Czegoś tu nie rozumiem - Zadie Smith mnie zaskakuje.Losowanie

Zastanawialiście się kiedyś, jak odbierzecie po latach książkę, która kiedyś was zafascynowała? Czy i teraz wciągnięcie się w jej treść, zapominając o życiu dookoła i przepadniecie wraz z bohaterami. Albo, czy tak samo, jak wtedy będziecie rozmyślać nad ich losami? Ja właśnie przeżywam rozterkę post fatum. Czyli nie mogę pojąć, jak to działa? Może w moim przypadku nie była to wówczas jakaś specjalna fascynacja, nie przeżywałam nocami losów bohaterów tej książki, ale przypomniałam sobie, że jednak już ją czytałam i moje zdziwienia, że tym razem brnę przez nią, jak nie porównując przez śniegi Syberii, zadziwiło mnie na tyle, że postawiłam przez te śnieg przejść do końca. A mowa o Białych zębach Zadie Smith. O książce, którą jak się okazało po kilkunastu stronach już czytałam i pamiętam - wtedy, jeszcze w starej okładce – byłam jeśli nie zafascynowana, to przynajmniej „wciągnięta”. W ogóle wtedy chyba przeżywałam okres małej fascynacji prozą Smith, jej felietonami (no, to może trochę później), które są przecież znakomite. I nie odczułam, żeby ta fascynacja miała dotyczyć tylko książki O pięknie i wspomnianych felietonów. Po drodze było jeszcze kilka tekstów - między innymi z książki ... . Oraz Łowca autografów, którego czytałam całkiem niedawno. Jakkolwiek Łowca autografów do ciekawych lektur należy, to nie przeczytałam jej od deski do deski, choć z niemałym zainteresowaniem. 



Czyż trzeba wiele pisać o treści książki, którą pewnie większość z was zna, czytała, a przynajmniej kojarzy?  To opowieść o tym, jak z przypadkowego spotkania może zrodzić się przyjaźń, a z chwilowego niedowierzania fascynacja przedmiotem. I wreszcie historia tego, jak ta fascynacja może zepsuć, a przynajmniej zagmatwać życie. I to jest ciekawe!! Dwudziestosiedmioletni Aleks-Li Tandem, z zamiłowania i zawodu łowca autografów  budzi się z narkotykowego snu i nie  jest w stanie przypomnieć sobie zdarzeń dnia poprzedniego. Okazuje się, że jego samochód jest zniszczony, jego dziewczyna nie chce go znać, a marzenie o posiadaniu autografu hollywoodzkiej gwiazdy Kitty Alexander właśnie się spełniło. Wątpliwość, co do wiarygodności posiadanego zwitka papieru z tajemniczym podpisem zmusza chłopaka do wyjazdu do Nowego Jorku. Przygoda ta jest początkiem zaskakujących odkryć. Niemało w Łowcy autografów zaskakujących i dziwacznych sytuacji. Nie sposób nudzić się w trakcie lektury i chyba właśnie nadmiar emocji sprawiał, że nie byłam w stanie przeczytać książki od początku do końca bez przerw. Potrzebowałam odpoczynku od zwichrowanego życia Aleksa. Od szaleństw, których obrazy przewijały się, jak w przedziwnym śnie. Ale koniec końców, warto było przeżyć tę przygodę. Choć niezmiennie moja głęboka fascynacja Smith rozpoczyna się i kończy na O pięknie.
Wracając do Białych zębów- czy to nie dziwne, że książkę odebrałam po kilku latach zupełnie inaczej? Zaskakujące, jak nie potrafiłam jej teraz odczytać i jak jednocześnie zaciekawiona tym, jak książka rozpoczynająca się próbą samobójstwa, może doprowadzić do Balangi z Okazji Końca Świata przebrnęłam przez jej treść? Białe zęby to debiut Zadie Smith i to debiut oceniany bardzo dojrzale. Może jednak należałoby czytać go w odpowiednim wieku i na odpowiednim odcinku życia?  Choć z drugiej strony Białe żeby to książka ciągle współczesna, ciągle prawdziwa, bo przecież poruszająca problemy tożsamości narodowej i asymilacji oraz tolerancji. Problemy ciągle tak obecne w naszym życiu. I to jest fascynujące właściwie w obydwu tytułach – niby tak nieprzystępne, niezrozumiałe, a jednocześnie tak prawdzie i dotykające życia. 



Na razie Zadie Smith zapowiedziała przerwę w karierze pisarki (choć ta przecież trwa już od kilku lat), więc na kolejną powieść autorki przyjdzie nam trochę jeszcze poczekać. Może więc będzie to odpowiedni czas na przemyślenia, na zastanowienie się nad wcześniej wydanymi książkami, na zrozumienie ich w pełni? Dla tych, którzy zechcieliby zapoznać się z treścią wspomnianych powyżej dwóch książek – Białe zęby oraz Łowca autografów – nie lada gratka na moim blogu. Kto wyrazi chęć udziału w losowaniu książek oraz poda brakujący w poście tytuł zbioru tekstów, pod redakcją Zadie Smith (wydany w 2009 roku, również przez Znak) ma szanse zostać podwójnym szczęśliwcem i posiadaczem obydwu książek autorki, w nowych oprawach Znaku.  
Powodzenia!!
P.S. na zgłoszenia czekam do piątku 5.08), dla jasności - do godziny 12.00

Strażacy z Firlika, O Maurycy! i chroniczny chłopowstręt Izabeli - wskocz na forum na Babskie gadanie Izabeli Pietrzyk, czyli jednak skusiłam się na nowość ... i nie żałuję

Zastanawiam się od czego zacząć polecając Wam tę książkę. Może od tego, że o babskim gadaniu już mogliśmy przeczytać w innej książce o tym samym tytule (Babskie gadanie) autorstwa Anny Augustynek i Natalii Bobrowskiej. Nie wiem, jednak, czy równie intrygujące było to „gadanie”, jak w wydaniu Pani Izabeli (i to w podwójnym wydaniu). Czy może od tego, że chciałabym autorkę przeczytanej niedawno książki zachęcić do pisania (delikatnie mówiąc, bo mnie już przysłowiowo świerzbi do kolejnej Pani książki Pani Izabelo). Proszę dla dobra własnego i czytelniczek (hmmm czyżby tylko rodzaju żeńskiego? Zaręczam, że i czytelników – tak, tak i męska część czytająca podsłuchiwała babskiego gadania śmiejąc się do rozpuku). Mogłabym dołożyć jeszcze wspominany już ból brzucha – ten od śmiechu, czyli ten zdrowszy, oraz to, że – o czym także już pisałam – podeszłam do książki jak do przysłowiowego jeżą (mea culpa, biję się w pierś i odszczekuję) z nastawieniem: „przecież ja nie przebrnę przez paplaninę kobiet!”, a przeszłam gładko i z żalem zakończyłam. Argumentów za znalazłoby się pewnie jeszcze wiele, mam nadzieję, że wynikną one z tego, co napiszę poniżej. A za te, o których zapomniałam z góry przepraszam. Dodam, że nie mam argumentu przeciw, bo nawet okładkę, która mnie, czytelniczkę nie przepadającą za romantyczno— przegadanymi historiami mogła jedynie zniechęcić polubiłam.
Jak już jesteśmy przy okładce dodam, że taki format, jaki ma książka Izabeli Pietrzyk Babskie gadanie, wydana przez Wydawnictwo Prószyński chciałabym czytać zawsze. Jak miło odgina się okładka, co świadczy o zaczytaniu (nowe staje się stare – dla mnie ideał!), jak dobrze jest pomyśleć, że szary papier nie zmarnował kolejnych nowych drzew, a odpowiednia wielkość idealnie wpasowała się do moich dłoni, które nic ponad a5 nie podźwigną;/
Żeby już nie maślić i nie przechwalić zaczynam. Właśnie przechwalenia bałam się najbardziej, bo książka, przez około 150 stron, to wartka i wesoła historyjka przyjaźni grupy kobiet (wielkość tej grupy zmienia się w zależności od ilości spadających na kobiety obowiązków). Wesołe dialogi, wtrącane żarty, które potrafiły rozśmieszyć (i nie zniesmaczyć) takiego ponuraka, jak ja, sprawiły, że nieprzerwanie czytane 150 stron zamieniło się w jedną chwilę, mgnienie oka. Ale wrócę na chwilę do głównej bohaterki powieści Izabeli, która zdaje się alter ego autorki (stąd podwójne wydanie Izabeli). To młoda (młoda, młoda, bo czterdziestoletnia!) kobieta, po niedawnym rozwodzie. Po osiągnięciu upragnionej „wolności” sprowadza się na „swoje”, ciasne ale własne mieszkanie, z radością żegnając dom na odludziu, który przysparzał jej tylko kłopotów. Wychowuje osiemnastoletnią córkę – Felkę, która przygotowuje się (bardzo gorączkowo) do matury. Sama Iza natomiast jest wykładowcą języka rosyjskiego (nie mylić z ruskim, bo ruskie to są pierogi) na Uniwersytecie Szczecińskim i cierpi na chroniczny chłopowstręt. Czyli przy okazji wiadomo, że rzecz dzieje się w Szczecinie (swoją drogą, ciekawe, czy te wszystkie knajpiane podboje mają swoje odbicie na mapie miasta – to już gratka dla mieszkańców Szczecina).
Tak, nie sposób oddać, ani tym bardziej powtórzyć atmosferę spotkań przyjaciółek. Ich rozmów, które mają miejsce nie tylko fizycznie, ale i na forum, na którym spotykają się najczęściej. Początkowo chciałam zaznaczać co ciekawsze i śmieszniejsze dialogi oraz przemyślenia filozoficzne Izabeli, ale poddałam się po ok. 50 stronach. Mogłabym zagubić się w natłoku żółtych karteczek. A tak mogłam sobie powracać do nich, rozsmakowywać się, jak w najlepszych daniach, przeżywać i śmiać się od początku.
Jak już pisałam trochę opadły mi skrzydła kiedy, wydawałoby się zatwardziała przeciwniczka mężczyzn Iza dała się zaprosić na kawę namolnemu, tajemniczemu adoratorowi. Obawiając się przejścia z radości do melancholii i romantyzmu znowu „przywitałam jeża” i kolejny raz mile się zaskoczyłam. Myślę jednak, że nie była to kwestia tego, że wybranek Izabeli humorem nie odstępował jej koleżankom, ale jej  radosnego podejścia do życia. Nawet problemy, jakich dostarczyła jej … miłość … no dobrze, uczucie, którego sama nie potrafiła zidentyfikować nie pozbawiły kobiety poczucia humoru. Ewentualne rozterki zrzucała wieczorami koleżankom na forum i aż prosiło się aby autorka książki podała adres strony internetowej, na której spotykają się forumowiczki .
Wszystko w tej opowieści kipi radosnym humorem, nawet ciężkie przeżycia i łzy zdają się być okraszone dawką śmiechu. Ta książka to po prostu bomba śmiechu, nie ma strony, na której czytelnik nie uśmiechnąłby się. I choć to, co napisałam brzmi być może trywialnie, i taka też niektórym wyda się książka Izabeli Pietrzyk, to nie ma nic bardziej mylnego, niż takie podejście do Babskiego gadania. Nawet jeśli, ktoś nie przepada za książką leżakową, jak nazwaną Babskie gadanie w jednej z recenzji (hmmm swoją drogą, to musiałby być chyba leżak na opustoszałej plaży, bo inaczej współplażowicze mogliby uznać nas za niepoczytalnych) to dobrze by było gdyby jednak dał się przekonać. I nie będzie trudno takiemu czytelnikowi o magiczną 100, bo do 150 strony, to czysta radość (a dalej jeszcze większa!), która nie ma nic wspólnego z mdłą historyjką o miłości, czy tym bardziej babską paplaniną (nie wiem, czego nie lubię bardziej?). Nie ma w tej książce bezsensownego plotkowania, jest za to morze czerwonego wina i dobre jedzenie okraszone jeszcze smaczniejszym humorem. Aż chce się przysiąść do przyjaciółek Izabeli, wyjść na spacer z Sambą – psem Izy i Felki, spojrzeć w oczy Czarka (czy też rzeczywiście tak zniewalają, czy faktycznie Izabela padła ofiarą hormonów miłościJ ) … wszystko to, by na koniec zacząć zastanawiać się nad prawdziwością całej historii, nad tym, czy Izie wszystko to się przyśniło? I tym także urzekła mnie Izabela Pietrzyk. Przecież ogólnie wiadomo, że uwielbiam absurdalne książki Nabokova, w których na końcu okazuje się, że nic nie jest prawdą, albo może wszystko, co nią jest prawdą nam się wydaje … czy jakoś tak.
Dozowałam sobie Babskie gadanie. Po początkowym połknięciu połowy książki w jeden dzień, bez połykania obiadu i jakichkolwiek płynów, otrząsnęłam się z zachwytu dla własnego dobra. Po to, aby za chwil kilka nie siedzieć ze spuszczoną głową, pogrążona w smutku, że to już koniec, i w oczekiwaniu na dalsze książki Izabeli Pietrzyk. Jednak i moja cierpliwość na nic się zdała, przecież, to, że odłożę książkę na jeden dzień nie sprawi, że ona się wydłuży, urośnie do niebotycznych rozmiarów. A tym bardziej nie podam telepatycznie wiadomości do autorki, z uprzejmym żądaniem kolejnej dawki humoru. Nawet lipny .. przepraszam lipcowy deszcz nie był w stanie popsuć mi nastroju. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno nie znosiłam babskiego gadania.

Garść cytatów (i to nie koniecznie tych najlepszych), bo kto by podołał opowiedzeniu tego wszystkiego (poniższe teksty nie są moimi poglądami, a jedynie cytatami z książki Babskie gadanie):

W uczucia wyższe u płci emocjonalnie niższej wierzyć nie ma sensu. Ale że bywają mili, jak im zależy, a nawet czarujący i czuli, to insza inszość. I to się zdarza, i jest fajnie. Byle w to nie wierzyć.

O mężczyznach i ich podejściu do kobiet:

Co oni by mogli, to są spekulacje scenarzystów i pisarzy literatury kobiecej. (…) I tylko awantury z tego są, że on nie jest taki jak ten z filmu, i że nic nie rozumie. Bo skąd ma rozumieć? Może najwyżej udawać, jak jest cwany. A ten w kinie gada, czego się nauczył ze scenariusza, co jakaś kobieta napisała, wedle tego, co sama chciałaby usłyszeć. Nie ma rzeczy doskonałych. Zycie uczy, że faceci mogą niewiele, i nie ma co walić głową w mur!


Zaklęcie na czarnego kota przebiegającego drogę, wymyślone przez przyjaciółki Izabeli:

Gdy ci kot przebiegnie drogę, nie mów, że to pech. Wyrwij kotu z dupy nogę, niech biegnie na trzech.

Z opowieści Izabeli o jej kursie na prawo jazdy, konkretnie o tym, jak nie umiała nauczyć się zmieniania biegów, i głucha była na „wycie silnika”, i o tym jak na jednej z jazd zmieniła samodzielnie biegi, a właściwie nie zmieniła:

No brawo! Gratuluję!!! Wreszcie się udało! Już paniusia słyszy pracę silnika? Już paniusia wie, kiedy trzeba bieg zmienić? Ja wiedziałem, że to z czasem przyjdzie. Tylko cierpliwym trzeba być, a wszystkiego się człowiek nauczy. Jestem taki dumny! Brawo, brawo!!! (…)
Starałam się pohamować faceta w tych radosnych gratulacjach i zapewniałam, że dalej nic nie słyszę (…)
- Że co?
- Że się nauczyłam … zapamiętałam, po prostu, że jak przejeżdżam obok weterynarza, to muszę wrzucić dwójkę, a obok Intermarche trójkę …


(Nie)Bajkowe książki Dubravki Ugrešić

Raczej rzadko sięgamy po literaturę bałkańską, częściej w nasze ręce wpadają amerykańskie bajki o idealnym życiu lub koszmarne (czasem w każdym tego słowa znaczeniu) historie o nieziemskich stworzeniach. Na szczęście ostatnimi czasy uwaga czytelników kieruje się na południe, do byłych krajów jugosłowiańskich i to nie tylko dotyczy strony historycznej tego kraju, ale i wyboru autorów, którzy wywodzą się z tych, jakże bliskich i jednocześnie jakże egzotycznych okolic. Choćby przypomnieć takie nazwiska jak Ismail Kadare, Ornela Vorpsi,  czy Dubravka Ugrešić.




Przyjrzyjmy się tej ostatniej, chorwackiej pisarce, o której książce Życie jest bajką było ostatnio głośno, za sprawą Wydawnictwa Znak.
Czytając tytuły książek autorki można odnieść wrażenie, że pisze ona raczej książki dla dzieci – zachęcające wspomniane Życie jest bajką, Baba Jaga zniosła jajo czy Nikogo nie ma w domu. Niestety nic bardziej mylnego – nim książki Ugrešić wciśniemy w ręce naszych milusińskich przyjrzyjmy się im dokładniej. Tak, to może i bajki, ale po pierwsze nie do końca piękne i dobrze się kończące, a po drugie to raczej bajki dla dorosłych. I choć tytuł ostatniej książki autorki brzmi ciekawie i zachęcająco, to jednak zdaje się trochę abstrakcyjny i na przekór treści. Bo kto ośmieli się wypowiedzieć takie stwierdzenie, że życie jest bajką? A może mimo wszystko większość z nas (z pesymistów) żyje w błędzie, bo może faktycznie to, co przeżywamy jest rodzajem baśni, bardzo krótkiej baśni. Przecież i w najpiękniejszych bajkach zdarzały się sprawy trudne, nieprzyjemne. Zdarzały się tylko po to, aby za chwilę mogło zaświecić słońce na firmamencie życia. Takie trochę jest Życie jest bajką Ugrešić. Niby smutne, opowiadające o starości, która ciągle jeszcze traktowana jest jak coś złego, jak gorszy etap życia człowieka, a z drugiej strony oprawione lekką dawką humoru. Niby smutek, niby płacz, lecz czasem w prześmiewczy sposób. A do tego wszystkiego tajemnicza postać Baba Jagi, która pojawia się w książce niczym wróżka ze świata elfów. Postać – symbol. Baba Jaga przedstawicielką kultur, wierzeń i filozofii, ale także synonimem starości, chorób i osamotnienia, jakie niesie często starość.




O Babie Jadze jest także jej książka Baba Jaga zniosła jajo. I tu Ugrešić Babę Jagę stawia jako symbol wszystkiego, co dotyczy przeszłości, nieszczęścia i bezradności. I również tym razem dostarcza dużej dawki humoru w prześmiewczy sposób przybliżając znane dzieła klasyków (np. Tołstoja). Baba Jaga zniosła jajo może wydać się bardziej przystępną niż wcześniej wspomniana książka autorki, ale to tylko złudzenie. Być może jest trochę lżejsza w odbiorze, lżejsza dzięki parodii jakiej się dopuszcza i dzięki - być może - bardziej współczesnej rzeczywistości. Dla niektórych – niestety życiowa. Ale sięgając po Ugrešić tak już będzie – życiowo i melancholijnie.




Widać Ugrešić lubi pastisze i porównania. Doskonałym na to przykładem jest jej książka (od której być może warto zacząć przygodę z twórczością chorwackiej autorki) Stefcia Ćwiek w szponach życia. To krótka, lecz jakże śmieszna historia o - można rzec - współczesnym kopciuszku. Przywołująca wiele dzisiejszych przedstawicielek płci pięknej, które niejednokrotnie są albo tegoż piękna zaprzeczeniem, albo taką parodią samych siebie, że już dawno zapomniały, jak wyglądają naprawdę. Tytułowa Stefcia to zwykła dziewczyna, która, jak większość pragnie miłości i tego jedynego mężczyzny. Pragnie idealnego życia. A z drugiej strony chce pozostać nadal sobą. Czy Stefci uda się pogodzić dwie tak różne kwestie, sprzeczne idee, które wspólnie nie funkcjonują?  Ugrešić w świetny sposób demaskuje plastikowe kobiety, puste bez ambicji lalki goniące raczej za tym, co mężczyzna ma na posiadaniu niż za nim samym, z całym jego wnętrzem i wartościami osobowości. Przy tym nikogo nie obraża, ale rozśmiesza tłumy czytelników.





Za sprawą Amerykańskiego fikcjonarza zrobiło się u Ugrešić trochę jakby politycznie. Książka ta podyktowana jest kilkuletnim pobytem pisarki w Stanach Zjednoczonych, gdzie odbywała ona stypendium. To opowieść o Jugosławii oczyma „emigranta”. Dość nostalgiczna historia o tęsknocie, poczuciu braku własnego domu i lęku o ojczyznę ogarniętą wojną. I jeszcze trochę polityki w wydaniu „bajkowej Ugrešić ” – tym razem w książce Kultura kłamstwa, powieści o kłótniach i wstydzie. To analiza uczuć dzisiejszych Jugosławian, którzy wyszli z rozbitego wojną kraju, i to niezależnie z której strony (czy byli  Serbami, czy też Chorwatami). Mieszkająca w Holandii od prawie 20 lat Ugrešić rozprawia się z bagażem przeszłości i wstydem, jakiego jugosłowiańskie korzenie dostarczają po latach.  Książka ciężka i okrutna, jak wojna w byłej Jugosławii. I jeszcze krótko o kolejnej książce Ugrešić o wojnie.Przecież byłą Jugosławiankę musiała ona strasznie dotknąć, szczególnie zapewne przeżywała ją mieszkając na obczyźnie. Stąd tyle śladów wojny w jej książkach. W Muzeum bezwarunkowej kapitulacji także wspomina o śladach powojennych, o ranach przez nią zadanych, których blizn, choć często niewidocznych dla oka nie da się ukryć.




Z Ministerstwem bólu możemy przejść do tematu życia na obczyźnie. To opowieść o poszukiwaniu nowego życia w nowym miejscu, kraju. Także o wspomnieniach, które bolą ale i jednoczą, tak jak zjednoczyły jej bohaterów  - jugosławiańskich studentów (Bośniaków, Serbów, Chorwatów,) dla których język ojczysty, dawno zapomniany stał się nicią porozumienia i drogowskazem do przeszłości. Zapomnieć? Wybaczyć winy? Czy tak się da?



I jeszcze coś o pisaniu/czytaniu – Czytanie wzbronione. Zdawałoby się tytuł na czasie, nawet cieszący co niektórych (albo niestety większość;/). Ale nie o niskim poziomie czytelnictwa jest ta książka. To raczej perypetie tych, którzy książki tworzą – piszą, wydają i promują.




Jeśli o niski poziom czytelnictwa zahaczyliśmy, to warto wspomnieć o galopującym postępie cywilizacji, przy jednoczesnej jego degradacji. I nie mam tu na myśli zniszczenia czysto fizycznego, ale przede wszystkim degradację umysłową. Kiedy w dzisiejszych czasach mądrość i inteligencja zdają się być czymś pasee, a ogłupienie i wycofanie (żeby nie powiedzieć zacofanie) kulturalne jest postrzegane jako trend warto sięgnąć po książkę o prawdziwie śmiesznym, przywołującym czeski film tytule Nikogo nie ma w domu. Ale pod tym tytułem, jaki swojej książce nadała Ugrešić  nie kryje się nic śmiesznego. 




I jeszcze jedna pozycja, tym razem dla milusińskich. Aby nie było tak, że Dubravka Ugrešić pisze tylko dla dorosłych, w tak prosty i przystępny (wręcz czasami dziecinny sposób) przywołam pozycję wydaną w zeszłym roku, a poświęconą najmłodszym. Tytułowe Domowe duchy mieszkają w jednej z zagrzebskich kamienic. Tam też robią swoje figle i psoty. Książka do tego jest bogato ilustrowana :)

Jest jeszcze pewnie więcej tytułów tej autorki, które warto by przywołać, nie wszystkie jednak są wydane w Polsce, i nie wszystkie są dostępne w księgarniach czy bibliotekach. Jednak jeśli traficie kiedykolwiek na książki tej autorki nie wahajcie się i sięgnijcie po nie. Nie tylko najnowsze Życie jest bajką jest … bajką



P.S. Po wspaniałomyślnej uwadze Anny usunęłam z tekstu Sofi Oksanen, która znalazła się w nim z rozpędu, jako, że - jak odpisałam Annie - pierwotna wersja tekstu o książkach Dubravki miała mieć zupełnie inne źródło (nie Bałkany w każdym razie). Co ja bym zrobiła bez takich uwag:)! Dziękuję Annie za świeżość umysłu w trakcie czytania tekstu.

zielone koperty, czyli jak kolejny raz pomarańcz się sprawdził

Z tą książką to w ogóle dziwna historia. Przez przypadek i wieczne niezadowolenie z własnych, ciągle rosnących stosów (tyle tego, a nic nie ma ;/) udałam się do księgarni po coś … lekkiego. I cóż w tym dziwnego, zapyta ktoś? Racja nie byłoby w tym nic dziwnego gdybym lubiła lekką lekturę (lekką w sensie prostą, niewymagająca myślenia). Co z tego, że miałam chęci, jak moje oczy wśród tysięcy woluminów na księgarnianych półkach ciągle zerkały na sprawdzone nazwiska autorów. Co z tego jeśli musiałam powstrzymywać się aby nie dotrzeć do ostatnio tak prze mnie lubianej psychologii, nie przynieść do domu kolejnego Terzaniego, czy Nabokova, który przecież kiedyś się skończy. I jeśli myślałam, że znalezienie „czegoś lekkiego” to pestka, byłam w wielkim błędzie. Moje poszukiwania trwały chyba z godzinę. Co chwilę biegłam do stolika z nowym stosikiem celem bliższej weryfikacji, i z tymże stosikiem biegłam z powrotem do półek. Nic! Dosłownie nic mnie nie było w stanie mnie zainteresować. Co się stało, że Listy z jeziora Agnieszki Korol trafiły do moich rąk? Być może to kwestia zapakowania – bowiem książka owinięta była szczelnie folią, czyli już na wstępie zrobiło się intrygująco (bo podtytuł nie zrobił na mnie wrażenia tajemniczego „ miłość pod mazurskim niebem” ani też słowo na zachętę od Wydawnictwa „Mazury, miłość i tajemnica” – o nie, tym bardziej nie!). Jak to? Zapakowane? Nie zajrzę co jest w środku? A może to kolor okładki – tak przez mnie ulubiony pomarańcz? Przyciągnęła mnie w każdym razie jak magnes już od samych drzwi i początkowo odrzucona (bo zapakowana, a przecież fajnie jest przejrzeć kartki, chłonąć ten świeży zapach czcionki, przeczytać pierwsze, magiczne zdanie, dać się porwać opowieści) ciągle tkwiła w mojej głowie. I to nic, że – co zauważyłam dopiero w domu – większość wyciąganych przez mnie książek miała barwy okładek w najróżniejszych odcieniach pomarańczy!! Listy z jeziora z intensywnością przywodzącą na myśl soczysty owoc, albo świeżo wyciśnięty sok nie pozwoliła pozostawić jej tak obojętnej. Odwinęłam celofan i … wpadłam. Szłam z nią do domu w nadziei, że to w końcu będzie to, na co czekam od tygodni. Zniechęcona prawie każdą książką, jaką wezmę do ręki niosłam Listy z jeziora jak totem, który przyniesie ukojenie spragnionym dobrej książki zmysłom. Nie zważając na letni deszcz, który akurat się rozpadał biegłam jak na skrzydłach do domu, aby zanurzyć się w tej „pomarańczowej lekturze”.  

Bezpodstawne złe skojarzenia - nie warto oceniać książki po odstraszających podtytułach, a już na pewno nie warto łączyć niechęci do wakacji nad jeziorem z książkami, których akcja nad jeziorem się rozgrywa (przecież Większy kawałek świata Joanny Chmielewskiej swego czasu mógłby mnie nawet sprowokować do wypadu pod namiot).

Listy z jeziora to ciepła opowieść o pensjonacie prowadzonym od lat przez Irenę, samotną kobietę po tragicznych przejściach. To opowieść, w której przeszłość czai się na każdym rogu, spada na mieszkańców pensjonatu z każdym promieniem słońca i każda kroplą mazurskiego deszczyku. Irena Szarada od jakiegoś czasu otrzymuje tajemnicze listy w zielonej kopercie podpisane imieniem nieżyjącego od dwudziestu pięciu lat męża. Listy te nie dają spokoju właścicielce pensjonatu w Szarudze bowiem przywodzą na myśl przykrą historię z przeszłości. Nierozwiązaną sprawę, która ciąży Irenie na sercu, a której nie sposób już rozwiązać. Pensjonat, choć nie zawsze pełen letników, ale zawsze ludzi mieszkających w przyjaznej atmosferze nie ułatwia zamkniętej w swoim świecie kobiecie rozwikłać zagadki zielonych kopert. Tym bardziej, że w sąsiedztwie pojawia się mężczyzna, co do którego sceptyczna Irena ma pewne podejrzenia. Ten poniekąd kryminalny motyw przeplata się z wakacyjną codziennością letników, i choć poczta przyprawia adresatkę o zawroty głowy i omdlenia, nikt zdaje się nie podejrzewać co też dzieje się w sercu i umyśle tej biednej kobiety (no może z wyjątkiem ciekawskiej Marcelki). Dopiero dramatyczne pogorszenie się stanu zdrowia nagabywanej listami Ireny motywuje wszystkich mieszkańców domu do działania. Ale czy na pewno wszyscy udzielają się w poszukiwaniach szantażysty tak samo intensywnie?

Pensjonat Ireny to dom ze wspaniałą atmosferą, aż chce się zamówić u niej kilka tygodni na wakacje w tak pięknych okolicznościach przyrody. Porozmawiać z właścicielką, która zna wiele wspaniałych opowieści o domu, pośmiać z pokojówką Kasią, wiecznie rozgadaną dziewczyną, czy pośpiewać piosenki przy wieczornym pieczeniu kiełbasek. Dobrze, że sprawa listów została wyjaśniona i pani Irena może spokojnie prowadzić pensjonat w Szarudze i to nawet już nie tak samotna, jak przez poprzednie lata. Bez ciążącej nad nią tajemnicy i w gronie wspaniałych przyjaciół, z których część pozostając pod urokiem, czy to właścicielki domu, czy wsi Szaruga pozostała jej stałymi mieszkańcami.
Choć nie przepadam za kolejnymi częściami książek, które zrobiły na mnie dobre wrażenie, tym razem chętnie wybiorę się na kolejny "wypoczynek nad jeziorem" z mieszkańcami Szarugi, bo nad tym książkowym jeziorem wszystko jest piękne i zielone, komary nie gryzą, a nawet jak nie ma pogody to autorka funduje czytelnikowi pogodę ducha. Jeśli tylko autorka zaprosi:)

... i znowu będę miała problem z wyborem lektury, bo co tym razem będzie w stanie wciągnąć mnie tak w lekturę jak Listy z jeziora?  Czy znajdzie się jeszcze bardziej intensywny kolor pomarańczy?

Wybiła 12 - losowanie za nami ;)

Dzięki "maszynie losującej", którą mogłam uruchomić dzięki pomocy Engi tym razem moje losowanie mogło wyglądać przyzwoicie, a przynajmniej bardziej wiarygodnie niż jakiekolwiek poprzednie losowanie! Dzięki Enga! Z taką "maszynką" nic tylko organizować losowania ;)

Po wpisaniu do maszyny losującej Waszych nicków, kliknęłam w magicznej losuj i zrzucając z siebie wszelką odpowiedzialność "wylosowałam" zwycięzcę stosika. 




Przyznam, że długo zastanawiałam się, czy do losowania brać pod uwagę wszystkie nicki, czy też wybrane, które poza wyrażeniem chęci brania udziału w losowaniu wypowiedziały się bliżej na temat proponowanych książek? Po namyśle uznałam, że być może powinnam bardziej sprecyzować, w jaki sposób wpisywanie powinno wyglądać i z nieukrywanym niezadowoleniem wszystkich wzięłam pod uwagę. I mi pewnie zdarza się bezmyślnie wpisać się w kolejkę do losowania, choć staram się zwykle dopisać coś od siebie, a już na pewno przeczytać recenzję losowanej książki i ewentualnie to właśnie ten temat skomentować w jakikolwiek sposób. Nie chodzi mi tu o elaboraty, ale zaczęłam zastanawiać się czy zawsze wszyscy zgłaszający swój udział wiedzą, co będzie losowane, czy wszyscy czytają recenzje? Ufam, że tak. Bo przecież nie o mnie tu chodzi, a o obdarowanego, który może trochę zdziwić się otrzymanym prezentem ;)
Drugim dylematem była kwestia ewentualnego podziału stosu, bo, jak sami widzicie część z Was czytała już niektóre z powyższych tytułów. Ale słowo się rzekło - miał być stos, więc niech maszyna czyni swą powinność, a osoba obdarowana czytanym już egzemplarzem zrobi z nim co w jej mocy i pomysłowości:)



Dziś szczęście uśmiechnęło się do



GRATULUJĘ NIEDOWIARKU!!!

Trzy Książki Świata – historie podszyte strachem

Niedawno Wydawnictwo Świat Książki sprezentowało mi trzy tytuły, dla których wspólnym mianownikiem stał się ukryty gdzieś strach. Tajemnica, która czaiła się na kartach tych opowieści zdawała się rosnąć ze strony na stronę, powiększać się jak dmuchany balon by, jak balon pęknąć kiedy przebierze się miarka. Czasem z tych książkowych balonów, jak z puszek Pandory ulatywały jeszcze większe tajemnice i ogromne smutki, a czasem skrawek radości i uśmiechu. Na osłodę tych przeżyć dostałam także od Wydawnictwa coś wesołego. Jednak książki, które za chwilę chcę Wam przybliżyć wywarły na mnie tak silne wrażenie, obudziły takie emocje, że nie jest mi tak łatwo przejść do Wspaniałej i kochanej przez wszystkich Martiny Haag ;) i stoczyć walkę ze skrajnościami. Jak tylko ochłonę wspomnę i tę wesołą historię …
 
 
Tymczasem kilka słów o dobrych książkach. Zacznę może od tytułu nominowanego do Booker Prize w roku 2009 , a mianowicie o Przestrzeni za szkłem Simona Mawera. To historia dość nietypowa poprzez swojego „głównego” bohatera, jakim jest dom. Równie nietypowy, co książka. Nie charakterystyczna dla długich opowieści rodzinnych chałupa z przeszłością, w której skrzypiące schody przypominają o każdym wydarzeniu jakie miało miejsce w tych ścianach na przestrzeni wieków. To też nie dom pachnący chlebem wypiekanym przez babki w kuchennym piecu, ani skrzynia skrywająca tajemnice miłości pociotek. To dom, który dla autora książki – Simona Mawera był natchnieniem do napisania powieści, dom zaprojektowany przez Ludwiga Mies van der Roha - czeska Villa Tugendhat. 







A w cieniu tego niepospolitego domu historia małżeństwa Liesel i Viktora Landauer. To opowieść o czesko-żydowsko-niemieckiej rodzinie, która rozpoczyna się tuż przed wybuchem II wojny światowej, która zbliża się nieuchronnie, jak czający się za rogiem oprawca. Przestrzeń za szkłem niepokojąca już swoim tytułem, który sugeruje, że czytelnik-widz może, przez te niczym nieosłonięte ściany zobaczyć coś strasznego, coś, czego właściciele domu i osoby w nim mieszkające pokazywać by nie chcieli. Wpleciona w burzliwe dzieje domu historia … czworokąta małżeńskiego. Związki Viktora z innymi kobietami i Liesel z przyjaciółką, wszystko to zapisane w pamięci domu, który nawet gdyby nie chciał jest ich mimowolnym świadkiem. I choć energetyczny strumień światła wpada do przestrzeni tego domu, przestrzeni za szkłem, wydawałoby się niosąc radość, to jego tajemnice, choć jak wspomniałam nie skrzypią, pozostały w nim na zawsze. Nie rozproszyły się pod wpływem słońca, nie rozmyło ich radosne światło. A otaczające zewsząd szkło zdaje się za chwilę pęknąć od nadmiaru emocji, rozpaść na drobne kawałeczki, jak rodzina Landauerów, krzywdząc ostrymi krawędziami, jak wojna i burze, jakie przetoczyły się przez dom za szkłem.


O kolejnej książce zapewne większość z Was już słyszała i czytała co nieco. Jednak pozwolę sobie także przybliżyć jej treść, bo to książka niecodzienna, warta zapamiętania i lektury. Oczyszczenie Sofi Oksanen, fińskiej pisarki o estońskich korzeniach, o której dotychczas nie było specjalnie głośno w Polsce to zbiór retrospekcji, które w niesamowity sposób przeplatają się ze sobą tworząc, niczym puzzle historię życia dwóch kobiet, których losy połączyły się przypadkowo. Ale czy rzeczywiście tylko przez przypadek los przyprowadził Zarę do Aliidy? Ta druga to stara kobieta, wdowa, która mieszka z daleka od ludzi, na uboczu estońskiej wioski. Aliida, której codzienność kręci się wokół zapraw, gospodarstwa i much pewnego ranka znajduje w swoim ogrodzie młodą dziewczynę, z której przybyciem rozpoczyna się nowy etap życia starej kobiety. Życia rozpisanego na wspomnienia wynurzające z otchłani przeszłości Aliidy mroczne fakty. Zara zafascynowana jedwabnymi pończochami przyjaciółki, czerwoną szminką poddaje się jej namowie i ucieka na zachód, po łatwe pieniądze. Tyle, że jak się okazuje zarabianie ich wymaga wielu wyrzeczeń, czasem i wyrzeczenia się własnego człowieczeństwa. Spotkanie Zary i Aliidy nie do końca jest przypadkowe, a ich wspólne obwąchiwanie się, przesiadywanie przy stole i wzajemne pilnowanie nie jest tak niewinne, jak wydawać by się mogło … Oczyszczenie to wspomnienia, które budują napięcie, każdy kolejny fakt odkryty w czasie lektury zdaje się niemożliwy, zaskakujący. Chropowatość całej sytuacji wybudza uspokojonego trochę czytelnika, aby za chwilę na nowo go zezłościć,  rozdrapać ledwie załagodzone rany. Oryginalność  w 100%.


Wreszcie czas na E. L. Doctorowa i jego książkę: Homer i Langley. Niebanalna, choć charakterystyczna dla Doctorowa historia, a właściwie historyjka, bo to lektura na jedno popołudnie, opowieść o dwóch braciach, których życie nie oszczędzało. Zmuszając ich do szybkiej dorosłości, pozostawiło samych na tym świecie, zabierając po drodze rodziców i zdrowie. Homer którego choroba skradała się po cichu, prawie, że w ukryciu, aby wreszcie zaatakować światem ogarniętym całkowitą ciemnością. I Langley, borykający się z odpowiedzialnością za młodszego brata, skutkami udziału w wojnie i natręctwem zbierania wszystkiego, co wpadnie jemu w ręce.
Doctorow przy wykorzystaniu losów swoich bohaterów toczy wewnętrzne dyskusje nad amerykańskim światkiem, nad ułomnościami nowojorskiego społeczeństwa. Między innymi walkę sąsiadów z braćmi, czy mafijne porachunki. Ubierając wszystko w wystarczającą dawkę humoru podaje nam lekkostrawną lecz jednocześnie traktującą o poważnych życiowych tematach opowieść, którą doprawdy czyta się w zaskakująco szybkim tempie.

Taką dawkę strachu, zakłamania przeplecionego czasem śmiechem zafundowałam sobie ostatnimi czasy. Tę samą dawkę emocji chciałabym przekazać w formie stosikowego prezentu chętnej osobie. Jako, że najprzyjemniej jest otrzymywać zróżnicowaną lekturę oraz stosiki książek ja takowy wyślę do wylosowanej osoby, która zgłosi swoją chęć na otrzymanie powyższych tytułów w komentarzach (zakończenie za tydzień - piątek w samo południe). Lektura na lato, jak się patrzy! Powodzenia!

 zdjęcia Villi pochodzą z google