czas się bać! - Dracula Bram Stoker


To w rzeczy samej wojewoda Dracula musiał być, który przydomek swój zdobył, Turków nad wielką rzeką na tureckiej granicy zwyciężając. Jeśli to prawda, to nieprzeciętny był z niego człowiek. Zarówno bowiem w tamtych czasach, jak i przez całe wieki potem mówiono o nim jako i najsprytniejszym i najbardziej przebiegłym , a także najdzielniejszym z synów ”ziemi za lasem”. Swój świetny umysł i żelazną wolę on w grobie zachował i jeszcze teraz my będziemy musieli z nim zmierzyć się.  (…) Draculowie świetny i szlachetny ród stanowili, choć niektórzy z nich byli przez współczesnych o kontakty ze Złym oskarżani. (…) W dokumentach takie słowa jak „stregoica” – czarownica, „ordog” i „pokol” – szatan i piekło pojawiają się. W jednym z manuskryptów właśnie tego Draculę nazywa się „wampyr”, a to słowo dla nas aż nazbyt jest jasne. Ziemia, w której to zło wcielone przebywać może – ta sama, w której ciało tamtego wielkiego człowieka złożona i wielu wspaniałych kobiet – z ich rodowego grobowca pochodzić musi. Bo – co już samo przeraża – owo zło w dobru głęboko zakorzenione i w ziemi przenikniętej świętą pamięcią spoczywać musi.

Dziś wiadomo, że mit wampira wywodzi się z wielu dawnych legend, które napisały lęki ludzi przed ciemnością i złem oraz istotami, które zakradając się podstępnie nocą, przez wypicie ich krwi, którą uważano za życiodajną pozbawiają je życia. Geneza słowa wampir sięga korzeni średniowiecznej Słowacji, ale nie genezą chce się zająć. Otóż wampiry, wampiryzm i wszystko co z nim związane to ostatnio temat na świeczniku. Szczególnie tym literackim świeczniku, bo w istoty żyjące nocą już dawno przestano wierzyć. Dziś, kiedy na półkach w księgarniach każda niemal okładka to takie, czy inne wyobrażenie wampira można pomyśleć, że jednak nadal gdzieś tkwi w nas średniowieczna legenda, a gdyby nie fakt, że autorami wampirzych bestsellerów są głownie amerykańscy autorzy (o ile nie tylko autorki) można by pokusić się o stwierdzenie, że budzi się w nas słowiańska natura. A może tu tkwi źródło sukcesu wampirów w Polsce – w jakiejś ukrytej tęsknocie za przeszłością?

Wampiry pojawiały się w literaturze niemal od jej początków – od starożytnych mitologii, przez wiek osiemnasty i dziewiętnasty na całej szerokości geograficznej. Nawet w dziele dwóch niemieckich duchownych - Jacoba Sprengera i Heinricha Kramera pod tytułem Młot na czarownice stały się przedmiotem badać badań fizjologicznych i teologicznych. Jednak nigdy nie zyskały osobnego statusu - chciałoby się powiedzieć aż do dziś. I choć dzisiejsze wampiry różnią się bardzo cechami charakterystycznymi od tych nawet dziewiętnastowiecznych to i tak nadal wzbudzają przerażenie połączone z uwielbieniem.

Pamiętać należy jednak, że temat wampirów w literaturze doczekał się swoich klasycznych wydań, których nie sposób nie znać, zanim pozna się zamerykanizowane postacie z nadludzkimi cechami. Każdy, kto choć trochę słyszał o wampirach, czy literaturze w ogóle bez problemu wskaże Anne Rice i Brama Stokera, a to zapewne za sprawą ekranizacji filmowych ich dzieł – Wywiadu z wampirem oraz Draculi. Właśnie o tym drugim tytule chciałabym dzisiaj kilka słów napisać.

Otóż skusiłam się na lekturę wampirów! Jednak przerażona sukcesem świecących, zakochanych postaci przemieszczających się już nie tylko siłami swojej natury ale i siłami mechanicznymi o niezliczonej ilości koni mechanicznych zapragnęłam poznać ten ociekający krwią światek od podszewki, czyli od klasycznej pozycji ze źródłami w słowiańskich legendach.

Nie wiem, czy warto przybliżać fabułę książki, i czy to się da w ogóle opowiedzieć, ponieważ powieść Abrahama Stokera to nic innego jak zbiór listów i wspomnień z dzienników osób, na drodze których stanął legendarnych książę Dracula. Ale spróbuję choć trochę przybliżyć książkę. Otóż historia zaczyna się od przyjazdu prawnika Jonathana Harkera do tajemniczej posiadłości człowieka, który w kancelarii, w której pracuje Harker podpisuje umowę kupna posiadłości w Londynie. Owa posiadłość, do której trafia Harker znajduje się w bliżej nieokreślonym miejscu, Transylwanii, w miejscu trudnodostępnym położonym w samym sercu Karpat. Tam oczom Jonathana ukazuje się mroczny zamek, do którego zresztą dowiózł go nie wiem, czy nie bardziej mroczny woźnica w swoim przedziwnym powozie. Współczesny czytelnik, który zna mniej więcej legendę nie wsiadłby do takiego wozu, ani nie przyjąłby zaproszenia księcia do zamku - chyba, że byłby żądny przygód - ale cóż miał zrobić niczego nieświadomy młody człowiek, dla którego była to zwyczajna wizyta w ramach wspólnych interesów. Jakież było zdziwienie Harkera kiedy zaczął powoli poznawać zwyczaje właściciela zamku, jakież było jego przerażenie kiedy okazało się, że z zamku nie ma drogi powrotu, a otaczające go ciemne lasy i góry pełne są niebezpiecznych wilków, które słuchają tylko swojego pana – Draculi. Jakby równolegle historia toczy się już w Anglii, w której pojawia się tajemnicza postać nietoperza, zatruwając krew i życie młodej kobiety, przyjaciółki narzeczonej Jonathana Harkera. W ten dziwny sposób łączą się losy Lucy i Miny oraz kochających je mężczyzn, którzy stają do walki ze złymi mocami, jeszcze nieświadomi niebezpieczeństwa jakie one za sobą niosą.

Cytat, który przytoczyłam na początku tekstu to opis tej tajemniczej siły, która zmanifestowała się naszym bohaterom, mając nad nimi przewagę w postaci nie tylko swoich ciemnych mocy ale i niewiedzy mężczyzn. Dopiero odkrycie, jakiego dokonał dla nich przyjaciel, wynajdując w starych księgach taki opis tajemniczej postaci uzmysłowiło im z czym będą musieli walczyć.

Wampir Stokera w niczym nie przypomina dzisiejszych młodych, gładkolicych wampirów. To raczej wyrafinowany arystokrata, żyjący na takim poziomie życia jakby otaczały go hordy służby a on sam jakby nie wiedział co robić z rodzinnymi bogactwami. Uwodzicielski przystojny mężczyzna, choć bardzo wiekowy nie poddający się upływowi czasu, za to przeżywający ludzkie emocje i doskonale przystosowujący się do społeczności. Dracula bowiem może przyjmować każdą postać, co często wykorzystuje – od wspomnianego nietoperza, przez wilka, psa do szczura i mgłę.

W swoim dziele Stoker wplata, jak pisałam elementy piętnastowiecznej legendy o Vladzie Draculi, który rządził Transylwanią w piętnastym wieku. Może warto wspomnieć, że znaczenie przydomka Dracul pochodzi od herbu przedstawiającego smoka oraz od Zamku Smoka, który był miejscem spotkań sekretnego bractwa rycerskiego broniącego chrześcijaństwa przed najazdem tureckim. Stoker dodaje do powieści też elementy wierzeń ludowych – każąc wampirom spać w trumnach, reagować strachem na widok krzyża i ucieczką na zapach czosnku. Być może powieść Stokera nie jest wybitnym osiągnięciem pod względem literackim, a to za sprawą swojej formy – czyli wspomnianych listów i kart z dzienników, ale w połączeniu z wykorzystanymi źródłami nie można odebrać jej prawa do miana powieści klasycznej, przynajmniej w tym jednym temacie. Pomieszana w czasie fabuła także może stanowić pewna uciążliwość, jednak oparcie się na tak wielu, nawet jeśli tylko wierzeniach i legendach dodaje książce pikanterii i czyni ją prawdziwszą niż współczesne wyssane z palca charakterystyki pseudowampirów.

Powieść doczekała się wielu ekranizacji, które wzbudzały nie tylko w  widzach burzliwe emocje, ale także  wywoływały kłótnie na poziomie spadkobiercy - reżyser, i zmuszały niektórych z nich do zmian w treści oraz tytule. Sadząc po tych burzach możemy domniemywać, że rodzina Stokera była bardzo mocno przekonana o prawdziwości opisanych przez swojego krewnego wydarzeniach i o ich jedynej w swoim rodzaju oryginalności. I choć najpierw księcia Draculę odsunęła w cień Anne Rice ze swoim Lestatem, oraz pojawiające się, jak grzyby po deszczu inne wampirze postacie, to Dracula nadal pozostaje symbolem wampira. Postacią potężną, zdolną podświadomie rządzić człowiekiem i przerazić do granic możliwości, bez cienia kpiny i uśmiechu.


cytat pochodzi z książki, okładka - www.zielonasowa.pl

chcę tę książkę pod choinkę! Trudno wybrać? Teraz to łatwe!!!

Nie wiem jak Wy ale ja mam coroczny problem z wyborem odpowiedniego prezentu pod choinkę ;/  jako, że sama najchętniej znajdowałabym pod nią KSIĄŻKI, to i ja lubię je darować innym. Jednak, choć czasem wybór wydaje się prosty, to wcale nie jest tak łatwo dobrze trafić w gust obdarowywanego.
Teraz Wydawnictwo Znak umożliwia nam dokonanie dobrego wyboru. Wystarczy wejść na www.prezent.znak.com.pl i określić wiek, osobowość i zainteresowania - aplikacja podpowie Wam, które książki będą najlepszym prezentem dla Waszych najbliższych. Dzięki tej opcji odnalezienie właściwego dla obdarowywanego tytułu stało się prostsze. Sprawdziłam - TO DZIAŁA!!!

Dodatkowo można je kupić ze zniżkami nawet do 30%! Pospiesz się, żeby zdążyć przed świąteczną gorączką!





Zdecydowane NIE dla wielotomowych powieści Murakamiego;/

Musiałam wiedzieć napisała Marpil o ostatniej części trlogii autorstwa Murakamiego. Ja też musiałam wiedzieć, ale nie byłam niestety tak wytrwała jak autorka bloga Z Kafką nad morzem. Owszem, byłam ciekawa jak zakończy się opowieść o Aomame i Tengo ale trzy części okazały się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem.



O części pierwszej trylogii 1Q84 pisałam już wcześniej i nie powiem, przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem. A trzeba przyznać, że nie jestem wielką fanką prozy Haruki Murakami. Jednak książka wydała mi się jakby trochę inna niż dotychczas czytane przez mnie powieści autorstwa tego bardzo modnego pisarza. Wprowadzone motywy sensacyjne w połączeniu z charakterystycznym stylem Murakamiego - pomieszaniem światów, niby fantastyczną, a jednak jakby nie do końca fabułą zaowocowały dość ciekawym eksperymentem, który ja przyjęłam ciepło i entuzjastycznie. Z niecierpliwością oczekiwałam kolejnego tomu trylogii, mając cały czas w pamięci obrazy z pierwszej jej części. Jednak nim ta do mnie dotarła obrazy jakby uległy zatarciu, wyblakły i choć w miarę zagłębiania się w drugi tom łatwo można było sobie je przypomnieć, to jednak urok wywołany pierwszą częścią gdzieś uleciał. Właściwie nawet nie miałam chęci na trzecią część tej, jak dla mnie przedłużającej się już w drugiej części historii. Drugi tom był już dla mnie agonią opowieści o Aomame i Tengo, a "śmierć" literacka już zupełnie mnie nie interesowała. Jednak jakiś upór kazał mi sięgnąć po ostatni tom 1Q84.

Nie wiem skąd ten upór wziął siły, skąd ja miałam chęci aby jednak zabrać się za lekturę trójki i to wzmocnioną powtórką tomu drugiego. Jako, że nauczona porażką jakiej dostarczyła mi zbyt długa przerwa między tomem pierwszym a drugim dałam sobie czas na powrót do dwójki nim rozpocznę czytać trzecią część. I jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ten drugi tom wcale takim złym nie jest. Nie porównując wciągnęłam się weń, jak przy pierwszym zderzeniu z 1Q84!

Gwoli przypomnienia - w części drugiej nadal czytamy o znanych nam już bohaterach - Aomame i Tengo. Aomame tym razem ma za zadnie zlikwidować Lidera, przywódcę sekty Sakigake, którego oskarża się o seksualne wykorzystywanie dzieci i wielokrotne gwałty na małoletnich dziewczynkach. Ten motyw jest tak okrutny, że aż nie pasujący do książek Haruki Murakami -  pewnie z tego powodu tom drugi nie przypadł mi do gustu, kiedy czytałam go po raz pierwszy. Jak można się było spodziewać po wrażliwej Aomame spotkanie kata i ofiary nie przebiegło do końca po myśli dziewczyny, a zadanie okazało się wcale nie takie proste, jak mogłoby się wydawać doświadczonej likwidatorce mżęczyzn.

Pamietają Ci którzy czytali także o łączącej ją niegdyś z Tengo przyjaźni - otóż ich drogi wydają się coraz bardziej do siebie zliżać. Jednak zbliżanie to trwa bardzo powoli, nie przymierzając jak mijanie się dwóch plskich pociągów. Ale jak i w podróży koleja polską bywa, książka wraz z ociąganiem się "losu" zdaje sie znośna i do przejścia.

Nie wiem jednak po co Murakamiemu był tom trzeci? Dla mnie historia ta mogłaby spokojnie i równie miło zakończyć się już w tomie drugim, gdyby tylko trochę z niej wycięto.

Trójka dostarcza jakby ochłodzonych emocji, które rozmywają sie gdzieś w przydługiej treści. Sedno książki - uczucie łączące Aomame i Tengo zostaje w niezbyt przyjemny sposób rozciągniete, a przez to pogrzebane w natłoku zbyt wielu wydarzeń i nowych postaci.

Nie powiem opowieśc o ojcu Tengo jakby była pomocną w powieści, ale już długie odosobnienie dziewczyny - jej filozoficzne rozmyślanki nad literaturą, i wtręty tej do fabuły (Marcel Proust i W poszukiwaniu straconego czasu - nomen omen ;/), czy przesiadywanie Aomame godzinami na balkonie w celu namierzenia Tengo (czasem w tak bezmyslny sposób niweczone) wydają się jedynie służyć przedłużeniu i dodaniu treści do tomu trzeciego. Ja chętnie widziałabym małą część trójki, z dwoma księżycami, z powrotem Aomame do roku 1984, z umierającym ojcem Tengo i jakże romantycznym zakończeniem jako kilkadziesiąt dodatkowych stron w tomie drugim.

Czytając częśćc trzecią zbyt często odczuwałam chęć przyspieszenia akcji, pominięcia kilku rozdziałów bez poczucia, że utracę coś cennego. Odnosiłam też wrażenie, że Murakami pograł sobie z czytelnikiem, że naigrywa się gdzieś w kącie z czytającyh część trzecią 1Q84 zastanawiając się ile z niej czytelnik pojmuje, a ile wydaje się jemu, że pojął. Nie, stanowczo fabuła ostatniego tomu powieści jest zbyt pokręcona. I choć wiem, że to właśnie styl Murakamiego to wydaje mi się, że tym razem przesadził. W moim odczuciu przynajmnije tak jest. Po cześci trzeciej poczułam się jak po przejedzeniu lub też zatruciu się jakimś daniem, do którego tak szybko już nie wrócę. Podobnie rzecz będzie się miała z Murakamim. I choc zdaję sobie sparwę, że tymi słowami narażam się fanom pisarza mi pozostaje mieć nadzieję, że tak szybko nie ujrzę kolejnej książki jego autorstwa, bo skłonna będę się skusić a potem rozchorować. (chociaż może idąc tropem zaskoczenia dwójką, przy jednoczesnym rozpoczęciu trójki, może warto skusić się na czwartą część? ... notak, ale w ten sposób możemy brnąć bez końca). Zdecydowane NIE dla wielotomowych powieści Murakamiego;/


Przyjaciółka Matylda od Hanny Kowalewskiej


Aby opisać piątą część serii o Zawrociu autorstwa Hanny Kowalewskiej, czyli Przelot bocianów konieczne jest przybliżenie fabuły wszystkich poprzednich części serii. Matyldę Malinowską–Just, główną bohaterkę wszystkich części poznajemy w momencie kiedy dostaje ona niespodziewany spadek po babce Aleksandrze Milskiej, z którą nie utrzymywała kontaktów od dzieciństwa (Tego lata w Zawrociu). Ów spadek jest wielką niespodzianką i zdziwieniem dla samej obdarowanej, ale też i dla całej rodziny, która jednak jako taki kontakt Aleksandrą Milską miewała. Dom rodzinny w Zawrociu staje się kością niezgody, a i tak już nielubiana Matylda znienawidzonym członkiem rodziny.
A co możemy powiedzieć o samej Matyldzie? To trzydziestoletnia kobieta, związana z teatrem przez pracę i miłość. Dawniej aktorka, którą do sztuki wciągnął mąż Filip Just, wielka miłość Matyldy Malinowskiej. Intensywny, acz krótki z powodu samobójstwa Filipa związek tych dwojga wywarł na kobiecie trwałe piętno, a śmierć Filipa zmieniła diametralnie jej spojrzenie na życie.


Kiedy poznajemy Matyldę mija dziesięć lat od samobójczej śmierci jej męża a ona nadal go kocha, choć nie koniecznie pozostaje mu wierna. Ciągle rozmawia z fantomem Filipa jakiego stworzyła na własny użytek i nie może pogodzić się z tajemniczą, nierozwiązaną zagadką śmierci Filipa (Maska Arlekina)
Ta twarda, żyjąca we własnym świecie kobieta doskonale radzi sobie z rodzinnym konfliktem jaki wytworzył się (albo wzmocnił) po śmierci babki i niespodziewanie zaskakującej decyzji odnośnie przyszłości Zawrocia. Matylda, po początkowych wątpliwościach całe swoje uczucie lokuje w tym pięknym skrawku ziemi i w domu, z którego wszystkich zakątków wygląda historia. Staje się powoli i nie bez przeszkód jego prawowitą właścicielką, nie tylko w dokumentach ale i mentalnie.
Dociekliwość dziewczyny, którą samą zastanawia fakt przyznania akurat jej prawa do Zawrocia kieruje ku rozwiązaniu pojawiających się tajemnic i zagadek rodzinnych. Dziwnych powiązań, niewytłumaczalnych waśni i niechęci najbliższych jej członków do siebie. W rozwiązywaniu tych zawiłych meandrów przeszłości pomaga Matyldzie kuzyn Paweł. Ukochany wnuk babki Aleksandry, który jako jedyny z rodziny zrealizował jej marzenia o muzyce. To jemu Matylda ofiarowuje stojący w Zawrociu fortepian. Ale tego, jak bardzo babce zależało na Pawle Matylda nie dowiedziałaby się gdyby przypadkiem (czyżby??) nie natknęła się na pamiętniki spisane ręką dziadka Maurycego i Aleksandry.


Zawiłą przeszłość rodziny Milskich i Malinowskich Matylda równoważy pracą i życiem w Warszawie. Liczne nieudane związki dziewczyny, fałszywe przyjaźnie i lodowate podejście rodziny zmuszają ją do samotnego stawiania czoła przeszłości. I tu znowu budzi się wrodzona ciekawość i upór Matyldy dzięki którym odkrywa kolejną tajemnicę, tym razem związaną z życiem i śmiercią ojca – Jana Malinowskiego (Góra śpiących węży)
Dość powiedzieć, że dotychczas samotna Matylda otrzymuje od losu niewiarygodnie liczną i co najważniejsze kochającą się rodzinę. Niemożność wyciągnięcia jakichkolwiek faktów od oschłej matki powoduje, że Matylda natyka się na coraz bardziej szokujące dowody zawiłości i zakłamania w jakich żyje od lat jej rodzina. Jej właściwie niejakie stosunki z siostrą, nigdy nie naprawiane przez matkę, czy też ojczyma także przyczyniają się szukania przez Matyldę powodów ciągłej niezgody z Paulą. Powoli też, dzięki tym faktom, które sama odkopuje w meandrach przeszłości rozjaśnia się sprawa otrzymania właśnie przez nią spadku.

W tle życie w Warszawie – choć w przypadku Matyldy jeszcze nie wiadomo, które życie jest tłem – rodzą się kolejne romanse dziewczyny, konflikty w pracy i nawarstwiają problemy nie do rozwiązania (Inna wersja życia).
Nie sposób opisać całe życie Matyldy Malinowskiej–Just w kilku zdaniach, jednak Hannie Kowalewskiej potrzebne było do tego pięć tomów (choć cięgle mam nadzieję, że na pięciu nie poprzestanie!). Ale nigdy, ani przez chwilę życie to – czy też opowieść (ale gwarantuję, że po przeczytaniu uznacie ją jako prawdziwą historię życia trzydziestoletniej kobiety) nie dłużyły się. Nigdzie w powieści nie było zbędnych scen i opisów, nie zdarzały się przedłużające się dialogi, czy rozciągające powieść dramaty. To wartka opowieść, z własnym tempem – bywały owszem momenty wyciszenia, tak konieczne, jak w życiu i jak w życiu nabierały one - z siłą huraganu - tempa. Niebezpiecznego momentami, ale i leczniczego, bo łatwiej było w tym huraganie zapomnieć o troskach, które dotyczyły nie tylko Matyldy ale i czytelnika. Ta dzikość życia dziewczyny udzielała się i czytającemu – nic wtedy nie było w stanie oderwać od lektury. Natłok sprzecznych myśli, pochwały i nagany zachowań bohaterki, radość i smutek na zmianę szargały nerwy czytelnika. Aby w końcu, w części czwartej – Inna wersja życia - osiągnąć apogeum i do granic możliwości wystawić te nerwy na próbę.

Przelot bocianów nazwałabym lekkim osiadaniem, ale nic bardziej błędnego jak myśl o nudzie! Nie! Taka myśl przeszła mi przez głowę raczej z powodu małej stabilizacji Matyldy, choć wywołanej wielką burzą i wywracającym na nowo jej życie wydarzeniem.
W Przelocie bocianów autorka znowu zakręci, trochę też rozwiąże  ale też nie wszystko, bo i Matylda nam się zmieni. Zginie gdzieś jej ciekawość, uporczywe doszukiwanie się dziury w całym, gmatwanie i tak już zagmatwanej przeszłości. Przestanie to już bawić Matyldę. Zacznie nawet szukać nici porozumienia ze znienawidzoną Paulą. I choć nie do końca będą to udane próby to ich dramatyczne w skutkach zbliżenie absurdalnie pomoże rozwiązać Matyldzie zaplątane życie. I choć Hanna Kowalewska nie rozpieszcza czytelnika to nie wyobrażam sobie aby to miał być już koniec! Ta pięciotomowa opowieść o atomowej sile wdziera się w umysł czytelnika jak bomba, i jak ta pozostawia w nim trwały ślad. Doskonałość języka jakim posługuje się autorka sprawia, że czyta się  ją jak dzieło idealne. Cały czas, z każdej strony  i pod każdym względem jak najbardziej życiowe. Nie ma u niej miejsca na nieprawdopodobne wydarzenia, na nic, co kazałoby wątpić w realność historii lub wyczuć komizm w powieści. Bohaterowie są jak najbardziej prawdziwi, z krwi i kości, a co najważniejsze życiowi i ludzcy. Jakby momentami trójwymiarowi, możliwi do zmaterializowania tuż obok.  Ach długo tak jeszcze będę pewnie powtarzać te słowa zachwytu ale doprawdy jest nad czym. Ja po prostu przez tę powieść z żyłam się z Matyldą. Chciałabym móc teraz zajrzeć przez okienko w Zawrociu, na którym o tej porze pewnie mróz maluje białe, kwietne obrazy. Zobaczyć ogień w kominku, kwiaty na fortepianie, może usłyszeć jak ktoś na nim gra. A z Matyldą wypić imbirową herbatę z porcelanowej filiżanki i zjeść ciepłą jeszcze szarlotkę. Tego właśnie bym chciała, to mógłby być piękny ciąg dalszy lata w Zawrociu.  

Światła września i Zafon listopadową porą, czyli poszukiwania trwają dalej

Przyznaję, że z niechęcią sięgnęłam kolejny raz po Zafona (Cień wiatru oraz Gra anioła już za mną, i niestety jakkolwiek tę pierwszą nawet zaakceptowałam, to już z drugą częścią powieści o Cmentarzysku Zapomnianych Książek było gorzej;/). Zdaję sobie sprawę, że zaczęłam przygodę z autorem niejako od końca, czy też od środka, ale według polskiego rynku wydawniczego to właśnie te dwie książki (Cień wiatru, Gra anioła) były warte polskiego debiutu. Teraz zatapiając się w poszukiwania autora doskonałego, który miałby zastąpić mojego ukochanego Vladimira Nabokova oraz - z polskich autorów - Stefana Chwina rozpoczęłam od lektury ostatniej tym razem książki Carlosa Ruiza Zafona. Chciałabym aby te moje poszukiwania zakończyły się sukcesem, który zapewni mi lekturę książek ulubionego (nowego, czy też kolejnego) autora na wiele lat. Tak, abym mogła w ciemno sięgać po tegoż autora kolejne tytuły, nawet gdybym czasem miała się zawieźć.

Wracając do początku - właśnie w trakcie tych poszukiwań natknęłam się (choć to słowo nie bardzo tu pasuje, bo nie stało się to przypadkiem) na książkę Światła września. Tak, wymyśliłam sobie przygodę z Zafonem, jako sprawdzenie tegoż autora od ostatniej jego książki, jaka ukazała się w księgarniach. Kusiła też Marina i dwa młodzieżowe tytuły - Pałac północy oraz Książę mgły, ale na przekór zasadom i trochę wbrew sobie zaczęłam od końca.

Z wybraną przez mnie książką, z góry było wiadomo, że będzie to przygoda połączona z magią, czyli zestaw obowiązkowy u Zafona. Nie miałam nic przeciwko, chciałam się dobrze bawić, nawet jeśli nie miałabym trafić na tego jedynego autora (z całym szacunkiem, ale myślę, że daleko jemu do V.N. oraz S.Ch.). Światła września to właściwie magiczna opowieść o dwójce nastolatków, których połączyła tajemnica miejsca, w którym mieszkają. Irene Sauvelle przyjechała wraz z matka i młodszym bratem do małej francuskiej miejscowości w której miało odmieć się ich życie. Rodzina Irene pogrążona w żałobie po ojcu, jedynym żywicielu rodziny, powoli pogrążała się także i w długach. Paryskie życie okazało się zbyt drogie, a przyjaciele niegodni. Z tego powodu matka Irene zmuszona  była podjąć pracę, która na jej szczęście znalazła się w pobliskim Cravenmoore, u bogatego fabrykanta zabawek Lazarusa, samotnego człowieka, dla którego świat tworzonych przez niego zabawek jest zasłoną dla dręczącej go prawdy. Simone Sauvelle wydało się, że nie mogło spotkać jej nic lepszego, tym bardziej, że praca jaką miała wykonywać przypadła jej do gustu, a chlebodawca miłym starszym panem. Życie kobiety i jej dzieci zaczeła się rozjaśniać, przyszłość nie wydawała się już im tak straszna, choć czasem jeszcze ograniał kobietę smutek po zmarłym mężu. 
Ta idylla trwałaby pewnie tak przez długie lata, gdyby nie przerwał jej straszny wypadek, jaki zdarzył się w Cravenmoore. Gdyby pokojówka pana Lazarusa nie zginęła w dziwnych okolicznościach inaczej potoczyłyby się losy rodziny Simone.
Przyznaje, że w tę krótką opowieść można się nawet wciągnąć. Dać się ponieść tajemnicy jaka osnuwa okoliczne lasy Cravenmoore, tchnące grozą ciemne powietrze licznych pokoi ogromnego pałacu Lazarusa, zamieszkałego przez istoty o szklanych oczach i cień. I można wystraszyć się kiedy Irene wraz ze swoim przyjacielem Ismaelem próbują rozwiązać zagadkę śmierci młodej służącej z Cravenmoore. Ta odważna dwójka młodych ludzi czasem zdaje się posuwać za daleko. Kiedy nieproszeni wchodzą w życie Lazarusa nic już nie jest takie samo. Wszech ogarniajaca ciemność i tajemnica zaczyna rozsiewać swoje śmiercionośne macki i tylko jakiś niespodziewany splot okoliczności, czy magicznych rozwiązań będzie w stanie uratować bohaterów książki Zafona.

Bardzo ciekawi mnie, czy wszystkie książki tego autora, które mieliśmy okazję znaleźć ostatnimi czasy w księgarniach są równie magicznie przygodowe, czy też, jak wskazywałoby moje wcześniejsze doświadczenie czytelnicze z autorem jednak różne? Pewnie skuszę się na jeszcze jeden tytuł Zafona, ale wiem już dzisiaj, że to nie będzie ten autor, który zastąpi mi wszystkie przeczytane książki Nabokova i jeszcze nie napisane (ciągle czekam na kolejne) powieści Chwina.

"Sztuka opowiadania historii jest niezwykle cennym darem" czyli co czytać, aby z tego korzystać

Szkła od Zeissa, przecierane spokojnym, nieśpiesznym ruchem w westybulu portierni ... W letnie dni osiadał na nich żółty pył lip kwitnących w Delbruck-Allee obok budynku Anatomii, gdzie chłodne powietrze z cienistego cmentarza ewangelickiego mieszało się z suchym sosnowym powiewem od strony morenowych wzgórz. O ósmej czarny daimler-benz zatrzymywał się przed wejściem do Instytutu, potem z tramwaju nadjeżdżającego od strony Langfuhr wysypywał się tłum ubranych na ciemno dziewcząt, które po kilku minutach marszu wzdłuż cmentarnego muru i dojściu na portiernię, a potem do bloku E, przywdziewały niebieski fartuch z ramiączkami skrzyżowanymi na plecach i biały czepek.



Przeczytałam ostatnio Hanemann Stefana Chwina, ale nie o samej książce chcę tu pisać. Pomijając kwestię, że książki Chwina są dla mnie jak pierwszy powiew wiosny – zawsze pachną świeżością, choćbym je czytała kolejny raz, zachwycają aż do braku tchu, to zastanawiam się czy naprawdę nie jest ważne po jakie książki sięgamy? Takie pytanie przyszło mi do głowy podczas ostatniej lektury wspomnianej Hanemann oraz Opowieści chłodnego morza, drugiego zachwycającego mnie autora Pawła Huelle, które czytałam przed książką Stefana Chwina. Tyle mówi się o tym, że nie jest ważne co czytamy, byle byśmy tylko czytać zechcieli. Szczególnie silny to argument w takim kraju jak Polska, w którym czyta zaledwie 40% społeczeństwa. A i to naciągane statystyki, które rosną dzięki namiętnym czytelnikom (statystycznie wypada więcej na obywatela kraju, dzięki tym, którzy siedzą całymi dniami z nosem w książce) oraz szczerości badanych i ustawodawstwie*. Odrzucając wszelkie dywagacje na temat ustaw, określeń i zakłamania narodu wrócę do kwestii tego, czy należy sięgać po jakąkolwiek lekturę aby spełniała ona swoje zadanie? Otóż wiadomym jest, że czytamy po to, aby poznawać. Owszem zabijamy nudę, dostarczamy sobie rozrywki, ale przecież cały czas, dzięki książkom czegoś się uczymy. Nawet jeśli czytana książka to tylko fikcja (bo pomijam poznawanie przy czytaniu literatury faktu) to choćby ten język był polskim i uczył nas prawidłowego wysławiania się i kultury języka. Też kiedyś byłam zdania, żeby czytać byle co – mówiąc kolokwialnie – byle czytać (nie odnosiłam tego twierdzenia tyle do siebie, ile do opornych czytelników, tłumacząc ich, że pomimo tego, iż czytają mało wartościową książkę, to mają chęci i czytają). Jednak pod wpływem lektur Stefana Chwina, Pawła Huelle, Antoniego Libery ... - tu mogłabym jeszcze troszkę powymieniać - zmieniłam swoje zdanie i nie wrócę do poprzedniego.



Pamiętam taki artykuł w magazynie Książki, w którym Janusz Rudnicki naśmiewał się z kanonu lektur w polskich szkołach.
(po przytoczeniu cytatu z pewnej lektury) Frustrujące, nie? I tak całymi stronami, jedna po drugiej, sto, dwieście, trzysta. Człowiek, kiedy to czyta, nie może uwierzyć, że alfabet ma tylko dwadzieścia cztery litery! (J.R.)
Niestety, nie ze wszystkimi argumentami autora artykułu się zgadzam. Mówię stanowcze nie literaturze obcej w kanonie lektur w polskich szkołach.  Do tego trzeba wprowadzić osobny, nowy przedmiot, coś na kształt „literatura światowa”. Owszem niektóre lektury polskie to prawdziwe łamańce językowe, ale te po pierwsze uczą historii i podstaw języka, a po drugie - niejednokrotnie - historii kraju. Może warto, jeśli już tak bardzo one przeszkadzają młodzieży zastąpić je polskimi, mało docenianymi autorami? Nie wiem, czy choćby jedno ze wspomnianych przeze mnie wyżej nazwisk znajduje  wśród lektur uzupełniających? Nie znam obecnego kanonu lektur w szkole, ale miło by było zobaczyć taką na przykład Krótką historię pewnego żartu Stefana Chwina, która nie dość, że językowo (stylistycznie, gramatycznie, leksykalnie itp) jest perfekcyjna, to jeszcze do tego daje doskonałą i do tego, co ważne przyswajalną lekcję historii.

Dalej Rudnicki pisze:
Przy najlepszej woli, kto wytłumaczy mi sensowność wpychania dzieciom tego wszystkiego do głowy?
Właśnie najbardziej zależy mi na młodzieży, którą bombarduje się z każdej strony ogłupiającą sieczką - czy to w postaci lansowanych zachowań, filmów, czy właśnie książek, które wszystkie wymienione aspekty życia generują (zachowanie, styl ubierania się i niestety mowy;/). Takie argumenty niech młodzież czyta cokolwiek, byle tylko chciała czytać nie trafiają już do mnie. Bo ta młodzież potem nie dość, że ma głowę nabitą bzdurami, które zbyt łatwo przyswaja, łatwiej niż lekcje matematyki, to w dodatku nie poznaję dzięki takim książkom podstaw języka (jednak najczęściej to liche tłumaczenia obcojęzycznych bestsellerów). Nie nauczą wampirowe bestsellery, szczególnie te osadzone w amerykańskich realiach (nie mam nic do Ameryki, ale raczej do abstrakcyjności jej realiów w stosunku do polskich) jak się wysławiać, zachować i jak się pisze, czy prawidłowo mówi po polsku. Do tego maile, smsy, gry, krótkie teksty w Internecie i testy sprawdzające wiedzę ucznia i mamy skaleczoną młodzież. Ludzi, którzy będą żyli w wyobrażeniach, milcząc. Bo jak takiego młodego człowieka, który wychował się na współczesnych książkach przekonać do soczystej, pięknej, barwnej i ujmującej polskiej mowy. A w moich czasach narzekano na komiksy:/:)
Ale gdzie jest sens czytania dla samego czytania? To równie dobrze moglibyśmy całe życie czytać jedną książkę, na niej tylko się zatrzymać, i nic więcej nie poznawać. Czytanie dla samego czytania może ma wtedy, i tylko wtedy sens, jeśli osoba, która czyta - nazwijmy to książkowe brukowce - czyta poza nimi literaturę wartościową (i nie chodzi mi w tym momencie o znane nazwiska, nagrody i filozoficzne dzieła, a o język, dobry język). Chciejmy poznawać polskie książki, albo te klasyczne autorów zagranicznych, warto w tym wypadku zwrócić uwagę na tłumaczenie (czytałam ostatnio doskonałe wydanie Opowieści miłosnych ... E.A. Poe!). Nie chowajmy się za okładkami bestsellerów, które nie rzadko tłumaczone są zbyt pochopnie, poddawane niedostatecznej korekcie, i tylko krzywdę mogą zrobić, szczególnie młodej, poznającej swój język osobie.
A książęta na białych rumakach (ileś tam konnych, z alufelgami, które wyparły żywe konie), a domy w przepięknych okolicach (wzgórza, rozlewiska, mazury itp) budowane przez kobiety ze złamanym sercem. I te same kobiety we wręcz androgeniczny sposób podnoszące się z porażek – czy to jest normalne? Nie wiem, czy sama nie wpadłabym w depresję, gdybym czytała o herszt babie, która sama sobie dom buduje? Jak taka baba, przeklinająca na każdym kroku, rechocząca się przy zastawionym winem stole ma być dobrą koleżanką tej, która o niej czyta? Jak może nauczyć ją zdrowego podejścia do życia, wrażliwości i kobiecości? Czy nie warto zwrócić na przykład uwagę na te tytuły poniżej książkowych top-ów? Autorki, które nie fikają koziołków publicznie, a piszą. I to pięknie po polsku. Seria o Zawrociu Hanny Kowalewskiej jest pod tym względem zachwycająca. I choć może zdarza się, że ktoś w niej przeklnie, to nie razi. Nie razi seks, wino i marzenia. Wszystko ubrane jest w piękny, polski język i przez to jest wartościowe.
Aby nie czepiać się tej kobiecej literatury, niezbyt wysokich lotów, i nie podawać ciągle tych samych autorów za wzór powiem, że zdarzają, się i autorzy młodego pokolenia, których język jest zaskakujący, od których wiele osób żyjących w nierealnym świecie rozlanym w bajce mogłoby się uczyć. Taka Lala Jacka Dehnela jest dla mnie mistrzowskim popisem nie tylko językowym ale i przykładem tego, jak można słuchać i opowiadać. Mam niestety pewne wątpliwości, co do umiejętności skupienia się na opowieści ludzi starszych dzisiejszej młodzieży tak jak czyni to bohater – autor Lali (nie czepiam się, nie czepiam, nie uogólniam - tak z ulicznych, przerażających przykładów ciągle młodzież mi do głowy przychodzi, ale przerażające są też topy w księgarniach, w których na najwyższych miejscach nie stoi literatura najwyższych lotów;/). Ba, ja nawet myślę, że takich osób, które zechciałyby spojrzeć na  osobę starszą, usiąść z nią przy stole jest mało, za mało.
W ogóle boję się, że takie książki nie cieszą się zainteresowaniem, bo przy nich trzeba wytężyć umysł, trzeba czytać ze zrozumieniem. Myślę, że wcale ten kanon lektur nie przeszkadza tak młodzieży, bo jeśli miano by zmienić je na inne, polskie książki to oni taką zmianę pewnie mają gdzieś. Z takich książek, nie daj Boże trzeba by coś wynieść, zrozumieć, a  po co wynosić ogładę i naukę, jak można nauczyć wielu niepotrzebnych bzdur. Nie chcę wymieniać tych bzdur, bo mogłabym nie trafić - nie wiem, nie znam się na tyle na lekturach (tych pozaszkolnych) młodzieży. Ale jeśli nie wejdzie do kanonu nic o wampirach, oderwanych od życia młodych ludziach,  nic, co zalega na księgarnianych półkach (eee tam zalega, to akurat schodzi) to i tak ta zmiana nie zostanie przez młodzież zauważona, a jeśli już to i tak nie zostanie dobrze odebrana.

Lektura powinna porywać, być inteligentną rozrywką, taką na rzeczywistym poziomie ... . (J.R.)
Z tym stwierdzeniem Janusza Rudnickiego zgadzam się w stu procentach. Ale co zrobić jeśli dzisiejszą młodzież, i nie tylko porywają krwiopijcze istoty i inne wydumane historyjki? Ja jestem dobrych myśli i wierzę, że gdyby tylko podetknąć młodzieży pod nos inteligentną rozrywkę, że posłużę się określeniem Rudnickiego znalazłoby się kilka osób zainteresowanych.
Zdaje sobie sprawę, że to, co napisałam jest tylko fragmentem moich myśli, które kłębią się w mojej głowie, ale może dyskusja jaka rozwinie się pod tekstem pociągnie ten temat?

Lubiła tę drogę. Mech, który pokrywał wydmy, był miękki jak dywan. Z obu stron strzelały w niebo sosny, a między nimi szumiała wysoka trawa. Gdy słońce grzało dłużej niż kilka dni, czuło się tutaj mocny, gęsty jak smoła zapach jałowców. Wielkie i małe, czasami o fantastycznie pokręconych grzywach, rosły tu wszędzie, jak zatrzymane w ruchu elfy. 





* Przez czytelnictwo rozumie się najczęściej czytanie utworów drukowanych, książek, pism. Wincenty Okoń w "Słowniku pedagogicznym" pod hasłem tym zamieszcza następujące wyjaśnienie: "jest to jedno z bardzo ważnych źródeł oddziaływania na osobowość dzieci, młodzieży i dorosłych" [1]. "Encyklopedia współczesnego bibliotekarstwa polskiego" definiuje "to pojęcie" jako: "proces społecznej komunikacji, w którym książka stanowi narzędzie przenoszenia kultury za pomocą symboli" [2]. Józef Pieter w książce "Czytanie i lektura" określa "czytelnictwo" jako: "społeczne zjawisko dostępu do lektury, rozpowszechnianie jej, korzystania z niej" [3]. 
źródła:
empik.com
cyaty pochodzą z książek
przy pisaniu tekstu korzystałam z artykułu Janusza Rudnickiego, Palę lektury, Książki, Nr 1 (lipiec 2011)

Mozaika tradycji i barw - Dom Kalifa. Rok w Casablance.

Nie ukrywam, że do kupna tej książki zachęciła mnie okładka. Te soczyście błękitne drzwi, skrywające zapewne równie barwne pokoje - aż ma się wrażenie, że można je otworzyć, pociągnąć za ukrytą gdzieś klamkę i wejść do barwnego, marokańskiego świata. Do tego krótka, acz treściwa zachęta samej Doris Lessing – ‘cudnie zabawna” – to o książce – i ręka sama sięga do błękitnego stosu, łowiąc jedno kolorowe szkiełko dla siebie. Dom Kalifa Tahira Shah to książka oparta na doświadczeniach autora. Angielsko – afgańskie korzenie Tahira i marzenie o powrocie do kraju przodków czynią książkę barwną opowieścią, a nabyte angielskie cechy wywarzają ją, bo aż strach pomyśleć co mogłoby się dziać w niej gdyby autor czasem nie uruchomił swej angielskiej powściągliwości.
Tahir wychowany i mieszkający w Anglii marzy o przeprowadzce do Maroka. Jego dotychczas skromne życie u boku żony i dwójki dzieci nie satysfakcjonuje jego uśpionej radosnej natury. Ciągłe niezadowolenie z życia w nudnej, jak powiada Anglii, z zakłamanymi sąsiadami, wśród szarych ulic i utyskiwania znajomych i rodziny na jego marzenia mobilizują mężczyznę do wyjazdu.
Długie poszukiwania domu w tym dość specyficznym kraju, jakim jest Maroko szokują Tahira i Rachanę. Do tego dochodzi zniechęcający strach o życie dzieci i własne, podsycany zamieszkami w kraju, do którego chcą się właśnie przeprowadzić z nudnej i spokojnej Anglii. Jednak marzenia Tahira o zamieszkaniu w barwnym kraju, który przypomina jemu korzenie, dzieciństwo i opowieści dziadka jest zbyt silne, aby mógł on z niego łatwo zrezygnować. W końcu po długim czasie oczekiwania, po wielu kilometrach przejechanych w poszukiwaniu tego jedynego miejsca, trafiają na piękny aczkolwiek zrujnowany dom o tajemniczej, nikomu nieznanej przeszłości. Dom Kalifa to prawdziwa perła architektury, i choć widać po niej upływający czas i lata zaniedbań Tahir nie może oderwać od niego oczu.
Jak się po krótkim czasie okazuje nie tylko sam dom, który da się jakoś odbudować stanowi problem i przeszkodę w spokojnym życiu w wymarzonym miejscu i domu. Problem nie do pokonania stanowi mentalność Marokańczyków, którzy żyją wbrew jakimkolwiek zasadom i regułom. Kombinatorstwo, które rządzi ich życiem, beztroskie funkcjonowanie na krawędzi ryzyka  a przy tym łatwość w bezstresowym rozwiązywaniu problemów to zgoła odmienne reguły od znanych europejczykom codziennych zasad funkcjonowania.
Tęcza barw na ścianach domu jest niczym w porównaniu do przygód, jakie przy okazji renowacji domu przyjdzie przeżyć Tahirowi i jego rodzinie. W codziennym funkcjonowaniu przeszkadzają jemu nie tylko problemy ze zdobywaniem materiałów do remontu, ekipy remontowej i dogadaniem się z nią (a to już wyższa sztuka) ale i, a może przede wszystkim tajemniczy mieszkańcy domu. Dżinny. Te niewidoczne duszki, które niszczą wszystko wokół, starszą swoją niezrozumiałą naturą i żądają coraz to dziwaczniejszych ofiar utrudniając codzienne życie rodziny Tahira. I nie pomaga tutaj jego rozsądek, bo wierzenia w Maroku są silniejsze niż jakiekolwiek wytłumaczenia, dżinny stanowią najważniejszą część życia mieszkańców tego kraju, uzależniają ich. Dla czytelnika jednak dostarczają solidnej dawki humoru, choć zapewne w normalnym życiu do śmiesznych by nie należały – bo kto chciałby składać ofiary z martwych kozłów w każdym pomieszczeniu domu, gotować duchom obiady, nie móc korzystać w toalety, czy spać w jednym pomieszczeniu z cała rodziną podczas gdy dżinny zamieszkują pozostałe kilkanaście pokoi? To tylko niektóre z przykładów zachowań tych tajemniczych duszków istnieniu, których Tahir nie jest do końca przekonany.
Przyznaję, że zarówno te duszki jak i postawa Tahira momentami mnie drażniły, irytowały, ale też jednocześnie podziwiałam jego wytrwałość. Pozostawał na miejscu podczas gdy ja dawno bym skapitulowała i nie pomogłyby marzenia o pięknym domu w kolorowym kraju. Upór Tahira doprowadzał wiele razy zarówno jego, jak i jego żonę do załamania nerwowego, aby w końcu ….
Nie, nie będę zdradzać  czy Tahirowi i jego rodzinie udało się spełnić marzenie o zamieszkaniu w kolorowym Domu Kalifa. Po rozwiązanie tej małej zagadki odsyłam do książki i barwnych ścian Domu.

Do Jedwabnego Szlaku przez Płatki z nieba - druga książka Mingmei Yip i plany co do trzeciej

Mingmei Yip w Polsce dała się poznać jako autorka Pawilonu Kwiatu Brzoskwini, dość kontrowersyjnej książki o losach młodej Chinki, która trafia jako kurtyzana do domu kwiatów, czyli, jak to ładnie w Chinach się nazywa – domu publicznego. Kolejna książka tej autorki chińskiego pochodzenia nie jest tak bulwersująca, jednak tak samo skupia się na losach młodej chińskiej dziewczyny. Czytając życiorys autorki i porównując go z książką możemy sądzić, że w Płatkach z nieba znajdujemy biograficzne wątki z życia Yip. Meng Ning, urodzona w Chinach, podobnie jak autorka książki ukończyła studia na Sorbonie i tak samo jak ona pomieszkiwała zarówno w Chinach jak i w Ameryce. Nie znamy jednak na tyle biografii Yip, aby potwierdzać dalszy bieg wydarzeń, ponieważ bohaterka jej książki podejmuje decyzję o wstąpieniu do klasztoru. Uduchowiona w dzieciństwie, zakochana przez wszystkie lata młodości w swej duchowej przewodniczce, która jak uważa uratowała jej kiedyś życie postanawia nie poddawać się stereotypom. Nie pragnie męża, kariery i rodziny, rezygnuje z tego wszystkiego dobrowolnie dla duchowej ścieżki u boku Buddy. Prawdopodobnie w podjęciu takiej decyzji pomogła jej obserwacja małżeństwa rodziców - oddana ojcu matka, która w zamian za miłość otrzymała od ojca Ning zdrady i smutki. Jednak jej siła i wiara zostają osłabione kiedy na drodze kobiety staje młody amerykański neurolog. Ratując jej życie podczas pożaru w buddyjskim ośrodku odosobnienia w jej oczach jawi się jako bohater zesłany przez los. Teraz kiedy w dziewczynie zacznie budzić się uczucie miłości będzie musiała wybierać między swoimi życiowymi wybawcami.

Zanim jednak bohaterka książki Mingmei Yip podejmie decyzję, na kilkuset stronach książki przeżyje ona niezliczoną ilość wydarzeń, które będą na przemian prostowały i burzyły jej plany. Odejście od Buddy, rezygnacja z tak silnych i wydawałoby się ustalonych już celów, wyjazd do Stanów Zjednoczonych i zderzenie z amerykańską kulturą nie będą ułatwiały Ning podjęcia ostatecznej decyzji. Jej ułożony od dawna plan legnie w gruzach, a podniesienie się z nich będzie trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Ning zagubiona i rozdarta między miłością Michaela, matki, która samotnie wychowywała ją przez długie lata, a wiarą doświadcza wielu szokujących ją przeżyć i wątpliwości. Zachwiana w posadach, przez przypadkowe zdrady z mężczyzną i kobietą miłość do ukochanego mężczyzny staje się katalizatorem do trudnych rozważań jakie Ning porzuciła w Hongkongu. Czy fakt, że jej duchowa przewodniczka i guru ratująca życie małej dziewczynce, która wpadła do studni pozwoli odzyskać utraconą wiarę, albo czy uda się tę pogodzić z rodzinnym szczęściem? Tego nie wiemy do ostatnich stron książki. Myślę, że to niezdecydowanie i dziwne, jak na wykształconą kobietę zagubienie Ning powoduje odwlekanie się ostatecznej decyzji. Momentami może denerwować takie zachowanie Ning – bo czy dorosła kobieta nie potrafi powiedzieć nie, kiedy trzeba? Czy doprawdy tak trudno jest „wiedzieć” czy się kogoś darzy prawdziwym uczuciem, czy to tylko zauroczenie, szczególnie kiedy ma się trzydzieści lat?
Bohaterka Yip bywała irytująca, przyznaję i to do tego stopnia, że miałam ochotę wejść do książki powiedzieć tej nieobytej dziewczynie parę słów do słuch:. Opamiętaj się dziewczyno! Pomyśl chwilę, podsumuj wszystko to, co się wydarzyło po drodze, a zobaczysz, że decyzja nie będzie trudna. Niestety nie mogłam tego zrobić, ale i też ku mojemu szczęściu Ning w porę się opanowała, skonfrontowała swoje plany i cele i wyszło jej coś, co powinno zadowolić w końcu tę niezdecydowaną dziewczynę i zirytowanego momentami czytelnika. Pomimo całej irytacji i momentów zwątpienia, że Meng Ning wyjdzie z opresji i znajdzie rozwiązanie swojej, wcale nie takiej trudnej sytuacji życiowej książkę dosłownie się „połyka”. Być może to jakiś specjalny rodzaj zainteresowania ze strony autorki, taki styl, który wciąga w irytujący sposób – jak solone orzeszki, których wcale nie chcemy jeść, a one w tajemniczy sposób lądują w naszej buzi. Tym bardziej ciekawi mnie zapowiadana przez Wydawnictwo trzecia książka Yip – Pieśń Jedwabnego Szlaku.