szaro-bure linoleum i trampki na białej podeszwie

Mogłabym napisać, że każdy trzydziesto- i czterdziestolatek znajdzie siebie w tej książce. Mogłabym też zapewnić, że Romans licealny to nie romans, jeśli jest ktoś, kto obawia się historii miłosnych. Wreszcie mogłabym napisać, że to stereotyp lat osiemdziesiątych, wraz z całą polityczną gęstą atmosferą Polski z czasów zmian. Równie gęstą jak dym papierosowy z pierwszych postkomunistycznych pubów, coraz to odważniejszych imprez, domówek zakrapianych wszechobecnym piwem. To radość przeżywania młodości na nowo, od początku. Romans... Zaremby jest jak fotografia w sepii – a może już w kolorze (raczej w odcieniach zieleni i brązów) – przechowywana na pamiątkę szkolnych czasów. Jakże miło cofnąć się do obdrapanych ławek w sali technicznej, w której odbywały się lekcje języka polskiego, do szaro-burych korytarzy i udręk z przypinaniem, kiedy trzeba tarczy. Mogłabym napisać dużo, ale chciałabym przytoczyć cytat – niestety dość obszerny – bo nie miałam serca go skracać, cytat, który sprawił, że książka Piotra Zaremby wyszła ze mną z księgarni.


„Świat, droga młodzieży, wyglądał kiedyś nieco inaczej. Nie budziła nas, dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków, telewizja śniadaniowa, przez co nie wiedzieliśmy o istnieniu otyłych karlic akrobatek, czipendelsów i kotów, które mówią brajlem. Budził nas radziecki budzik, który za nic w świecie nie chciał chodzić tak, jak mu hejnał z wieży mariackiej kazał. A jednak zdążaliśmy do szkoły.
Na śniadanie jedliśmy kanapki z pasztetową, na święta – szynkę, która psuła się po dwóch dniach. Sery były – jeśli były – dwa: żółty i biały. Nazwy były równie umowne, jak ich ceny i kolory. Nikt nie jadał lunchu. Były drugie śniadania – kanapki starannie zapakowane przez mamy w papier śniadaniowy, który poddawano domowemu recyklingowi i jeśli się nie ubrudził , wykorzystywano go ponownie. Jadano też obiady: ziemniaki, tłuste sosy, kotlety. Mało warzyw i ryb. Na kluski mówiliśmy makaron, nie pasta, bo pastą smarowaliśmy chleb lub czyściliśmy buty. Nikt nie znał słowa cholesterol i jadł tyle jajek, ile chciał, a jednak nie umieraliśmy masowo na serce.
Nauczyciel, który potrafił przylać linijką lub połamać wskaźnik na niejednej pupie, kazał nam wkuwać mnóstwo definicji i wzorów, nękał klasówkami i straszył widmem powtarzania klasy. Mimo to nie mieliśmy jakiejś nadzwyczajnej traumy. Szczerze mówiąc nie znaliśmy tego słowa ani nie byliśmy pod opieką terapeuty. Nie uczyliśmy się angielskiego i nie chodziliśmy na balet. Żeby umówić się z kumplami na piłkę, nie dzwoniliśmy do nich wcześniej, tylko wpadaliśmy po nich do mieszkania albo darliśmy się pod oknami, żeby wyszli. Nie zabraniał nam tego nikt z TVN Style.
W owych czasach papier toaletowy występował głównie w parówkach i mortadeli, a proszek do prania prał ciuchy białe i kolorowe. Jeśli prał. Nie było kremów na dzień, na noc, na zimę i lato. Była nivea. Mimo to nie cuchnęliśmy ani nie padaliśmy na dyzenterię. Byliśmy niemodnie ubrani, a jednak udawało nam się umówić z dziewczynami, które – nie wymawiając – też nie wiedziały, kto to Jaga Hupało.
Nasi starzy nie dzwonili do nas na komórki i nigdy nie wiedzieli, gdzie naprawdę jesteśmy. Nie odwozili ani nie doprowadzali nas do szkół, odkąd skończyliśmy siedem lat. Jakimś cudem oni nie zeszli na serce, a my nie padliśmy ofiarą pedofili ani seryjnych morderców, a na źle oznakowanych przejściach dla pieszych nie rozjechały nas samochody. A przecież jakieś jednak jeździły. Nie robiliśmy sobie zdjęć do Naszej-klasy spod opery w Sydney ani spod piramid. Jeździliśmy na kolonie i obozy, zrzucaliśmy się na oranżadę w woreczku i ciastka. Nie wiedzieliśmy, co to taniec z gwiazdami, Tusk, Kaczyński, emancypacja kobiet i prawa zwierząt. My, trzydziesto- i czterdziestolatki przeżyliśmy piekło. Dlatego żądam dla nas wszystkich renty inwalidzkiej drugiej grupy!”
Manifest rencisty
Robert Mazurek „Dziennik”, 4 marca 2008*

* w książce ten tekst ukazał się w rozdziale pierwszym zatytułowanym "Zamiast wstępu" (tu, na blogu zamiast recenzji)

P.Zaremba, Romans licealny, s. 5-6.

"Postanowiłem zabić Germain"

Kanciasty łeb, wielkie dłonie, odrażająca facjata, która może przyciągać spojrzenia jedynie swoją szpetotą. Niczym nie wyróżniający się Gregoire ma plan, ma marzenie, które ma pomóc jemu zaistnieć (marzenie raczej nie z tych – „powiedz nam swoje marzenie a je spełnimy”!).
Gregoire ma też swojego idola i to jemu chce dorównać. Niestety idolem Gregoire'a jest fanatyczny morderca, postrach miasta - Angoualima. To najkrótsza z możliwych i chyba najbardziej trafna charakterystyka bohatera African Psycho
Po książkę Alain’a Mabanckou nie sięgnęłabym pewnie gdybym nie przeczytała rozmowy z Wydawnictwem Karakter, które wydało tę książkę (podobnie jak Kielonka - książka tegoż autora, która zniechęciła mnie alkoholową aurą jak i brakiem interpunkcji). Także tytuł sugerował „kopię” albo też parodię, w każdym razie nawiązanie do American Psycho B. E. Ellis’a w związku z czym obawiałam się konfrontacji tych dwóch autorów, która miałaby odbyć się na moich oczach.
African Psycho to powieść abstrakcyjno-iluzjonistyczna, w której prawda miesza się z marzeniami i snami o marzeniach. To rodzaj książki, która unosi czytelnika w psychoprzestrzeni jak w jakimś narkotycznym śnie (choć nigdy w takim stanie się nie znajdowałam to myślę, że tak to właśnie może wyglądać). Biedny Gregoire zapatrzony od lat w swego idola (no cóż, pech, że akurat mordercę) chce, jak każdy młody człowiek go naśladować. Szczyci się zasługami Angoualimy, jest nawet z niego dumny i cały czas uczy się naśladując.
Kiedy niedościgniony Angoualima umiera jego naśladowca planuje morderstwo doskonałe (!), morderstwo, które pozwoli przybliżyć się jemu choć trochę do Mistrza.
„Odtąd wstaję co rano i szepczę: Angoualima. Zasypiam co wieczór i szepczę: Angoualima. Słyszy mnie, wiem. Stał się ojcem, którego nie znałem i którego nie próbowałem poznać, z obawy, że na zawsze stracę swoją tożsamość.”

African Psycho to wielka imaginacja w otoczce smutnej i brudnej rzeczywistości ulic Afryki - sam Gregoire to chłopak z patologicznej rodziny, wychowywany w sierocińcach, rodzinach zastępczych czy przez ulicę. Tak oczywiste dla Afryki stereotypy bieda, brud, prostytucja, morderstwa wyolbrzymione w książce przez autora nabierają wymiaru komicznego i karykaturalnego. A szansą na zaistnienie i znalezienie swojego miejsca w środowisku pozostaje dla biednego niedocenianego mechanika z warsztatu samochodowego - morderstwo.
„Nie, żadna broń palna. Gdy pomyślę, że trzeba najpierw wycelować i samemu nie przerazić się huku … Jak miałbym wybrać sposób?”
Przemoc sposobem na życie, a zabójstwo to sztuka wyższa, rodzaj daru od losu, który umożliwia w mistrzowski sposób pozbawiać życia ludzi?
Czy Gregoire to nie tylko wyjątkowo nieurodziwy pechowiec, którego już własna matka nie pokochała i porzuciła, czy w dorosłym życiu także nie osiągnie swego celu i nie będzie doceniony?
A. Mabanckou, African Psycho, s. 11, s. 55, s. 149.

Mrożąca krew w żyłach gra, teatr ludzkich pragnień

Nie wiem co mogłabym napisać o kolejnej przeczytanej przeze mnie książce Ian’a McEwan’a? I nie chodzi o to, że nie jest dobra, że nie chcę pisać złych słów na jej temat albo też, oszukując Was i samą siebie ubarwiać komentarz na jej temat zakłamanymi miłymi słówkami. Nie, nie o to chodzi. To co odczuwam po lekturze jest chyba jeszcze gorsze niż gdyby miała mi się podobać albo definitywnie zniechęcić. Bo niestety – tak niestety – książka przypadła mi gustu ale para głównych bohaterów już mniej. Oj jak oni mnie denerwowali, jak jednocześnie zamartwiałam się o ich los. Chyba dawno nie czytałam takiej książki, do której chciałabym wniknąć i głupich – przepraszam - głównych bohaterów odciągnąć od tego co robią. Mary i Colin zdawali się nie mieć oczu, a ich umysł zdawał się być wyłączony co irytowało mnie niemiłosiernie!
Do rzeczy – Ukojenie to historia pary, ludzi po przejściach, których uczucie już nie jest tak potężne jak to, które ich połączyło ani nie jest też tak słabe aby z łatwością mogli powiedzieć sobie do widzenia. Podróż do Wenecji ma być próbą przybliżenia się, takim ogniwem łączącym na nowo ich związek i ogniem rozpalającym uczucie. Wydaje mi się jednak, że sposób, jaki sobie wybrali na to ponowne zakochanie nie był odpowiedni, bo gorąca atmosfera letniej Wenecji i czas spędzany na najzwyklejszym leniuchowaniu to chyba niezbyt emocjonujące i wiążące zajęcia. Takie przekładanie się boku na bok, czasem zwiedzanie, czasem seks, częściej kolacja i nudne bezowocne rozmowy (o ile w ogóle!) to nie sposób na „odgrzanie miłości”.
Książka jest dość króciutka i przyjemnie, szybko się czyta dlatego też nie będę opisywać całej treści, bo zdradzę zbyt dużo i zabiorę całą przyjemność czytania. Dla dodania pikanterii w całej tej dusznej atmosferze sypialniano-kuchennej mogę powiedzieć, że przyjaźń z przypadkową, równie dziwaczną parą nie była najlepszym pomysłem na jaki wpadli Mary i Colin.

Oprócz denerwującej niezdecydowanej parki, książka dostarczyła mi jeszcze kilka innych momentów podwyższających poziom adrenaliny (skutkiem czego mógł być "rzut książką"). Nie rozumiałam np. bezsensownego poszukiwania restauracji w celu napicia się wody! (a od czego są sklepy? – a może w Wenecji nie ma sklepów?) , że nie wspomnę o uporczywym pchaniu się w tak oczywiste kłopoty, niemalże dziecinnym zaglądaniu w zakazane. I tak naprawdę nie dziwię się zakończeniu tej całej historii, choć zdaje mi się tak głupie, że aż nieprawdopodobne.

traktat o łuskaniu życia

Piękna, wzruszająca, przenikliwa i mądra. Więcej słów, które zasługują aby nimi opisać książkę Wiesława Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli nie znajduję (tak, tak słowa muszą zasłużyć!).
To 399 stron mądrości życiowych, które przemówią do każdego czytelnika, choćby nie wiem jak się im opierał, nie wiem jak przed nimi wzbraniał. Traktat o łuskaniu fasoli to spotkanie z człowiekiem historią, i choć książka jest monologiem do tajemniczego mężczyzny przybywającego po fasolę to nie sposób odnieść wrażenie, że jest to monolog skierowany do czytelnika. A może ten tajemniczy mężczyzna jest ŻYCIEM, SUMIENIEM, PAMIĘCIĄ?! Nawet odpowiedzi na nie-zadane pytania to odpowiedzi na nasze pytania, takie same jakie zadalibyśmy siedząc i wspólnie łuskając fasolę z naszym rozmówcą.
W tym monologu znajdziemy wielu ludzi, których poznał w trakcie swojego życia bohater, wiele zdarzeń, jakich doświadczył – począwszy od radosnych i błogich czasów dzieciństwa spędzonych na spokojnej wsi, przez okres dorastania i nauki w burzliwych okolicznościach wojennych.
Czytanie snów, analiza wspomnień i doświadczeń są próbą odkrycia sensu życia, swojego rodzaju wniknięciem w los i przeznaczenie. Retrospekcja przez rozebranie na czynniki pierwsze działań, zachowań i podjętych decyzji to rodzaj podsumowania życia. W tej książce każdy musi odnaleźć siebie, nie ma innej możliwości, każdy musi cofnąć się w czasie, przeanalizować i wyłuskać sens swojego życia. Niekiedy to „łuskanie” i odnajdywanie nie przyjdzie łatwo. Czasem zasmuci rozwiązanie albo też odkryty cel, ale nawet taki pozostanie tym, do którego dążymy. Nawet ten, choćby najgorszy i najcięższy do zniesienia, podobnie jak ziarno fasoli wyłuskane ze źle wysuszonej łodygi jest życiem.

„Czyli najpierw coś musi się zdarzyć, aby potem, choćby i po wielu latach pamięć mogła to przywołać? Według mnie, są jednak rzeczy, w które lepiej, żeby się pamięć nie wtrącała. (…) Nie zawsze jednak potrzebujemy pomocy od pamięci. Bywa, że bardziej potrzebujemy zapomnienia. Ciężko byłoby żyć tak bezustannie w niewoli pamięci. Toteż musimy ją nieraz zwodzić, mylić, uciekać przed nią. Przecież na dobrą sprawę nie musimy nawet tego pamiętać, że jesteśmy na tym świecie. Nie wszystko, (…) musi się toczyć według porządku pamięci.”
W. Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, s. 395-396

Jesteśmy tym, czego się nauczymy

Każda jest inna. Tak mogłabym powiedzieć o książkach Doris Lessing. Jakąkolwiek książkę autorstwa tej sympatycznej, starszej już pani wezmę do ręki, staje się ona wielką niespodzianką i niewiadomą. Pewnie, że zdarzają się takie, które nie zachwycają i takie, które czytam do samego końca, nie mogąc się oderwać. Bywają też takie, których wspaniałość tak mnie zachwyca, że delektuję się lekturą, dawkując ją sobie, jak dobry deser. Lato przed zmierzchem właśnie do tych ostatnich należy. Tak wciąga i ciekawi, że jednocześnie chce się i nie chce zatopić w lekturze. To nie jest lekka książka, nic z gatunku przyjemnego spędzania czasu (zresztą jak chyba większość książek Lessing), jeśli ktoś liczy na dobrą rozrywkę przy tej książce to lepiej niech po nią nie sięga. To pozycja dla tych, którzy chcą przemyśleć, wniknąć w siebie, znaleźć swoje ja. Przemyśleć swoje życie, to co zrobili albo czego żałują, że nie zrobili. I choć mówi się, że nie jest dobre patrzenie w przeszłość to Lato przed zmierzchem nastraja raczej do takich refleksji -czasu nie da się cofnąć i żałować powinniśmy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Może czasem warto przemyśleć kierunek w jakim udajemy się w naszym życiu. „Jesteśmy tym, czego się nauczymy” pisze autorka i ta myśl jest jakby esencją książki, potem to już tylko rozwinięcie tej myśli.
Lato przed zmierzchem to historia kobiety, która dostając od losu po latach szansę na zmiany wykorzystuje to. Tyle tylko, że ta szansa sama w sobie jest wielką zmianą. Zmianą, na którą być może już za późno albo też taką, która popycha bohaterkę do uczenia się życia na nowo.
Tysiące kilometrów rozłąki z mężem i dziećmi, z którymi wcześniej nie rozstawała się, setki kilometrów podróży w warunkach jakie nie przystoją żonie mężczyzny na stanowisku, wykształconej kobiecie. Do tego drastyczne zmiany w zachowaniu jak i wyglądzie, na które nigdy wcześniej nie odważyłaby się czy romans z dużo młodszym mężczyzną to tylko jedne z niewielu zmian jakie dokonują się w Kate.
Ta kobieta, która przez lata tkwiła w schematach (być może tworzonych przez siebie samą) potrzebuje tych wszystkich zdarzeń jako katalizatora. Potrzebuje ich aby na nowo zobaczyć siebie, albo też w ogóle siebie dojrzeć. Aby zmienić swoje zdanie na temat bycia matką i żoną, kobietą. Lato przed zmierzchem przepełnione jest cierpieniem i niezrozumieniem, które na własne życzenie dostarcza sobie bohaterka. Poprzez schematyczne życie, postępowanie „bo wypada” i „tak należy” jej życie stało się bezsensowne, płytkie i męczące.
Jej los dał możliwość wykrzyczenia się, wyzbycia konwenansów i odkopania swojego ja i swoich chcę.
Jej los dał tę szansę...

jeden dzień z życia - "Sobota"

Te słowa piszę na gorąco, jeszcze pod wrażeniem lektury. Lektury tak wciągającej, że życzyłabym sobie wszystkich innych, po które sięgam równie ciakawych. Książki trzymającej w napięciu do tego stopnia, że pewnie kiedy przeczytam to co napisałam - jak już ochłonę - będę być może się śmiała.
Sobota McEwana, bo o niej mowa to thriller medyczny, horror i „obyczajówka” w jednym. To historia jednego dnia – soboty – z życia londyńskiego neurochirurga z wieloletnim doświadczeniem, z ustabilizowanym życiem i szczęśliwą rodziną. Płonący samolot, demonstracje przeciwko wojnie w Iraku czy napaść w biały dzień to tylko niektóre z emocji jakie funduje nam McEwan w tej książce.
Od książki ciężko się oderwać już po kilku stronach, bo autor w tak lekki sposób potrafi przekazać uczucia bohaterów, a jednocześnie nie dopowiadać, że czytając nasze myśli błądzą gdzieś, gdzie dzieje się akcja książki i szukamy rozwiązań, które moglibyśmy zastosować będąc na miejscu bohatrerów. W Sobocie poruszonych zostało tak wiele problemów, które zmuszają do refleksji i zastanowienia – wojna na bliskim wschodzie, polityka amerykańskich władz czy rola mediów w świadomości ludzi. Do tego tak wiele stron McEwan poświęca samej neurochirurgii, że czasem wydaje się jakby trzymało się w rękach książkę raczej medyczną. Jeżeli pomyśleć ile pracy włożył w powstanie tych scen, tym bardziej opowieść zyskuje na wartości.
Jestem pod wrażeniem tego w jaki sposób McEwan łączy tak wiele wątków, sprawnie przechodząc z domu do szpitala czy poddając nas wrażeniu retrospekcji aby w następnym wersie powrócić na ulice Londynu - te przykłady można mnożyć. Z taką lekkością tworzy tę historię jednego dnia, że choć porusza w niej trudną tematykę nie sposób odczuć jakiekolwiek znużenie czy zawiłość w trakcie lektury.

lista życzeń - młoda, zgrabna, dziewica

Zakochać się w wieku 90 lat – możliwe? Czemu nie!? Ale zakochać się w wieku 90 lat w 15 latce? To już dziwne. Dla bohatera Marquez’a Rzecz o mych smutnych dziwkach nie tyle dziwne to doznanie ile bolesne. Tak mało życia zostało, tak jeszcze wiele by się chciało przeżyć z ukochaną, a życie ku zachodowi raczej, a ukochana taka świeża.

Ten samotny, używający życia dziennikarz, krytyk muzyczny i nauczyciel hiszpańskiej gramatyki, autor codziennych felietonów i krytyk muzyczny nagle pod koniec swego życia, właściwie w dzień 90 urodzin sprawia sobie prezent w postaci …. dziwki. Koniecznie młodziutkiej i ślicznej i koniecznie dziewicy…. którą niespodziewanie dla siebie samego, obdarza wielkim uczuciem. To dla niej zarywa noce, dla niej porzuca pracę i traci natchnienie pisarza. To dla dziwki jeździ z zadyszką po całym mieście i wypatruje jej w każdej napotkanej dziewczynie, to dla niej sprzedaje cały majątek planując wspólną przyszłość.
Tego samotnika z wyboru, który dotychczas brzydził się miłością, nie chciał jej i gardził dotyka ona w późnym wieku. W okresie życia, kiedy pozostaje jemu tylko żałować tego czego nie uczynił albo czego czynił za wiele ... lub też, co lepsze rzucić wszystko na jedną szalę, by przeżyć ją teraz jak najlepiej i najpełniej. Aby do kolejnych urodzin.

Dla jednych książka sentymentalna i refleksyjna dla innych gorsząca – ale czy nie wystarczy jej już jedna cenzura na etapie tytułu?
Przecież nie trzeba jej czytać … ale szkoda by było …

chude i tłuste stosy

Uzbierało się trochę książek w stos. Zamiast maleć - ciągle rośnie (ale to objaw znany większości książkomaniaków). Owszem miałam takie plany, że zacznę kupować jak zakończę wszystko to co rozpoczęłam, to co już rosło i zbierało się wcześniej (dużo wcześniej) ale z planów pozostało ledwie wspomnienie, a z ambicji nawet nie cień. Nie interesuje mnie to w sumie jakoś specjalnie ani nie martwi. Nie będę sprzeciwiać się naturze. Nie-kupowanie i nie-posiadanie jest wbrew mojej woli (tu chcę powiedzieć, że wpoiłam sobie system porównań – co gdzie po ile i czy potrzebne – bo jeśli znajduje się w mojej osiedlowej bibliotece to daruję sobie kupno, natomiast jeśli jest dostępne tylko w głównej … daruję sobie z kolei czekanie na nią i kupuję!). System ten posiada też podpunkty, które mówią o tym, że wolno kupić biografię bo ta się nigdy nie zestarzeje, wolno mi kupić Nabokova, Lessing i Nothomb, a uwzględniając punkt pierwszy McEwana.



Takie są moje zasady!


… a takie są moje stosy powstałe z niekonsekwencji i …nowych zasad :)

Stos chudy: (który wcale takie chudy nie jest, ale raczej książki w nim z tych „szczuplejszych”)






Amelie Nothomb Z pokorą i uniżeniem
Doris Lessing O kotach
J-P. Amette Kochanka Brechta (do wyzwania czytelniczego)
Laurent Gaude Słońce Scortów (również do wyzwania)
Vladimir Nabokov Nieprawe godło
Doris Lessing Trawa śpiewa
J.M. Coetzee Chłopięce lata
Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli (do wyzwania)
Ian McEwan Niewinni
Ryszard Kapuściński Busz po polsku
Ryszard Kapuściński Podróże z Herodotem (na zawsze już w pamięci kojarzone z przerwą śniadaniową w pracy!)
J.M. Coetzee W sercu kraju
Doris Lessing Lato przed zmierzchem (kilka słów na dniach)
Ian McEwan Sobota


Stos gruby: czyli w praktyce ten niższy ale z moimi kochanymi cegłami :)





Artur Domosławski Kapuściński non-fiction (może jak ochłonę po lekturze – bo ochłonąć muszę - coś naskrobię)
G.G. Marquez Rzecz o mych smutnych dziwkach (no grubasem nie jest, ale format pasował do stosu :) )
Fiodor Dostojewski Bracia Karamazow ( w końcu na własność!)
Vladimir Nabokov Kęs życia … (cudna odskocznia, Nabokov dla początkujących, miłe dla oka i duszy opowiadania)
Marcel Proust W cieniu zakwitających dziewcząt (miało być do wyzwania, niestety nie przebrnę przez - tak poważne wtedy, a śmieszne dla mnie dziś - sceny – przepraszam … może kiedyś?)




Trochę czytania przede mną ale w końcu na brak czasu nie powinnam narzekać. Nie obiecuję rychłych recenzji, bo pewnie będę skakać z książki na książkę, znaną mi tylko (albo i nie) zależnością dla tych zmian.



Dołożę jeszcze coś, co widziałam w weekend i pod wrażeniem czego jestem do teraz. Autor widmo Romana Polańskiego, bo o nim mowa, trzymał mnie w takim napięciu jak dawno żaden inny film. I niech nikt mi nie mówi, że pochlebne słowa dla Polańskiego to tylko forma zadośćuczynienia! Nie dam sobie wmówić, że krytycy wypowiadają je tylko z powodu tego, że jeszcze nie tak dawno „opluwano” reżysera za coś co było tak dawno, stało się albo i nie, a jeśli nawet, winę można podzielić.