krótko o powrocie do Chin - Pałac kobiet Pearl Buck

Chiny początek dwudziestego wieku, w oddali można usłyszeć odgłosy rewolucji, a dom rodziny Wu wypełniają rozliczne dźwięki towarzyszące codzienności kilku pokoleń żyjących pod jednym dachem. Czterech braci, synowych, ich dzieci, niezliczonej ilości służby oraz bliższej i dalszej rodziny państwa Wu. Jednak czuć też pewien dysonans – to pani Wu, mająca dosyć już wypełniania małżeńskich obowiązków, buntująca się przed całkowitym poświęceniem się dla męża w dniu swoich czterdziestych urodzin postanawia zrobić niejako jemu właśnie prezent.

Rezygnując dobrowolnie z bycia jedyną kobietą ojca swoich dzieci - w taki sposób zwraca się do pana Wu, swojego męża -  postanawia sprowadzić jemu młodą konkubinę, uznając go za mężczyznę w kwiecie wieku, zasługującego jeszcze na wiele radości od życia. Początkowe oburzenie wszystkich członków rodziny i zmieszanie służby zostaje rozwiane tak szybko, jak szybko pojawia się u boku pana Wu druga kobieta. A spełniająca swoje życzenie pani Wu staje się wolną kobietą, która nie do końca potrafi poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Ścieżka życia, jaką wybrała okazuje się nie być tak piękna i prosta jak to sobie wyobrażała. Jednak poczucie spełnienia obowiązku w stosunku do ojca swoich synów jest dla niej najważniejszym wytłumaczeniem w tej, bądź co bądź nowej sytuacji. Prezent w postaci młodej wieśniaczki jest chyba radością dla samej pani Wu, bo Pan Wu nadal kochający swoją żonę nie może pogodzić się z osobą nowej kobiety w jego sypialni. Jednak pomimo tych początkowych problemów piękna Ch’iuming pozostaje w sypialni i rodzinie Wu i po krótkim czasie rodzi kolejnego jej członka.

Tymczasem pani Wu, i tak zawsze mądrzejsza od swojego męża pozostaje zajęta własną duchowością, rozwojem synów i ich rodzin. Sprowadza do domu „obcego księdza”, który ma naucyć jednego z synów języków obcych. Choć na początku przez nią nieakceptowany  po czasie staje się dla nie kimś bliskim. Duchowym przewodnikiem po trudnym świecie dobra i zła. To z Andre pani Wu zwiąże swoją przyszłość, i to Andre, choć tylko duchowo będzie pomagał jej pogodzić się z brzemieniem decyzji podjętej w dniu czterdziestych urodzin i z jego konsekwencjami, które w bolesny sposób naznaczyły jej rodzinę.

Buck prowadzi te opowieść na kilku płaszczyznach. Czasami aż trudno uwierzyć, że wszystkie wydarzenia dotyczą jednej rodziny i jednego domu, a czytelnikowi może wydać się, że książka Pałac kobiet ożywa. To ciągły ruch, jak w mrowisku, w którym cały czas coś się dzieje sprawia takie wrażenie. Fakt, że nagrodzona Noblem (1938r.) autorka mieszkała przez wiele lat w Chinach pozwala poznać przybliżone przez nią liczne obyczaje i tradycje chińskie, jak choćby rytuał parzenia herbaty, obrzędy towarzyszące narodzinom czy śmierci oraz naznaczoną sztywnymi normami i zwyczajami codzienność. Wszystko to jednak, zamknięte i otoczone emocjonującymi przeżyciami tej bogatej rodziny stwarza wrażenie przystępności i w prosty sposób wplata się w karty powieści. Dzięki temu połączeniu Pałac kobiet staje się bogatym źródłem wspomnianej wiedzy, a przy okazji opowiada barwną, jak na Chiny przystało opowieść.

Stos inaczej i bezludny świat może być Bezludnym rajem - Ana Maria Matute

Zbierałam się do tej książki bardzo długo. Pierwsze podejścia mogłabym wyliczać w nieskończonośćJ Ale ruszyłam z kopyta, doszłam do końca pierwszego rozdziału, w końcu zaliczyłam magiczną setkę. I przepadłam! Przecież ta książka jest magiczna. Jak ja mogłam w ogóle ją odkładać!? Czasem nawet w tej magii straszna, bo jak sobie człowiek uświadomi, że jako dziecko też miewał swoje krainy, które odwiedzał, czy to przed zaśnięciem czy we śnie to może utożsamiać się z Adrianą i cieszyć jeśli był rozumiany. Książka Any Mari Matute kojarzyła mi się też nierozerwalnie z oglądanym kiedyś filmem Jeż. I choć silnie starałam się odegnać obraz Palomy, bohaterki filmu, kamienicy w której mieszkała to po jakimś czasie poddałam się i tam właśnie umiejscowiłam akcję książki Bezludny raj.
Tytuł jak najbardziej trafny. Adriana bohaterka książki Matute, która dla mnie zdaje się być alter ego autorki to kilkuletnia dziewczynka żyjąca w swoim świecie, w którym poza wymyślonymi postaciami nie ma nikogo więcej. I choć mieszka ona razem z rodzicami, starszą siostrą i braćmi, oraz służbą żyje jak samotny malutki człowieczek, zagubiony w ciemnościach swojego wielkiego mieszkania i małego świata dziecka. Adriana to inteligentna dziewczynka, która niestety nie potrafi znaleźć wspólnego języka z najbliższymi, albo też oni nie potrafią dogadać się z nią. Za to doskonale rozumie się ze swoją nianią, kucharką, siostrą mamy, którą jednak rzadko widuje, dostarczycielem węgla, mleka …. z wszystkimi osobami, które niestety nie należą do jej rodziny. To bardzo przykre, zważając na inteligencję tego dziecka, z którym rozmowa zdawałaby się być przyjemnością. Niestety rodzice Adriany zajęci własnymi małżeńskimi problemami, nie zauważają problemów społecznych córki, która nie potrafi porozumieć się z koleżankami w szkole i nauczycielami. Wszystkie problemy, jakie dostrzegają zrzucają na brak ogłady i złośliwość córki. Neurotyczna matka, na progu rozwodu potrafi Adrianę tylko łajać za uwagi, jakie dziewczynka przynosi od nauczycielki i dyrektorki szkoły. Starsza siostra w ogóle nie znajduje języka z małą Adrianą, a bracia – bliźniacy, którzy jeszcze do niedawna byli jakby jedynymi osobami rozumiejącymi choć trochę siostrę teraz wyrośli z ich wspólnego świata, a w nowym niestety dla Adriany nie ma miejsca. Jedynie rozmowy z nianią i kucharką są w stanie rozweselić choć trochę małą i dodać blasku w jej smutnym życiu. Na szczęście dla dziewczynki do kamienicy, w której mieszka wprowadza się chłopiec, który rozumie jej świat. Na tę przyjaźń niestety Adriana i Gawryła będą musieli poczekać, gdyż choroba, która zaatakowała dziecięcy organizm dziewczynki na długi czas unieruchamia ją i odbiera możliwość bliskiego poznania chłopca. Jednak tak długo wyczekiwana znajomość i upragnione zrozumienie rozkwitają z podwojoną siłą, której można dzieciom tylko pozazdrościć. Dopiero przy Gawryle Adriana staje się sobą, to z nim, dotąd zamknięta w sobie dziewczynka zaczyna rozmawiać, poznawać świat i cieszyć się życiem, jak na dziecko przystało. Ich wspólne spędzanie czasu zdaje się nie mieć końca, a radość przepełniająca tę małą dwójkę napełnia ich energią. Nie zważają na przeciwności losu, bawią się życiem, poznają to, czego nie nauczyliby ich zajęci sobą dorośli. Żyją. Niestety i tu wkracza okrutny świat dorosłych, bo poza początkowym niezrozumieniem i brakiem przyzwolenia na przyjaźń ze strony matki Adriany wkracza jeszcze choroba Gawryły. Tak bardzo kochające się i rozumiejące dzieci muszą stawić czoła chorobie i śmierci, zrozumieć życie w tak młodym wieku i pogodzić się z jego nieuchronnym przemijaniem.
Bezludny raj to mimo wszystko wesoła książka. Proces, jaki przeszła mała Adriana – od ciemnego świata, w którym nie widać dla niej przyszłości doszła, dzięki przyjaźni i miłości osób, które mimo wszystko znalazła na swojej drodze życia do radości, jaką daje otwarcie się na innych i zrozumienie siebie. Bardzo przyjemnie czytało się te książeczkę i choć czasem zdarzały się smutki, a nawet łzy wzruszenia, to zamykając ją uśmiechałam się do siebie i Adriany, o której wiedziałam, że teraz już sobie poradziJ



A poniżej mój stos na opak, z pozycji horyzontalnej. Od kilku dni jestem przywiązana do łóżka, z którego udaje mi się uciec na krótkie wypady w celu dotlenienia i rozprostowania kości ... w tym jedną wycieczkę do księgarni - no bo jakże by inaczej:) Nie wiem jak długo potrwa jeszcze moje przywiązanie, ale stwierdzam, że dopiero teraz widzę, że mam czas na czytanie. Nie, nie narzekam oczywiście bo i tak miałam go dużo, ale zawsze jednak obowiązki domowe - przynajmniej - odciągały od płynnego czytania. A dzięki temu, że jestem niemobilna, nietykalna, cały remont w domu dzieje się obok i tylko udawać się zaczęłam na krótkie wycieczki w celu zamieszania w garnku z zupą, ewentualnie zjedzenia jej, to przeczytałam zastraszające ilości w jeszcze bardziej zastraszającym tempie.
Na szczęście obok stosu leżącego, czyli już przeczytanego - stąd jego odmienność - stoi kilka książek do przeczytania.
I tak leżą:

(od dołu)
Groteska Natsuo Kirino, którą zaczęłam kiedyś w ramach osobistego wyzwania czytelniczego, które zrobiłyśmy sobie z Olą, ale jej nie skończyłam wtedy, więc teraz zaczęłam raz jeszcze i skończyłam, Uff

Bezludny raj A.M. Matute opisany powyżej:)

Maska arlekina Hanna Kowalewska książka z serii o Zawrociu, którą czytam przygotowując się do pewnego planu, który mam nadzieję kiedyś zrealizuję.

Pióropusz Marian Pilot podobnie jest książką do wykorzystania w planach redakcyjnych, pewnej przepastnej Redakcji:)

Pałac kobiet Pearl Buck to po tę książkę wybłagałam "podróż" do księgarni i żaden inny zakup książkowy nie smakował mi i nie cieszył mnie tak bardzo, jak ten! (o książce wkrótce)

Chmurdalia Joanna Bator pewnie tej książki przedstawiać nie trzeba, ale to i dobrze, bo mnie nie zachwyciła, w odróżnieniu od Piaskowej Góry

W tym stosie powinien pojawić się jeszcze Mondo i inne historie Le Clezio, który leży już na półce i nie załapał się na zdjęcie, a o którym pisałam już TU.

A stoją sobie i czekają w zasięgu łapki:

1Q84 (t.3) H. Murakami otrzymany dzisiaj od Muzy, i tak gorąco omawiany na pewnym portalu społecznościowym :)

Naga cytra Shan Sa też od Muzy (zadbała Muza o to abym się nie nudziła:) ) bo mam napad japońsko-chiński:/

Mapa i terytorium M. Houellebecq ajć wyczekana!!!

Puls J. Barnes chyba nie muszę się tłumaczyć dlaczego:)

Płatki z nieba Mingmei Yip znowu ten napad! :) A powyższe dwie książki podesłało mi Wydawnictwo Świat Książki, dbając o zapewnienie mi zajęcia podczas leżenia:)


Dobrze się leży, skutkuje i mam co czytać!

Obudź w sobie dziecko razem z Le Clezio i Mondo

Każde pojawienie się nowego tytułu J.M.G. Le Clézio jest, przynajmniej dla mnie zapowiedzią literackiej uczty. Zdążył bowiem Le Clézio przyzwyczaić mnie do swojego stylu, który nigdy nie zawodzi, a zawsze jest równie interesujący. Choć przy każdej jego kolejnej książce odkrywam coś nowego, to wiem, że zawsze trafię na ten sam magiczny klimat, otulony mgłą oniryczności prawdziwy świat. Podobnie było i tym razem. Opowiadania – Mondo i inne historie to mistrzowskie etiudy o życiu. Krótkie opowiastki, lecz jak bogate w treść, ile napięć, radości i dramatyzmu jednocześnie niosące za sobą.
Tytułowy Mondo to cygański chłopiec, który przypomina trochę Małego Księcia Saint-Exupéry, Momo Ende w połączeniu z Piotrusiem Panem J.M. Barrie. Tak samo zniewalający i rozczulający, choć potrafiący też uprzykrzyć życie. Tak samo dorosły ile dziecinny Mondo stanowi esencję każdego dorosłego. To jest to dziecięce sedno, które drzemie w każdym dorosłym. Ale oprócz Mondo w zbiorze opowiadań Le Clézio pod tytułem Mondo i inne historie znajdziemy wiele takich wysublimowanych historii. Onirycznych postaci, o które możemy stać się zazdrośni. Tymi, którzy to uczucie wzbudzają są dzieci, bo to właśnie one tym razem opisał Le Clézio. To ich niezależność, wzruszająca szczerość i nieosiągalna (albo raczej zapomniana) dla dorosłych beztroska tak wciągają czytelnika, który weźmie do ręki to najnowsze dzieło francuskiego pisarza. Smutne czasem historie, opisane z rozbrajającą szczerością – jakby opowiedziane przez samych małych bohaterów przypominają dorosłym o czymś co było, co minęło. O czymś czego nie zrobili w swym dziecięcym życiu choć bardzo tego pragnęli.
Bunt Lullaby marzącej o ciepłym domu, o miłości która będzie odbijać się w oczach rodziców, spełnienie marzeń Daniela – odmieńca oczekującego trochę tolerancji, czy Alii uczącej zrozumienia. I wiele innych ciepłych historii dzieci, od których dorośli mogliby uczyć się zrozumienia świata. Prostych równań, których rozwiązanie leży w zakresie możliwości wszystkich ludzi. Czystych serc i szczerych intencji, które kolorują szary świat. Bohaterowie Le Clézio ze zbioru opowiadań Mondo … są jak farby w jego dłoniach, ja właśnie w taki sposób je odczytałam. Każdy z nich jest innym odcieniem szczęścia, składających się razem na piękny obraz świata.
Szkoda tylko, że jest ich tak mało - kolorów, mało historii. Czuję niedosyt po lekturze dawno wyczekiwanej książki. Ta książka to raptem osiem historii, które kończą się za szybko. Jednak z drugie strony - aż osiem, bo choć tak krótkie dają tyle barw i pozytywnej energii, że łatwo po ich lekturze odnaleźć w sobie ukryte głęboko dziecko, dawno zapomniane radości, a przede wszystkim sposoby na ich osiągnięcie. 

Ogłoszenie wyników małego boju o Przebiśniegi

Zaskoczyło mnie tak małe zainteresowanie konkursem i książką, jakby nie było jednak nominowaną do prestiżowej nagrody, no ale to tylko duży plus dla tych, którzy się zdecydowali wziąć w nim udział:)
Rywalizacja dotyczyła raptem czterech osóbek, w związku z tym każda z nich miała większe szanse na wygraną, a i mi było łatwiej konkurs przeprowadzić.

Niestety, mój komputer przeszedł mały lifting, przy okazji którego został pozbawiony programu ułatwiającego losowanie, w związku z tym musicie mi zaufać i przyjąć wylosowaną przez mnie karteczkę za los maszyny:) Cztery losy wrzuciłam do filiżanki, w której za chwilę pojawi się kawa i wyciągnęłam ten szczęśliwy dla...
ANETY STOLARCZYK*


 

*proszę o kontakt adresowy na maila:)




Przebiśniegi wysoko doszły! Debiut na miarę nominacji do The Man Booker Prizes - Przebiśniegi A. D. Miller - i szansa na jeden egzemplarz

Wczorajszego wieczoru z niecierpliwością oczekiwaliśmy ogłoszenia tegorocznego zwycięzcy The Man Booker Prizes. Tym bardziej niecierpliwość ta się nasilała, że przed ogłoszeniem krótkiej listy (short list, pisałam też o tym TU)  książek zakwalifikowanych do ścisłej szóstki finałowej znalazł się tytuł, który mogliśmy przeczytać w polskim wydaniu. Stało się tak za sprawą Wydawnictwa Świat Książki i książki A.D. Millera Przebiśniegi. I choć przez cały ten czas - od lektury do kilku dni przed ogłoszeniem wyników – mogliśmy mieć nadzieję, że wydanie tej pozycji stanie się strzałem w dziesiątkę (w Bookera) to spekulacje dotyczące zwycięzcy, jeszcze przed ogłoszeniem wyników mogły nam tę mgłę nadziei rozproszyć (swoją drogą i książki J. Barnesa wydaje to samo Wydawnictwo!). Ale ja nauczona niedawnym doświadczeniem, co do pewniaka – mam na myśli tegoroczną Nike i Karpowicza – czekałam cierpliwie na wynik.
Jakże miło by było – tym bardziej dla mnie, która Przebiśniegi czytała – gdyby to ta książka i ten autor zdobył nagrodę. Dla mnie, która bookerowskie książki czyta  (a czasem wstyd przyznać tylko posiada) namiętnie od lat byłaby to nie lada gratka.
Przebiśniegi to debiut literacki autora i nie dosyć, że nominacja tegoż do ścisłej czołówki The Man Booker Prizes, to jeszcze książka została przetłumaczona na 19 języków, a prawa do niej wykupiły 22 kraje. Jak na debiut chyba wystarczająco wiele aby uznać go za doskonały. Książka Millera to specyficzne połączenie kryminału i romansu, czyli śmiało można nazwać książkę romantycznym kryminałem, do fabuły którego autor wykorzystał swoje kilkuletnie doświadczenie w pracy korespondenta The Economist w Moskwie.
Ja nazwałabym Przebiśniegi jeszcze dramatem i to dramatem osobistym bohatera. Tytułowe przebiśniegi to nie tylko delikatne kwiatki, witające wiosnę, ale też stosowane w moskiewskim slangu określenie na zwłoki wynurzające się spod śniegu w czasie wiosennych roztopów. I taka też jest ta książka – historia trzydziestokilkuletniego Nica wynurza się powoli, wśród rosyjskich śniegów i mrozów, nieubłagalnie dążąc do czegoś co przyprawi o dreszcze, jak rosyjski mróz i jak ten tak samo czuje się coś w powietrzu. Nicolas zostaje przysłany do Moskwy przez swoja firmę matkę z Luton, po to aby w Rosji dopilnować umowy z dużym kredytobiorcą. W tle niemal mafijnych rozgrywek, w których nieodpowiednie spojrzenie może doprowadzić do śmierci jednego z jej uczestników nawiązuje się niewinny romans Nica z Rosjanką Maszą.
Zauroczony dziewczyną Anglik wpada w prawdziwe sidła Maszy i jej siostry (nie siostry) oraz całej rodziny. Wikła się w dziwne interesy, gubi w obietnicach (a tego nie robi się w Rosji!) podświadomie bojąc się odrzucenia i skutków odmowy. Strach i obawa, jaka łączy się nierozerwalnie ze związkiem Nicolasa i Maszy podobne są do tych, które towarzyszą rozmowom i interesom w firmie. Jak wspomniałam akcja książki rozgrywa się na ulicach Moskwy i w jej okolicach ogarniętych siarczystym mrozem i grubą powłoką śniegu. Rozbiciu Nica  i niepewności sytuacji, w jakiej się znalazł nie sprzyjają długie noce zakrapiane morzem alkoholu i rozpusta w rosyjskich daczach podejrzanych właścicieli. To właśnie te miejsca ukrywają tajemnicę i tam w po roztopach można pewnie odnaleźć przebiśniegi.
Książka A. D. Millera to smutna historia moralnego upadku człowieka zbyt zachłannego na miłość i pieniądze. Człowieka, któremu w obliczu korupcji i przekupstwa trudno zachować odrobinę człowieczeństwa. Z upadku Nica, człowieka jeszcze do niedawna trzymającego się zasad, żyjącego według ściśle ustalonych reguł, a teraz przesiąkniętego alkoholem i moralnością Rosjanina nie ma już chyba odwrotu.
To połączenie kryminału, romansu i dramatu daje mieszankę wybuchową, tym bardziej, że rzecz dzieje się w Rosji, która zdaje się egzystować na jednej wielkiej minie, mającej wybuchnąć przy najmniejszej iskierce. Dzięki temu połączeniu gatunków Przebiśniegi czyta się niesamowicie szybko, a intrygująca fabuła, która mrozi, jak nie porównując rosyjski śnieg przyprawia o dreszcz emocji. Ta przerażająca prawda o uleganiu władzy, pieniądzom i miłości to odwieczny problem w literaturze, jednak w takiej konsolidacji spotykany dość rzadko, więc może warto, chociaż to nie nagrodzony tytuł zapoznać się z tym swoistym dekalogiem moralnych zasad?

Dla jednej chętnej osoby Wydawnictwo Świat Książki ufundowało egzemplarz – wystarczy tylko odpowiedzieć na pytanie: jakie doświadczenie zawodowe pomogło autorowi Przebiśniegów poznać zwyczaje rządzące układami w Moskwie? Odpowiedzi na pytanie proszę przesyłać na adres moja06@wp.pl  do niedzieli, do godziny 24. Nagrodę rozlosujemy w poniedziałek! Życzę powodzenia!

Protezy pamięci - eseje o fotografii. Nominowane do Nike Dno oka Wojciecha Nowickiego


Kiedy czytałem tę – dla mnie niezwykłą – książkę, przyszedł mi do głowy obraz, który mogę sobie wyobrazić nawet jako fotografię: oto widzę przed sobą grube, szare mury, coś się za nimi kryje, może świat cały, jakaś nieprzenikniona zona. Nie ma wejścia i tylko od czasu do czasu, tu i ówdzie, widać drzwiczki czy okienka, nieco podobne do owego otworu uchwyconego przez Bułhaka na wileńskiej ścianie (…). Owe drzwiczki to fotografie/ teksty Wojciecha Nowickiego; przez nie da się do wewnątrz zajrzeć, zdają się one przejściami – przewodnikami, które pozwolą coś stamtąd zobaczyć.


To słowa, którymi zaczyna się książka Wojciecha Nowickiego Dno oka, ze wstępu zatytułowanego Medytacje migawkowe, autorstwa Marka Bieńczyka. I to słowa jak najbardziej trafne, które właściwie powinny wystarczyć czytelnikowi jako krótki, idealny opis zbioru esejów jaki bierze do ręki. Przyznaję, że z niedowierzaniem wzięłam Dno oka do ręki i z jeszcze większym niedowierzaniem i brakiem przekonania zaczęłam czytać. No bo co można powiedzieć o zdjęciach? Obejrzałam zebrane przez autora zdjęcia i wzruszyłam ramionami – no cóż więcej można dodać, do tego, co zobaczyłam – czarnoskóry rikszarz i biały pan, stare chaty wypełnione zbędnymi przedmiotami, a w nich smutni (czy też ówdzie radośni) ludzie, kawałek kamienicy – nic więcej. Zdjęcia jak zdjęcia. Jeśli komuś coś się z nimi kojarzy, to ma łatwiej. To przecież swego rodzaju zapis pewnego zdarzenia, chwili. Więc dla tych, którzy sami utrwalali ten moment, albo zostali na nim utrwaleni zobaczyć, co znajduje się na fotografii to błahostka. A dla postronnego obserwatora? Nic specjalnego – można albo podziwiać albo też nie. Spojrzeć bezdusznym okiem i nie wnikać. Ale można też wejść w fotografię. Przeniknąć do świata na niej, znaleźć się miedzy ludźmi, przedmiotami, między chwilą, a chwilą. Tak jak zrobił to Wojciech Nowicki. Pewnie, że oglądając stare zdjęcia staramy się dociec z jakiego okresu pochodzą, jakie przedstawiają miejsce i kogo, szukamy ciekawych szczegółów. Ale czy aż tak dokładnie, jak zrobił to autor zbioru esejów pod tytułem Dno oka. Tytułem jak najbardziej trafnym, bo przecież to właśnie na dnie oka pozostaje „fotografia” chwili. Z dna oka wyciągamy poszczególne nitki łączące świat obecny z tym przedstawionym na zdjęciu. Taki malutki obraz zapisany, na dnie i na kawałku kliszy a tyle słów, którymi można go opowiedzieć.
Dno oka. Eseje o fotografii to przedziwny album, niepowtarzalny zbiór zdjęć, które nigdy nie znajdą się w prawdziwym albumie zebrane w jedno. Począwszy od zimnego i przygnębiającego szarą rzeczywistością zdjęcia z łaźni sierocińca, przez kolonialne i orientalne fotografie aranżowane, po oniryczne zdjęcie dziewczyny w długich włosach, widma Anny Csillag i pani Bovary i pełnych niepotrzebnych przedmiotów wnętrz chałup, pachnących całą feerią zapachów, nie koniecznie przyjemnych, kojarzących się ze wsią, starością i śmiercią i niedźwiedzia w groźnej ludzkiej postawie.

Słowa w tej książce idą naprzód ostrożnie, uważnie, w zwolnionym tempie. Są powstrzymywane, ważone (…) by dojść do sedna rzeczy, na „dno oka”, odrzuciwszy wszelkie, mówi autor, „nawarstwienia”, „bełkotliwe języki”, a nawet, w razie konieczności, „historyczną wiedzę”. Wówczas tylko może dość do spotkania twarzą w twarz z czyimś gestem czy z przedmiotem (…) .

To książka pachnąca przeszłością i historią. Jest jak pudełko z fotografiami, które otwiera przed nami autor. Opisuje każde zdjęcie tak szczegółowo, dogłębnie doszukując się (i znajdując) drobiazgi, na które niewprawne oko nie zwróciłoby uwagi. Nazywa każde załamanie światła, każdą najmniejszą kreskę, jakby fotografia była obrazem namalowanym wprawną ręką mistrza pędzla. Nowicki wierszem mówi o zebranych przez siebie fotografiach. A jest to zbiór zdjęć amatorskich, ale też profesjonalnych, wykonanych w zakładach fotograficznych. Porzuconych, jak wyrzuca się stare zabawki i jednocześnie wartościowych, bo jak można wyrzucić czyjeś życie na śmietnik, jak można sprzedać się na pchlim targu (wiele z fotografii Nowicki kupił na tych właśnie). Niepotrzebne, umarłe – często wraz z właścicielem – życia utrwalone na kliszy. W rękach i słowach Wojciecha Nowickiego ożywają. Wychodzą z ram fotografii i stają naprzeciwko czytelnika. Jak żywe, prawdziwe i namacalne. Dzięki Wojciechowi Nowickiemu zaczynają nowe życie, być może pierwsze, wcześniej stanowiąc kaprys bogatego człowieka, pamiątkę, która nigdy nie dotarła do adresata, czy nieudaną fotografię, ukrytą na dnie szuflady, nigdy nieoglądaną. Temu wyciąganiu szczegółów ze zdjęcia towarzyszy bogactwo informacji o fotografii. Autor przywołuje znane nazwiska fotografii – Sontag, Barthe’s Czartoryska, podparte przykładami i porównaniami. Dno oka to nie tylko pusty i oschły opis tego, co widzimy na zdjęciu, ale filozoficzna myśl towarzysząca temu, co jest po drugiej stronie kawałka papieru, na którym została wywołana. Uwalniająca to, co autor zdjęcia chciał przekazać, a co zostało zamknięte zdawałoby się na zawsze w sepii, czy kolorze zdjęcia, w unieruchomieniu postaci i przedmiotów. Autor pokazuje jak bardzo żyjemy fotografią a nie prawdą. Bo każda fotografia według Nowickiego to kłamstwo. Swego rodzaju zakłamanie, które trwa dzięki utrwalonej sekundzie, która nie mówi nic, bo za chwilę w rzeczywistości zmieni cale życie postaci nań przedstawionej. I właśnie tę zmianę omawia Nowicki. To czego normalnie byśmy nie zauważyli. Fotografia uderza podstępnie – pisze Nowicki – jej moc tkwi w hiatusie pomiędzy zamierzeniem a rezultatem. Jej siłą bywa pomyłka.

Może  było jeszcze inaczej, nie wiem jak. Pokrętna prawda o fotografii jest wyłącznie tym, co jest nam dane do zobaczenia; fotografia nie tłumaczy świata, ale pokazuje wyrwane obrazy, jak kartki z książki, gdzie tekst się zaczyna w pół słowa i kończy równie gwałtownie. Fotografia pozwala zobaczyć, że było właśnie tak, ale nie wyjaśnia dlaczego . Nie tłumaczy cierpliwie. Pozwala oglądać przez dziurkę od klucza, ale skąpi komentarza.

Wzięłam tę książkę do ręki z przeświadczeniem, że to jej autor otrzyma tegoroczna nagrodę Nike. Chciałam aby były to właśnie eseje, aby było to coś nieprzewidywalnego (tak też się stało, i niekoniecznie był to mój wybór). I choć nie byłam przekonana, że to lektura dla mnie, to już od pierwszych zdań, od pierwszej fotografii, na której ja widziałam tylko smutne dzieci pod prysznicem zrozumiałam, że warto czytać dalej i wiedzieć więcej. Dno oka to mój swoisty album, który stanie na półce między książkami, i do którego będę czasem zaglądać jeśli tylko poczuję bezduszność kliszy fotograficznej. Będę oglądać i starać się dojrzeć wszystkie szczegóły które wskazał mi autor zbioru, może kiedyś uda mi się posiąść tę sztukę? Kto wie?

cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: czarne.com.pl

doktor śmierć ... ups! Doktor Styks - Marcin Wolski

 

Orfeusz w piekła czeluście pomyka,
noc idzie za nim, przed nim jak aksamit.
Mrok lepki, gęsty,
ni słońca promyka
i tylko rozpacz kieruje krokami,
Eurydyko! Wszak jesteś stracona.
Zgon twój dokonan
absolutnie pewien
Bo tylko sztuka nigdy nie skończona
istnienie - mgnienie.
Jutro będzie? Nie wiem ...
E.



Kto weźmie do ręki najnowszą książkę Marcina Wolskiego z przeświadczeniem, że zatopi się w znanym z poprzednich licznych powieści stylu autora pomyli się, zaskoczy i zdziwi. Doktor Styks to, jak zapowiada sam Wydawca historia odmienna od poprzednich książek Wolskiego. Gdyby ktoś jeszcze chciał pokusić się o zaszufladkowanie tej powieści do jakiegoś konkretnego gatunku także życzę powodzenia. Podobnie, jak z umiejscowieniem jej w czasie, przed czym zresztą przestrzega sam jej autor, dodając na samym końcu książki, ku zupełnemu zaskoczeniu (jakby tego było mało) dopisek: Czytelników przestrzegamy przed lokalizacją opowieści w jakimś konkretnym czasie.
Jedyne co można sobie ustalić to fakt, że historia dzieje się w radio. Ale i tu nie do końca możemy być pewni bowiem bohater książki, który jest redaktorem – uff coś prawdziwego - ma przedziwne zdolności, czy też skłonności do przemieszczania się w czasie, a co za tym idzie i w miejscach.
Historia zaczyna się od niespodziewanej i zagadkowej śmierci jednego z redaktorów, twórcy radiowego słuchowiska kryminalnego. Serialu cieszącego się ogromną popularnością, zarówno wśród słuchaczy radia, aktorów odgrywających bohaterów i ich alter ego - bohaterów. Po śmierci Piotra Abramczyka kontynuację prac nad serialem przejmuje nasz bohater Gwidon Michałowicz. Dostaje także, niejako w spadku mieszkanie redaktora wraz ze wszystkimi jego bogactwami w postaci książek i szaf pełnych mniej, czy bardziej tajemniczych dokumentów. Taka gratka w postaci kontynuacji myśli mistrza radia i pióra ma być nie lada szansą dla młodego radiowca. Jednak jak się okazuje to raczej utrapienie. W jednej z książek Abramczyka Michałowicz znajduje wiersz, w którym pierwsze litery wersów tworzą przerażające hasło. Czyżby hasło-zagadkę?
Od początku wszystko jest niejasne w całej historii, zarówno okoliczności śmierci, niby samobójczej, jednak dziwnie podejrzanej, zaginione, napisane już wcześniej odcinki serialu, które mogłyby zapewnić trochę czasu dla młodego redaktora zanim napisze kolejne, oraz co najmniej dziwne zjawiska, niewyjaśnione peregrynacje Michałowicza w czasie.
Nie wiemy, czy to, co przydarza się redaktorowi to odzwierciedlenie jego chorej świadomości, która zakotwiczyła się w serialu i myli się z rzeczywistością, czy też świadomość tą ktoś zatruwa w bliżej nieokreślony sposób. W każdym razie wokół Michałowicza zaczynają dziać się dziwne rzeczy: pojawiają się przedmioty sprzed kilkudziesięciu lat, które przeznaczone były pierwotnie dla … bohaterów serialu, postacie z serialu mieszają się z realnym życiem Michałowicza (z jedną z bohaterek nawiązuje nawet romans). Słowem rodzi się mnóstwo problemów, które niezrozumiałe dla autora serialu, tym bardziej niezrozumiałe są dla otaczających jego osób. Niewidoczni dla postronnych bohaterowie słuchowiska, z którymi Michałowicz nawiązuje znajomości sprawiają, że ten przestaje orientować się w obydwu światach. Jakby tego było mało młody redaktor w nieznany sobie sposób przemieszcza się w czasie, podróżując po miejscach sprzed kilkudziesięciu lat, po miejscach charakterystycznych raczej dla serialu niż współczesnego świata. Słowem rzeczywistość miesza się z fikcją serialową i nie sposób odróżnić co jest prawdą, a co wymysłem …. . Bo choć bohaterzy serialu przenoszą się do życia realnego, mijają na ulicach i korytarzach redakcji, bo choć ulice zmieniają się w te z czasów słuchowiska to ciągle nie wiadomo, co powoduje takie załamanie czasoprzestrzeni? Czy Michałowiczowi uda się rozwiązać zagadkę przez scenariusze kolejnych odcinków?
Jakby tego było mało tytułowy Styks jest głównym prowodyrem w mieszaniu wymiarów. Czy jest on prawdziwy czy też nie? Oto zagadka dla redaktora Michałowicza i czytelników Marcina Wolskiego.
Ta książka jest jak zabawka, jak niekończąca się gra. Czytając ją przyszła mi na myśl słynna kostka Rubika, którą choćby nie wiem, jak się człowiek starał i jak bardzo chciał nie sposób ułożyć szybko i prosto. A poszczególne kolory w układance można porównać do wyskakujących z fabuły bohaterów. Doktor Styks to nie tylko książka, to też gra, w którą grają wszyscy – poczynając od autora książki, przez bohaterów pisanego w książce serialu na czytelniku kończąc. Tylko na ile w tej grze wszyscy grają fair, a na ile ktoś wrabia szukających rozwiązania … to pozostawiam do rozwiązania wnikliwemu czytelnikowi.



cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: Zysk i Sp.