Jaśki goes to ...



Jaśki
goes to .... Seso!

Maszyna losująca i fotografująca zbuntowały się dziś, więc dokonałam skomplikowanych obliczeń, pododawałam, poodejmowałam, pomnożyłam i podzieliłam i wyszło mi, że szczęśliwą posiadaczką Jaśków, kolejny raz obdarowaną Gwiazdkowo będzie właśnie Seso.
Gratuluję nowej właścicielce i proszę o kontakt na pocztę moja06@wp.pl


A Wszystkim życzę spełnienia marzeń w nowym nadchodzącym 2011 roku.

A pamiętacie słynną pluskwę Millenijną? Ciągnie się to już 11 lat, a ja pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy spędzając Sylwestra na Gubałówce, miałam wrażenie, że obserwuję świat z góry i wszystko to, co może się stać będę widziała jak na dłoni:) Jedyne, co zobaczyłam to piękny obraz tworzony przez różnokolorowe fajerwerki, które prześcigały się we wzorach, wysokościach i sile oświetlając "na dole" poszczególne miejscowości.
Jakie Wy macie wspomnienia z Millenijnej pluskwy? Może ktoś z Was pilnował wtedy komputerów, systemów i wind? (to nie jest złośliwe zdanie, ono ma podstawy:) )

spóźniony gwiazdkowy prezent! Czyli wizyta Jaśków u chętnego


na pamiątkę wspaniałego dzieciństwa taka dedykacja znajduje się na pierwszej stronie książki Jean'a-Philippe'a Arrou-Vignod Jaśki i wszystko jest zgodne z prawdą. Jaśki bowiem oparte są, jeśli nie na faktach, to na doświadczeniach z własnego dzieciństwa autora książki, który był również jednym z kilkorga Janów w rodzinie. Jeśli zagłębić się w życiorys Vignod znajdziemy więcej podobieństw do treści ostatniej jego książki. Podobnie jak w książkowej rodzinie ojciec Vignod był lekarzem, a domem zajmowała się mama. Jednak najbardziej uderzającym podobieństwem jest ilość Janów w rodzinie, braci o tym samym imieniu.
W książce Vignod szczęśliwe rodzeństwo to szóstka braci o tym samym imieniu Jan. Dla odróżnienia ich pomysłowy ojciec, „bardzo dobry lekarz” nadał im litery, które miały pomóc w ich odróżnianiu. I tak mamy Jana A, który strasznie rządzi, Jana B uwielbiającego jeść i pasjonującego się powieściami detektywistycznymi, Jana C – biedaka, który nigdy nie wie, o co chodzi, Jana D jak Demolka, oraz Jana E – co ma włos na języku i sepleni i najmłodszego Jana F – niespodziankę dla braci, która miała być siostrą. Można się pogubić? Ba w tej rodzinie, z tymi braćmi można by pogubić się nawet wtedy, jeśli mieliby oni rożne imiona!
To, jak przystało na dzieci, pełni pomysłów chłopcy, których brojenie jest raczej zabawne, nie szkodzi i nie sprawia przykrości bliskim, a jeśli już tak się stanie zawsze otrzymują oni surową karę. Książka jest wzorowana na pewno na przygodach Mikołajka, nie można tego nie zauważyć, jednak różni je moim zdaniem szybsza akcja (bo pomnożona razy sześć) i urozmaicenie psot i pomysłów (również pomnożone przez sześć). Pewnie bierze się to (poza ilością chłopców) z faktu, że u Janów życie płynie. Dzieciaki szybciej rosną, zmieniają się, zmienia się ich stosunek względem drugiego, rodziców i przyjaciół. Różne też mają zainteresowania, więc zawsze coś ciekawego może się zdarzyć. Oczywiście też inne są czasy w których żyją Jaśki – to lata sześćdziesiąte, czasy w których na telewizję chodziło się do sąsiada, albo, jak Jaśki podglądało się ją z łazienki, przez lornetkę stając na sedesie i narażającej się na złość rodziców. Otrzymanie wymarzonego prezentu graniczyło z cudem, a zwierzęta w domu były zakazane, więc przemycało się je za pazuchą.
Przy książce Vignod Jaśki można śmiać się i płakać (ze wzruszenia i ze śmiechu oczywiście) I trochę ciekawi mnie jak - jeśli w ogóle - autor wybrnie z tego dorastania – jeśli oczywiście postanowi stworzyć dalsze części przygód Janów od A do F. Wybiegam w przyszłość i oczyma wyobraźni widzę Jana A, który pewnie, wbrew zamiarom i marzeniom, pójdzie w ślady ojca trochę pantoflarza. Albo może zamiast szóstki Janów pojawi się ich więcej? Jakkolwiek będzie, Jaśki na zawsze już staną się kumplami Mikołajka i pozycją równolegle czytaną przez jego fanów. Tak myślę.







Dla tych, którzy chcieliby przedłużyć magię Świąt i otrzymać jeszcze jeden prezent wylosuję jeden egzemplarz Jaśków ufundowany przez Wydawnictwo Znak. Chętnych proszę, jak zawsze o wpisywanie się w komentarzach do piątku, kiedy to odbędzie się losowanie. Powodzenia!

zamiast życzeń;)





Wesołych Świąt!

trochę słońca na chłodne dni - Słońce w słonecznikach Dominiki Stec


Już dawno „chodziła” za mną książka polskiego autora, książka, przy której zapomnę o wszelkich okropnościach i udziwnieniach serwowanych mi przez ostatnio czytaną lekturę. Chcąc oderwać się od nadprzyrodzonych mocy oraz zapomnieć o ich braku w codzienności, której czasem by się przydały pobiegłam najzwyczajniej w świecie do księgarni (jakież to proste, lecz zbawienne działanie – pobiec do księgarni!). Tam, wśród kojących woluminów, uspakajającego widoku pełnych półek, tęczy barw serwowanych przez plastyków na okładkach książek można spokojnie popaść w specyficzny stan błogości, w stan, którego nie osiągnie się po żadnej chemii, używce, czy wizycie u specjalisty. Wśród wspomnianych skarbów moje oczy wypatrzyły książkę Dominiki Stec, a mój trzeci zmysł podpowiedział mi, że Słońce w słonecznikach będzie tą lekturą, która pomoże mi wskoczyć na właściwie tory i zapomnieć o koszmarach wyborów, przy których trzeci zmysł nie zadziałał.
Słońce w słonecznikach – w ogóle ktoś czytał tę książkę? Nie powiem, żeby rzucała mi się często w oczy na stronach blogowych. Czemu tak wiele skarbów pozostaje nie odkrytych? Czemu takie perełki marnują się żółknąc i wypatrując tęsknie potencjalnego czytelnika? Może dlatego, że im dłużej stoją, tym, niczym wino nabierają szlachetności? To trochę tak, jak z opisaną w książce historią. Opowieścią pewnego pamiętnika, w którym ukryła się prawdziwa miłość i, z którego ta miłość (tyle, że w drugą stronę) się narodziła. Choć nie lubię opowiadać fabuły książki, tym razem nie omieszkam zainteresować Was historią, którą opowiada w swojej książce Dominiak Stec.
Otóż pewnego dnia u siedemdziesięcioletniej Teresy, wdowy po Kaziku, kolekcjonerze zegarów zjawia się młody, nieznany jej mężczyzna. Prosto z odległej Szwecji przywozi tajemniczą historię i jeszcze bardziej tajemniczy pamiętnik. Prosząc ją o pomoc przy rozwikłaniu zagadki owego zeszytu nieżyjącego dziadka pozostawia ją sam na sam z lekturą. Biedna Teresa przepada w tych przedziwnych wspomnieniach. Obrazy z przeszłości migają jej przed oczami, doprowadzają do tak silnego ożywienia, że kończy się to dla niej bezsennymi nocami, zapuchniętymi i niewidzącymi oczami oraz szpitalem. A w pamiętniku, cóż w tym pamiętniku? A w nim zupełnie inna historia, która, podobnie jak w głowie Teresy przetacza się przed oczami czytelnika. Czasem zdaje się gnać z głuchym łoskotem, podnosząc ciśnienie nie tylko starszej kobiecie, aby za chwilę przystanąć, zachwycić się ze wzruszeniem nad pojawiającym się uczuciem, młodością i utraconą przeszłością. Wywracając ją do góry nogami, śmieszy i oburza. To historia niedoszłej miłości, uratowanego życia nieświadomej niczego dziewczynie i bohaterskiej śmierci. Mogłabym jeszcze dodać, że to opowieść o Teresie sprzed pół wieku, o jej udanych i nietrafionych miłościach, naiwności i problemach młodego wieku. W pamiętniku pojawia się też sam autor. Jerzy, którego zauroczenie młodziutką Teresą doprowadziło do prawdziwie wielkiego uczucia i jeszcze kilku innych zdarzeń, niekoniecznie dobrych dla niego samego. Słońce w słonecznikach to historia jednego lata, jednych wakacji, kwitnących drzew i pachnących maciejką ogródków. To opowieść o rodzącej się przyszłości i wspomnienie przeszłości. Niczego nie brakuje w tej książce, choć może czasem oddechu, który niekiedy przydałby się w tej emocjonującej opowieści. To piękna historia miłosna, choć nie typowy romans, to też wspomnienie irytującego minionego (na szczęście) systemu politycznego. Wreszcie Słońce w słonecznikach to opowieść o tym, że nie zawsze układa się w naszym życiu tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, a także o tym, że czasem choć nie zawsze to wiemy, mamy gdzieś obok siebie anioła stróża i drugie, dane nam życie.
Dawno nie czytałam tak emocjonującej książki (ostatnio gryzłam palce przy książce Środek lata Małgosi Wardy) i życzyłabym sobie więcej takich powieści, a wtedy obiecuję czytać tylko rodzimych autorów, bo nie chcę więcej dziwacznych stworów, kanibalizmu i zmutowanego robactwa, choćby miały być one przepowiednią nadchodzących czasów. Choćby tak właśnie miało być wolę przeszłość ubraną w słońce.

"Cudownie spędzam czas ze swoją nową powieścią" - Oryginał Laury, czyli przytulając Vladimira


Myśli mi się kłębią, zdania same wymykają spod palców, łzy wzruszenia toczą po policzkach, a oczy chcą więcej, wracają do początku, wertują książkę szukając być może pominiętego. Jakaż nieopisana to radość z możliwości ujrzenia Jego pracy, Jego pisma i myśli. Kawałka Jego mistrzostwa. Czytać ten zbiór fiszek, dotykać i oglądać to wszystko, to jak przebywać, choćby połowicznie w Jego towarzystwie. Każda strona w tym zbiorze to bezcenny skarb, gdyż odzwierciedla tekst pisany ręką Nabokova i nawet fakt, że to dzieło, to tylko namiastka książki, jej zarys (który i tak pełniejszy był zapewne w głowie Nabokova) w niczym mi nie przeszkadza, a nawet sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej wartościowym dając złudzenie wglądu w proces twórczy artysty. Móc „patrzeć” jak tworzy – bezcenne!

Oryginał Laury nazwany został nie powieścią we fragmentach a szkicami i notatkami do nienapisanej powieści. Nawet nie wiemy tak naprawdę, czy miało to być dłuższe opowiadanie, czy średniej długości powieść (sądząc po zapiskach Nabokova raczej to drugie - "osiągnąłem sto stron druku, czyli mniej więcej połowę dzieła"). A może też miało być to dzieło na miarę Ady? (Ada albo Żar). Dziś to już nie ważne, najważniejsze, że wbrew żądaniom autora ujrzało światło dzienne. Choć i za tą historią ciągną się pewne pogłoski. Sam Dmitrij Nabokov tłumaczy rzekome żądanie ojca jako coś niemożliwego, jako przekorę, próbę delikatnego zaznaczenia, że to ważne dzieło, którego pomimo wielkiego pragnienia i wkładanych w nie sił nie zdołała ukończyć (choroba wygrała wyścig z czasem). Dlatego też obietnicę spalenia rękopisu kazał Vladimir Nabokov złożyć Wierze, swojej żonie, licząc na to, że w ten sposób da jej do zrozumienia, że właściwie nie miałby nic przeciwko jeśli książka jednak zostałaby wydana.
Może się komuś nie podobać ten zbiór. Znajdą się pewnie tacy, którzy powiedzą, że to nic nie warte skany, bazgroły i kilkaset fiszek bez znaczenia. Mam jednak nadzieję, że wśród tych osób nie znajdzie żaden miłośnik twórczości Nabokova! Ci powinni docenić klimat przepychu Ardisu, pachnących ogrodów i miarowego stukotu kół pociągu toczącego się po bezkresnej krainie pięknych obrazów, gorących romansów i burzliwych miłości (to mój całkiem prywatny i osobisty odbiór książek Nabokova, obrazy, które widzę kiedy słyszę Jego nazwisko). Ta książka w książce (Moja Laura pisana przez Vaughana), w której można wskazać dwa lejtmotywy – śmierć i miłość ma w sobie ziarenko biografii. Śmierć jest tą stroną, której Nabokov doświadcza pisząc Laurę, to on jest tym chorym zniedołężniałym człowiekiem, któremu wrastają paznokcie i który przed śmiercią chce uciec. Gdyby można było, autor zawarłby układ ze śmiercią, prosząc ją pewnie o kilka tygodni czasu na prace nad książką.


Z wiekiem utraciłem wszelako możliwość nachylenia się do stopy, a wstydziłem się pokazać ją pedikiurzystce


Już na samym początku powracamy do poprzednich książek autora ciesząc oczy uwielbianą grą słowną, która daje wrażenie spotykania tych samych postaci, choć tylko pozornie (jakież to nabokovowskie) . I tak kochanek Flory Ivan Vaughan, którego nazwisko i imię nie dość, że są grą liter (czyt. iwan won – iwan precz) to jest on równie nieszczęśliwie zakochanym zapowiadającym literatem jak Van z Ady. Pojawiający się na samym początku Hubert H. Hubert nie może nie wywołać uśmiechu na twarzy czytelnika, który choć co nie co wie na temat twórczości Nabokova (dla przypomnienia Humbert Humbert w Lolicie). Później są już tylko odległe postacie, znane bardziej wtajemniczonym miłośnikom twórczości pisarza. Nie sposób też opisać historię, która „spięła” się na tych luźnych kartkach, bo wiadomo przecież, że musi być miłość i romans, zapewne skoro Nabokov to musi być skandal obyczajowy (a do tego Hubert kojarzony z Humbertem). Ale Oryginał Laury jest pewnie (pewnie, bo nie jest przecież ukończony) historią utraconej miłości, zauroczenia, które zostaje opisane w książce w niej powstającej. Dla mnie jednak, miłośniczki talentu Nabokova to rodzaj testamentu, bo pod koniec dzieła powtarzają się, jak obrazy w malignie opisy nawrotów choroby, przypadłości z nią związanych (tęsknota za motylami, niemożność wyjścia na spacer)


patrzył na zalaną słońcem przestrzeń za murami szpitala i cicho oznajmiał, że pewien gatunek łuskoskrzydłych już lata. Ale skończyły się wycieczki na hale, wędrówki z siatką na motyle w ręku (…) Praca nad książką trwała teraz w klaustrofobicznym mikrokosmosie szpitalnej izolatki


W tym niedokończonym dziele pojawia się wiele rozpoczętych wątków, i wiele zagadek, których nie sposób nie wspomnieć, nie mówić o rozwiązaniu ich, czy choćby próbie powiązania z innymi książkami autora. Można za to tworzyć ciągi dalsze według własnego uznania – jeśli oczywiście ktoś czuje się na siłach „gonić” Mistrza. Choć fabuła jest tylko zarysowana, napomknięta, jakby lekko muśnięta atramentem, to historia ta jest interesująca od początku do końca. Nie porywa być może i nie wciąga jak typowa powieść, bo nie takie jest zadanie tego zbioru, ale dzięki możliwości ujrzenia wcześniej niewidzianego staje się kąskiem smaczniejszym niż niejedna ukończona powieść z podanym jak na tacy (czy u Nabokova to w ogóle możliwe?) rozwiązaniem.
Pod koniec lektury Oryginału Laury często widziałam w treści samego autora, jakby odrywał się od świata rzeczywistego, jakby zapominał o czym tworzy, albo jak gdyby choroba przemawiała przez jego palce, i koniecznie chciała wydostać się na światło dzienne. Wyglądało mi to trochę na to, jakby w trakcie tworzenia historii o Laurze Nabokov zrobił żart, i przeskakując na inny tor, zaczął opisywać swoje zmagania ze starością i chorobą. Zdaje się to potwierdzać podtytuł książki – Umieranie to świetna zabawa. Takie też są niektóre z zapisanych przez niego fiszek – tragiczne, bo o śmierci, jednak wywołujące uśmiech, bo pisane przez Nabokova, który nawet ze śmiercią grał w kotka i myszkę.


Wymazać siebie myślą
Wrażenie rozpuszczania się
Envahissement rozkosznego rozkładu (jakże cudownie adekwatny rzeczownik!)
(…)

wymazywać
wykreślać
kasować
usuwać
wygumkowywać
ścierać
unicestwiać


Jak bardzo Nabokov chciał stworzyć Laurę świadczy fakt, że pomimo wielu zdarzeń, które powinny dać jemu do zrozumienia, że teraz czas na odpoczynek on nie przestawał pisać i planować. Zapisywać na nieodłącznych bibliotecznych kartach katalogowych, czytywać napisane części powieści muszkom, marom, zjawom i robaczkom. Choć mam świadomość, że ten perfekcjonista, któremu do bólu przeszkadzał źle postawiony przecinek nie byłby zadowolony widząc własne bazgroły na bibliotecznych i księgarskich półkach, to cieszę się, że mogę mieć wgląd w jego tworzenie. A kwestią sporną na tle moralnym pozostanie fakt, co Nabokov miał na myśli, dając swojemu agentowi pod postacią Wiery rękopis z poleceniem spalenia go. Można tylko się domyślać jakie było przesłanie Nabokova skoro pierwsze litery tytułu książki (tego roboczego także) są w dosłownym tego słowa znaczeniu narzędziem … w rękach Mistrza! (The Oryginal of Laura, The Opposite of Laura - TOOL)







cytaty pochodzą z książki
zdjęcia google, w miarę możliwości pojawią się własne
pisząc o Nabokovie najchętniej zawsze używałabym duże litery, jednak zabieg ten zastosowałam tylko na początku tekstu, dla wyrażenia silnych emocji

Wigilijny koszmar - Solstad po raz drugi


Zwykle w wigilijny wieczór wypatruje się pierwszej gwiazdki, po to aby zasiąść do kolacji, otworzyć prezenty, zaśpiewać kolędy. Czasami jednak wypatrując gwiazdki okazuje się, że można zobaczyć coś więcej. Czego szukał Pal Andersen nie wiem, ale wiem, że zobaczył coś, czego na pewno nikt nie chciałby ujrzeć. Miło jest samotnemu człowiekowi ogrzewać się podglądając przez okna rodziny zgromadzone przy choince. Przecież to taki uroczy obrazek - ciepło światła, radość skrzących lampek na choince, uśmiechy dzieci w trakcie rozpakowywania prezentów – to wszystko może złagodzić świąteczną samotność człowieka. Ale kiedy obraz za oknem odbiega drastycznie od wszelkich norm i przewidywań może przeobrazić nie tylko Wigilię w koszmar. Pal ujrzał taki obraz. Profesor Pal ujrzał morderstwo. To, co nastąpiło po tym jest ciągiem burz, które szaleją w umyśle przypadkowego świadka, jakim stał się profesor. Wszystko przez jeden niewykonany telefon, przez zły wybór i tchórzostwo Andersena. Od tej chwili każdy jego dzień będzie dostosowany do rytmu życia tego człowieka, który dopuścił się zbrodni. Życie Andersena przeniesie się do okna, uzależni od włączanych i wyłączanych świateł w domu naprzeciw. Jego umysł będzie walczył ze sobą – raz się usprawiedliwiając z błędnej decyzji, aby za chwilę besztać za brak zdecydowania przez, które profesor stał się nie tylko świadkiem morderstwa ale i jego wspólnikiem. Chroniąc mordercę od odpowiedzialności za popełniony czyn przez nie wykonanie telefonu na policję, niejako w nim uczestniczy. Od tej chwili jego życie staje się koszmarem, który wyłącza powoli Andersena z codzienności, separuje od znajomych, sprawia, że ten nie pragnie niczego innego jak dowiedzieć się, co też stało się w mieszkaniu naprzeciw. Staje się uzależnieniem. Chcąc i nie chcąc wiedzieć więcej nieświadomie zaczyna przybliżać się do domniemanego mordercy. Bojąc się, jednocześnie pragnie go poznać. Początkowe oddalenie, umywanie rąk od zbrodni przeradza się w obsesję Andersena na punkcie sąsiada-mordercy, paradoksalnie zbliża ich do siebie. Już nie musi profesor wypatrywać świateł w oknie naprzeciwko, teraz już może spędzać wspólne wieczory ze zbrodniarzem.
Książka Noc profesora Andersena nie należy do najłatwiejszych, nie jest też typowym kryminałem. Przez mnogość charakterystycznych dla profesora literatury wywodów na jej temat oraz dzięki nietypowej relacji świadek-morderca staje się ciężkim studium psychologicznym człowieka uwikłanego we własne myśli. Jednak ta krótka makabryczna opowieść wigilijna – jakbym ją określiła – i mała, pozytywna dawka nerwów może okazać się przyjemnością na jeden wieczór. Taka trochę denerwująca historia do czego może prowadzić bark zdecydowania i konsekwencji w postępowaniu. Denerwująca w sposób konstruktywny, bo przyspieszający lekturę, dzięki ciekawości, która rodzi się, jak - nie przymierzając - dziwaczny związek Pala i zbrodniarza. Jak wybrnąć z tego uwikłania, jak naprawić coś, czego nie da się naprawić? Czy wystarczy wziąć słuchawkę telefonu do ręki ...

Maski z twarzy - Patynozielone Dag Solstad


Zielony kolor Europy. Patynozielony. To jest celem podróży, wciąż do napotkania, nie do uniknięcia, prawdziwy europejski kolor, który na sam koniec, gdy podróż dobiega kresu, osiada na siatkówce jak plamka. Patyna! Zielona!

Po lekturze książki Daga Solstada Patynozielone rodzi się pytanie – czy wszyscy jesteśmy tylko swoimi własnymi maskami? Wyobrażeniami o sobie, które oglądamy z zewnątrz, poprawiamy, ustawiamy i planujemy jak reżyser doskonały? Albo też, gdy zamykamy ostatnią stronę książki przychodzi taka refleksja, że w obliczu takiej mnogości masek na twarzach wielu otaczających nas ludzi i nam udziela się „maskowanie”. Solstad w przedziwny sposób, w stylu co najmniej dziwacznym, aczkolwiek jak sam autor mówi zaczerpniętym od Witolda Gombrowicza, którego twórczością jest zafascynowany, w okrutny być może sposób - bo prawdziwy uzmysławia, że tak naprawdę z maską się rodzimy, i stopniowe jej zdzieranie, obdrapywanie pomaga nam samym dostrzec prawdziwe swoje oblicze. Ale aby nie było niesprawiedliwie takiego samego „odzierania” możemy dokonać na twarzach innych osób. Tego właśnie dokonuje bohater Solstada – Geir, który podstępem, mieszając w uczuciach dwóch kobiet odziera jedną z nich z maski, którą przywdziała. Albo z maski, którą nosi w oczach Geira. Może ktoś powiedzieć, że to okrutna historia, okrutna książka, i nie sposób się z nim nie zgodzić. Ale jeśli uświadomimy sobie, przez co wydaje ona się nam okrutna, to zaczniemy w niej dopiero dostrzegać prawdy. Stopniowe wnikanie w lekturę można porównać do kopania w brudnej ziemi, do uwalenia się błotem, zatracenia się w poszukiwaniu własnego ja. Dla Geira tym ja było odzwierciedlanie oczekiwań innych. Widział on siebie tak, jak widzieli go inni. Chciał tak siebie widzieć. Jeśli komuś wydawało się, że Geir jest zabawny- silił się na humor, nienawidził siebie za to, że nie jest wiecznie młody, że starzeje się jego ciało i poglądy podczas gdy wymaga się od niego ciągłej świeżości. Geir źle pojmował życie i jego codzienna gra doprowadziła go do zguby.
Czytając tę książkę Solstada odnosi się wrażenie przebywania w jakimś balonie, który wypełnia absurd, w którym można się unieść i zapomnieć o wszelkich zasadach i troskach. Zapewne każdy, kto czytał choćby raz Gombrowicza odnajdzie jego wpływ na twórczość Norwega. A myśl, że w kolejnym akapicie pojawi się wyimaginowany i nieprawdopodobny bohater na miarę Behemota będzie częstym złudzeniem w trakcie lektury. Abstrakcja, fantazja, baśń, jednak prawdziwa – tak można określić Patynozielone. Zdjąć maskę, zedrzeć zzieleniały nalot i dojrzeć prawdę – to tylko można zrobić po lekturze tej książki.


Jabłka wisiały w ciemnościach. Gruszki wisiały w ciemnościach. Jabłka wisiały najbliżej ścieżki prowadzącej do domu, a więc na tych drzewach, które były najbardziej narażone na napad. Geir przemykał się ostrożnie po ogrodzie i snuł plan działania. Okrzyki na drodze. Dzwonki rowerów. Motocykle. Ktoś biegł, dziewczyny się śmiały. Nie wymkną się! Trawa była wilgotna, ziemia wokół pni i krzewów – wilgotna i chłodna. (D.S.)


Pani Kulka! W szlafroku z szerokimi rękawami i, pośród tych rękawów rozwianych, dysząca i waląca, wznosząca do góry młot, czy siekierę, i waląca w pień drzewa z głową oszalałą. Wbijająca? Co ona wbijała? Skąd to wbijanie, rozpaczliwe i zajadłe … które … które … które myśmy pozostawili w pokoiku Katasi …. A teraz ono szalało olbrzymio tutaj i huk żelaza królował! (W.G.)

Znowu posuwałem się po łące, ale tym razem w przeciwną stronę – szukałem ich. Z rękami w kieszeniach, z głową opuszczoną, rozmyślając najgłębiej, ale bez jednej myśli – jakby ktoś mi je zabrał. Dolina-kotlina z pióropuszami drzew, z płaszczami lasów, z garbami gór, dosiegała mnie, ale z tyłu raczej, jak rumor, jak szum odległej kaskady, jak zdarzenie ze Starego Testamentu, lub światło gwiazdy. Przede mną niezliczona trawa. Podniosłem głowę – śmieszki lalusiowate odbiły się o moje uszy – towarzystwo wysypało się zza drzew, Lulo, sztama, Lula puść, bo kolnę, bluzki, szaliki, chusteczki, pumpy (…). (W.G.)


Brit czesała swoje długie włosy. Benedikte wyjechała. No dobrze, Brit była tutaj, ale Benedikte pojechała (…). No, nie. Brit siedziała przy stole i patrzyła w lustro. Bawiła się szminką. Pomazało sobie czoło, pomazała się, spojrzała na to, co zrobiła, i się wytarła. (…) Śmiała się do niego z lustra. Twarz w lustrze. Zwróciła do niego. Twarz poza lustrem. Wyrazy, wyrazy! (D.S.)



cytaty pochodzą z książek Solstada Patynozielone oraz Gombrowicza Kosmos



http://bookznami.pl/?p=7362

Król Bólu wylosowany - Mikołajkowy prezent wędruje do...


Hurra Mikołajki!!
Kto z Was znalazł dziś w bucie dowód obecności Mikołaja? Słodkości, drobiazgi – wyskoczyły rano z Waszych butów? A może, co niektórzy byli niegrzeczni i nic nie znaleźli albo starym zwyczajem natknęli się na obierki? U mnie na blogu też dziś chodził Mikołajek, i muszę przyznać, że miał straszny dylemat, bo to dobra duszyczka. Wszystkich chciał obdarować prezentami, ale wiedział, że ma w swoim worku tylko jeden.

Ten jeden powędruje do Latarnika – bo dzięki rzeczywistości, która jest dla nas jak najbardziej znajoma choć niekoniecznie każdy ją pamięta z własnych doświadczeń przekonał mnie do Wrońca.

Jednak aby nikomu nie było przykro poprosił o przekazanie kilku słów uznania – dla Bazyla i Kali za recenzję na ich blogu, dla Seso, Kasandry i Adama za wyczerpujące teksty i dla Kalais za odwiedziny :) oraz Wszystkim wielkie dzięki za udział w konkursie!!
Dla Margo za szczerość i ujęcie w jednym zdaniu jakiejś głębi, która mnie poruszyła prezent pocieszenia – Rok Potopu Margaret Atwood.

Życzę Wszystkim książkowych prezentów Mikołajkowych, do tego słodkiej czekoladki i wielu miłych chwil.



Latarniku poproszę Cię o adres na maila:)

Nie wszystko jest takie, jak się wydaje - pomieszanie z poplątaniem czyli 1Q84 według Murakamiego


Raz, dwa, trzy Wielki Brat patrzy! Patrzy – na dwa księżyce, zdarzenia, które się wydarzyły, a których nie było, na zbrodnicze stworzenia o słodkiej nazwie Little People. Na dwa światy – Aomame i Tengo. Ta pierwsza, młoda kobieta, którą życie być może zwiodło, i która w dosłownym słowa znaczeniu zabija zło. Tengo z kolei to ułożony nauczyciel matematyki. Mężczyzna żyjący według planu i zasad, mężczyzna którego skrycie ktoś kocha. Tych dwoje kiedyś się znało i dwadzieścia lat później los połączy ich na nowo.
Tyle w wielkim skrócie o najnowszej książce Haruki Murakami 1Q84 . To historia, która łączy to, co prawdziwe ze światem nierealnym. Światem, którego ścieżki biegną gdzieś obok, równolegle. Okazuje się, że wystarczy jedno awaryjne wyjście z autostrady, by znaleźć się w tym innym świecie, w którym świecą dwa księżyce i nic nie jest takie jak się wydaje.
Ten pierwszy tom planowanej trylogii, kojarzącej się z Rokiem 1984 George’a Orwell’a poza nierealnością porusza tematy okrucieństwa i przemocy wobec kobiet, a nawiązując do powstania w tym roku sekty Aum Najwyższa Prawda dodaje też wątki religijnego poddaństwa. Budując równolegle dwa światy autor, po mistrzowsku zaciera granice między rzeczywistością a fikcją. Przeplatając historie Aomame i Tengo, które toczą się w rytm faz księżyca, przez charakterystyczne dla autora stany podświadomości, światy skryte w głębinach myśli, przez problemy niestworzone i te jak najbardziej realne (wspomniana przemoc, sekty, krętactwa) dociera do zaskakującego rozwiązania, które jest tylko początkiem dalszej historii. Bo w książce nic się nie kończy, nic nie wyjaśnia. Losy bohaterów autor ułożył tak, aby dopiero się kluły, aby nęciły czytającego.
Czy można w tym momencie pomyśleć, że Murakami stworzył powieść sensacyjną? Poniekąd tak. Jednak nie ma w 1Q84 charakterystycznego dla sensacji biegu zdarzeń, szybko przewijających się klatek, można pokusić się o stwierdzenie, że nic takiego się nie dzieje. Ale jeśli przyjrzymy się całości powieści stwierdzimy, że im dalej, tym staje się ona gęściejsza – od wydarzeń, pogmatwanych historii i tajemnic. I jednak rozpędza się, a przynajmniej pędzi z nią czytelnik, chcący doszukać się prawdy.
I choć nie czytałam wszystkich książek autora, to jest to z pewnością jedna z mroczniejszych historii stworznych przez Murakamiego, inna od pozostałych. Jednak cały czas mam obawy, czy to, co wydarza się na jej kartach jest prawdziwe – czy nie okaże się, że to nie była dłoń Tengo, a ten, którego ściga Aomame nie jest okrutnikiem, o którym myślę? Zaskoczył mnie tym Murakami, oj zaskoczył!
Kolejne części 1Q84 „powstają” więc uzbrajam się w cierpliwość, a w między czasie bawię się w Wielkiego Brata licząc na to, że znajdę słaby punkt tej przedziwnej układanki.



cytat pochodzi z książki




Muzyczny lejtmotyw książki