Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

Tysiąc wspaniałych słońc - Khaled Hosseini


Muszę przyznać, że gdyby nie Padma nie sięgnęłabym zapewne po tę książkę. Zwyczajnie – nie mając teraz czasu na kontemplację regałów w bibliotekach i księgarniach – nie wpadłaby ona w moje oczy.

Tysiąc wspaniałych słońc autorstwa afgańskiego pisarza Khaleda Hosseiniego to opowieść, a właściwie dwie splatające się w jedną o miłości. Ale nie ma ona nic wspólnego z ckliwymi historiami barwionymi ochrą i karminem, z malowanymi henną obrazami. I pomimo, iż w opowieść Hosseiniego wpleciony jest wątek polityczny nie jest też on dominujący ani przytłaczający. Powiedziałabym, że wręcz dodaje wzruszeń całej opowieści.

Mariam, harami (co tłumaczy się mniej więcej jako bękart) mieszka wraz z matką na obrzeżach Haratu w chatce, którą kazał postawić dla nich ojciec dziewczynki. Mariam całe życie tęskni za prawdziwą rodziną, za możliwością bycia bliżej z własnym ojcem, który w Haracie ma własną rodzinę – żony i dzieci. Mariam jest dla niego córką, która traktuje - według niej samej - trochę po macoszemu. Kiedy dziewczynka kończy piętnaście lat jej dumny ojciec brutalnie odbiera jej złudzenia i możliwość realizacji marzeń o szkole i szczęśliwej rodzinie. Wydaje ją za mąż za Raszida - dużo starszego człowieka, który okazuje się kłamcą i tyranem. Doświadczona już w życiu wieloma przykrymi i bolesnymi wydarzeniami Mariam (bieda, nierealny ojciec, chora psychicznie matka i wreszcie jej śmierć, za którą dziewczynka się wini) zdaje się być silną kobietą, której nie złamią razy od męża, kolejne straty dzieci i druga kobieta w życiu Raszida.

Lajla mieszka wraz z rodzicami w Kabulu oddalonym od Haratu o setki kilometrów. Wiedzie szczęśliwe życie u boku kochającego ojca, dziwacznej matki i dwóch braci. O swoich problemach może zawsze porozmawiać z najbliższym przyjacielem Tarighem. Niestety, szczęście Lajli, Tarigha i ich rodzin brutalnie przerywa wojna, która rozdziela ich wszystkich, niektórych już na zawsze. Pomoc w tych trudnych chwilach przyniosą Lajli Mariam i Raszid, który jak się okaże nie działa bezinteresownie.

Tu splatają się losy dwóch kobiet. Kobiet tak różnych, z tak innych rodzin i z tak odmienną przeszłością. Pomimo wielu waśni kobiece dusze znajdują porozumienie i nawet w obliczu okrutnej rzeczywistości stawiają jej czoła.

Tysiąc wspaniałych słońc to przejmująca opowieść o współczesnym świecie osadzona w tak odmiennej kulturze, której realia sprawiają, że ciężko pomyśleć, iż to wszystko dzieje się tuż obok, równolegle do naszych czasów. Piękną opowieść o różnych obliczach miłości – kobiety i mężczyzny, do dzieci, czy wreszcie do ojczyzny osadził Hosseini wśród bombardowań i strzałów, w kraju, w którym od kilku dziesięcioleci toczy się wojna przynosząca nie tylko śmierć, biedę i smutek ale i zmuszająca miliony ludzi do ucieczki. Obrócony w gruzy Kabul jest jak rana w sercach Mariam i Lajli, i podobnie jak ich pogruchotane życie podnosi się powoli i zapomina. Hosseini pisze tak pięknie, że nie sposób oderwać się od książki i aż trudno uwierzyć aby mężczyzna mógł pisać o uczuciach z taką głębią, tak prawdziwie i przejmująco. Nie żałuję ani jednej chwili poświęconej książce, żałuję, że nie mogę czytać więcej książek jego autorstwa. 

To notatka na wyjątkowo szybko, która nie oddaje piękna książki, nie porusza wszystkich opisanych w niej problemów i wątków. Tysiąc wspaniałych słońc pozostanie w mojej głowie dłużej niż tysiąc słonecznych dni – a to mówi wiele!


Matka karmiąca czyta i poleca:

Most nad przypływem - dwie tajemnicze książki i Mont St.-Michel

Mont St.- Michel nocną porą - ten zapierający dech w piersiach, aż nie chciało się odjeżdżać (można jednak zanocować na wyspie i widok ten podziwiać do późnych godzin nocnych) - z lewej strony widoczny mały przypływ, kiedyś jednak widoczna na pierwszym planie grobla, była również zalewana)



Każde miejsce ma swoją historię. Z każdym związana jest jakaś tajemnica czy legenda. Tym bardziej z miejscem, które ma burzliwą przeszłość, którego koleje losu i przeznaczenia zmieniały się jak w kalejdoskopie. Tak było z wysepką Mont St.-Michel na Morzu Północnym, do kiedy w 708 r. biskupowi Avranches Aubertowi ukazał się archanioł Michał i kazał mu zbudować kaplicę. Na tym pokrytym lasem celtyckim stosie pogrzebowym, na skalistych brzegach wyspy miała powstać kaplica dostępna tylko podczas odpływu. Prawie 300 lat później na wyspie z rozkazu księcia Normandii Ryszarda I powstało opactwo benedyktynów. Odosobnienie miało służyć i pomagać kontemplacji i modlitwom, jednak z czasem wyspa zaczęła się zmieniać. Na miejscu oryginalnej kaplicy mnisi wznieśli kościół Notre-Dame-sous-Terre, ale ze względu na bogaty potencjał strategiczny opactwem zaczęli interesować się francuscy królowie. Tym też sposobem w czasie rewolucji opactwa zostały skonfiskowane i przekształcone w więzienie – wyspa atakowana przez potężne przypływy i wiatry, oddzielona od lądu zdradzieckimi mieliznami stanowiła idealne miejsce na tego typu przedsięwzięcie.




Archanioł Michał pokonujący smoka, symbolizującego zło


:) skarby wyspy - wszystko o Mt. St.Michel i benedyktynach


widok na ruchome mielizny


La Marveille




Dopiero Victor Hugo zlitował się nad wsypą i rozpoczął powrót do pierwotnego jej przeznaczenia. Od połowy 19 wieku zaczęły wyrastać na wyspie hotele, restauracje i domy mieszkalne ale legenda nadal krąży po wąskich i stromych uliczkach miasteczka. Wystarczy przystanąćc w jakimkolwiek miejscu aby dostrzec morze, a w wietrze, który delikatnie plącze włosy wychwycić tajemnice. Jeśli jednak turysta czuje niedosyt po spacerze może zagłębić się w literaturę, która opiewa nie tylko tajemnice opactwa benedyktynów ale i sam klasztor Mont Saint Michel. Liczni autorzy próbują dociekać lub jak ktoś woli dostrzegać, szukać przysłowiowej dziury w całym, rozpisując się na temat tajemnic klasztornych cel.



Grande Rue - główna ulica wyspy, na której stoją domy z XV i XVI wieku


w takich kafejkach i kawiarenkach można na Mont Saint Michel przebierać i
wybrać tę, z której rozpościera się najciekawszy widok


Nie wiedzą, że po uliczkach miasteczka krąży duch mnicha szepczący słowa, które przytaczają w swojej książce La Promesse de l'Ange Frederic Lenoir i Violette Cabesos Trzeba przekopać ziemię, żeby osiągnąć niebo.
Tajemnica anioła to powieść, która rozgrywa się na wyspie, w murach klasztornych. Porównywana do Kodu Leonarda da Vinci odkrywa mroczne sekrety mnichów, które pogrzebane pod warstwami skały, śpią snem kamiennym. Do czasu. Aby odkryć skrywaną przez nie tajemniczą legendę o gorącym uczuciu i tajemnicy świętej góry trzeba sięgnąć po tę przygodę.



taki ogród i miejsce kontemplacji znajduje się na dachu klasztoru


wnętrze klasztoru - jedno z pomieszczeń, które zachowane są w doskonałym stanie


"gigantyczny klejnot z granitu, delikatny jak koronka, przebita wieżami" - G. de Maupassant o M. St.-Michel


Dla lubiących klimaty Dana Browna mogę również polecić również barwną i trzymająca w napięciu książkę Matilde Asensi Iacobus. W tej, poniekąd szpiegowskiej książce, autorka próbuje rozwiązać tajemnicę templariuszy. Galceran – bohater Asensi wplątuje się w międzynarodową aferę, w której stawką jest życie papieży i Arka Przymierza. Barwne obrazy, historyczne budowle stanowią tło dla fascynujących perypetii bohatera podczas pielgrzymki najsłynniejszym szlakiem pątniczym, który do dziś jest przemierzany przez tysiące chrześcijan.



most w Avignon - część szlaku papieskiego


pałac papieski w Avignon - pobudowany w roku 1334, po decyzji biskupa Marimee, który stwierdził, że pałac przypomina bardziej więzienie niż siedzibę Boga, przeniesiony do Watykanu



Dziś zwiedzanie opactwa i wyspy jest jak podróż w czasie i choć do klasztoru powrócili benedyktyni, nie przeszkadza to w zwiedzaniu obiektów klasztornych, zachowanych w doskonałym stanie. Kamienne wnętrza, skromne wyposażenie i rzeźby z epoki nadają swoisty klimat temu miejscu i warto wspiąć się główną ulicą, następnie uliczką prowadzącą stromymi schodami w górę aby dostać się do klasztoru. Tym bardziej, że niedługo dostęp do wyspy może być utrudniony – wkrótce ma powstać tylko kładka dla pieszych, która ma zstąpić obecną groblę. Stanie się tak, ponieważ zamulanie zatoki, spowodowane przez wysoką groblę powoduje łączenie się dawnej wyspy z lądem. Chciałabym aby kiedyś możliwy był dostęp do niej jak dawniej. Czekanie na odpływ aby szybko pokonać drogę, lub też na przypływ aby pokonać ją łodzią stanowiłoby nie lada atrakcję i pozwoliło poczuć się jak choćby w XV wieku.









Twoje serce należy do mnie - D. Koontz


Problem przeszczepów organów zawsze budził zastrzeżenia. Są zwolennicy tej „wymiany” w celu ratowania życia, ale ma ono też duże grono przeciwników – czy to z pobudek religijnych czy z własnych zasad i przekonań grupa ta nie chce zgodzić się na odbieranie organów zmarłym członkom ich rodzin. Może warto zastanowić się głębiej nad tym zagadnieniem, a nie tylko teoretyzować, wygłaszać mądre mowy i przekonywać innych, jeśli samemu, być może nie jest się przekonanym? Osobiście wstyd przyznać ale nie mam zdania w tej kwestii. Chyba jest mi obojętne co stanie się z moimi oczami czy sercem po mojej śmierci, jednak nie myślałam o tym w kategoriach osoby, która decyduje za członka swojej rodziny. Myślę, że koniecznie w takich przypadkach potrzebna jest pomoc psychologa, nie można zostawać samemu z takim brzemieniem. Nie można zapomnieć też o sytuacji odwrotnej, kiedy to jesteśmy stroną, która organu takiego potrzebuje. Czy łatwo jest żyć ze świadomością, że nosi się część kogoś innego, że gdyby nie śmierć tej osoby, zmarłym bylibyśmy my?
Tym, który żyje z tą świadomością jest Ryan – mężczyzna, który ma wszystko – pieniądze, karierę, sławę (znalazł się w rankingu najprzystojniejszych partii ‘do wzięcia’ ) oraz miłość. Niestety w tym całym szczęściu jakie ogrania Ryana zabrakło zdrowia. Jego ciężka wrodzona wada serca jest nieuleczalna i tylko przeszczep może uratować jego życie. Oczekiwanie na czyjąś śmierć poprzedzają u Ryana ataki schizofreniczne, wizje osób chcących jego śmierci, zamknięcia we własnym domu albo ucieczki z niego. Urojenia te zamykają młodego człowieka na świat, odbierają radość być może ostatnich tygodni jego życia. Nadzwyczaj krótkie oczekiwanie na serce (!?), pozytywnie zakończona operacja i leczenie nie likwidują tych psychicznych objawów. Tylko, że może tym razem to nie są urojenia Ryana, może teraz widzi on wszystko trzeźwo, tylko ciężko w to uwierzyć? Nikt nie podejrzewa, że nowe serce Ryana jest „nielegalne”, że nie zginęło w żadnym wypadku, a zostało brutalnie wyrwane z młodej zdrowej piersi po to, aby inna młoda pierś mogła nadal żyć pełnią życia, zwiedzać świat, uprawiać sport i kochać.
Twoje serce należy do mnie zaskakuje, bo wydaje się być nieprawdopodobnym do zrealizowania taki pomysł. Koontz jak zawsze przyprawia o dreszcz emocji, i kiedy tak się dobrze bawimy przy lekturze, rozpędzamy, że nie sposób się zatrzymać on zadaje cios. Wyrywa z tego transu czytelniczego. Zatrzymuje w okrutny sposób jak ściana na drodze rozpędzonego biegacza. Podobnie jest i w tej książce – świetna zabawa, przejęcie i tempo, tak aby z końca kolejki oczekujących na serce szybko wskoczyć na jej początek, a potem zacząć jeszcze szybciej z niej spadać. W trakcie lektury książek Koontza czuję dziwną odpowiedzialność za to, co przegapiłam, bo zajęłam się wciągającą lekturą zamiast szukać śladów zbrodni.

Nie-odpowiednie małżeństwo


Dobrnęłam do końca. Długo to trwało ale udało się. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam tak długo żadnej książki, jeszcze nigdy czytanie nie sprawiało mi tyle przykrości i żalu. Czytając Odpowiednie małżeństwo Doris Lessing – bo o nim mowa – odczuwałam przeogromny żal do autorki za to, że po takim wstępie, jakim jest pierwsza część serii Dzieci przemocy stworzyła tę książkę. Zmieniła skromną i zdecydowaną Marthę na znerwicowaną, rozedrganą i ciągle podzieloną kobietę, która ani nie dba o męża, ani o rodziców czy o własne dziecko. Tak jak w Marcie Quest autorka wpisywała się w pragnienia swojej bohaterki, stworzyła z tej smutnej, zamkniętej w sobie dziewczynki kobietę próbującą wszystkiego, otwartą na nowe życie, tak w kolejnej części, wciskając ją w ramy małżeństwa, w czasy wojny i macierzyństwa zrobiła z niej dziwaczny stwór, przypominający dawną Marthę. Zabrała całą radość (która może jeszcze gdzieś drzemała, bo czasem zdarzały się jej małe wybuchy) i nabytą pewną siebie. Rozmemłała Marthę i zaniedbała, bo tak jak kiedyś zależało jej na tym jak wygląda, co ubiera i czy się podoba tak teraz lustro przestało dla Marthy istnieć. Typowe i często spotykane zaniedbanie mężatki? Marazm? Czy też pewność tego co się ma, constans, który jest ostoją? Nie, Martha waśnie tego wcale nie chce, buntuje się przeciwko tej stałości i skostnieniu. Małżeństwo ją przeraża, macierzyństwo przerasta, więc chyba jej poza jest rodzajem buntu przeciw życiu. Wielka namiętność i miłość do mężczyzny, którego kiedyś kochała (?) wygasa, przeradza się w nienawiść. Dodatkowa rozłąka w trakcie wojny nie sprzyja młodym małżonkom, tym bardziej, że w tym samym czasie przychodzi na świat ich córka. Może właśnie to, że wszystkie obowiązki spadły na Marthę, może to poczucie niedowartościowania, brak codziennych zapewnień o uczuciu sprawiły, że powrót męża z wojny stał się jednocześnie bramą do rozstania? Od oziębłości Marthy i zimnego przywitania męża powracającego z wojny do rozstania niedaleko. Ciągłe kłótnie, wypominane (wyimaginowane) zdrady, szarpaniny i ciągły obraz innego, wymarzonego a niezrealizowanego życia stały się tylko przysłowiowymi gwoździami do trumny, kolejnymi krokami do ostatecznej decyzji Marthy.
Nie podobała mi się ta nieszczęśliwa i niezadowolona, a mimo to trwająca w małżeństwie Martha. Nie polubiłam Marthy krzywdzącej swoich bliskich tym bardziej nie polubię kobiety, która porzuca swoje dziecko. Nie przemówiła do mnie Martha, która tylko mówi o swojej dorosłości a jej ciągłe niezdecydowanie tego nie potwierdza. Nie podoba mi się i już ta dziewczyna, którą zadowoli tylko codzienny dobrobyt, codzienna realizacja każdej jej zachcianki (skąd to rozpieszczenie?) i mam nadzieję, że w kolejnych częściach dzieci przemocy Lessing pozwoli wrócić dawnej szczęśliwej i zdecydowanej Marcie.

Dzieci przemocy:
I. Martha Quest
II. Odpowiednie małżeństwo
III. Fala po burzy
IV. Czas nadziei
V. Miasto o czterech bramach

Mrożąca krew w żyłach gra, teatr ludzkich pragnień

Nie wiem co mogłabym napisać o kolejnej przeczytanej przeze mnie książce Ian’a McEwan’a? I nie chodzi o to, że nie jest dobra, że nie chcę pisać złych słów na jej temat albo też, oszukując Was i samą siebie ubarwiać komentarz na jej temat zakłamanymi miłymi słówkami. Nie, nie o to chodzi. To co odczuwam po lekturze jest chyba jeszcze gorsze niż gdyby miała mi się podobać albo definitywnie zniechęcić. Bo niestety – tak niestety – książka przypadła mi gustu ale para głównych bohaterów już mniej. Oj jak oni mnie denerwowali, jak jednocześnie zamartwiałam się o ich los. Chyba dawno nie czytałam takiej książki, do której chciałabym wniknąć i głupich – przepraszam - głównych bohaterów odciągnąć od tego co robią. Mary i Colin zdawali się nie mieć oczu, a ich umysł zdawał się być wyłączony co irytowało mnie niemiłosiernie!
Do rzeczy – Ukojenie to historia pary, ludzi po przejściach, których uczucie już nie jest tak potężne jak to, które ich połączyło ani nie jest też tak słabe aby z łatwością mogli powiedzieć sobie do widzenia. Podróż do Wenecji ma być próbą przybliżenia się, takim ogniwem łączącym na nowo ich związek i ogniem rozpalającym uczucie. Wydaje mi się jednak, że sposób, jaki sobie wybrali na to ponowne zakochanie nie był odpowiedni, bo gorąca atmosfera letniej Wenecji i czas spędzany na najzwyklejszym leniuchowaniu to chyba niezbyt emocjonujące i wiążące zajęcia. Takie przekładanie się boku na bok, czasem zwiedzanie, czasem seks, częściej kolacja i nudne bezowocne rozmowy (o ile w ogóle!) to nie sposób na „odgrzanie miłości”.
Książka jest dość króciutka i przyjemnie, szybko się czyta dlatego też nie będę opisywać całej treści, bo zdradzę zbyt dużo i zabiorę całą przyjemność czytania. Dla dodania pikanterii w całej tej dusznej atmosferze sypialniano-kuchennej mogę powiedzieć, że przyjaźń z przypadkową, równie dziwaczną parą nie była najlepszym pomysłem na jaki wpadli Mary i Colin.

Oprócz denerwującej niezdecydowanej parki, książka dostarczyła mi jeszcze kilka innych momentów podwyższających poziom adrenaliny (skutkiem czego mógł być "rzut książką"). Nie rozumiałam np. bezsensownego poszukiwania restauracji w celu napicia się wody! (a od czego są sklepy? – a może w Wenecji nie ma sklepów?) , że nie wspomnę o uporczywym pchaniu się w tak oczywiste kłopoty, niemalże dziecinnym zaglądaniu w zakazane. I tak naprawdę nie dziwię się zakończeniu tej całej historii, choć zdaje mi się tak głupie, że aż nieprawdopodobne.

jeden dzień z życia - "Sobota"

Te słowa piszę na gorąco, jeszcze pod wrażeniem lektury. Lektury tak wciągającej, że życzyłabym sobie wszystkich innych, po które sięgam równie ciakawych. Książki trzymającej w napięciu do tego stopnia, że pewnie kiedy przeczytam to co napisałam - jak już ochłonę - będę być może się śmiała.
Sobota McEwana, bo o niej mowa to thriller medyczny, horror i „obyczajówka” w jednym. To historia jednego dnia – soboty – z życia londyńskiego neurochirurga z wieloletnim doświadczeniem, z ustabilizowanym życiem i szczęśliwą rodziną. Płonący samolot, demonstracje przeciwko wojnie w Iraku czy napaść w biały dzień to tylko niektóre z emocji jakie funduje nam McEwan w tej książce.
Od książki ciężko się oderwać już po kilku stronach, bo autor w tak lekki sposób potrafi przekazać uczucia bohaterów, a jednocześnie nie dopowiadać, że czytając nasze myśli błądzą gdzieś, gdzie dzieje się akcja książki i szukamy rozwiązań, które moglibyśmy zastosować będąc na miejscu bohatrerów. W Sobocie poruszonych zostało tak wiele problemów, które zmuszają do refleksji i zastanowienia – wojna na bliskim wschodzie, polityka amerykańskich władz czy rola mediów w świadomości ludzi. Do tego tak wiele stron McEwan poświęca samej neurochirurgii, że czasem wydaje się jakby trzymało się w rękach książkę raczej medyczną. Jeżeli pomyśleć ile pracy włożył w powstanie tych scen, tym bardziej opowieść zyskuje na wartości.
Jestem pod wrażeniem tego w jaki sposób McEwan łączy tak wiele wątków, sprawnie przechodząc z domu do szpitala czy poddając nas wrażeniu retrospekcji aby w następnym wersie powrócić na ulice Londynu - te przykłady można mnożyć. Z taką lekkością tworzy tę historię jednego dnia, że choć porusza w niej trudną tematykę nie sposób odczuć jakiekolwiek znużenie czy zawiłość w trakcie lektury.

... idąc pośród zbóż ...

„Większego łgarza ode mnie w życiu nie spotkaliście. Nie ma na to rady. Nawet kiedy idę do kiosku kupić tygodnik ilustrowany, a ktoś mnie pyta, dokąd się wybieram – odpowiadam jak z nut, że idę do opery.”

„Dziwna rzecz. Wystarczy pleść jakieś głupstwa, których nikt nie może zrozumieć, a ludzie zrobią wszystko, czego od nich zażądasz.”

Lepszej charakterystyki Holdena Caulfield’a nie znajdziecie … chociaż nie, to cała książka jest charakterystyką. Buszujący w zbożu Jerome’a D. Salinger’a to dziennik z dwóch dni tego szesnastoletniego „buntownika”. Tylko dwa dni, a tyle emocji – radości, łez, bólu i przyjemności. Tak intensywnie nie można przeżyć tylko dwóch dni! Ta książka wydaje się trwać i trwać. Nie ma chyba sensu opowiadać o niej wszystkiego bo nawet osobiście nie potrafię wyrazić tego co czuję po jej lekturze (a przecież to lektura szkolna!?). Nie sposób opisać wszystkie wydarzenia, bo i po co i nie sposób określić Holdena, choć jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że to dzieciak, który potrafi przeżyć życie, przeżyć czując to, że żyje, nie zważać na konwenanse i nakazy (zakazy). Ja chyba jemu zazdrościłam tej intensywności i radości życia!?
To chyba jednak nie książka dla młodzieży z naszych polskich szkół? Obawiam się, że mogłaby zostać odebrana inaczej, źle, a niezrozumiana pokierować w złą stronę. To książka ponadczasowa, owiana niejedną legendą (była to ulubiona książka Marka D. Chapmana, wariata, który zastrzelił Johna Lennona i zabójcy prezydenta Kennedy’ego Lee H.Oswalda). Mimo wszystko to książka, do której się wraca po to by napełnić się radością i optymizmem. Lektura na życie. Książka –szczęście!

„Rany boskie, ależ deszcz lunął. Jak z cebra, słowo daję. Wszyscy ojcowie, wszystkie matki, kto żyw uciekł pod daszek karuzeli, aby nie przemoknąć do suchej nitki tylko ja zostałem jeszcze przez długą chwilę na ławce. Zmokłem cholernie (…). Nic sobie jednak z tego nie robiłem. Nagle poczułem się szalenie szczęśliwy patrząc jak Phoebe krąży na karuzeli w kółko, w kółko. Jeśli mam być zupełnie szczery, przyznam się, że o mało nie krzyczałem ze szczęścia.”

Kiedy ktoś spotyka kogoś
Idąc pośród zbóż
Gdy ktoś pocałuje kogoś
Płakać chciałby któż?
Każde dziewczę ma swe chłopię
Mówią, że ja nie?
Ale chłopcy poprzez zboże
Do mnie śmieją się!
Kiedy ktoś spotyka kogoś
Pośród miasta bram
I gdy ktoś pozdrowi kogoś
Czyż się gniewać mam?
Każde dziewczę ma swe chłopię
Nie mieć mogę ja?
Wszyscy chłopcy wiedzą dobrze
Gdzie swój domek mam.
Kiedy ktoś spotyka kogoś
Idąc tu, czy tam
Gdy ktoś pocałuje kogoś
Zaraz mówić mam?
Każde dziewczę ma swe chłopię
Mówią, że ja nie?
Każdy chłopak poprzez zboże
Do mnie śmieje się!
W pewnym miłym towarzystwie
Chłopca swego mam
Ale kto on, ani skąd on
Ja nie zdradzę wam!
Każde dziewczę ma swe chłopię
Kto rzekł, że ja nie?
Gdy wędruję poprzez zboże
Uśmiech do mnie śle.
r. burns, Jeśli ktoś napotka kogoś, kto buszuje w zbożu

J.D. Salinger, Buszujący ..., s. 22; s. 189; s. 254.



kto się podejmie obrony?

Córeczka Alice Sebold to trzecia książka w dorobku literackim tej autorki. Autorki, której dwie z trzech książek to psychologiczne studium na podstawie własnych, dramatycznych przeżyć.

Córeczka to historia kobiety, która zabija własną matkę.

Helen jest jedynaczką, na której spoczęła odpowiedzialność za chorą matkę. W tym ciężkim zadaniu, które utrudnia schizofrenia starej kobiety nie ma ona wsparcia od nikogo. Niełatwe życie Helen – choroba matki, samobójstwo ojca, rozwód i samotne wychowywanie córek, z którymi dziś już nie ma kontaktu frustrują ją. Zmuszona do dźwigania samotnie na swych barkach ciężaru, zarówno fizycznego jak i psychicznego czuje się samotna i nierozumiana. Może to ten drugi rodzaj obciążeń popycha Helen do dramatycznego czynu, a może to rosnąca nienawiść do świata, do matki tak ją znieczula? Czy "zimne" wychowanie, ciągła nieobecność mamy w życiu dziecka, a może ojciec kochający matkę nad wszystko, nad córkę mogą być przyczyną takiego zaburzenia? Bo to zaburzenie psychiczne przecież?! Ale czy zabicie własnej matki można czymkolwiek wytłumaczyć? Czy to matka Helen była chora czy może Helen trawiła równie cicha choroba duszy?
W moich oczach nic nie tłumaczy jej działania. Nie wiem skąd dyskusje na ten temat. Skąd głosy poparcia dla czynu Helen? Skąd to zrozumienie i obrona? W jakim społeczeństwie żyjemy? Czy to może z racji tego, że przypadek Helen jest fikcją, tylko książką? Czy może dlatego, że aż tak znieczulił nas dzisiejszy świat?!
Przyznaję, że książkę czytałam z wielką niechęcią i to nie z powodu jej walorów literackich (czy też ich braku) lecz raczej z powodu zdarzenia jakie dokonało się na jej kartach i wisiało nad nią jak ciemna chmura burzowa.
Nie dla mnie ta książka, bo choć potrafię odróżnić fikcję od rzeczywistości, to nawet taka fikcja dotyka mnie do głębi. Pozostaje mieć nadzieję, że Córeczka nie należy do książek Sebold powstałych na podstawie własnych przeżyć?

Martha Quest

„Dzieci przemocy” to seria pięciu książek Doris Lessing połączonych postacią tytułowej, w części pierwszej, Marthy Quest.
"Martha Quest" składa się z czterech części, które opisują trzy etapy z życia Marthy. Pełnej sprzeczności i przemyśleń nastoletniej dziewczynki, dorastającej w kolonii angielskiej w Afryce Południowej lat trzydziestych. Dziecka niepogodzonego ze światem, jakże odmiennego od swoich rodzicieli. To wszystko tytułem wstępu w części pierwszej
Część druga to pierwszy krok Marthy w dorosłe, samodzielne życie, próba dostosowania się do stylów bycia osób ją otaczających, znalezienia się w środowisku tak odmiennym od dotychczasowego życia na wsi. Na tym etapie życia Martha zaczyna zauważać w sobie kobietę. Pragnąc się podobać i być lubianą kształtuje swoje poglądy i osobowość, niejednokrotnie dostosowując się do towarzystwa, które ją otacza.
Z kolei oficjalne przyjęcie Marthy do kręgu znajomych, wniknięcie jej w dekadencki i rozrywkowy światek zepsutej młodzieży następuje w części trzeciej. Martha odkrywa w sobie radość z czerpanych rozrywek, odwzajemniając uczucia, którymi darzą ją kolejni, pojawiający się w jej życiu mężczyźni.
Następnym etapem w życiu Marthy jest …. małżeństwo, czyli wyraz jej pogodzenia się z konwenansami i życiem. Poniekąd też stan rezygnacji i bierności, którego jak uważa Martha wymaga życie.

Mała Martha wychowana przez zamkniętego, odcinającego się od wszystkich ojca, który potrafi tylko wspominać swój udział w wojnie oraz despotyczną matkę, która nie może pogodzić się z faktem dorastania córki (do samego końca książki!) przeżywa wszystkie problemy i rozterki wieku dojrzewania. Ojciec zajęty swoimi chorobami, w które ucieka przed nieudanym interesem i równie nieudanych małżeństwem oraz jakby lekko zazdrosna o młodość córki matka powodują, że Martha zamyka się we własnym świecie, staje się wrażliwa bardziej na świat zewnętrzny, na to co odległe niż na problemy rodziców, których widzi i uznaje jako tych ograniczonych, niezmiennych w swoich poglądach.
Czując się ciężarem dla rodziców i jednocześnie realizując swoje marzenie bycia dziewczyną z miasta ucieka z rodzinnego domu aby żyć po swojemu. Jednak nie zawsze to co sobie wyobraża przenosi się na codzienność. Nie zawsze w życiu Marthy będzie tak, że to co jej się wydaje okaże się być obrazem rzeczywistym, bowiem Martha ciągle buja w obłokach. Próbuje wielu rzeczy w swoim życiu, wiele z nich jej nie wychodzi, na inne nie wystarcza zapału. Martha Quest jest trochę jak niedorosłe dziecko albo jak dziecko uwięzione w ciele pięknej kobiety.

Doris Lessing w książce umiejętnie odczytuje pragnienia kobiet. Trafnie opisuje wszystkie myśli i działania Marthy, zarówno tej młodej jeszcze dziewczynki jak i dojrzewającej kobiety. W osobie Marthy Quest odkrywamy kilka różnych kobiet bowiem jest ona złożonością, w której każda z nas odkryje cząstkę siebie.

Doris Lessing stworzyła dokładny obraz kobiety niezależnie w jakich czasach by ona żyła. Bo Martha pasuje do każdej kobiety ze swoimi słabościami, swoimi ambicjami i czasami ślepym zaufaniem oraz naiwnością. To historia dziewczyny i kobiety zbuntowanej, która usiłuje znaleźć swoje miejsce w życiu. Wreszcie "Martha Quest" to książka o problemie tolerancji czy raczej jej braku, poruszająca temat rasizmu. Książka z rodzaju tych, które nie powinny się kończyć! Pozostaje mieć mi tylko nadzieję, że kolejne części cyklu "Dzieci przemocy"* będą równie ciekawe i nie zawiodą.
* Kolejna część "Odpowiednie małżeństwo"

Amsterdam

Zadziwiające, że można wciągnąć się w tą książkę od pierwszych stron – odważne posunięcie zacząć od pogrzebu i to w dodatku w mroźny lutowy dzień. Toczyć dysputy przy jednoczesnym odmrażaniu sobie wszelkich członków. Tak zaczyna się Amsterdam McEwan’a, tak charakterystycznie dla autora - ponuro i ciężko.
Molly Lane była chyba rozrywkową dziewczyną i zapewne piękną kobietą. Jak na takową przystało zgromadziła na swoim pogrzebie wszystkich swoich kochanków czyli umierając, niekoniecznie na złość im, doprowadziła do ich konfrontacji. Clive Linley, Vernon Halliday, Julian Garmony czy mąż Georg Lane to mężczyźni Molly. Pierwszy z nich to wzięty brytyjski kompozytor muzyki współczesnej, Vernon to zagoniony redaktor gazety oraz Julian – polityk, minister spraw zagranicznych, że o zaborczym mężu nie wspomnę. Mężczyźni ci nawet nie domyślają się jakie następstwa dla nich będzie miała śmierć Molly i ich ponowne spotkanie.
Nie domyślają się, że ich próba zbliżenia się do siebie, bliższego poznania czy może chęć nawiązania przyjaźni, którą przypieczętowali umową, podyktowaną chorobą Molly, będzie miała poważne skutki (a miała być ona swego rodzaju usprawiedliwieniem dla śmierci kochanki i ich samych). Dokonają oni katastrofalnych wyborów moralnych, ich przyjaźń zostanie poddana ciężkiej próbie, a niewinne zabawy Juliana Garmony ośmieszą i postawią w obliczu śmierci politycznej i rozpadu małżeństwa.
Ten swojego rodzaju moralitet McEwan’a nie należy do łatwych – z resztą jak większość jego książek, nie jest to książka zachęcająca, wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że zniechęca ona od pierwszych stron (bo czyż marznięcie na pogrzebie może być ciekawym?- trzeba lubić autora aby je wytrzymać!). W książkach McEwan’a zarówno świat jak i postacie są odrażające, to pogmatwane i pogubione we własnej psychice złe charaktery - czasami odnoszę wrażenie czytając McEwan’a, że umieszczając swoich bohaterów w jakimś miejscu i czasie chce on w jakiś sposób, pokazując im jacy są zepsuci, jednocześnie ukarać ich za występki jakich się dopuszczają. Sam Amsterdam akurat to studium męskiej psychiki - przypisywanej zwykle kobietom zazdrości i emocjonalnej oziębłości z charakterystyczną, już raczej dla męskiego gatunku, rywalizacją na polu zawodowym i seksualnym oraz z ciągłą chęcią bycia lepszym, umiejscowiony w typowym dla mężczyzn światku polityczno – twórczo - rozrywkowym. Wreszcie tytułowy Amsterdam to miasto zagadka, miejsce, w którym coś się dokona, coś co będzie wielkim zaskoczeniem zarówno dla czytelnika jak i samych bohaterów.
Ta ksiązka nie zawiedzie – jak zawsze u McEwan’a makabra łączy się z humorem, a groteskowo wynaturzone postacie momentami przerażają realizmem. Pomimo depresyjnego nastroju książek McEwan’a i tak je lubię i nie chcę aby zawiódł mnie on zmieniając się w słodko-ckliwego autora plastikowych książeczek.