzieciństwo, młode lata, okres buntu, dojrzewanie jako pisarza, po drodze kilka małżeństw … ale jakoś to nie to. Ktoś ukrył między wersami inny wymiar. Pomimo, że imię i otcziestwo bohatera pasuje to nigdy nie poznajemy jego nazwiska (na koniec historii coś się kołacze samemu bohaterowi, że jego nazwisko chyba na N się zaczyna, aby za chwilę N zamienić na B).
„Patrz na te arlekiny” to niewątpliwie książka dla tych, którzy twórczość Nabokova już poznali, choćby w części, albo też interesowali się na tyle autorem, że lekturę jego biografii mają już za sobą. Bo w trakcie czytania „Patrz …” odnajdujemy wiele porównań książek Wadima Wadimowicza do faktycznie powstałych dzieł Nabokova – choćby często przytaczana „Tamara” to nic innego jak Maszeńka czy też Ardis kojarzący się jednoznacznie z „Adą”, „Pion bierze królową” – czyli „Król, dama, walet” , a tak częsta „Camera lucida” występująca czasem w książce pod tytułem „ Mord w słońcu” to już aluzja do nabokovskiej „Camera obscura” w wersji angielskiej „Śmiech w ciemności”. Dochodzą do tego nadzwyczaj dziwne zbieżności (czy też podobieństwa) w nazwiskach i imionach bohaterów. Bo z kim jak nie z Humbertem Humbertem („Lolita”) kojarzy się fałszywe nazwisko Wadima narratora – Dumbert Dumbert, albo też Dolly z Lolitą („Lolita” ) czy tak oczywisty Demon (ojciec Vana z „Ady” ). Tych powiązań i odniesień jest taka mnogość, że ciężko wyliczyć wszystkie. Bo czasem pojawiają się one tylko jako nikły pomysł w głowie Wadima, pomysł, który nie daje jemu spać w nocy i jako mały zalążek jawi się wielkim dziełem. Nawet poniekąd kazirodczy „związek” Wadima narratora z jego córką Bellą w sposób oczywisty nawiązuje do książek Nabokova, w których ten temat przewija się przecież często. To bardzo ciekawa gra dla wielbicieli Nabokova – choćby dla sprawdzenia swojej wiedzy na temat jego książek.
Książka ta poza tym, że ma w sobie cząstkę ekshibicjonizmu jest też rodzajem zagadki, czymś niedopowiedzianym. Jakby autor nie chciał czytelnikowi powiedzieć wszystkiego wprost. Jakby zachowywał coś dla siebie. Wszystkie małżeństwa i romanse, wreszcie ta ostatnia wielka miłość są jak odbicia prawdziwej miłości jaką Nabokov darzył swoją żonę Verę, a męki tworzenia zapewne są bardzo prawdopodobne do tych, które przeżywał sam autor „Arlekinów” tworząc pozostałe swoje – faktyczne – dzieła. Natomiast wszystkie aluzje tworzą aurę tajemniczości i zmuszają do zastanawiania się nad realnością ksiązkowego świata.
PNTA to także gra słów – bardziej czytelna jednak w języku angielskim LATH („Look at the Harlequins) , który to skrót oznacza deszczułkę – dla nas bardziej kojarzoną z patyczkiem czy różdżką – którym posługują się arlekiny. PNTA to też gra, której nauczyła małego Wadima ciotka. Gra która miała ułatwić i ubarwić życie dziecka.

"- Przestań się tak sępić! (…) Patrz na te arlekiny!
- Jakie arlekiny? Gdzie?
- Och, wszędzie. Gdziekolwiek się obrócić. Drzewa to arlekiny, słowa to arlekiny. Podobnie jak rytuały i rachunki. Wystarczy dodać do siebie dwie rzeczy – żarty, obrazy – a już masz potrójnego arlekina. No dalej. Baw się! Wymyślaj świat! Wymyślaj rzeczywistość!”*

Wreszcie arlekin to też postać trochę bajkowa i magiczna, ponadczasowa podobnie jak bohater książki, dla którego znalezienie się w danej chwili sprawia czasami problemy albo wręcz odwrotnie – potrafi on znaleźć się w kilku chwilach jednocześnie.
Właściwie PNTA chyba nie istnieje do końca, chyba z tą książką jest tak jak z tą niby biografią autora. To po trosze zły sen Nabokova, chęć wyspowiadania się przy jednoczesnym braku odwagi.

Powiem wam coś ... ale nie do końca ... bo ta książka ma niejeden wymiar!

___________________________
* V. Nabokov, Patrz na te arlekiny, s. 292, s. 15.

Anty-Christa

I znowu tak krótkie lecz jak wyraziste opowiadanie Amelie Nothomb. Tak realny, że prawie namacalny świat książki, wydarzenia zdające się być na wyciągnięcie ręki. Zdarzenia, które pochłaniają.

Występują: niewinna Blanche, diaboliczna Christa i zaślepieni rodzice.

Najpierw rozkochani, zauroczeni przyjaciele i kochający swoje urocze dziecko rodzice.
Potem z jednej stroni oszukiwani i zdradzeni znajomi z drugiej strony oburzony ojciec broniący swego dziecka. Dziecka, którego nikt nie zna, albo też każdy zna z innej strony. Dziecka, w którego ciele mieszka ….. zło objawiające się urokliwym dobrem i słodkim uśmiechem. Takich wykorzystanych i oszukanych przez to dziecko jest jeszcze wielu.
Brzmi jak z najgorszego horroru ale to opowieść o dorastającej dziewczynie z problemem akceptacji siebie i z własnymi kompleksami.
Historia tego szesnastoletniego zła wcielonego nie kończy się na głupich kawałach i czasem śmiesznych zagrywkach. To też nie problem wieku i dojrzewania.
Ta szesnastolatka to zło wcielone, to Christa w ciele Antychrysta.
Niewiele można napisać o tej krótkiej książeczce, bo szkoda opisywać te wszystkie irytujące zachowania szesnastolatki. Lepiej też nie opowiadać o reakcjach - albo też ich braku - ludzi dorosłych, zapatrzonych w dziewczynę jak zakochana nastolatka w swojego chłopaka. Przy tej książce Nothomb można się zirytować podobnie jak przy "Krasomówcy" na zaślepienie, na bezmyślny brak działań. "Antychrysta" to sam środek piekła.
Rodzice posłuchajcie czasem swoich dzieci .. one też miewają (dobre) przeczucia.
A Antychryst zaraża!
_______________________
zdjęcie pochodzi ze strony http://ksiazki.wp.pl

szach-mat ... lecz gra trwa nadal

Biorąc kolejna książkę Vladimira Nabokowa do ręki przygotowywałam się na takie same jak dotychczasowe przeżycia związane z lekturą. I być może niektórzy nazwą to znużeniem, przesytem ale ja tak nie ujęłabym tego, ta książka najzwyczajniej w świecie nie podeszła mi, nie przypadła mi do gustu. „Obrona Łużyna bo o niej mowa nie jest w moim typie Nabokowskim. Pewnie w jakiś sposób zaszufladkowałam sobie styl Nabokowa i pewnie to był mój błąd, ale przecież nie jest tak, że podobają nam się wszystkie książki jednego autora. Cieszę się, że nie wpadam w jakieś paranoidalne uwielbienie i zaćmienie, że potrafię sobie powiedzieć – NIE, ta książka Vladimirku mi nie leży.
„Obrona Łużyna to opowieść o szachiście i to o szachiście natchnionym żeby nie powiedzieć sfiksowanym. Już sam fakt, że Łużyn – tytułowy bohater, szachista nad wyraz uzdolniony – nie posiada imienia, znaczy imię to posiada ale w książce autor operuje tylko i wyłącznie jego nazwiskiem. Tym nazwiskiem zwracają się do niego znajomi po fachu, żona, rodzice i teście. Otóż temu Łużynowi – no bo jakby inaczej – wszystko jawi się figurami szachowymi. Podłoga w pokoju, siedzenia w tramwaju, latarnie w parku … wszystko to ma swoje miejsce na szachownicy, wszystko to Łużyn ustawia na niej i gra. Oczywiście nie może taki stan nie doprowadzić do paranoi, która gubi biednego Łużyna, marnuje jemu i innym życie. Tylko nasuwa się pytanie czy ten chory na szachy mężczyzna rozchorował się z powodu swojego kochanego szach-mata czy też rodzice skrzywdzili go kiedy był małym chłopcem? Bo czyż całkowite wycięcie z umysłu wszystkich myśli i wspomnień związanych z dzieciństwem nie jest tego objawem? Czy kompletne wyłączenia z otoczenia, oderwanie od rzeczywistości są objawem Łużynowego geniuszu czy „złego” dzieciństwa?
Książka pewnie tym lepsza dla czytelnika im większym znawcą czy miłośnikiem szachów on jest. Ale to też pewnie dobra lektura dla miłośników Nabokowa … bo raczej początkującym, zaczynającym „romans” z Nabokowem bym odradzała. Ciężka od wybujałego geniuszu Łużyna atmosfera dobra dla odważnych.

________________________________
zdjęcie pochodzi ze strony http://ksiazki.wp.pl/

zlecenie na miłość

Malutka, niepozorna książeczka a taki ładunek emocji. „Dziennik Jaskółki” Amelie Nothomb to cieniutki notes kojarzący się z zapiskami płatnego mordercy. Bo to opowieść o bezwzględnym, okrutnym płatnym mordercy, który w zabijaniu znajduje sens swojego życia. Kiedyś mocno zraniony przez kobietę, dziś oziębły mężczyzna znalazł sposób na „ogrzanie” swojego ciała i zmysłów. Muzyka, zapachy i smaki nie pomagają już jemu w wyzwalaniu uczuć, znajduje więc tę przyjemność w byciu seryjnym zabójcą. To przerażające i dziwne, że traktuje on zbijanie jako coś naturalnego, a każde zlecenie jak pracę. Porównując zabijanie do muzyki staje się sam dla siebie twórcą i artystą.
Ten bezimienny albo też wieloimienny bo nadający sobie odpowiednio do sytuacji nowe imię człowiek, nakręca się każdym kolejnym zleceniem do tego stopnia, że wbrew regułom i wszelkim zasadom „pracy” w takim biznesie zaczyna zabijać dla własnej przyjemności.
Podświadomie szuka on jednak kobiety - bo na ile krew, przemoc i pornografia są w stanie zapewnić jemu dawkę emocji? Szuka kobiety wśród ofiar czy też wśród podobnych jemu?
I znowu złamanie zasad eliminuje go z kręgu zawodowych strzelców, narażenie się płatnym zabójcom eliminuje go z życia, a znaleziony przez niego pamiętnik jednoczesnej zabójczyni i ofiary w nieprzewidywalny sposób powoduje zwrot akcji …
„Dziennik Jaskółki” Amelie Nothomb jest właśnie jak pamiętnik, który mógł napisać nasz bohater-dewiant. W lekki sposób i dość barwnie opisuje rytuały zabójstwa, filozofię (o ile morderstwo ma filozofie?) aktu morderstwa i zadowolenie z wykonanego zadania.
Książka napisana jest w tak obrazowy i sugestywny sposób, że wydaje się niemożliwym aby była fikcją i to jest w niej przerażające. Czytając odnosi się wrażenie, że ten psychopatyczny człowiek siedzi naprzeciw czytelnika i czując rozpierającą go dumę opowiada o tym jak osiągnął swoje mistrzostwo. Mistrzostwo!

O Nothomb pisałam jeszcze TU
_____________________________
zdjęcie pochodzi ze strony http://ksiazki.wp.pl/

Quel livre, mon Dieu!*

„Ada” czysta fantazja, czysty obraz, czysta rozkosz, wielka bajka. „Ada” niedoskonała, najsłabsza, przeceniona. „Ada” wymagająca specjalisty, czytelnika pełnego zrumienia. „Ada” problematyczna, pełna hydrografów, kablogramów, momentogramów, dorofonów i innych dziwacznych wytworów. „Ada” to Terra. "Ada" to inny świat. "Ada" oneirologiczna. Tak można podsumować w zaledwie kilku zdaniach ostatnią powieść Vladimira Nabokova „Ada albo Żar. Kronika rodzinna”. Ale to grzech! Grzechem jest sumować cokolwiek w tej książce, podsumowywać, opowiadać i spekulować (choć Brian Boyd nazwał „Adę” summą Nabokova).
Właściwie to nie wiem od czego zacząć – od tego, że „Ada” to opowieść rodzinna składająca się z pięciu, właściwie niezależnych ksiąg, które powstawały w różnych etapach życia samego autora, będącymi właściwie odrębnymi powieściami czy opowiadaniami (między innymi: rozprawa na temat przestrzeni i czasu – „Faktura Czasu” - 1957, „Listy na Terrę – 1959, „Pamięci, przemów” – 1965, publikacja książki – 1969, ciekawostka – we fragmentach „Ada” była publikowana w Playboyu)? Czy też zacząć od tego, że „Ada” to wytwór fantazji, to poniekąd powieść science fiction, która dzieje się na wyimaginowanej ziemi i opowiada o losach Ady i Vana, rodzeństwa, które połączył płomienny romans? Można tak mnożyć przykłady i doszukiwać się wątków oraz znaczeń, jednak lejtmotywem powieści jest Ardis – posiadłość rodziny Ady i Ivana – jako tło ich zabronionej prawem miłości. Początek powieści to początek dziecięcego romansu, wybuchu żaru, ucieczek we własny świat kochanków, radość z seksu. Długoletni romans Ady i Vana jest jak lokomotywa napędzająca powieść. Czytelnik, choć to zakazane, kibicuje dzieciakom w ich uczuciu. Z przestrachem otwiera kolejne drzwi do komnat, stara się zachowywać cicho aby nie zdradzić przed resztą mieszkańców obecności kochanków, ukrytych gdzieś w ciemnych zakamarkach willi. Ta lokomotywa zwalnia tempa kiedy „wjeżdża” w dorosłe życie kochanków, w rozstania i tęsknoty, małżeństwo Ady z hodowcą bydła, zdrady Vana, miłość i nienawiść jednoczesna, wreszcie starość i choroby. Z tej powieści można toczyć tak wiele innych wątków, że we współczesnym świecie specjaliści od sprzedaży zapewne mogliby stworzyć (psując oczywiście) niekończące się dzieło, sagę rodzinną. „Ada i Żar. Kronika rodzinna” jest jak rzeka z wieloma dopływami.
Książka, dla potrzeb której autor wymyślił cały, nowy świat. Na ziemi Terra (Antyterra) wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Wszystko ma swoją wymyśloną przez Nabokova nazwę, wspomniane kablogramy (telefaksy) dorofony (można myśleć, że chodzi o domofony) czy też Log jako Bóg, Lutecja będąca Paryżem czy Uniwersytet Chose czyli ziemski Cambridge to tylko niektóre charakterystyczne dla powieści i dla Terry nazwy własne. To taki zabieg autora, który miał chyba na celu odciągnięcie uwagi czytelnika od tematu zakazanego seksu. Bowiem książka nie koncentruje się na sferze erotycznej (jednak nie da się nie zauważyć motywu powtórzonego z "Lolity'), co nie znaczy, że brakuje w niej pięknych opisów tak charakterystycznych dla Nabokova. Do tego dochodzą liczne kalambury, obcojęzyczne wtręty co czyni książkę dodatkowo bogatszą i ciekawszą. Ciekawszą bo jakże inną od innych kronik rodzinnych. To kronika zupełnie innego rodzaju, innego pokroju, która wraz z "Lolitą" i "Bladym ogniem" tworzy swego rodzaju trylogię.
Aby nie wymyślać bo nie wymyślę nic nowego, aby też opisem fabuły nie pozbawić Was przyjemności czytania przytoczę zdanie krytyka – Alfreda Kazina – na temat dzieła Nabokova:

"Książka ucieka się do pomieszania języków, kontynentów, narodów, miast, wymysłów, radośnie mieszają się one wszystkie ze sobą, gdyż w języku, który nazywa się teraz Vladimir Nabokov, wszystkie oddzielne elementy jego pamięci przekształcają się w tworzącą jedną całość fantazję. (...) Nasz Władimir Władimirowicz to nadzwyczajny artysta, przy obecnym stanie powieści jest sam dla siebie prawem absolutnym . Ada (...), tworzy z nimi trylogię (Lolita, Blady ogień) niemającą sobie równych , jeśli chodzi o pomysłowy szczegół, skalę zainteresowań, formę architektoniczną, kapryśny i genialny język. Ada jest fanstatyczna." (s. 806)
_________________________________________
* co za książka, mój Boże!
więcej na temat książki na http://www.ada.auckland.ac.nz/
V. Nabokov, Ada albo Żar. Kronika rodzinna,



dla ciepłych nosków i paluszków

Abo odegnać trochę mrozu (nie strasząc zimy) ogrzać zmarznięte stópki i zahartować ducha ;) poczyniłam działania lepsze niż maksymalne rozkręcanie kaloryfera, które w moim przypadku nic nie daje ;(
Wyszłam dziś ukręcić zimie nosa, pokazać kto tu rządzi!
Szybki spacer w lesie – hmmmm mroźno, rześko i zdrowo a w domu ciepłe papucie, które Mąż nabył dla moich wiecznie zmarzniętych stópek … pozostaje mieć nadzieję, że króliki nie uciekną z zimna ;)





A może macie jeszcze jakieś dobre sprawdzone sposoby aby nie marznąć?

"Niby niewinnie tak i biało
srebrzyście jak u nieba bram
tylko że pociąg mi zawiało i marznie wszystko mi, co mam:
Futerko, a pod nim sweterek już chłodny
drży z zimna, bidulka, wrażliwa koszulka
I tylko – wstyd przyznać – ostoją bielizna
Bastionem mi ona niezwyciężona! "
B.Stępniak-Wilk "Futerko"

wszystko jest darem losu

Parę dni temu napisałam, że właściwie nic specjalnego nie wyróżniło minionego roku i muszę przyznać, że skłamałam. Owszem podkreślałam to, że nawiązałam nową, wirtualną znajomość z Medolą - tak i był to według mnie jedyne nowe warte (oj wrate!) uwagi zdarzenie zeszłego roku (dziękuję Medola). Muszę dodać, że skłamałabym gdybym nie powiązała tej znajomości z faktem ODKRYCIA nowego autora, którego poleciła mi właśnie moja wirtualna przyjaciółka. Tak mogę z pewnością powiedzieć, że 2009 rok był dla mnie rokiem odkrycia Nabokova. Cieszę się nie tylko z tego faktu, że zostałam „zarażona” tą miłością do Niego ale i tym, że „przeszło” ona na rok następny (co prawda „poznaliśmy się” z Vladimirem pod koniec roku) i zapowiada się na długie uczucie. Trwałość tego „związku” jest tym bardziej pocieszająca, że nasze pierwsze spotkanie, parę lat temu, było raczej jednym wielkim zgrzytem niż zapowiadającą się długoterminową przyjaźnią … ale dosyć już tych złych wspomnień.
Kolejnym spotkaniem z Nabokovem z dobrym nastawieniem był przystanek Maszeńka (pierwszym „Splendor”), która była małym przerywnikiem w wielogodzinnym (dniowym) spotkaniu przy „Adzie”. Jednak „rozmowy” czy też „spotkania” z autorem tak wciągają, że w moim przypadku jest niebezpiecznym zabieranie się za inną Jego książkę w trakcie czytania czegokolwiek bo wszystko co wyszło spod pióra Sirina odrywa mnie i zatracam się w błogim stanie zachwytu, zapomnienia … i uniesienia. Taka też była (jest) Maszeńka – opowieść (czy jak nazywa ją Nabokov POWIEŚĆ) o miłości. Lecz miłości po pierwsze utraconej a po drugie … nie, nie, nie tak prosto … wcale nie chodzi o uczucie kobiety i mężczyzny. Maszeńka bowiem symbolizuje wszystko to co bohater powieści utracił. Symbolizuje wszystko to co ważne a co NAM umyka.
Rzecz dzieje się w berlińskim hotelu czy też pensjonacie, a właściwie w sześciu jego pokojach. Bohaterami powieści są Rosjanie, których los zmusił kiedyś do opuszczenia ojczyzny. Te sześć pokoi przepełnionych jest tęsknotą za prawdziwym domem i niespełnionymi oczekiwaniami. Klara, Ganin, Kolin czy Podtiagin to ludzie zawiedzeni przez los, którym nie udało się zrealizować życiowego planu, być może nieudacznicy albo też wolne ptaki. Smutni ludzie bez własnego adresu, którym celem jest Ojczyzna.
Czy tylko Ganin, który potrafi zdobyć się na nie do końca uczciwe działania wywołane przez wspomnienia osiągnie cel? Albo też czy Ganin wie co jest celem jego życia?
Ta krótka opowieść to odtwarzanie życia, to film z młodości (wątek miłosny bardzo podobny do romansu młodego Nabokova) – o jej błędach i utraconych możliwościach. Utraconych ale czy straconych? Nie wydaje mi się aby kiedykolwiek było zbyt późno, nawet w szarej przytłaczającej rzeczywistości, z której - zdawać się może - nie ma wyjścia, zawsze jakaś furtka się znajdzie. „Wszystko jest darem losu” … nawet utracona miłość, o czym przekonuje się Ganin.

V. Nabokov, Maszeńka, s. 62
zdjęcie pochodzi ze strony dobraksiazka

NIESPODZIANKA

Dziś poniedziałek a ja dostałam prezent – czyżby cały taki tydzień się zapowiadał? Przed chwileczką dosłownie listonosz przyniósł książkę wylosowaną w konkursie organizowanym przez Zacisze wyśnione. Niespodzianka i radość moja są tym bardziej większe, że było zupełną niewiadomą jaka książka ze stosu trafi do mnie. I wielkie zaskoczenie – trafione!!! Bentley Little „Dominium” to dla mnie powrót do czasów … trochę odległych, miłe wspomnienie i dreszczyk emocji już od pierwszego wersu … Stephen King, latarka (bo w nocy się śpi a nie czyta) kołdra i ja …. aaa jeszcze ten strach ;-) Teraz nie będzie już latarki ale czuję, że emocje przy książce Little’a będą równie mocne!
Dziękuję Zacisze, niezmiernie cieszę się ze wspaniałej niespodzianki!

P.S. zwróćcie uwagę, jak pięknie niespodzianka została zapakowana ;-)

Dawno tu nie zaglądałam, nie „wchodziłam” na bloga, nie odbierałam poczty … nie uruchamiałam Internetu … to dobrze wróży – taki początek roku – jest nadzieja, że będę spędzała więcej czasu w sposób mniej czasochłonny, bardziej pożyteczny.
Dziękuję wszystkim za życzenia Noworoczne – mam nadzieję, że każdy z Was miło spędził tę noc? Choć mam podobne zdanie jak Matylda – dzień jak każdy inny – aby się zabawić, wypić (upić w niektórych przypadkach) nie potrzeba takiej nocy. Szkoda, że u nas nie ma jakiejś specjalnej tradycji? Szkoda, że jedyna jaka jest to niebezpieczna zabawa z fajerwerkami.
Ja w bezpiecznej odległości podziwiałam „fajerwerkowy występ” i bawiłam się wystrzałowo ;-)