... i konkurs

Ogłaszam nabór chętnych do wylosowania książki Diane Ackerman "Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim ZOO". Ponieważ książkę tę otrzymałam w urodzinowym prezencie oraz wygrałam w konkursie organizowanym przez WP, chętnie podzielę się nowiutkim, pachnącym egzemplarzem, tym wygranym ;-)
Jeśli kogoś interesuje o czym jest książka a nie przeszkadza fakt, że może dowiedzieć się zbyt wiele zapraszam do mojej krótkiej recenzji na blogu http://moni-libri.blogspot.com/2009/11/azyl-ktorego-autorka-chciaa-dobrze.html lub na portalu piszemy.pl http://piszemy.pl/viewtopic.php?p=40542&highlight=#40542.
I choć moje skromne zdanie na temat książki może nie zachęcać do lektury to jest to po pierwsze tylko moje zdanie a po drugie być może miłośnikom zwierząt czy też historii Polski książka przypadnie do gustu?
Nabór chętnych na „Azyl” będzie trwał do piątku
Powodzenia ;-)

the swimming-pool library

"Klub Koryncki" dedykowany jest pierwszemu Anglikowi Nicholasowi Clarkowi (1959-1984), który zmarł na AIDS. Złożoność książki rozpoczyna się już od próby przetłumaczenia tytułu, ponieważ oryginalny tytuł w dosłownym tłumaczeniu brzmiałby mniej więcej pływalniana biblioteka co ni jak ma się do języka polskiego i tłumaczenie tytułu nastręcza ogromne trudności językowe nie mówiąc już o wymówieniu tegoż tytułu czy tym bardziej kojarzeniu i zapamiętaniu. Jednak tłumaczka książki Maria Olejniczak-Skarsgard trafnie nadała tej książce polski tytuł – Klub Koryncki - bowiem jak możemy dowiedzieć się koryntianami nazywano dandysów, którzy szczególnie uwielbiali wszelkie dziedziny sportowe i co z tym związane specjalizowali się w nich. Natomiast tytułowy Korynt to miejsce – pływalnia – do którego mężczyźni przychodzą właśnie doskonalić swoją sprawność fizyczną. Jest on też miejscem spotkań mężczyzn z … mężczyznami. To w Koryncie dają oni upust swojej próżności i pysze. Tam bezpiecznie mogą spotykać się nie ukrywając swoich skłonności. Jeśli ktoś zna twórczość Alana Hollinghurst’a, choćby nawet tylko orientacyjnie, domyśla się czego może spodziewać się po książce "Klub Koryncki".
William Beckwith bohater książki czy też raczej przez swoją postawę antybohater to typowy homoseksualny Don Juan, którego celem życia zdaje się być zdobywanie. Pozbawiony jakichkolwiek kompleksów, przystojny i wykształcony młody mężczyzna nastawia się na konsumpcję. Konsumpcję seksu oraz kolekcję kochanków.
Oczywiście jak na książkę autora "Linii piękna" przystało nie brakuje w "Klubie Korynckim" samej seksualności. I choć wyjątkowo dużo w niej opisów "ociekających" seksem (sceny miłosne, spotkania pod prysznicem w klubie, przypadkowe spotkania w szaletach publicznych – to chyba standard u Hollinghurst’a, czy też sceny z kina, gdzie nie film pornograficzny jest tym co może gorszyć ale raczej to co dzieje się na widowni) to jednak seksualność w tej książce jest li tylko fizycznością, która nie ma nic wspólnego z wulgarnością. Tym bardziej, że sfera ta wyjątkowo współgra ze społecznością w jakiej rozgrywa się książka. Ciekawostką książki Hollinghurst’a jest to, że w Klubie Korynckim zarówno jako książce jak i w klubie nie pojawia się ani jedna kobieta (skojarzyło mi się z odwrotną sytuacją w filmie Women). Nawet wtedy gdy już ma dojść do takiego spotkania, gdy już myślimy, że jednak w świecie Hollinghurst’a kobiety istnieją w dziwny sposób do spotkania takowego nigdy nie dochodzi.
"Klub Koryncki" to czysto męska powieść dlatego gdybym miała porównać dwie przeczytane książki wspomnianego autora wolę jednak "koedukacyjną" "Linię piękna". Nie dlatego, żebym nie była tolerancyjna, również nie z pobudek czysto feministycznych ale raczej z powodu nudy jaką dostarcza monotonne środowisko, niezależnie kobiet czy mężczyzn.
Próbuję też porównać Hollinghurst’a jako przedstawiciela literatury gejowskiej w Wielkiej Brytanii do … Michała Witkowskiego, który nie określa tak otwarcie jak Hollinghurst swojej seksualności, jednak na miarę polskich realiów literaturę gejowską tworzy. Moim skromnym zdaniem czytanie "Linii piękna" czy też "Klubu Korynckiego" to – przepraszam – czysta przyjemność w porównaniu do (hardcorowych) książek Witkowskiego, a i otrzymana przez Hollinghurst'a nagroda Bookera, jak dla mnie w pełni zasłużona, jest chyba miarodajną oceną (w tym przypadku) twórczości pisarza.

Japońska wersja Przeminęło z Wiatrem

Zacznę od początku, od powodów dla których sięgnęłam po tę książkę.
Czyli od programu na Planete o Hiroszimie i Nagasaki, o ataku Amerykanów i skutkach bomby atomowej - przerażające - ale nie o tym chcę pisać. Po tym programie moje myśli powędrowały na blog Chihiro, która przecież tyle razy wspomina w swoich postach kraj Kwitnącej Wiśni. Poprosiłam więc Chihiro o pomoc w wyborze lektury, która pomogłaby mi zagłębić się w tematykę japońską, polubić mi - nie przepadającej za tymi klimatami - właśnie kulturę japońską (Dziękuję Chihiro :-) ). Książka miała być koniecznie o Japonii, koniecznie ze szczyptą historii i tradycji, tolerowany był mały wątek romantyczny oraz wojenny.
Jednak moja niecierpliwość zawiodła mnie wcześniej do księgarni. Nie mogąc doczekać się wiadomości od Chihiro, a wcale nie trwało to długo, udałam się do księgarni gdzie z ogromną pomocą Pań zakupiłam dwie pozycje książkowe, z których jedną jest właśnie „Ostatnia konkubina" .
Jeżeli jakąś książkę można określić jednym zdaniem to książkę Lesley Downer określiłabym mianem prozy kolorowej. Kolorowej - bo barwy w jakie Downer ubiera dialogi bohaterów, historie i opisy są niesamowitą paletą kolorów. Kiedy czyta się "Ostatnią konkubinę" odnosi się wrażenie, że z kart książki wystrzeliwuje cała feeria barw, jak fajerwerki w sylwestrowa noc.
Jak pisze sama autorka jest to książka oparta poniekąd na faktach bo choć postacie są wymyślone przez nią to jednak opowieści o shogunach, walkach i złocie mają swoje źródło w legendach Japonii.
„Ostatnia konkubina” to jednak trochę też historia miłosna, lecz wpleciona w losy wojowników i rodu shogunów walczących o własny kraj tworzy wspaniałe tło dla dramatu.
Nie chciałabym rozpisywać się o przygodach Sachi, która z wioski, gdzie wychowują ją przybrani rodzice trafia do pałacu shoguna aby stamtąd rozpocząć, jako jego konkubina, wędrówkę życia i walkę o życie. Nie chcę opowiadać o bitwach jakie stoczyły wojska cesarza i ludzie shoguna w walce o miasto, ani też o rytuałach, którym poddają się damy dworu aby umilać czas swoim mężczyznom. I nie opowiem też o drodze, którą przeszła Sachi, drodze, która okazała się być nie tylko ucieczką przed wojskami ale i poszukiwaniem siebie, swoich korzeni i o tym, że to co znalazła, co odkryła zaskoczyło nie tylko samą Sachi.
Powiem tylko, że jedno zdanie, które przeczytałam na obwolucie wystarczyło abym tę książkę zechciała przeczytać
„Imponujący, świetnie napisany dramat, którego akcja toczy się w kluczowych dla historii Japonii momentach. To dużo więcej niż historia miłosna”

I jeszcze jedno z haiku, które pisała Sachi do swojego ukochanego
Yumeji ni wa
Ashi mo yasumezu
Kayoedo mo
Utsutsu ni hitome
Mishi goto wa arazu.


Choćbym go odwiedzała co noc
Na ścieżkach snu
Nie dotykając stopą realnej ziemi
Nie da się go porównać
Z jednym spojrzeniem.

Sonda

Sondaż jest to badanie opinii publicznej, rodzaj badań statystycznych mający na celu określenie preferencji danej grupy ludności .*




I choć sondaż, czy też sonda nie daje pełnego obrazu a jedynie przybliżony wynik to jest narzędziem pomagającym w …. planowaniu.
Plan, którego dotyczy sonda Med-Oli jest narzędziem, które nam, czytelnikom ułatwi i umili żywot mola książkowego, a Med-Oli start i spełnienie marzenia. Dlatego zapraszam do wypełnienia sondy.

Ja swój głos oddałam, poniekąd jak krew honorowo – bo sama właśnie zaczynam od ankiety realizować swoje marzenie.
Oddanie głosu nic nie kosztuje a dla Med-Oli będzie bardzo pomocne


Gdyby ktoś po drodze nie znalazł odnośnika to sonda jest TU

Sen o Wrocławiu

Przyznaję, że biorąc do ręki książkę Stanisława Karolewskiego "W piaskownicy światów. Epos wrocławski" obawiałam się chaotycznej literatury, potwierdzenia opinii na temat książki jako pijackiego bełkotu w oparach papierosowego dymu unoszącego się gdzieś po zapomnianych uliczkach Wrocławia. Ciężko było, nie powiem, nie jest to lektura łatwa i przyjemna. Jeśli ktoś oczekuje miłego spędzenia czasu w pochmurne listopadowe popołudnie może się zawieźć dostając do ręki kawał mocnej literatury.
I wbrew także spotykanym opiniom jakoby była to książka dla zaznajomionych z Wrocławiem, odszczekuję - choć nie ja powiedziałam te słowa - odszczekuję za innych, bronię książki, która dla dusz artystycznych i zagubionych, oczekujących klimatów w trakcie zwiedzania a i dla samych mieszkańców miasta - nadaje się jako swoisty, duchowy przewodnik.
W reszcie "W piaskownicy światów" to swego rodzaju katharsis i wcale nie spowiedź pijaka, choć nie da się ukryć, że karty książki przesiąknięte są alkoholem - raczej upatruję w nich zwierzeń człowieka, który nie umie sobie poradzić z codziennością w obliczu utraconej miłości (pomimo zajęć i pracy tłumacza polskich seriali i filmów dla Japończyków). I jako męski przedstawiciel ziemski męczy się dusząc ból w sobie. Wsobny charakter utrudnia Michałowi pogodzić się z wygasaniem miłości, z ciężarem przygniatającego życia w pojedynkę. Jednocześnie wrażliwe dziecko tegoż świata z nutą kontestatora, pełne sprzeczności i buntu, który stara się ukryć w morzu alkoholu, leczące ból drobnymi miłostkami, odwraca uwagę od własnych słabości szarością dnia codziennego.
"W piaskownicy światów" to nie tylko spis miłosnych uniesień Michała, nie tylko przewodnik po Wrocławiu, ale mapa po codzienności, która istnieje i dzieje się we wszystkich Wrocławiach, Paryżach i Pragach świata, tych dużych i tych najmniejszych. W książce Stanisława Karolewskiego rzeczywistość miesza się z magią i nierealnością, nieobliczalność i czasem zdawałoby się obłąknie bohatera z bezbarwnością otaczających jego osobę ludzi.
Język książki jest tak wyrazisty, że nawet nie znając miasta, bez wysiłku można przenieść się w ciemne uliczki Wrocławia, (jestem przekonana, że będąc tam kiedyś rozpoznam opisane przez autora miejsca). Odważyłabym się porównać debiut literacki Karolewskiego do mistycznych i nierealnych książek Murakamiego, a czysty i do bólu prawdziwy obraz świata do bezpośredniej Christine Angot.



Podobno Wzgórza Trzebnickie


Ossolineum



... bo podobno Wrocław to Miasto Aniołów









Wieża Atronomiczna (Matematyczna)



Stanisław Karolewski
Wrocław 2009
zdjęcia Google

Azyl, którego autorka chciała dobrze, a wyszło ... jak wyszło

Jeśli ktoś spodziewa się historii na miarę Wojny Klary Stephen'a Glantz'a, w której ciągłe napięcie nie pozwala oderwać się czytelnikowi od lektury, raczej na kartach książki Diane Ackerman znajdzie opowieść o zwierzętach z domieszką historii i kilka wspomnień ludzi, którzy ratowali innym życie. Pięknie ubrane w słowa - tego talentu nie można odmówić Ackerman - historie są mieszaniną radosnych wspomnień wplątanych w odgłosy wojny, domu pełnego ludzi i zwierząt. Azyl nie jest ani historią dzielnych ludzi, ani opowieścią o zwierzętach ani też wreszcie historią wojenną bo wszystkiemu brakuje zawsze trochę aby dopełnić całości. Nie powiem - czyta się przyjemnie tyle, że nie jest przyjemnym czuć niedosyt z rozpoczynanych przez autorkę historii, a także z ciągłego powracania do tego co się przeczytało z powodu częstych zagubień czy też zmiany wątków. Zlepek cytatów ze wspomnień, listów i wywiadów z bohaterami nie należy do przyjemnej lektury. Styl autorki, który mi osobiście kojarzył się z listem pisanym przez amatorską rękę czy też relację dziecka bądź niedojrzałej kobiety również nie sprzyja zagłębieniu się w lekturę.
O wojnie opowiada jakby to było radosne przeżycie na miarę zabawy przedszkolaków w żołnierzyki, a spadające bomby, które siały przecież strach i pomór były piaskowymi bądź śnieżnymi kulkami. Nie wiem jak Wy ale ja osobiście nie lubię czytać takich zlepków i euforii, kiedy wokół, mam świadomość, jednak umierali ludzie.
Ciekawostką, która jest atutem książki są liczne opowieści o zwierzętach, które niejednokrotnie były dla mnie źródłem wiedzy i informacji, których nigdzie indziej wcześniej nie czytałam.
Jakkolwiek Stephen Glantz z zapisków i pamiętników Klary Kramer zrobił lekturę godną poświęcenia czasu, książkę, która wzrusza i zachwyca to Ackerman stworzyła historię ze spreparowanych i wybranych przez siebie zapisków Antoniny Żabińskiej, które nie do końca przedstawiają czysty obraz zarówno wojny jak i historii Żabińskich (no właśnie Antoniny - brak, lub jest ich bardzo mało, wypowiedzi Jana Żabińskiego).
Trochę za mało faktów na opowieść o tak wspaniałych ludziach jakimi byli Żabińscy, za mało w tej historii codzienności z życia w willi pod zwariowaną gwiazdą, za mało tych sytuacji, które na pewno miały miejsce (jak w Wojnie Klary). Przecież zapewne więcej było groźnych sytuacji na miarę spotkania "doktora" Maurycego Pawła Zielińskiego Fraenkel'a ze służąca Pelasią, przecież więcej musiało być niechcianych i niespodziewanych wizyt esesmanów?! Te i inne historie tworzą obraz dzielnych Antoniny i Jana Żabińskich.
Myślę, że można by było zrobić o wiele więcej i o wiele lepiej, tak abyśmy mogli otrzymać historię, która zasługiwałaby na słowa Jonathana Foer'a ("ze świecą szukać lepszej historii (...) książką Diane Ackerman poruszy najczulsze struny (...)" ) i na którą zasłużyli Żabińscy.
A bajkowy styl Ackerman, który denerwował mnie w książce o wojnie, widzę raczej wykorzystany do stworzenia sagi, baśni czy nie umniejszając serii bajek dla bardzo wymagających czytelników jakimi są dzieci.
I choć Azyl to ciekawe źródło faktów z życia znanych ludzi (Korczak, Sendlerowa) i historii miejsc (warszawskie zoo), które dziś można również oglądać w nowych okolicznościach i choć może pomysł był dobry to jednak język autorki i styl oraz wydanie pozostawiają dużo do życzenia.
zdjęcia Google

no lyrics







Polecam też polecone od Medoli :))
http://www.youtube.com/watch?v=lLJ0BR99I4g&feature=related i to
http://www.youtube.com/watch?v=yMLk7fdAjZk

śnieg, śnieg i po śniegu :(

I co? Popadał, pofruwał, we włosy powlatywał, zamiecią postraszył .... i się roztopił!
Był śnieg - nie ma śniegu!
A gdzie sanki? Gdzie bałwan? Gdzie rzucanie się śnieżkami?
Ja się tak nie bawię! Zapowiadało się tak miło, biało i wesoło! A tu nici :(
Nie ma śniegu ale nastrój mam zimowy. Pragnę ciepła koca, blasku świecy, zapachu herbatki cynamonowej ... marzę przy muzyce mmmmm:)

lecimy w kulki :)

W takich chwilach dorosły zaczyna żałować, że ... jest dorosły. Nie pomogą tłumaczenia, że niektóre 12 latki są większe ode mnie - nie mogę wejść i tyle! Miałam swoje 12 lat i ... i nie było Hoplandów :(. Ale nie ma co żałować, trzeba bawić się z F. - zazdrościłam Jemu, że 12 lat skończyłam ... już dawno.


SZCZĘŚCIE DZIECKA - BEZCENNE!



A Wy żałujecie czasem, że Wasze 12 lat minęło bezpowrotnie?



YOAV


YOAV - CLUB THING

Clipart music MySpace Wideo


Yoav Sadan urodził się w Izraelu lub w Republice Południowej Afryki. Różne źródła podają inne informacje na ten temat, ponieważ jego rodzice pochodzą właśnie z tych dwóch różnych krajów. A muzykę, którą wykonuje lubię za oryginalność bowiem Yoav poza swoim głosem wykorzystuje jedynie dźwięki gitary akustycznej.

Jestem raczej typem człowieka ceniącego ciszę i to nie tylko wtedy gdy pracuję, ale lubię też czasami po prostu posiedzieć w ciszy, więc muzyka jest dla mnie małym świętem. Jednak nie ma dnia abym nie wysłuchała kilku utworów muzycznych, lecz ciągłe towarzyszenie muzyki męczy mnie. Kiedy jednak coś bardzo przypadnie mi do słuchu jest często maltretowane ;)) podobnie jak powyższy wykonawca.

W kolejnym poście zamieściłam link do Yasmin Levy i utworu Aido Kerida (Żegnaj miłości) - tylko link ponieważ video, które nadawałoby się do oglądania nie znalazłam. Yasmin to izraelska piosenkarka, wykonująca przede wszystkim muzykę sefardyjską inspirowaną flamenco. Urzekła mnie jidysz z hiszpańskim akcentem. I słucham jej też teraz na przekór panu, który myślał, że jesteśmy z mężem z zabitej deskami wsi, do której nie dociera muzyka i chciał się biedaczyna pochwalić, że on taki "znawca muzyki" hm hm, słucha coś czego my, ograniczeni ludzie nie znamy. Nie wiedział biedak, że Yasmin znam od dawna, że jej muzyka towarzyszyła mi codziennie przy pierwszej przerwie w pracy, bowiem jeden z lekarzy przyjeżdżający o tej właśnie godzinie słuchał (dość głośno) Yasmin Levy w samochodzie - wiecie co oznacza słuchać dość głośno w samochodzie? oznacza, że poza samochodem również słychać muzykę :) ale nie mieliśmy za złe Panu Doktorowi tak pięknej muzyki :)).

P.S. To video możecie oglądać dzięki Matyldzie, która dała mi wskazówki jak je tu zamieścić i dzięki cierpliwosci mojego Męża, który mnie niecierpliwej pomógł je znaleźć :) DZIĘKUJĘ