Królewna Śnieżka z Auschwitz - Farby wodne L. Ostałowska



Kiedy słucham, historie istnieją, kiedy mówią, mogą się uwolnić. Szukam tu (w muzeum) własnej, a nie polskiej tożsamości. Myślę: to się stało. Bez kalek, fiszek, stanowisk ... Nie osądzam siebie ani innych.

Trzeba  przyznać, że Farby wodne Lidii Ostałowskiej nie są typową lekturą na okres świąt. Ale może nie wszyscy lubią historie rodzinne, miłosne, czy lepienie bałwanków w wesołym gronie - ja nie lubię. Stąd z zapartym tchem zabrałam się za lekturę Farb wodnych, które znalazłam pod choinką.
Nie, nie jest to przyjemna lektura, ale napewno pouczająca. Reportaż Ostałowskiej to prawdziwe świadectwo obozowych i postobozowych realiów. Farby wodne to głównie (pisze głównie, bo choć to krótka książeczka, pociąga wiele wątków) historia Diny Gottliebovej, Żydówki czeskiego pochodzenia a przede wszystkim malarki. Dina trafiając do obozu w Auschwitz-Birkenau ratuje się własnym talentem. Początkowo ryzykując własne życie umila je najmłodszym więźniom obozu malując na barakach sceny z Królewny Śnieżki, która na króko przed "obozem" stała się hitem kinowym i ... ulubionym filmem Adolfa Hitlera. Dzięki tym malunkom zostaje zauważona przez Josefa Mengele (a właściwie Wolfganga Gerharda) i "zatrudniona" do malowania jemu portretów ludzi, którzy posłużą do doświadczeń temu pseudodoktorowi, znanemu całemu światu ze swojego okrucieństwa. Nie wiem, jak ocenić Dinę, i czy w ogóle wolno mi ją oceniać. Pewnie nie powinnam wcale tego robić, ale kołaczą mi się dwie sprzeczne myśli, różne postawy, w których staram się znaleźć na jej miejscu. Wiem, że to wprost niemożliwe abym w jakikolwiek sposób mogła wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Z jednej strony to naturalny odruch człowieka, że stara się ratować swoją skórę, szczególnie w obliczu  śmierci, tak okrutnej śmierci, na którą więźniowie obozu przecież patrzyli każdego dnia. A z drugiej strony - czy taka postawa to nie tchórzostwo, nie sprzedanie siebie? Współpraca z okrutnym nazistą, człowiekiem, który mówił o sobie lekarz a zabijał, torturował i w swojej głupocie, czy też niewiedzy, w swoim wrodzonym okrucieństwie (jakim trzeba być psychopatą aby robić takie rzeczy) wyrywał dzieci z łon matek, zszywał żyły bliźniętom aby stworzyć sobie bliźnieta syjamskie, podawał ludziom dziwne mikstury nie znając skutków ich zażywania .... albo w swoim okrucieństwie chcąc je raczej poznać, kastrował, wydłubywał oczy, na żywo, po śmierci nieważne, byle zapisać jakiś skutek. I takiemu człowiekowi pomaga Dina Gottliebova - tylko po to aby uratować siebie i matkę. Nieznane są też mi i niezrozumiałe dla mnie pobudki jakimi kierował się sam Mengele zatrudniając dziewczynę - z jednej strony okrutny człowiek, skłonny zabijać wszystkich, którzy nie zaliczają się do jego rasy, a z drugiej niby taki dobrotliwy wujek, który najmuje do pracy Żydówkę, po to aby malowała jemu anomalia fizyczne więźniów, aby służyła za dokumentalistkę? Nie mieli aparatów? Czy też była to klejna perswazja Mengele - dać trochę przyjemności więźniowi w trakcie pozowania, aby zaraz potem podoświadczać sobie na jego ciele? Nie ma słów wytłumaczenia na cokolwiek, co dotyczy nazistów i obozów, nie ma wytumaczenia dla Holokaustu.
Autorka Farb wodnych dociera do Diny Gottliebovej po latach. To nękana chorobą staruszka, która stara się odzyskać swoje obrazy zawłaszczone przez muzeum KL Auschwitz - Birkenau. Czy faktycznie należą się one Dinie jako autorce? Malarce? Czy może też stanowią własność Josefa Mengele (o ile ten człowiek jeszcze żyje - tego chyba my się nie dowiemy, bo, że ktoś to wie, jest więcej niż pewne), czy też stanowią jednak właśność muzeum, są dowodem na okrucieństwo Niemców i należą się każdemu odwiedzającemu? O uznanie właśności walczą wszyscy. Muzeum, które zatrzymało nie tylko właśność Diny, nie tylko te obrazy ale i prywatne części garderoby, walizki - wszystko, co odwiedzające muzeum rodziny są w stanie rozpoznać, co stanowi czasem jedyną pamiątkę po pomordowanym, a boli, że jest w muzeum mogłoby przecież, jak to wiele razy zarzucano muzeum zostać zastąpione kopią (włosy, tałesy, podróbki butów i waliz - made in China). Obrazy, kórych dotyczy spór to głównie portrety Romów, Cyganów, których w Auschwitz zginęły setki. Na których Menegle z wyraźną przyjemnością dokonywał doświadczeń, jak na cudach (czy też wybrykach) natury (dziwne wrażenie przy czyteniau Farb wodnych po niedawnej lekturze, jakże odmiennej książki Psożercy ze Svini  Karla-Markusa Gaussa).
Farby wodne to liczne dowody na brak człowieczeństwa nie tylko Hitlera ale i ludzi, którzy ślepo szli we wskazanym przez tego zakompleksionego człowieczka kierunku. Szczególnie końcowe rozdziały, które dotyczą współczesności, uświadamiają, że jesteśmy tak marni kłócąć się nad prochami pomordowanych tysięcy więźniów. Ukazują słabość i chciwość człowieka, nawet w obliczu takiej tragedii. Nie do uwierzenia, nie do pomyślenia. A mieszkańcy Oświęcimia mają tego wszystkiego dosyć - z jednej strony kłótnie o pamięć, o religię i pamiątki, z drugiej strony wysokie bezrobocie w Oświęcimiu, masowe wyjazdy młodych ludzi, bo cała miejscowość jest jak miejsce zbrodni, miejsce święte, w którym nie może powstać market czy klub nocny.
Choć znam historię i nie jestem nań obojęta nie potrafię sobie nawet wyobrazić własnego stanowiska w tej sprawie. Wydaje się łatwym do pogodzenia i rozwiązania konflikt obozowy - postawmy małe krzyże, zlikwidujmy te wielkie, dajmy możliwosć modlitwy wsystkim narodom i wyznaniom. Albo podarujmy sobie modlitwę - uszanujmy w ciszy, każdy we własnym sercu i sumieniu pomordowanych.

I unikajmy takiej postawy: Gdzie byli ich prawnicy - szlocha wstrząśnieęta (wizytą w muezum) amerykańska studentka.

Jest wiele do napisania o tej książeczce - raptem 200 stron tekstu, a taka burza myśli, takie ogromne niedowierzanie, która ogarnia mnie zawsze ilekroć poznaję każdą historię związaną z wojną, Holokaustem i niemożliwym do wyobrażenia okrucieństwem Niemców.

Fragment obozu w Birkenau

Dzieci, na których eksperymentował Josef Mengele

Brama do obozu - napis Arbeit macht Frei uratował od złomowania polski chłop - za butelkę samogonu odzyskał go od Rosjanina. Współczesną historię kradzieży napisu znamy.

Dina Gottliebowa w swojej pracowni z portretem Cyganki (dla Mengele ważne było ucho i oczy, oraz znaki szczególne)



źródło zdjęć: czarne.com.pl oraz google
cytaty pochodzą z książki

41 numer sZAFy już jest!


fot. Michał Karcz

Nowy numer sZAFy już dostępny, a w nim wiele stron dobrej lektury, poezji, prozy, wywiadów oraz nagród do wygrania. Liczne teksty koleżanek i kolegów blogerów. Zapraszam do lektury!

POEZJA
Marcin Baran, Hania Dikta, Piotr Gajda, Mirosław Gabryś, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Jarosław Jabrzemski, Barbara Janas-Dudek,Izabela Fietkiewicz-Paszek, Tomasz Jamroziński, Wanda Karczewska, Justyna Krawiec, Karolina Kułakowska, Karol Maliszewski, Jacek Mączka, Piotr Mosoń, Marcin Orliński, Paweł Podlipniak, Małgorzta Południak, Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Teresa Rudowicz, Jakub Sajkowski, Karol Samsel, Rafał Wierzbicki

PROZA

Marcin Baran, Jacek Durski, Seweryn Gałązka, Jan Godlewski, Mateusz Górniak, Anna Gratkowska, Eliza Kijanek, Edward Kupiszewski, Kornel Maliszewski, Mirosław Pisarkiewicz, Małgorzata Południak, Wojciech Radoch, Joanna Storczewska-Segieta, Sebastian Theus, Leon Zdanowicz, Beata Wincza

sZAFa Presents

WANDA KARCZEWSKA - poezja
Izabela Fietkiewicz-Paszek - „Uroboro” Wandy Karczewskiej
Beata Patrycja Klary- Życie w cieniu śmierci
Ania i Arek Łuszczyk - Festiwal okiem obiektywu
Małgorzata Południak - Karczewska ukrywa swoją twarz w kwiatach kasztanu
Anna Tabaka - Miasto mego ojca
Teresa Rudowicz- O wierszu „Rozmowa z rówieśnikiem z ul. Widok 12”
Karol Samsel - Matka na oświęcimskim obłoku - O nostalgii i sadyzmie w utworach Wandy Karczewskiej.
Beata Stanecka-Busz - O pogłębianiu zwątpienia aż do potrzeby wiary. Rzecz o Elegii Wandy Karczewskiej. * O rozpaczy, którą może odczarować zakatarzony jeż i fletowy głos wilgi. Głos wilgi Wandy Karczewskiej.
Rafał Wierzbicki - Fotoreportaż
Leszek Żuliński- Między miłością z rozpaczą (o poezji Wandy Karczewskiej)

ESEJ; FELIETON; RELACJE

Marcin Baran - Slam, czyli poezja opuszcza salony
Henryk Gała - Poeci małych ojczyzn
Izabela Fietkiewicz-Paszek- Relacja z II Festiwalu Literackiego im. Edwarda Kupiszewskiego
Marcin Orliński - Literatura jest ciemność
Beata Patrycja Klary - Ileż można przełykać kształty? - relacja ze spotkania poetyckiego Aleksandry Słowik
Klaudia Raczek - Dziennik spod Róży I, Dziennik spod Róży II
Jurata Bogna Serafińska- Wystawa malarstwa Felixa Tuszyńskiego
Świdemajer - relacja z poprzedniego projektu

FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO

Maciej Boksa, Francesco Cusumano, Talat Darvinoğlu, Foto Odlot 2011 - wynik konkursu, Jacek Kaczyński, Michał Karcz, Felixx Klee, Barbara Komaniecka, Lilianna Lazarska, Zygmunt Kozimor, Oksana Mathieu, Izabela Nowak, Andrzej Olczyk, Raspazjan, Jan Rusnok, Marianna Stelmach, Vsevolod Shvayba, Tomasz Trafiał, Felix Tuszyński

TEATR

Teresa Radziewicz "Ja, Edit Piaf"

Ekfraza

Teresa i Grzegorz Radziewicz "Wyobraźnia zaludniona"

KRYTYKA LITERACKA

RECENZJA

Artur Jabłoński - Thomas Bernhard Moje nagrody
Teresa Rudowicz - Życie to jest opowiadanie, a opowiadanie to jest życie – o opowiastkach opowiadających Leona Zdanowicza*Ziemia nieznacznie wypukła – o Wieczerzy w Rajskiej Dolinie Edwarda Kupiszewskiego
Teresa Radziewicz Notatki na marginesach wierszy - Mniej niż zło Olgerda Dziechciarza * Czyta się, czyta - Nasza klasa Tadeusza Słobodzianka
Karol Maliszewski - Kazimierz Brakoniecki Obroty nieba, Dziennik berliński
Monika Mellerowska - Książkowe choinkowe upominki *Jestem leniwym pisarzem Mariusz Pilot - Pióropusz
Joanna Mieszkowicz - "Niewidzialne potwory" Chucka Palahniuka*Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza
Karol Samsel - Źródło i śmierć Fenomenologia jako egzegeza literacka
Jakub Sajkowski - Wystawiona na słońce. Magda Gałkowska, Fabryka tanich butów * Ryszard Będkowski Gorzkie jezioro * Poezja kłamie? A niech sobie kłamie! Michał Nowak Historie Powszechne
Konrad Staszewski - Wschodzący księżyc Keri Arthur * Całując grzech Keri Arthur
Bogdan Zdanowicz Krzysztof Tomanek Zaimek teraz

WYWIAD

Aleksandra Szramek "Z Ireną Kiką Szaszkiewiczową", "Z przyjaciółmi Ireny Kiki Szaszkiewiczowej"
Tomasz Kosiorek "Rozmowa z Rogerem Moorhousem na temat książki Stolica Hitlera"
Robert Rutkowski z cyklu: "Jeszcze zdarzają się wiersze:
* z Marcinem Orlińskim
* z Teresą Radziewicz
Sosnowska: z Marcinem Prokopem i Szymonem Hołownią

MULTIMEDIA

Astrid Lindgren - Chwila
Darek Wasilewski - "Rafał Wojaczek - Modlitwa bohaterów"
Lugozi - Peaceful Sleep
The October Leaves - All Of The Stars
Warzone - The Sound Of Revolution

KONKURSY

* Nagrody Poetyckiej im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego ORFEUSZ za najlepszy tom roku 2011
* I Ogólnopolski Konkurs Poetycki
im. Pawła Brylińskiego
* Kaliski Konkurs Literacki na Utwór dla Dzieci
* III OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI „O wers Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”
* Broniewski dzisiaj
*I Edycja konkursu LIterackiego im. Kazimierza Furmana "Furmanka 2012"

PATRONAT MEDIALNY

Ena Kielska Pamiętnik Wendy
Festiwal Świdemajer [maj 2012]
Foto Odlot 2011 - wynik konkursu


Jak ze śmiechem leczyć dzieci - Oskar Pill i zakon Medykusów

Pewnie gdyby nie fakt, że Mikołaj w tym roku objawił mi się niezwykłą i niespodziewaną paczką z Wydawnictwa W.A.B. nie sięgnęłabym po tę książkę. Stało się jednak inaczej i nie tyle przymuszona, bo nic na siłę, ile zainteresowana tym przedziwnie brzmiącym i zapowiadającym magiczną przygodę tytułem zatopiłam się w lekturze. Nie wiem, czy to polski Wydawca, czy też zagraniczny porównał Oskara Pilla i zakon Medykusów do Harrego Pottera, ale ja - choć tego drugiego nie czytałam nigdy do końca - nic podobnego nie widzę. Oskar Pill to przesympatyczny dwunastoletni chłopiec, który ze swojej nadprzyrodzonej siły nie zdaje sobie sprawy. Przynajmniej na początku. Fakt faktem, że czasem zdarzają się jemu przedziwne sytuacje, ale chłopak nie bierze ich do siebie szybko o nich zapominając.
Oskar wychowywany jest wraz ze swoją starszą siostrą przez mamę. Taty niestety nie pamięta, a historia śmierci ojca, opowiadana przez mamę czyni zeń bohatera.

Jakby w tle codzienności Oskara i jego rodziny toczy się krótka historia w więzieniu, z którego niepostrzeżenie i niewytłumaczalnie znika groźny więzień.

Tymczasem kończącą się szkolną codzienność Oskara przerywa wizyta w domu Pillów niezwykłej osoby, która rozstraja matkę chłopca, a jemu samemu pozwala na odkrycie kawałka rodzinnej tajemnicy. Przez tę tajemnicę, którą matka skrzętnie ukrywała przed chłopcem, trafia on do specjalnego domu, w którym zostanie przeszkolony do walki ze złem.

Dopiero w tym dziwnym domu, do którego wchodzi się przez pień drzewa Oskar odkrywa w sobie pełnię magicznych sił i uczy się je wykorzystywać. Na chłopcu, jako na ostatnim z najmłodszych Medykusów i synu bohatera spoczywa odpowiedzialność za cały świat.

W jaki sposób Oskar będzie musiał stoczyć walkę ze złem? Nie chcę opowiadać za wiele. Wystarczy tylko jak dodam, że autor powieści Eli Anderson  jest między innymi dziecięcym onkologiem i w swojej powieści, której zapowiada się więcej części walczy z "chorobami". Wspierany przez "moce" w postaci "zabiegów" czy "leków" zabija patologie, które toczą malutkie organizmy dziecięce. Ta bajka, bo tak można powiedzieć o książce o dzielnym chłopcu budzi w wyobraźni czytelnika nie tylko magiczne obrazy, jakie nasuwa treść książki ale i uśmiechy malutkich pacjentów doktora, które zapewne pojawiają się na ich buziach w trakcie słuchania opowieści o przygodach Oskara. Za to czynienie radości i sprawianie prostszym pokonywanie chorób polubiłam właśnie tę powieść:)


P.S. powyższą książkę będzie można wygrać w zapowiadanym już, nowym (41) numerze magazynu Szafa

Mansarda na Montmartre - Ewa Grocholska z Paryską pokojówką i spadkiem

Przeczytałam taką sobie książkę ... a właściwie książki dwie. Może nie jest to literatura specjalnie wysokich lotów, a raczej z tych łatwych, lekkich i przyjemnych. Z tych, dla których być może nie warto marnować czas, ale nie o fabułę i wartość literacką tu chodziło. Tym, co przyciągnęło mnie do książek Ewy Grocholskiej był ... Paryż. Jak magnez zadziałało to miasto, i bez zważania na być może trochę śmieszną historyjkę, jaką opisuje dopadło mnie, a właściwie ja dopadłam je ... znaczy te książki. Bez odrywania się od lektury pochłonęłam, wyławiając szczególnie te fragmenty, w których kipi Paryżem w dwa wieczory. A fragmentów muszę przyznać jest dużo, tak więc opowieść o Agnieszce i Ewce zadowoli każdego miłośnika Paryża, a wszystkim tych, którzy odwiedzili choćby raz to piękne miasto przypomni wycieczkę po nim. Przypomni!? Ta historia JEST wycieczką po Paryżu! Jakże miło jest zasiąść w fotelu i zanurzyć się w tłumie na Place du Tertre - bo to tam głównie toczy się akcja, wśród paryskiej bohemy, spojrzeć na Paryż z lotu ptaka z tarasu wieży Eiffela, posmakować, oblizując się na samą myśl francuskiego menu, popić dobrym winem ... choćby tylko w wyobraźni, choćby tylko dzięki tej "wycieczce" zafundowanej przez autorkę.

Paryska pokojówka i Paryski spadek to historia poniekąd oparta na faktach, być może dlatego tak żywe są opisy miasta. Pierwsza część, czyli Paryska pokojówka opowiada o paryskiej przygodzie dwóch przyjaciółek, które do Paryża trafiły w celach zarobkowych. Ciężka praca w hotelu Sheraton, codzienne zmaganie się z nie do końca kulturalnymi gośćmi pięciogwiazdkowego hotelu, niedospanie, przejedzenie i kac to constans pobytu Agnieszki i Ewy w Paryżu. Ale to, że takie przygody - kolacje z nieznajomymi, podejrzane wizyty i spotkania - przytrafiają się im, można powiedzieć nagminnie nie powoduje nudy. Ta książka pędzi jak wagonik paryskiego metra, albo winda w biurowcu w dzielnicy La Défense . Przygoda - bo tak można traktować zarobkową wizytę w Paryżu tych dwóch dziewczyn kiedyś się musi skończyć. Niestety kończy się szarym powrotem do rzeczywistości, czyli Polski PRLu. Jednak mija kilka lat i paryska przygoda powraca. Tym razem dotyczyć ona będzie głównie Agnieszki (Agnieszi, jak pięknie nazywają ją Francuzi) i rozwiązania zagadki tajemniczego spadku od przyjaciela sprzed czterech lat.




Te pędzące, jak obrazki za oknami pociągu szybkich kolei zdarzenia zgrabnie wciśnięte są w uliczki pięknego miasta. Możemy do woli nachodzić się po Montmartre, podziwiać oczyma wyobraźni artystów na Place du Tertre, wspiąć się na wzgórze, by z tarasu eklektycznej bazyliki Sacré Coeur podziwiać Paryż. Aż muzyka dosłownie gra w uszach. Można znieść przewidywalność i brak głębi tej historii jeśli jest się dzięki temu oprowadzanym po takich urokliwych miejscach. Dla tych, którzy byli i którzy chcieliby być to świetna lektura, bo nawet jeśli kogoś znudzi fabuła, to jest jej tak mało, w obliczu ogromu Paryża, że można łatwo ją ominąć, nie zauważyć ... tylko niebezpiecznie tęskni się do spacerów, widoków i jedzenia.
Nie ma co rozpisywać się o książce, bo ci, którzy zechcą ją przeczytać dowiedzą się zbyt dużo, jeśli dopiszę jeszcze cokolwiek, wystarczy popatrzeć na takie obrazki, które przewijać się będą przez całą lekturę Paryskiej pokojówki i Paryskiego spadku.





jako, że jestem leniuszkiem zdjęcia Paryża pochodzą z google

z każdym kolejnym przeczytanym tytułem żal mi nowych możliwości poznawania - czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko autorstwa Vladimira Nabokova - tym razem Blady ogień, czyli o tym, jak Mistrz przeszedł samego siebie!

Och jakże by było nudno gdyby mój ukochany Nabokov pisał wszystko na jedno kopyto. Zdążyłam się już przyzwyczaić do bycia zaskakiwaną przez Mistrza, ale nie do tego stopnia! To, co przeczytałam albo najpierw raczej zobaczyłam (bo wystarczył jeden rzut oka na formę książki) zwaliło mnie dosłownie z nóg. Pomyślałam sobie „no nie, teraz to przesadziłeś Mistrzuniu” zastanawiając się od czego zacząć, jak to poskładać i czy to w ogóle ma ręce i nogi?! Blady ogień to bodaj najbardziej oryginalna w formie książka jaką kiedykolwiek czytałam! I nie mam na myśli tylko książek autorstwa Vladimira Nabokova, ale książek w ogóle. To książka w książce, ale to nawet nie Książka dla Manuela Cortazara, bo Blady ogień w ogóle nie składa się z tekstów autora (oczywiście jeśli patrzymy na jego treść, bo rzeczywistość jest inna ... tu Vladimir mruży oko). Podstawą do tej powieści jest opowiadanie autorstwa Charlesa Kinbote’a ujęte w Bladym ogniu jako Przedmowa. Po czym następuje – nie wiedzieć czy do końca – utwór właściwy, o którym Kinbote napisał przedmowę, a mianowicie Blady ogień. Poemat w czterech pieśniach i kilkaset stron Komentarza, który również składa się na Blady ogień autorstwa Vladimira Nabokova. Zbyt zagmatwane? Gdybyśmy chcieli podzielić powieść na rozdziały (ooo wybacz mi Mistrzu!) powiedzielibyśmy, że Blady ogień ma ich cztery – Przedmowa, Blady ogień. Poemat …, Komentarz oraz Indeks.

Blady ogień powstawał jednocześnie z tłumaczeniem Eugeniusza Oniegina, nad którym pracował Nabokov w roku 1950. Właśnie do Oniegina jego treść i forma są porównywane. Głównym „źródłem treści” (chociaż czyżby?) jest 999 wersowy poemat, rozpisany jak z podtytułu można się dowiedzieć w czterech pieśniach. Autorem poematu jest John Shade, który nie pomija komentowania, jak trudno było jemu stworzyć tenże poemat pisany rymowanymi dystychami (czyli dwuwierszami, z których jeden jest niekompletny ze względu na nieparzystą ilość). Poemat ten stanowi ostatnie dzieło w jego twórczości, którą przerwała nagła śmierć od kuli przeznaczonej komuś innemu (czego można dowiedzieć się z powieści).

U Nabokova nigdy nie było wiadomo kto jest autorem książki, albo raczej kto ma za takiego uchodzić. Nigdy nic nie było jasne do końca i jednocześnie jasnym było, że za każdą postacią kryje się autor - i za to polubiłam książki V.N. Myślę, że Blady ogień jest jakimś apogeum jego pomysłowości w tej materii. Pewnie gdybym była tłumaczem tejże książki dostając ją w swoje ręce zastanawiałabym się gdzie jest tekst właściwy, myśląc, że czegoś zabrakło, ktoś o czymś zapomniał, nie dołączono mi książki! Blady ogień krytycy porównywali też do Ulissesa, nawet dziełu Nabokova dodając wartości. Uznawali go bowiem, za jedną z najdowcipniejszych powieści od czasów Ulissesa J. Joyce’a. Dla mnie, w obliczu formy powieści cały jej dowcip polega właśnie na sposobie jej przedstawienia. Treść staje się mało znacząca, liczy się pomysł, pokręcenie, które przyprawia mnie do teraz o uśmiech.

Wydawać by się mogło, że już nic, co wyszło spod pióra Nabokova, odkąd przeczytałam Ada albo żar nie jest w stanie wywołać uśmiechu na mojej twarzy. Nic już nie przywoła mi wspomnienia twarzy autora, z równie ironicznym, wszechobecnym u niego uśmieszkiem, który mówił sam za siebie – ja piszę powieści? Ja staram się udowodnić, że tych nie ma! Wszystko dosłownie jest u Nabokova z przymrużeniem oka. Wiadomo przecież, że nawet w obliczu śmierci potrafił sobie żartować (mówią o tym jego liczne biografie, czy choćby powieść Oryginał Laury) ale żeby stworzyć coś takiego jak Blady ogień trzeba mieć albo doskonałe poczucie humoru, albo dobrą zabawę z naigrawania się z czytelnika (nie wspomnę o oczywistym talencie pisarza!). Każda, dosłownie każda powieść Nabokova świadczy o jego dążeniu do oryginalności – u niego nie ma powtórek, wpadania w tory charakterystyczne dla danego autora. Wszystko jest nieprzewidywalne. Nie można jednoznacznie określić stylu Nabokova (teraz utwierdzam się w tym przekonaniu jeszcze bardziej) i to właśnie jest tym magnesem, dzięki któremu twórczość Nabokova działa jak narkotyk. Nowe doznania, nieodkryte style, rozbrajająco śmieszne koncepcje – to się nie może znudzić. Nie bez podstaw sam autor mówił o swoich książkach, że aby je do końca zrozumieć należy czytać je przynajmniej dwa razy. Myślę, że dla Bladego ognia istnieje niezliczona ilość powtórzeń lektury, które i tak nie przyniosą skutku w postaci zrozumienia.



Bardzo pomocne w zrozumieniu treści jest Posłowie autorstwa Leszka Engelkinga.


lawendowa przygoda, lawendowa miłość - Lawendowe pola Jennifer Greene


Wystarczyła okładka – urocza, przywodząca na myśl Prowansję (miejsce, do którego wyprowadzam choćby dzisiaj) i zadziałał jakiś nagły impuls, że kupiłam tę książkę, choć wcześniej zastanawiałam się na zupełnie innymi tytułami. I niestety na tym się skończyło. Nie, nie oznacza to, że książka jest bardzo zła, ale nic w niej z Francji, Prowansji .. no może poza lejtmotywem czyli lawendą. Lawenda, podobnie, jak miłość jest wszechobecna w tej książce. I właśnie dlatego przyjęcie jej – negatywne, bądź pozytywne – zależy od nastroju czytelnika. Ja potrzebowałam bardzo czegoś lekkiego, nawet nie wiedziałam jak bardzo. Słowem wybór okazał się dobry na nadchodzące dni. Życzę sobie teraz samych takich lekkich lektur.

Kolor lawendy

Lawendowe pola składa się z trzech opowieści – podobnie, jak dotyczą one trzech sióstr, które do czasu, jak zaczyna się powieść rozsiane są po całym świecie. Camille, Violet i Daisy – te kwieciste imiona nadała im matka zakochana w kwiatach –  ciężko doświadczone i znudzone dotychczasowym życiem wracają do rodzinnego domu w White Hills, w którym od jakiegoś czasu zamieszkuje już Violet. Poszczególne opowieści, choć każda z nich dotyczy osobistego życia kobiet  pokrywają się i zgrabnie układają w jedną całość. Pierwsza z nich zaczyna się w domu Violet ale dotyczy okrutnie zranionej przez los Camille, którą po depresji związanej ze śmiercią męża ściąga do domu rodzinnego starsza siostra. Oczywiście, jak na książkę o miłości przystało swata ją także z mężczyzną. Camille początkowo sceptycznie nastawiona do życia i pałająca jedynie chęcią zamordowania siostry łagodnieje …

Zapach lawendy

Violet, która po matce odziedziczyła miłość do kwiatów prowadzi w rodzinnej miejscowości sklep zielarski „Ziołowa Oaza”, w którym sama przygotowuje mieszanki z ziół i pomaga spragnionym ziołowej pomocy klientom. Kojąc serca i inne dolegliwości mieszkańców miejscowości żyje samotnie w wielkim domu po rodzicach, do którego przeniosła się po rozwodzie z mężem. Swoje marzenie o dawaniu życia, o zostaniu matką, którego jak się okazało nie będzie mogła zrealizować spełnia wynajdując ciekawą odmianę lawendy. Ta wyjątkowo silna odmiana sprowadza do jej domu przedstawiciela firmy kosmetycznej. Jak łatwo się domyśleć i Violet napotyka w swoim życiu miłość. Tylko, czy raz zranione serce będzie chciało znowu zacząć kochać?

Czar lawendy

Zarówno Camille jak i Violet nie zdawały sobie sprawy ile w tym wszystkim, co im się przydarzało miała udziału ich siostra mieszkająca we Francji ze swoim ekscentrycznym mężem – francuskim malarzem. To Daisy wiecznie szczęśliwa, bogata, silna i radosna kierowała na odległość ich życiem. Sama o sobie wiele nie mówiąc – jej było łatwiej – nikt nie interesował się jej życiem, jako, że zawsze należała do tych silnych kobiet, które doskonale radzą sobie w życiu. Nawet jej rozwód przeszedł bez echa i dopiero pojawienie się Daisy w rodzinnej miejscowości zastanowiło jej bliskich i ciekawych życia innych mieszkańców White Hills. Pech chciał, że dumna i zamknięta w sobie kobieta trafiła akurat do domu rodzinnego w największą śnieżycę. Brak prądu, ciepła i jedzenia, a także nieobecność niespodziewających się jej mieszkańców domu sprawił, że zmuszona była poszukać ciepła i pomocy u sąsiadów, których także jak się okazało się ma w domu. Znalazł się jednak młody mężczyzna, który pod ich nieobecność remontował im kuchnię. Niestety, mężczyzna ten miał chyba większego pecha od Daisy, bowiem gdyby nie dziewczyna leżałby nie wiadomo jak długo w kuchni swoich zleceniodawców nawet nie wiedząc jakie szkody wyrządza szalejąca śnieżyca. Nawet Daisy nie zdawała sobie sprawy jak bardzo zmieni się jej życie, kiedy znajdzie nieprzytomnego stolarza. Nie tylko ta znajomość stanie czymś nowym w jej życiu. Także jej dumne podejście do niego – wysokie wymagania, standard życia odmienią życie nieprzeciętnej dziewczyny o przeciętnym imieniu.


Może te historyjki wydadzą się komuś puste, bo może i takie są. Jak na mój gust trochę przewidywalne, kiczowate momentami, ale za to idealne na poprawienie humoru. A jeśli dodać do tego pole Violet obsiane lawendą – choć nie w Prowansji - i lawendowy zawrót głowy w jej eksperymentalnej kuchni to można nawet przystać na tę książkę jako miłą lekturę na jeden wieczór.

P.S. okładka z tyłu przedstawia wielkie pole kwitnącej lawendy