Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAGRODY LITERACKIE - WYZWANIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAGRODY LITERACKIE - WYZWANIE. Pokaż wszystkie posty

Czarna księga w Innych kolorach - Orhan Pamuk

 
 
Mogłabym postarać się przybliżyć fabułę i – co w przypadku książki tego autora jest ważne – także przesłanie. Niestety właśnie ani ta pierwsza mnie nie zainteresowała na tyle aby móc o niej cokolwiek napisać (chociaż to jedna z niewielu książek Pamuka, którą czytywałam po nocach), a ni tym bardziej przesłanie – którego z kolei nie znajduję w żadnej książce noblisty. Definitywnie po Czarnej księdze rezygnuję z kolejnych podejść do twórczości Orhana Pamuka. Nie rozumiemy się z tym panem – moje starania, czasem wymagające tyle poświęceń niczemu nie służą. Książki jego nie wciągają mnie, nie wydają się mi interesujące, język jest (dla mnie) zagmatwany, styl nie mój - to wszystko po prostu do mnie nie dociera. W związku z tym zamiast pisać swoje wrażenia z Czarnej księgi napiszę kilka słów o jej powstawaniu. Słów, które właściwie można przeczytać w jednym z rozdziałów zbioru opowiadań i felietonów Pamuka Inne kolory pt. Czarna księga – dziesięć lat później (Rozdział 58). Swoją drogą Inne kolory są najbardziej strawną dla mnie książką tego autora. Z tego zbioru można wybierać sobie to, co w danym momencie nas interesuje, nie trzeba go czytać od początku do końca, można „dawkować sobie Pmauka na każdy temat, w zależności od nastroju.
Tak jak wspomniałam moje czytanie Pamuka trwa długo – za długo. Przyrównując to do sposobu tworzenia tego autora – równie długo (Pamuk Czarną Księgę pisał 5 lat). Aby praca nad nią szła szybciej (! - co by było w innym wypadku?) pisząc ją Pamuk spędzał czas w samotności. Na trzy lata wyprowadził się z domu, żyjąc jak pustelnik (czasem głodny i brudny) tworzył księgę czarnych myśli. Upodabniając się przy tym do swojego bohatera – Galipa. To osamotnienie i strach (przed niepowodzeniem) pomogły mu – jak pisze –„przenieść do książki nastrój klęski i ruiny” (s. 377). Dla mnie – udało się to jemu aż za bardzo!
Jestem chyba tym czytelnikiem, którego Pamuk obawiał się najbardziej pisząc Czarną księgę. Spędzając nad nią długie godziny, które przeszły w dni, miesiące i wreszcie lata zaczynał wątpić w tę powieść. Jej dążenie do nikąd miało przynieść – według Pamuka – niezrozumienie i niechęć. Nie przewidział jednak, że te uczucia zostaną podzielone między rzesze wielbicieli i czytelników takich jak ja – czyli niechętnych, nierozumiejących. (myślę – mam nadzieję – że w swoich przekonaniach i odbiorze prozy Pamuka nie jestem osamotniona!?) i tych ubóstwiających wszystko, co wyjdzie spod jego pióra.
Nie pomogła mi nawet, w Czarnej księdze rzeczywistość zdarzeń i osób, opisy miejsc, w których Pamuk spędzał młodość, w których żył. Mimo wszystko sama siebie podziwiam i chwalę, że przebrnęłam przez tę powieść, do tego przez wybrane rozdziały Innych kolorów, co po wcześniejszych podejściach – mniej lub bardziej udanych do twórczości tego docenionego pisarza jest dla mnie osobistym sukcesem. Nie zmienia to jednak faktu, że – odważę się przyznać – z twórczością tego pana mi nie po drodze;/;(
Inne kolory natomiast mogę polecić czytelnikom rozpoczynającym swoją przygodę z Orhanem Pamukiem, i takim, podobnym mnie – którzy wątpią w swoją wytrwałość. Jest szansa na wspólny dialog.;)
 
 
cytaty pochodzą z książki

traktat o łuskaniu życia

Piękna, wzruszająca, przenikliwa i mądra. Więcej słów, które zasługują aby nimi opisać książkę Wiesława Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli nie znajduję (tak, tak słowa muszą zasłużyć!).
To 399 stron mądrości życiowych, które przemówią do każdego czytelnika, choćby nie wiem jak się im opierał, nie wiem jak przed nimi wzbraniał. Traktat o łuskaniu fasoli to spotkanie z człowiekiem historią, i choć książka jest monologiem do tajemniczego mężczyzny przybywającego po fasolę to nie sposób odnieść wrażenie, że jest to monolog skierowany do czytelnika. A może ten tajemniczy mężczyzna jest ŻYCIEM, SUMIENIEM, PAMIĘCIĄ?! Nawet odpowiedzi na nie-zadane pytania to odpowiedzi na nasze pytania, takie same jakie zadalibyśmy siedząc i wspólnie łuskając fasolę z naszym rozmówcą.
W tym monologu znajdziemy wielu ludzi, których poznał w trakcie swojego życia bohater, wiele zdarzeń, jakich doświadczył – począwszy od radosnych i błogich czasów dzieciństwa spędzonych na spokojnej wsi, przez okres dorastania i nauki w burzliwych okolicznościach wojennych.
Czytanie snów, analiza wspomnień i doświadczeń są próbą odkrycia sensu życia, swojego rodzaju wniknięciem w los i przeznaczenie. Retrospekcja przez rozebranie na czynniki pierwsze działań, zachowań i podjętych decyzji to rodzaj podsumowania życia. W tej książce każdy musi odnaleźć siebie, nie ma innej możliwości, każdy musi cofnąć się w czasie, przeanalizować i wyłuskać sens swojego życia. Niekiedy to „łuskanie” i odnajdywanie nie przyjdzie łatwo. Czasem zasmuci rozwiązanie albo też odkryty cel, ale nawet taki pozostanie tym, do którego dążymy. Nawet ten, choćby najgorszy i najcięższy do zniesienia, podobnie jak ziarno fasoli wyłuskane ze źle wysuszonej łodygi jest życiem.

„Czyli najpierw coś musi się zdarzyć, aby potem, choćby i po wielu latach pamięć mogła to przywołać? Według mnie, są jednak rzeczy, w które lepiej, żeby się pamięć nie wtrącała. (…) Nie zawsze jednak potrzebujemy pomocy od pamięci. Bywa, że bardziej potrzebujemy zapomnienia. Ciężko byłoby żyć tak bezustannie w niewoli pamięci. Toteż musimy ją nieraz zwodzić, mylić, uciekać przed nią. Przecież na dobrą sprawę nie musimy nawet tego pamiętać, że jesteśmy na tym świecie. Nie wszystko, (…) musi się toczyć według porządku pamięci.”
W. Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, s. 395-396

nic nie napiszę ....

Tym postem chciałabym zakończyć swoje własne, niedokończone osobiste wyzwanie Booker’owskie. Podjęłam się jego z ciekawości i oczywiście z chęci poznania szerszego kręgu autorów nagrodzonych tą nagrodą. Założyłam sobie także przeczytanie listy booker’ów dla własnej satysfakcji. Ponieważ kilka z nagrodzonych książek miałam już za sobą, postanowiłam - w ramach oczywiście możliwości -przeczytać te jedne z pierwszych nagrodzonych i moje zaległe.
W ten sposób utworzył się pierwszy stos booker’owy – z tego stosu kilka książek opisałam na blogu, kilka z nich pozostało po prostu w mojej pamięci (być może kiedyś je spróbuje odtworzyć).
Znalazły się też takie pozycje, które przeczytałam ale które mnie nie zaciekawiły. Albo o których nie potrafię napisać nic miłego, a napisania złych słów na temat nagrodzonych książek już nie chcę się podejmować, ponieważ jedno z nich nie spotkało się z przychylnością czytelników na wielu forach.
Nauczona doświadczeniem, obawiając się kolejnej reprymendy w kilku słowach napiszę tylko moje osobiste odczucia, które – zastrzegam – mogą z czasem ulec zmianie.
Tak więc w moim stosie znalazły się :


Ci co pozostali Paula Scotta - w tej książce największą dla mnie wartością literacką było to, że porusza ona problem długoletnich małżeństw. To, że autor dostrzegł jak fantastyczne, może być życie w duecie przez tak wiele lat. Mimo wielu kłótni i pretensji, mimo wielu momentów krytycznych bycie ze sobą i trwanie w radości. Przyjemna i wzruszająca lektura z dużą dawką humoru.

Moja ość w gardle, mój wyrzut sumienia – Salman Rushdie Dzieci północy – no nie wiem, nie mogę!

Zachować swój świat Nadine Gordimer – nad, którym ubolewam bo nie miał kilkudziesięciu stron (ktoś je sobie przywłaszczył) więc nawet nie tknęłam. Ale o Gordimer pisałam TU

Stare diabły – Kingsleya Amisa, których lektura była dla mnie irytująca i wolałabym chyba tą przezabawną historię zobaczyć na wielkim ekranie

I wreszcie Ślepy zabójca Margaret Atwood – do tej książki podeszłam drugi raz i po raz kolejny była ona tak uderzająca i zarazem tragicznie dołująca dla mnie, że samo jej wspomnienie wywołuje na mych ustach grymas smutku. Powieść tak złożona, że nie potrafię wyrazić opinii na jej temat w jednym zdaniu. Książka na czytanie której znalazłam sposób i to właśnie dzięki niemu wrócę do niej ponownie.
Tymi słowami nie krytykuję powyższych książek, a raczej chcę zachęcić do sięgnięcia po nie, bo przecież opinię na ich temat każdy, po przeczytaniu, będzie miał własną, niepodyktowaną moim skromnym postem.

The Gathering

„Tajemnica rodu Hegartych” Anne Enright faktycznie zaczyna się tajemnicą i cała jest nią owiana. Zaczynając czytać zdobywcę Bookera 2007, chciałoby się już, już zaraz wiedzieć o co chodzi, lecz książka tak zachwyca, tak wciąga, że przemy do przodu przez strony pełne głębokich uczuć. To jest ciemny i mroczny świat śmierci w chłodnej oprawie Irlandii. Zagubiona w swoim życiu Veronica z 50 letnią historią rodziny, owianej tajemnicą, której sama nie potrafi rozsupłać. Uwikłana w nią przez swoje poczucie winy, przez miłość do rodziców i rodzeństwa, ciągle trwające w „związku” z bliskimi. Nie potrafi pogodzić się ze śmiercią brata miotając się między uczuciem miłości i nienawiści, współczucia i niezrozumienia. Silna kobieta, jak jej się wydaje i jednocześnie tak słaba, zamknięta w swoim świecie, czasem tylko budzi się w nim aby utrzymać kontakt z córkami i mężem. Anne Enright daje nam mnóstwo czasu na oswojenie się ze śmiercią Liama Hegarty, tak jak oswaja się z nią jego siostra Veronica. „Tajemnica rodu Hegartych” tak mroczna i poza zmysłami jak ludzie, którzy je postradali i nikt ich nie rozumie, jednocześnie dotyka wszystkich komórek czytelnika, porusza wszystkie zmysły. Sprawia, że zastanowisz się czytelniku jak ty żyjesz, czy będziesz zmuszony rozkładać też swoje życie na części pierwsze jak Veronica? Każda tragedia rodzinna i tajemnica możliwa jest do rozwikłania dzięki miłości, której nie brakuje u Enright, wypełnia ona całą treść książki i potrafi natchnąć czytelnika. Bo nie sposób przejść obok dramatu Hegartych bez wzruszeń. Nie sposób nie wczuć się w cierpienie Veroniki, w jej niezrozumienie świata albo rozumienie go w inny sposób, jej własny sposób. Każdy rozumuje świat, miłość, śmierć i wszystkie dramaty i wzruszenia jakie nam życie "daje" w swój własny sposób. Każdy ma problem ze zrozumieniem i pogodzeniem się ze śmiercią. Każdemu z nas może zdarzyć się obwinianie za nią innych. Wtedy w głębokich zakamarkach pamięci szukamy winnych, czy to ludzi czy zdarzeń. Veronica gubi się czasami w tych zawiłościach pamięci i jej zawodności czy też nadmiernej wyobraźni. Lecz czyż jest to wystarczający powód aby „wyciągać” wszystkie historie rodzinne te czyste jak kryształ i te „brudne”? Czy trzeba obwiniać, jak robi to bohaterka Enright rodziców i dziadków i cały bieg życia rodziny za to co się stało? Czyż nie jest ważniejsza miłość, a nie powód czyjejś śmierci, która i tak już się stała? Hegarty to są mądrzy ludzie, dobrze wychowani przez rodziców. Pomimo, że było ich 12, to im się udało. A cóż z tego, że każdy jest na swój sposób dziwny? Chyba za dużo w „Tajemnicy …” jakby wstydu i smutków wyniesionych z dzieciństwa. Niedomówienie, które kładzie się cieniem na historii rodziny Hegartych jest silniejsze nawet od ogromu miłości jaka przejawia się w tej dużej rodzinie. Szkoda, że nie potrafią zaufać sobie do końca i odkryć przed sobą, „odsłonić” ten cień, wpuścić słońce jak miłość do domu.
Książka jak najbardziej ambitna, zasługująca na nagrodę jaką otrzymała. Tak wzruszająca opowieść i do głębi prawdziwa jest mocno wciągającym przeżyciem i charakterystycznym dziełem „bookerowskim”.
Ten post jest "odgrzewany" (ze starego adresu blogowego) w związku z WYZWANIEM i choć dziś pewnie napisłabym go inaczej postanowiłam nic nie zmieniać.
_________________________________
http://ksiazki.wp.pl/katalog/ksiazki/kw,37471,ksiazka.html

Es - l'homosexualite est un delit

Przyznaję, że książka Allana Hollinghurst'a "Linia piękna" (The Line of beauty) przeleżała u mnie kilka dobrych lat w stanie nadgryzionym. Nie wiem co sprawiło, że nie doczytałam jej do końca - czy trudności językowe jakie mi sprawiała czy ciężki kaliber treści? A może jedno do drugiego i "The Line of beauty" stała się dla mnie ciężkostrawna. Przypomniałam sobie o niej kiedy postanowiłam poszerzyć krąg bookerowskich dzieł (bo było tak zwykle, że sięgałam po książki nagrodzone, jednak nie wszystkie – i nie wszystkie też wydane zostały na rynku polskim, a potem to się o nich zapominało) oraz dzięki stosikowi Chihiro
Tak więc w związku z pomysłem "The Line of beauty" znalazła się w stosie bookerowskim (choć nie ma jej na zdjęciu stosu, bo została dopiero później odzyskana od wypożyczającego ;-) ) . Od razu przyznaję, że niektóre z fragmentów, które były dla mnie niezrozumiałe bądź wydawały się takie, (co okazywało się błędnym myśleniem) zaczerpnęłam z polskiego wydania, które cudem zdobyłam i to w śmiesznie niskiej cenie. Podejrzewam, że to wstyd trzymać taką książkę w hurtowni, czy księgarni, nie wstyd, że taka książka jeszcze stoi ale w ogóle stoi – bo reakcje na recenzje książki zauważałam raczej pąsowe.
Czytając książki z listy bookerów nie oceniam ich bo nie mam do tego kompetencji, najwyżej wyrażam swoje zdanie – dobre czy złe – które w tylko mi znany sposób kształtuję i pojmuję.
Myślę - i pewnie tą myślą podzielam zdania kilku innych osób, że "Linia piękna" choć niezaprzeczenie zasłużyła na otrzymaną nagrodę i książką wybitną jest, to jednak przysłużyła się jej tematyka gejowska, bo czasy i okoliczności, bo powiązania polityczne w treści i wartości obyczajowe – wszystko to razem i oczywiście talent pisarski Hollinghurst'a dały wynik w postaci Bookera w roku 2004.

Jest 1983, środek wyjątkowo gorącego lata. Brytyjska Partia Konserwatywna wygrywa wybory pod przywództwem Margaret Thatcher. Główny bohater, po części narrator 21 letni Nick Guest, absolwent Oksfordu, podkochujący się w swoim przyjacielu ze studiów Tobym, wprowadza się do jego domu w Londynie. Sytuacja dość skomplikowana dla Nicka, który nie ukrywa swojego homoseksualizmu i musi znaleźć się w towarzystwie ojca Toby'ego i jego towarzyszy z partii Torysów, przeciwnych raczej homoseksualizmowi (przeciwnych bo nie znają? bo nie rozumieją? bo właściwie co?). Jednak chłopak ma szczęście, bowiem cała rodzina Toby'ego, włącznie z ojcem parlamentarzystą do homoseksualizmu Nicka odnosi się tolerancyjnie. To pod okiem i prawie pod dachem tego pruderyjnego domu Nick nawiązuje swój pierwszy romans, który już na zawsze wpłynie na jego życie, tak silnie, że nawet Nick nie zdaje sobie z tego sprawy i nie jest w stanie przewidzieć wpływu swojego pierwszego kochanka na jego przyszłość.
To są tylko skromne początki powieści. Nawet nie można się specjalnie bulwersować jak na Allana Hollinghurst'a. Jednak kiedy tylko akcja przenosi się do roku 1986, kiedy to Nick zaczyna rozwijać skrzydła nawiązując nowe znajomości i odnajdując się w reszcie w otoczeniu polityków i osób z wyższych sfer książka nabiera nie tyle tempa ile ... rumieńców. Nick czerpie pełnymi garściami z tego co oferuje już nie do końca „podziemne” życie w wielkiej metropolii, wciąga się, bez wyrzutów i obaw w seksualne przyjemności dopełniane stanami narkotykowego upojenia. Niestety jest to życie w cieniu AIDS i ciągle potępianej odmienności orientacji seksualnej.
I jak zawsze u Hollinghurst'a nie obędzie się bez opisów aktów seksualnych – więc książka dla osób , którym raczej pruderia obcą jest. Bo choć opisom tym daleko do pornograficznych to jednak autor przedstawia je, podobnie jak Klubie korynckim dość realistycznie co uprzedzonym czytelnikom może wydać się odpychające i naganne. Jednak należy pamiętać, że nie one są celem książki i nie dla tych opisów książka powstała, jest to swego rodzaju znak rozpoznawczy autora.

Nie wiem co stanowi tło w książce Allan Hollinghurst'a – ciagle nowe podboje seksualne Nicka, jego napiętnowany homoseksualizm czy raczej sytuacja polityczna Angli lat osiemdziesiątych?
"Linia piękna" to książka rzeka – bo to historia, od początku do końca (czyżby?), życia młodego chłopaka, który na jej kartach odkrywa swoje przekonania, przeżywa inicjacje zarówno te seksualne jak i towarzyskie – to jak kiedyś ktoś napisał „powieść inicjacja”, to historia przepoczwarzania się nieopierzonego chłopaka z rodziny bez tradycji w pewnego siebie i swojego zdania obywatela świata. To także bardzo obrazowy portret Anglii w rządów Thatcherowskich konserwatystów. Chciałabym aby powstał równie dobry obraz polskich rządów w obliczu równie podobnych problemów społecznych bo ciekawa jestem jak poradziłyby sobie nasze kręgi polityczne w podobnej sytuacji.
chciałabym życzyć
WSZYSTKIM SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU I SZAMPAŃSKIEJ ZABAWY!

kto przyznaje nagrody?

Już po raz nie wiem który trafia mi się książka autora wielokrotnie nagradzanego, książka nad którą większość czytelników wprost rozpływa się w pochwałach, a ja nie potrafię jej docenić. Zawsze tłumaczę sobie ten fakt tym, że moja znajomość literatury jest zbyt mała abym mogła wypowiadać się na tematy "wielkich", ale bywa czasem tak, że fabuła książki nawet do mnie nie przemawia, bo przecież nie muszę zaraz wdawać się w warsztaty, style i wartości ale chociaż bym chciała czasem aby mnie wciągnęło. Podobnie jest w przypadku "Hańby" J. M. Coetzee, o której teraz dopiero coś mogę napisać, bo czas, który sobie i książce dałam i tak nie zaowocował nowo odkrytymi wrażeniami. Jednak podobnie jak w przypadku Pamuka, Saramago i Coetzee ("Hańby") nie jestem na szczęście osamotniona w odmiennym odbiorze książki. Nie chciałabym rozpisywać się na temat tego co mnie NIE zachwyciło i czemu bo nawet nie potrafię podać mocnych argumentów Po prostu historia była jakich wiele, a zarazem nijaka. Nijakość objawiła mi się w tym nad czym niektórzy recenzenci się zachwycają - niby normalność bohaterów, niby zwykła proza życia, ludzie jakich wiele - ok, owszem ale do mnie to nie przemówiło. Jakkolwiek początkowo "Hańba" przypominała mi "Konające zwierze" czy też "Błękitnego anioła" tak na początku się skończyło i dalej Coetzee mnie zawiódł (odwrotnie niż autorzy wspomnianych książek). I choć wiem bądź też domyślam się, co autor chciał przekazać czy też przekazał (tylko ja nie zauważyłam) to jednak nie pojmuję istoty i celowości przyznanej "Hańbie" nagrody (ale jak wspomniałam nie jestem osobą kompetentną do takich ocen). Aby samej się nie nakręcać i nie dręczyć własnym brakiem umiejętności czytania wielkich pisarzy poszukałam kilka podobnych w odczuciu recenzji i ku własnej radości takowe znalazłam. TU znajdziecie moją ulubioną recenzję Doroty Tukaj, pod którą podpisuję się również ja!

Morze na miarę Bookera

Jak wiadomo tym, którzy czytali mój stosikowy post, postanowiłam przeczytać jak największą liczbę książek, które otrzymały nagrodę Bookera. Powodowała mną na pewno niedawna, tegoroczna nagroda, jak i chęć poznania i ewentualnego zrozumienia czym kieruje się jury przy wyborze. Chciałabym znaleźć jakiś wspólny, być może, mianownik dla tych książek. Pewnie, że nie przeczytam wszystkich bo jest to po prostu fizycznie niemożliwe (chyba?) oraz nie pozwoli mi na o niechęć do czytania starych, pożółkłych kartek, zakurzonych stron na które mam uczulenie, a niestety większość starych bookerów w bibliotece tak wygląda.
Jednak „Morze morze” Iris Murdoch jest starą, pożółkłą zakurzoną książką, której zapach raczej nie zachęca do lektury, ani też rok jej powstania (jest tylko dwa lata młodsza ode mnie) - bowiem nie lubię czytać o czasach, których nie pamiętam i nie rozumiem (oczywiście inaczej ma się to w przypadku historii). W ogóle nie wiem co spowodowało, że wzięłam tę książkę z półki, bo oprócz powodów, dla których powinnam ją odłożyć dochodził jeszcze sam tytuł sugerujący przygodę wśród fauny i flory, a do tego marynistyczny tematyka tytułu na myśl której mdli mnie jak na statku (nie znoszę książek ani obrazków, pamiątek znad morza w postaci latarenek i muszelek – te które leżały ku ozdobie u nas w domu, a które z obrzydzeniem przesuwałam przy wycieraniu kurzu, schrupały z wątpliwą przyjemnością córki naszych znajomych – dzięki dziewczyny, mając nadzieję, że Wam nie zaszkodziły cieszę się z tej przysługi).
Pomimo tak wielu argumentów przeciwko lekturze, które przemknęły przez moją głowę z prędkością światła, poczułam, wyciągając z półki książkę, że muszę ją przeczytać. I nie zawiodłam się bowiem „Morze morze” wciąga od pierwszych stron, hipnotyzuje, uspakaja i relaksuje. To wprost niesamowite uczucie, które towarzyszy podczas jej czytania porównywałam do pobytu nad brzegiem morza, do uspakajającego szumu fal i orzeźwiającej bryzy morskiej.
„Morze morze” to historia emerytowanego reżysera, aktora i dramaturga, który przez 14 lat swojego życia nie widział morza i wystarczyło jedno spojrzenie, a chłopak wiedział, że z morzem zwiąże kiedyś swoje życie. Znudzony swoją popularnością, blichtrem, który otaczał go w życiu, kupuje dom nad morzem, a właściwie dom na cyplu, starą, rozwalającą się ruderę, bez prądu i ogrzewania ale za to z dawną latarnią morską i osobistym dostępem do skalistego brzegu morza. Charles Arrowby czas emerytury poświęca na spisanie swojego życia, na napisanie biografii znanego reżysera – siebie samego, chcąc w ten sposób oczyścić swoją osobę z zarzutów egoizmu, samolubstwa i chamstwa i jednocześnie przeżyć swego rodzaju miłosne katharsis .
Wydawało się, że znalazł raj na ziemi, miejsce idealne na emeryturę, na pisanie książki. „Shruff End” (tak nazywa się dom Charles’a) okazuje się jedną wielką tajemnicą, a jego zakup posunięciem które zmusi Charles’a do walki z samym sobą, z własnymi emocjami, przeszłością i przyszłością. W tym zdawać by się mogło spokojnym miejscu stoczy on walkę z duchami dawnych czasów, magiczną siłą miłości i nawiedzającymi go ciągłymi wycieczkami znajomych. Ten nieustający strach i ucieczki przed spotkaniami doprowadzają go do obłędu, przywołują obrazy z życia jakie zostawił za sobą. Po pokojach „Shruff End” jak zmory ciemności snują się sprawy niewyjaśnione, żale i pretensje. Tam gdzie Charles miał odpocząć tak naprawdę dopiero musi zacząć żyć, bo dotąd chyba tylko był i nic go nie interesowało a teraz musi działać - stawić czoła wszystkiemu co kiedyś uczynił sobie i innym.
Iris Murdoch doskonale buduje napięcie całej sytuacji, choć książka ma prawie 600 stron nie sposób nudzić się w trakcie jej czytania. I choć na jej stronach znajdziemy ogromną ilość opisów są one tylko atutem książki, a ich różnorodność (począwszy od opisu fal, skał kończąc na rytuałach przygotowywania i spożywania posiłków) ubarwia i umila czas poświęcony książce. Smaczku dodaje fakt, że autorem książki jest kobieta, a narratorem i zarówno autorem książki pisanej w książce jest mężczyzna. Moim skromnym zdaniem książka „Morze, morze”, w której lekturze znajdą przyjemność miłośnicy przygód i kryminału w pełni zasłużyła na nagrodę, która otrzymała. To druga książka z mojego stosu, dla której jestem na TAK!

Amsterdam

Zadziwiające, że można wciągnąć się w tą książkę od pierwszych stron – odważne posunięcie zacząć od pogrzebu i to w dodatku w mroźny lutowy dzień. Toczyć dysputy przy jednoczesnym odmrażaniu sobie wszelkich członków. Tak zaczyna się Amsterdam McEwan’a, tak charakterystycznie dla autora - ponuro i ciężko.
Molly Lane była chyba rozrywkową dziewczyną i zapewne piękną kobietą. Jak na takową przystało zgromadziła na swoim pogrzebie wszystkich swoich kochanków czyli umierając, niekoniecznie na złość im, doprowadziła do ich konfrontacji. Clive Linley, Vernon Halliday, Julian Garmony czy mąż Georg Lane to mężczyźni Molly. Pierwszy z nich to wzięty brytyjski kompozytor muzyki współczesnej, Vernon to zagoniony redaktor gazety oraz Julian – polityk, minister spraw zagranicznych, że o zaborczym mężu nie wspomnę. Mężczyźni ci nawet nie domyślają się jakie następstwa dla nich będzie miała śmierć Molly i ich ponowne spotkanie.
Nie domyślają się, że ich próba zbliżenia się do siebie, bliższego poznania czy może chęć nawiązania przyjaźni, którą przypieczętowali umową, podyktowaną chorobą Molly, będzie miała poważne skutki (a miała być ona swego rodzaju usprawiedliwieniem dla śmierci kochanki i ich samych). Dokonają oni katastrofalnych wyborów moralnych, ich przyjaźń zostanie poddana ciężkiej próbie, a niewinne zabawy Juliana Garmony ośmieszą i postawią w obliczu śmierci politycznej i rozpadu małżeństwa.
Ten swojego rodzaju moralitet McEwan’a nie należy do łatwych – z resztą jak większość jego książek, nie jest to książka zachęcająca, wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że zniechęca ona od pierwszych stron (bo czyż marznięcie na pogrzebie może być ciekawym?- trzeba lubić autora aby je wytrzymać!). W książkach McEwan’a zarówno świat jak i postacie są odrażające, to pogmatwane i pogubione we własnej psychice złe charaktery - czasami odnoszę wrażenie czytając McEwan’a, że umieszczając swoich bohaterów w jakimś miejscu i czasie chce on w jakiś sposób, pokazując im jacy są zepsuci, jednocześnie ukarać ich za występki jakich się dopuszczają. Sam Amsterdam akurat to studium męskiej psychiki - przypisywanej zwykle kobietom zazdrości i emocjonalnej oziębłości z charakterystyczną, już raczej dla męskiego gatunku, rywalizacją na polu zawodowym i seksualnym oraz z ciągłą chęcią bycia lepszym, umiejscowiony w typowym dla mężczyzn światku polityczno – twórczo - rozrywkowym. Wreszcie tytułowy Amsterdam to miasto zagadka, miejsce, w którym coś się dokona, coś co będzie wielkim zaskoczeniem zarówno dla czytelnika jak i samych bohaterów.
Ta ksiązka nie zawiedzie – jak zawsze u McEwan’a makabra łączy się z humorem, a groteskowo wynaturzone postacie momentami przerażają realizmem. Pomimo depresyjnego nastroju książek McEwan’a i tak je lubię i nie chcę aby zawiódł mnie on zmieniając się w słodko-ckliwego autora plastikowych książeczek.