kalejdoskop barw Elif Şafak - lektury na długi weekend


  Właściwie powinnam zacząć od końca, bo pierwszą przeczytałam książkę Lustra miasta, a później wróciłam do Bękarta ze Stambułu. Ta druga powieść Elif Şafak leżała u mnie już jakiś czas. Zakładka wciśnięta była gdzieś w okolicach 20 strony i ani trochę nie kusiła mnie żeby dać jej kolejną szansę. Jednak dopiero lektura Luster miasta sprawiła, że sięgnęłam po dawno zapomnianą, drugą książkę autorki. Lustra miasta wciągnęły mnie do tego stopnia, że zapomniałam o całym przedświątecznym i świątecznym zgiełku, o jedzeniu i o mały włos spaniu. To wszystko sprawiło, że chłonęłam lekturę książki nie mogąc doczekać się powrotu do Bękarta ze Stambułu. Skruszona, przepraszając grubą powieść, we wściekle różowych okładkach wyciągnęłam książkę z samego spodu stosu, który właśnie na niej się utrzymywał i zakończyłam (a właściwie rozpoczęłam na nowo) lekturę. Nie potrafię powiedzieć, która książka bardziej mnie wciągnęła (bo i przy tej drugiej zapomniałam o wszelkich życiowych funkcjach i obowiązkach) każda z nich jest inna – Lustra miasta oniryczna, a Bękart ze Stambułu wzruszająca, a czasem nawet wesoła. Jak wspaniałą pisarką jest Elif Şafak świadczyć może fakt, że każda z jej trzech książek (należy pamiętać o Pchlim Pałacu), które dotychczas ukazały się na polskim rynku jest inna. Jakby poszczególne z nich pisała inna autorka, inna ręka i umysł. Pchli pałac opisuje codzienne życie w stambulskim domu (u nas nazwalibyśmy to kamienicą), Lustra miasta  magiczną sile miłości i magii, a Bękart ze Stambułu bulwersując przybliża moc skrywanych tajemnic  i przebaczenia. Już nie mogę w takim razie doczekać się Czarnego mleka, którego wydanie zapowiada Wydawnictwo Literackie.
Wracając do kontrowersyjnego Bękarta … jak bardzo ta książka zaskakuje i jakie tematy porusza może świadczyć fakt, że autorce po jej opublikowaniu w Turcji groziły trzy lata więzienia. O słowa, jakie wypowiada jeden z bohaterów książki, dotyczące nazwania masakry Ormian przez Turków ludobójstwem wytoczono jej proces o szkalowanie tureckości.
Obydwie książki, a właściwie wszystkie trzy (Pchli Pałac także), które są dotychczas dostępne w Polsce i wszystkie, jakie czytałam nie należą do książkę najłatwiejszych w odbiorze. Pomimo tego, że jest w nich coś, co sprawia, że ten pozorny bałagan, jakim może zdawać się historia opowiadana przez autorkę przeradza się w jasną opowieść często dotyczą problemów trudnych, niby życiowych, ale dla innej kultury być może niezrozumiałych. Mimo to nie mogę zgodzić się z opinią, że każda następna książka Şafak jest gorsza (a z takimi się spotkałam). Nie wiem, czy to kwestia mojego dojrzenia do prozy tej tureckiej pisarki, czy jednak kształtowanie się jej talentu (co byłoby zrozumiałe, podobnie zresztą, jak moje lepsze jej rozumienie) ale mi osobiście każda następna powieść Şafak wydaje się lepsza. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepsza od Pchlego Pałacu, który tak wielu stawia na pierwszym miejscu.
Nie wiem, którą z tych książek wybrałabym jako najlepszą. Każda z nich urzekła mnie czymś zgoła odmiennym.


W Bękarcie ze Stambułu splatają się losy dwóch rodzin, których korzenie sięgają Turcji. Mężczyźni w tych rodzinach odgrywają rolę ogniw je łączących, czasem nawet nieświadomie. Jednak przeważają w  ich kobiety, bo to one mają ostateczne zdanie i one trzymają całą rodzinę w ryzach.
Druga książka Elif Şafak to opowieść o młodej Turczynce imieniem Zeliha, która wyłamuje się z obowiązujących norm i zwyczajów tureckich bulwersując nie tylko swoim kontrowersyjnym dość stylem - krzykliwymi strojami, makijażem i biżuterią ale i odważną decyzją jaką było urodzenie nieślubnego dziecka. Zeliha przez dwadzieścia prawie lat nikomu nie mówi, kto jest ojcem jej córki, nawet sama Asya nie jest w stanie wyciągnąć tego od matki. Zeliha i Asya mieszkają w Stambule w domu pełnym kobiet, w którym cztery pokolenia żyją pod jednym dachem doskonale się rozumiejąc, funkcjonują w świecie bez mężczyzn. A ci w tej tureckiej rodzinie umierają młodo, większość z nich dożywa ledwie czterdziestu lat.
Jedynym mężczyzną z tego rodu, który jeszcze żyje jest Mustafa, brat Zelihi mieszkający od dwudziestu lat w Ameryce. Związany tam z Rose, Amerykanką wychowującą samotnie córkę, półormiankę, nie nawiązuje żadnych kontaktów z rodziną, która pozostała w Stambule. Dopiero dziwne losy wiążące Amy – córkę Rose i Asye sprawiają, że Mustafa powraca do rodzinnego domu.
Te pozornie niezwiązane rodziny zaczyna zbliżać przeszłość i prawda. Bo Bękart ze Stambułu to książka o odkrywaniu prawdy i godzeniu się z nią, choćby nie wiem, jak bolesną była. Şafak umiejętnie łączy przeszłość i potrzebę pogodzenia się z nią z koniecznością niezapominania o tym, co było, o własnej historii.
Cała książka zbudowana jest z kilkunastu rozdziałów, których nazwy tworzą przepis na aşure – deser owiany tajemniczą historią, mający decydującą w niej rolę i jednocześnie nawiązują do aromatycznych jego składników. 


Lustra miasta natomiast są zgoła odmienną opowieścią od Bękarta ze Stambułu, gdyż dosłownie kipią aż magią. W tej książce o pogmatwanych losach rodziny wszystko żyje. Przemawiają nie tylko ptaki, ale i woda, dzbanki i przyprawy. To historia, która zdaje się odbijać w wielu tytułowych lustrach i tworzyć z nich swego rodzaju kalejdoskop oderwanych, lecz jednak łączących się w bajeczną całość opowieści.
Bohaterami Luster miasta są postacie tak rożne, że czasami można zdziwić się co takiego sprawiło, że los połączył tych wszystkich ludzi. Isabel – piękna i smutna żona, czekająca na jakikolwiek dowód miłości swojego wiecznie zapracowanego, inteligentnego męża. Ukrywająca tajemnicę (i tu te dwie książki coś łączy), duchowo związana ze Starą - mistrzynią czarów, która kiedyś uratowała jej życie. Miguel – porywczy, pociągający mężczyzna, brat mądrego Antonia, który przejmie dziedzictwo Rodu. Bohaterów Şafak otacza całe mnóstwo tajemniczych postaci, które tylko pozornie nie mają wpływu na ich los. Ester, która miewa prorocze sny, kobieta o twarzy półmotyla i półgąsienicy – oszpecona Zulfe, sąsiadka, której zamiary nie do końca są chyba dobre oraz Inkwizytor Alonso Perez de Herera, którym kieruje tajemniczy Głos. To tylko część z postaci, jakie pojawiają się w książce. I tylko studnia zdaje się łączyć Ród Pereirów. Studnia, która jest symbolem pamięci, przechowującym przeróżne zdarzenia. Niekoniecznie szczęśliwe, i niekoniecznie mające dobry wpływ na ich los. Lustra miasta można określić jako oniryczną i jednocześnie dziką historię, którą czasem trzeba potraktować z przymrużeniem oka, by innym razem  zapędzić się w jej treść bez możliwości oderwania.

 
Nie potrafię określić, która z tych dwóch książek przeczytanych ostatnio przez mnie jest lepsza. Każda z nich jest inna, jedna realistyczna aż do bólu inna do bólu magiczna. Myślę, że aby zrozumieć je obydwie i dać się im porwać trzeba przeczytać zarówno Bękarta ze Stambułu jak i Lustra miasta. Pozostaje tylko pytanie od której zacząć. Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Wam drodzy Czytelnicy odsyłając, tych którzy jeszcze nie doświadczyli do barwnego świata magii Elif Şafak.

a podobno książki są drogie!? mój "czterozłotowy" stos, czyli książki zebrane

Poniższy stosik powstał dzięki promocjom w Matrasie (to nie jest reklama - tłumaczę się, bo kilka razy zarzucano mi reklamowanie M.). Promocje te, jak już pisałam u Kali są bardzo niebezpieczne dla książkomaniaków i właściwie powinny służyć ludziom, którzy książek nie kupują twierdząc, że są dla nich za drogie. Takie stosy i takie promocje, a wreszcie takie ceny zaprzeczają ich teorii. Parafrazując, używając do tego powiedzenia - dla chcącego nic trudnego, czyli na książkę (2,50) stać (chyba) każdego! (jasne?:) )

Mój stosik nie powstał naprędce, od razu , potrzeba było trochę czasu aby poszukać czy to w koszach, na półkach, czy na stronie księgarni, aby znaleźć interesujące  (mnie) tytuły. Ale opłaciło się cierpliwie czekać, bo teraz mam na czym oko zawiesić.

Miłego oglądania i .... pokuszenia:)

Wielka Mała matura Janusza Majewskiego

Do przeczytania Małej matury skusił mnie nie film nagrodzony na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, oparty na jednej z części książki, a usłyszany w radio wywiad z reżyserem filmu i autorem książki Januszem Majewskim. To barwny opis Lwowa i Krakowa i gdzieś w tle kreacja Marka Kondrata, która z książką ma tyle samo wspólnego co cały film, ale jak książka jest równie fantastyczna sprawiły, że po nią sięgnęłam. Przyznaję, że niepewnie brałam do ręki tę powieść, obawiając się kolejnych smutnych wspomnień wojennych (utraconej ojczyzny, bliskich, głodu i strachu) ale już od pierwszych stron książka mile mnie zaskoczyła. Przyciągnęła swoistym magnesem, nie pozwalając oderwać się do samego jej końca. Dawno już tak nie zaczytałam się w lekturze. Od czasów Madame Antoniego Libery (bo te dwie książki kojarzą mi się szczególnie - gdy wspominam Madame automatycznie przychodzi mi na myśl Mała matura i odrotnie) nie istniało nic poza treścią. Nic tak nie wzruszało i nie cieszyło jednocześnie, nic poza tymi dwiema książkami nie pobudzało tak mojej wyobraźni, nie malowało obrazów przed oczami w trakcie lektury.

Mała matura to pełna humoru i ciepła, pomimo czasów jakich dotyczy, opowieść o dorastaniu. Dorastaniu trochę przyspieszonym przez czasy wojny, zmuszającym do dorosłych decyzji, trudnych wyborów i zapomnieniu o sentymentach. Lwów to mała ojczyzna Ludwika Taschke, kilkuletniego chłopca, być może alter ego autora książki. Przez Ludwika Majewski opowiada tę poniekąd biograficzną historię, powraca do czasów wojny poczynając od jej początków. Książka (po świetnym wstępie do przodków Ludwika) zaczyna się kiedy Ludwik jest malutkim chłopcem, rozpoczynającym naukę w trudnych wojennych warunkach, a kończy kiedy ma lat dziewiętnaście i zdaje maturę. Beztroskie dzieciństwo, jakie przypada na czasy przedwojenne i życie we Lwowie jest tylko preludium do tragedii, która dopiero ma nadejść, która czai się za plecami szczęśliwej rodziny Taschke. Jednak silnych więzów rodzinnych Lwowiaków nawet wojna, nawet okupanci, najpierw Niemieccy później Sowieccy nie są w stanie przerwać. Jedno, co udaje się wojnie to przenieść tę kochającą rodzinę w inne strony kraju. Po burzliwych przejściach, ucieczkach i chwilach zwątpienia rodzina Ludwika przenosi się do Krakowa (to właśnie barwny opis doskonale zachowanych uliczek Krakowa, przedstawiony przez Janusza Majewskiego w radio tak mnie skusił do lektury). To w tym mieście, choć ciągle tęskniący za Lwowem Taschke doczekują końca wojny, a mały Ludwik dorośleje. W Krakowie rozpoczyna się prawdziwa wojna młodego mężczyzny – o akceptacje kolegów i nauczycieli, pogodzenie z własnym pochodzeniem, rodzące się uczucia do dziewcząt i podziw starszych kolegów, wreszcie prawdziwy egzamin dojrzałości - codzienne życie, walka o przetrwanie w świecie wydartym wojnie, bez uczuć i sentymentów, w szponach zakłamania władzy ludowej.

W Małej maturze zachwyca wierność z jaką autor odwzorowuje przedwojenny świat Lwowa i powojenny Kraków. Z jaką szczegółowością przekazuje mentalność ludzi, którzy przetrwali, którzy na nowo muszą poznać siebie i wielokulturowy otaczających ich tworzący się świat.

Książka, która powinna być lekturą obowiązkową w szkołach, bo po jej przeczytaniu czytelnik staje się bogatszym nie tylko o wrażenia typowe dla lektury doskonałej ale i o fakty historyczne, prawdę widzianą oczami młodego człowieka. To książka – prawda, pełna realistycznych detali począwszy od opisów uliczek Lwowa, przez kamieniczki, kina, tramwaje (jakże trudno oddać tamten klimat, nie tylko w filmie o czym wspominał reżyser ale i w książce, czym w swej skromności się nie pochwalił). Czytając Małą maturę możemy bez problemu oczyma wyobraźni przenieść się do tamtych miejsc. Majewski przywołuje obrazy nie tylko z najdrobniejszym szczegółem ale i dającym się odczuć ogromnym ciepłem i sentymentem.

Pozycja szczególna dla kresowiaków i krakowiaków. Bo jeśli do wyobraźni czytelnik potrafi przywołać obraz prawdziwego Lwowa (czy Krakowa) to lektura książki Janusza Majewskiego staje się jeszcze piękniejszym i bardziej wzruszającym przeżyciem.

Dla mnie - książka idealna, gdybym miała oceniać zabrakłoby mi skali!


Zamiast życzeń świątecznych, czyli balonowe pisanki




Od siedmiu lat w moim mieście rozgrywane są zawody Balonowego Pucharu Polski. Jest to konkurencja, która ma za zadanie wyłonienie najlepszego pilota spośród około trzydziestu załóg balonowych, które biorą w niej udział. Innym jej celem jest propagowanie sportu balonowego w naszym regionie - pod miastem znajduje się Aeroklub z wieloletnią tradycją. Nawiązując do bogatych tradycji lotnictwa trwa on w mieście (z małymi przerwami) od 1921 roku. Najpierw jako Wyższa Szkoła Pilotów przekształcona w Oficerską Szkołę Lotniczą, później, po kilku latach i licznych problemach (przeniesiono ją do Dęblina) jako Lotnicza Szkoła Strzelania i Bombardowania. Aeroklub, który jest kontynuacją bogatych tradycji powstał w roku 1934 najpierw jako Koło Szybowcowe, dwa lata później - Wyższa Szkoła Pilotażu, w której swoje umiejętności pilotów myśliwskich doskonalili absolwenci wojskowych szkół lotniczych. Jak wysokim poziom miała ta szkoła świadczyć mogą wojenne sukcesy, jakie odnosili w czasie wojny piloci w niej szkoleni. Czasy wojny spowodowały wyrwę w działalności Koła z wiadomych powodów. Dodatkowo wyposażenie samego aeroklubu jak i sal, w których odbywały się dodatkowe spotkania (np. modelarnia) zostało częściowo wywiezione przez okupantów.




Jednak zapał do latania był tak wielki, że w 1946 roku klub reaktywowano. Tak powstał Aeroklub, który działał do lat 50 ubiegłego wieku. Silniejsza od zakazów chęć latania sprawiła, że zamknięty klub przemianowano na Wyczynową Szkołę Szybowcową i przeniesiono w miejsce, w którym znajduje się ona do dziś. W malownicze lasy pod miastem, z własnym pasem startowym i hangarem. Tu właśnie dziś rozgrywane są wspomniane zawody balonowe.

Mając teraz takie warunki, lotnisko stało się miejscem wielu imprez o charakterze ogólnokrajowym i międzynarodowym. Jego usytuowanie stwarzało możliwości dokonywania przelotów na odległość ponad 500km. Powstanie tej szkoły wpłynęło na bardzo dynamiczny rozwój wyczynowego latania, czego dowodem było osiągnięcie 12 rekordów międzynarodowych i 16 rekordów krajowych.

Wróćmy do zawodów, bo o nich miałam pisać. Jak wspomniałam odbywają się one od siedmiu lat. Zawsze o tej samej porze roku, która w tym czasie jest jeszcze dość kapryśna i nie zawsze możemy podziwiać balony w pełnym wiosennym słońcu. Ale i tak warto za nimi jechać. Bo największą frajdą w naszym kibicowaniu baloniarzom jest jazda za ich załogami. Oczywiście poza podziwianiem tęczy barw na niebie :)




Zawody rozpoczynają się od zbiórki na lotnisku, do której „kibice” nie mają dostępu. Nie wiadomo co ustalają załogi wraz z sędziami na tym tajnym zebraniu, wiadomo jedynie, że kiedy się skończy szybciutko udają się swoich samochodów, za którymi ciągną przyczepy załadowane niepozornie wyglądającymi koszami, które później przemienią się w barwny korowód kul na niebie. Na pewno otrzymują też mapki lotów - co szczególnie dało się zauważyć w tym roku, ponieważ były one ogromnych rozmiarów.

W związku z tym, że nigdy nie wiadomo gdzie skierują się załogi trzeba jak najszybciej przyjąć dobrą pozycje startowa, najlepiej za załogą z Polski, która będzie - być może - lepiej wiedziała gdzie się kierować (bywało, że jadąc za niezorientowanymi wyjeżdżało się w nieznane tereny wokół miasta, co mogło zepsuć całą zabawę). Kiedy już uda się „wcisnąć” pomiędzy załogi zaczyna się jazda często przerywana niespodziewanymi postojami (np. na dojeździe do autostrady) w celu kontrolowania kierunku i siły wiatru. Wtedy nasza kawalkada staje się ciekawym zjawiskiem - ludzie wybiegający z samochodów i puszczający kolorowe baloniki, wypatrujący ich później jakby trochę tęsknym wzrokiem nie należą chyba do częstego i … normalnego widoku w mieście. Kiedy już balonik znika z pola widzenia wszyscy, jak jeden mąż wsiadają znowu do samochodów i pędzą w bliżej nieokreślonym kierunku. Takich nieoczekiwanych i zupełnie przypadkowych postojów jest jeszcze kilka. Zdarza się, że w ich trakcie niektóre z załóg pozostają już na miejscach i rozpoczynają rozkładanie balonów. My jedziemy jednak dalej – im więcej balonów rozłoży się w jednym miejscu tym ich lot będzie bardziej spektakularny.

Dalsza jazda w celu poszukiwania wiatru kieruje nas w coraz dziwniejsze miejsca, często niedozwolone – jednak załogi nie zważają na zakazy i kierują się ze swoimi przyczepkami tam, gdzie nie koniecznie wjeżdżać powinny. W tym roku np. przejechaliśmy po wale przeciwpowodziowym – pewnie stanowiliśmy piękny i zarazem dziwny korowód. Często też zdarza nam się rozkładać na prywatnych posesjach, na budowach (tak było dwa lata temu i częściowo w tym roku) czy na drogach.






Rozpoczyna się nadmuchiwanie barwnych kul – szum puszczanego gazu, dźwięk rozkładającej się czaszy balonu, pokrzykiwania w załogach, bieganina, czasami trochę strachu, kiedy na wpół rozłożona czasza poderwie pusty kosz i specyficzny zapach, który unosi się wokół. To niepowtarzalne doznania, które nasza grupa, składająca się nie tylko z dorosłych ale i dzieci ceni najbardziej. Radość z powiększających się, leżących jeszcze ogromnych rozmiarów „głów” balonów jest nie do opisania. Pierwszy lot jeszcze piękniejszy!

 
Sz. starszy najmłodszy w ekpie ;)

A. najmłodszy w ekipie ;)
 
Każdy z nich zachwyca - kiedy startuje, kiedy unosi się nad naszymi głowami i możemy zajrzeć w głąb czaszy – ogromnej, przerażającej w swej wielkości. Barwnej. Zanim balony się oddalą można chwilę jeszcze pokontemplować. Tylko chwilę, bo trzeba szybko wsiadać w samochodów i kierować się znowu za wybranymi załogami, aby dotrzeć do nieznanego nam miejsca lądowania balonów.





Lądowanie to również przyjemny widok – trochę smutny, bo oznacza koniec wielkiej radości, ale zarazem cudowny, bo szczególnie pięknie wyglądają balony na tle zachodzącego słońca. Być może dla niektórych to kicz, ale dla nas, i załóg, po tylu godzinach radości, gonitwy, niepewności to przyjemnych oddech zachodu, w którym mieszają się zapachy dnia. Wzruszający i jednocześnie napawający optymizmem – bo i tym razem się udało.

W konkurencji liczą się na przykład odległość pomiędzy najdalszymi punktami trasy lotu w wyznaczonej strefie, osiągnięcie celu naziemnego czyli tzw. krzyża, czy wyznaczonego celu ‘wirtualnego’, czyli znajdującego się na określonej wysokości w przestrzeni powietrznej. To wszystko w pierwszym dniu zawodów.


Jednak na jednym spotkaniu z baloniarzami się nie kończy. Zawody trwają kilka dni. Bywa niestety czasem tak, że z powodu pogody loty muszą zostać odwołane (tak było w tym roku). Przez kolejne dni, które nie są już tak spektakularne i porywające możemy podziwiać loty z okien domów, w trakcie spacerów - i tu często widać osoby z zadartymi do góry głowami, na twarzach których gości uśmiech. No bo jak tu nie uśmiechać się do pyszniącej się tak wysoko wielkiej kuli, która szczególnie w czasie przedświątecznym przypomina nam pisanki.

Kolejne zawody dopiero za rok. Już teraz wyczekujemy tego spotkania, tej nieopisanej dziwnej radości gonitwy za załogami. Kiedy przed oczami ma się tylko widok chwiejącego się, jak roztańczony pająk mocowania na zbiornik gazu. Nieopisana radość, na spotkanie z którą cieszymy się co roku.



• Sprawny używany balon, możne nabyć już za 4000-6000 Euro, czyli około 20 000 PLN. Jeśli ktoś myśli o zakupie nowego balonu, potrzebuje już 20 000 Euro. Oczywiście cena zależy od marki, wielkości kosza i powłoki oraz wyposażenia. Nabycie balonu to nie wszystkie koszty. Podobnie jak w przypadku samochodu, trzeba go zarejestrować, ubezpieczyć, zdobyć licencję pilota oraz mieć do dyspozycji niezawodne auto (ze specjalną przyczepą), które bez uszczerbku dla siebie wjedzie w teren i z niego wyjedzie.


Kopiowanie zdjęć bez zgody autora zabronione

Przy pisaniu tekstu korzystałam z informacji zawartych na stronie Aeroklubu



Rękę, której nie kąsasz, powinieneś całować


Sehir znaczy patrzeć. Niczym innym, jak patrzeniem, obserwacją jest książka Orneli Vorpsi Ręka, której nie kąsasz. To kontynuacja jej debiutanckiej powieści Kraj, gdzie nigdy się nie umiera, i to kolejna książka, w której Vorpsi, z punktu widzenia emigrantki analizuje siebie, swoje korzenie i swoją albańskość.

Książka rozpoczyna się od rozprawy z podróżą samolotem. I ta podróż, przed którą Vorpsi niezmiennie czuje strach stanowi rodzaj ogniwa, czy też nieprzyjemnego działania, które trzeba wykonać, aby dotrzeć do planowanego miejsca. Tym miejscem w przypadku autorki często są rodzinne strony. Stąd pewnie ten strach przed lataniem, nie tyle z samego faktu, że się leci, unosząc tysiące metrów nad ziemią, ile przed tym, że powraca do przeszłości.

Vorpsi leci do Sarajewa, miasta tak bardzo przypominającego jej rodzinne strony. Udaje się tam do swojego przyjaciela, który jest w depresji i potrzebuje pomocy (albo też tak się jej wydaje). To Vorpsi tak odczytuje problemy przyjaciela, podobnie, jak będąc już na miejscu, w Sarajewie, czuje się winna swojej ucieczki, emigracji. To poczucie winy stara się zagłuszyć wysokimi napiwkami, bez oporów płaci też wysokie sumy za usługi czy pomoc, którą okazują jej znajomi z dawnych lat i mieszkańcy miasta. Być może poczucie winy emigrantki sprawia, że kobieta przełamuje swój strach i z tego poczucia winy w stosunku do opuszczonego kraju i ludzi, którzy muszą w nim żyć powraca do miejsc z lat dzieciństwa. Nie szuka wyjaśnień, dla niej jedynym jest jej europejskość nabyta dzięki emigracji, ucieczce. Ręka, której nie kąsasz to rodzaj spowiedzi, która ma za zadanie oczyścić ją z poczucia winy. Wiwisekcji, dzięki której być może uda jej się znaleźć źródło swoich migracji.

Z drugiej strony podróże autorki, mają za zadanie pomóc jej uciec od kroczącej za nią rzeczywistości . Mówiąc Tracę w końcu coś, czego nie da się nazwać, staję się anonimowa dla siebie samej próbuje odciąć się od swojego pochodzenia. Stara się nie zauważać charakterystycznej dla Bałkanów i ich mieszkańców mentalności, nie przyznając się od tego przed samą sobą. Podróż–ucieczka to dla Vorspi rodzaj przykrywki. Zmiana otoczenia ma za zadanie zmienić i ją, ale niestety nie da się ukryć swojego pochodzenia, szczególnie kiedy tak bardzo jest ono widoczne, zakorzenione i tak bardzo daje się we znaki, samej autorce. To też próba odnalezienie miejsca dla siebie – odgrywając zagubioną emigrantkę, której wystarczyło czasu aby zapomnieć przeszłość, zaskakuje siebie samą tym powrotem w rodzinne strony.

Ręka, której nie kąsasz to bardzo krótka historia, za krótka. Być może w trakcie pisania książki w autorce odezwała się pasja fotografa, co spowodowało wrażenie fotograficznej relacji. Przedstawioną jednak z niezwykłą lekkością opowieść dzięki temu, łatwo można sobie wyobrazić. Ulice, którymi podąża Vorpsi, widoki, które podziwia, miejsca, które odwiedza wszystko w tej niepozornej książce jest wyraźne.  

Osobiście po lekturze książki czuję niedosyt, pomimo tych wyrazistych opisów i jakiegoś specyficznego rodzaju przeżyć w trakcie lektury brakuje mi ciągu dalszego … na który czekam.



Polecam artykuł autorstwa Karoliny, który znajdziecie w ostatnim numerze Archipelagu.

krótka recenzja długiej historii Rodu Aszura

Nadżib Mahfuz zmarły pięć lat temu laureat literackiej Nagrody Nobla (1988r.), to najsłynniejszy egipski pisarz, ciągle jeszcze pamiętany z szumu jaki wywołał stając w obronie Salmana Rushdie i jego Szatańskich wersetów.

W Polsce dotąd wydano dwie części jego najwybitniejszego dzieła, trylogii kairskiej Opowieści starego Kairu oraz Kamal, w których przedstawił życie tradycyjnej rodziny kairskiej. Poza tym Złodziej i psy, czy Rozmowy nad Nilem. Polscy czytelnicy pewnie kojarzą Mahfuza z książki Hamida z zaułka Midakk, historię dziewczyny z Kairu, która nie bacząc na konwenanse pragnie walczyć o swoje szczęście. Na początku kwietnia otrzymaliśmy od Wydawnictwa Świat Książki możliwość zatopienia się w kolejnej książce egipskiego pisarza Ród Aszura.

To kolejne arcydzieło egipskiego noblisty opowiada historię rodu An-Nadżi, zapoczątkowanego przez Aszura An-Nadżi. To pełna namiętności saga rodzinna, której poszczególne etapy przetaczają się szybko przez życie wielu pokoleń.

Książka rozpoczyna się od dnia kiedy starzec Afra w drodze do meczetu znajduje porzucone niemowlę. Narażając się na grzech, wraca z zawiniątkiem do domu. Chłopiec, mały Aszur zostaje z radością przyjęty przez to bezdzietne stare małżeństwo, które wychowuje go na prawego mężczyznę. Po latach Aszur zdobywając zaufanie mieszkańców swojej dzielnicy zostaje jej panem. I w taki posty i wzruszający sposób rozpoczyna się wielopokoleniowa historia rodu Aszura.

Mimo niewiadomego pochodzenia Aszur, w którego większość ludzi nie wierzyła staje się idealnym panem, dbającym o zwykłych, biednych ludzi. Sprawiedliwie zarządza, sam nadal ciężko pracując. Niestety, każde następne pokolenie Aszura oddala się od jego wizji dobrego świata, łamiąc jego wewnętrzny kodeks. Jego następcy – synowie, wnuki, prawnuki – wikłają się w podejrzane interesy, zdrady, ulegając pokusom bogactwa. Wiążąc się z nieodpowiednimi kobietami ranią swoje pierwsze żony i zawiedzione dzieci. Ród powoli traci zaufanie i przywództwo. Ideały Aszura zostają sprzeniewierzone. Ale czy na zawsze?

Pewnie mogłabym o tej barwnej powieści napisać o wiele więcej, jednak długo zastanawiałam się, czy pozbawiać potencjalnego czytelnika przyjemności z jej lektury. Sama książkę wzięłam w ręce, bez jakiejkolwiek znajomości tekstu. Mogłam tylko, po lekturach książek Mahfuza spodziewać się prawdziwej uczty dla zmysłów i oczu. Bo o poruszenie wyobraźni w trakcie lektury książek noblisty nie trudno.
Myślę … jestem przekonana, że jest to jedna z tych książek, do których się wraca. Namalowana powieść, której obrazy chce się oglądać bez końca. Dla tych, którzy Nadżiba Mahfuza jeszcze nie czytali zdecydowanie potwierdzam słowa, że to barwna przypowieść o Złu i Dobru, łącząca prozę przygodową z poetyckim czarem wschodnich gawęd.

Prokrastynacja, czyli co robię, kiedy nic nie robię

Tak, wczoraj Karolina postawiła mi diagnozę – trafną, jak najbardziej! Myślałam jednak, że przypadłość ta skończyła się wraz z ukończeniem szkół wszelkich … a jednak złudne były moje nadzieje. Więc dziś przyznam się – jak w tytule – co robię, kiedy nic nie robię. Oczywiście to, co napisałam w tytule jest zaprzeczeniem, bo nie da się robić czegoś jednocześnie nie robiąc nic. Nawet leżenie i patrzenie w ściany jest leżeniem i patrzeniem, czyli coś się dzieje….

Co jednak robię, kiedy nie pracuję? Kiedy - spójrzmy prawdzie w oczy – lenię się, migam od pracy? Kiedy w mojej głowie pustka i ręka odmawia posłuszeństwa, nie chcąc napisać ani słowa?

Widać, że stan ten trzyma mnie od dłuższego czasu, bo cofając się kilka postów można dotrzeć już do jednego z tych muzycznych, z tych zabijaczy czasu, zapychaczy dziur, w których powinny zaistnieć wspaniałe pomysły, genialne teksty, mądre dyskusje … a tu nic, tylko muzyka.

Ale i muzyka bywa natchnieniem, więc zawsze jest nadzieja, że tych kilka dni wyłączenia poskutkuje weną twórczą i pomysłami na kolejne teksty (choć osobiście wolałabym pomysły na ukończenie tych, które już czekają). Przywołując obrazy, które nieodłącznie wiążą się z niektórymi utworami mam nadzieję na natchnienie. Bo czyż zapach kwiatów lipy w deszczu, słoneczników i kwitnących traw, nie wpływa na proces twórczy? Może też zapach benzyny (?), kolor czerwonych świateł(?) czy kawy parzonej każdego ranka w pracowniczej kuchni nie zachęci do pisania? Jeśli nie, to nie wiem, co jeszcze może zdziałać takie cuda?!

Oto moja lista niecnierobienia (stworzona wzór chciejlist)




Renee Olstead z jej głosem i wyglądem jak z innej epoki mogłabym słuchać nieustannie






















Tę piosenkę lubię też w hiszpańskiej wersji













To nie jest mój ulubiony utwór z płyty Joyful ale niestety ulubiony nie jest dostępny na pomocnym portalu

















I tak też czasem bywa, na przebudzenie:)









Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – w psychologii: patologiczna tendencja do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa żartobliwie nazywana "syndromem studenta" -źródło wikipedia.



źródło muzyki: YouTube.com (niektóre z przedstawionych utworów mają bardzo złą jakość - za co przepraszam, a większość z nich nie jest oryginalnym obrazem do utworu)



A w moich myślach Bornholm, Bornholm



Widzę cię, jak stoisz w ogródku przy krzaku malin. Jest ciepło i nie ma wiatru. Obok twojej stopy leży wiklinowy koszyczek. Leniwym ruchem ręki przepędzasz osę. Powraca kilka razy, aż wreszcie rezygnuje i kieruje się w stronę rzędów czarnej porzeczki. (…) Nie spieszysz się, zresztą nigdy nie lubiłaś pośpiechu. Siedzę na parapecie i patrzę. Uwielbiam cię obserwować.


Bornholm mała zielona, duńska wyspa, której klimat i ukształtowanie odwiedzającym ją turystom zapewne na trwałe zapadają w pamięci. Podobnie jest z książką Huberta Klimko - Dobrzanieckiego, o jakby zdublowanej sile uderzającego piękna i oryginalności w tytule – Bornholm, Bornholm. To książka, o której tak szybko się nie zapomina. Choćby sam fakt, że przeczytałam ją już jakiś czas temu, nie odłożyłam na półkę, lecz pozostawiłam pod ręką. Ciągle w zasięgu wzroku prowokowała mnie, nie dawała spokoju wciskając się w myśli, zajęte już czymś zgoła odległym. Całą sobą zdawała się szeptać, że nie pozwoli o sobie zapomnieć. Ta ostatnia powieść autora Rzeczy pierwszych i Domu Róży to historie życia dwóch mężczyzn, połączone wyspą Bornholm. Pierwszego z nich znamy ze spotkań z nieprzytomną matką. Ten wychowany na wyspie mężczyzna odwiedza ją w szpitalu i w ramach terapii – nie wiem, czy bardziej nieprzytomnej kobiety, czy swojej chorej psychiki – opowiada jej swoje życie, swoje uczucia, które ukrywał urażony gdzieś głęboko. Drugi mężczyzna to ojciec dwójki dzieci, i niezbyt przykładny mąż, nie bardzo kochającej go (chyba) żony, który na Bornholmie odbywał służbę wojskową podczas drugiej wojny światowej.

Horst Bartlik siedział w wiklinowym fotelu w swoim gabinecie. Patrzył na ścianę obwieszoną gablotami pełnymi motyli. Jego wzrok zatrzymał się na małej gablotce, w której przytwierdzone do podłoża prezentowały się rusałka admirał i paź królowej. (…) złapałem je dla waszej matki. Wetknąłem jej we włosy. Zawstydziła się. (…) Bartlik, patrząc na te dwa okazy, po raz kolejny zadawał sobie w myślach pytanie: czy oni się kiedykolwiek kochali?

To pozornie niezwiązane ze sobą historie. Mimowolnie jednak czytelnik będzie usiłował znaleźć coś, co łączy te dwa losy. Zagłębiając się w retrospekcje syna, balansując na granicy obłędu w teraźniejszości ojca i męża. Czy coś łączy tych mężczyzn? Oprócz szarych historii łączą ich kobiety. Podła i nieczuła matka, która złamała własnemu dziecku życie i żona terroryzująca własnego męża, pasożytująca na nim, jak modliszka, która mężczyzny potrzebuje tylko wydania na świat potomstwa. Szukając ucieczki od kobiet mężczyźni uciekają się do myśli o zabójstwie i udziału w wojnie.

Wiesz mamo, na Nowej Gwinei żyje taki ptak, który podczas tokowania jest tak sobą zachwycony, taki jest zaaferowany tym swoim ogonem i pęczniejącym wolem, tymi rajskimi barwami, że przybiera tak dziwaczne pozy, że nic oprócz siebie nie widzi. Ty też mi przypominałaś tego ptaka.


Bornholm Bornholm porusza problemy prawdziwe, nie ukrywa niczego, nie koloryzuje. Książka Klimko - Dobrzanieckiego jest odarta z wszelkich upiększaczy. To chropowata historia uwalniająca wszystkie zapachy życia, nawet – a może szczególnie – te najmniej przyjemne. Historia pachnąca śmiercią, przemijaniem, nienawiścią i smutkiem. Duszna. W tej książce Bornholm to symbol czegoś pięknego lecz odległego, trudnego do zdobycia ideału jawiącego się na horyzoncie. Jak cudze życie, które wydaje się nam piękniejsze i lepsze od własnego – podobnie, jak wydawało się ono bohaterom Klimko - Dobrzanieckiego. Bornholm, jako zielona wyspa nadziei na lepsze. A książka? Odważna, bo trudna, jakaś dziwnie prosta, a jednocześnie złożona, niby chwila, a jaka trwała.



cytaty pochodzą z książki

Herbatka z Mistrzem czyli dyskusja o tym, jak bardzo Przezroczyste (bywają) przedmioty



Czyżby Vladimir Nabokov był (albo raczej bywał) także autorem dla wielbicieli kryminału? Kryminału raczej z pogranicza absurdu, w sam raz na scenariusz dla Woody Allena. Co jednak nie zmienia faktu, że odkrywanie kolejnych tytułów Nabokova ciągle mnie bawi i zaskakuje. Zakochując się w jego abstrakcyjnym naturalizmie zaskoczyłam się ostatnio lekturą Śmiechu w ciemności, choć - tak przyznaję, i we wcześniej czytanych Jego książkach trup - jeśli nie ścielił się gęsto, to bywało, że padał. Lecz jest coś specyficznego w tym uśmiercaniu przez Nabokova, ale i tak zjawisko to w Jego (o zgrozo, chyba nie dosłownym!) wykonaniu bywa zaskakujące. Tak jest i teraz w Przezroczystych przedmiotach – trup pada! (tak, tak to, ta sama powieść, co Przejrzystość rzeczy – i szczerze mówiąc ten tytuł bardziej mi odpowiadał). Wracając do elementu zaskoczenia. Za chwilę powiem więcej ….

Historia opisana w książce to szkic życia (z mocnym jego akcentem – oj bardzo mocnym) pewnej persony, a właściwie Persona … ściślej rzecz ujmując Hugo Persona (z ojca Petersona). Hugo to niczym niewyróżniający się człowiek, bohater raczej z tych bladych – nic nadzwyczajnego (jak to zwykle bywa u Nabokova) niezbyt uzdolniony, ani przystojny ani też inteligentny. Powiedzielibyśmy życiowy nieudacznik, łamaga. A do tego niespełniony pisarz, realizujący się jako korektor w wydawnictwie książkowym. Naszego bohatera, personę naszą poznajemy kiedy udaje się w swoją kolejną podróż do Szwajcarii, gdzie wspomina poprzednie wizyty w tej małej, górskiej miejscowości. Pierwszą, podczas której w sklepie odzieżowym umiera mu ojciec, drugą której towarzyszą pierwsze doświadczenia seksualne i w trakcie której Hugo poznaje swoją żonę Armandę (Nasz Person był uparty i potwornie zakochany). I trzecią kiedy to jego żona … umiera (czy też zostaje zamordowana). Trzeba jednak wiedzieć, że Hugo choć niewyróżniający się niczym szczególnym posiadał (nieszczególnie potrzebną cechę) zdolność snu na jawie, czy też, jak utrzymywał sam bohater - nie sypiał w ogóle. Sny te plątały się jemu z rzeczywistością, bywało, że zbyt dosłownie, a czasem też się spełniały.

Pod względem powracających sennych koszmarów Hugo mógł konkurować z najlepszymi wariatami.

Przezroczyste przedmioty to krótka oniryczna opowieść, w której przewijają się liczne symbole zwiastujące marność świata . Przemijanie, przeszłość jako jedyne nadają barwę przedmiotom (Ech rzeczy przezroczyste, przez które prześwituje przeszłość.). Sny Hugo, wiele mówiące figurki z uzdrowiskowych sklepików, śmierć, ogień i pożary czy topniejący śnieg to tylko niektóre z symboli przemijania, jakie bohater Nabokova spotyka na swojej drodze. Czy tylko Hugo jest osobą, personą, która ma zdolność widzenia w bezbarwności życia jego kolory? Czy takie zjawisko da się jakoś wyjaśnić? Książka kończy się słowami Tylko spokojnie, synu, nic na siłę – więc kto okaże się nadzwyczaj uzdolnionym i dojrzy przezroczystość? Nabokov kolejny raz udowadnia, że Jego książki dają wieloraką przyjemność, że składają się z kilku płaszczyzn, na których należy je rozpatrywać i na których trzeba je odbierać. Lecz aby to zrozumieć nie wystarczy jednorazowa lektura powieści Mistrza i miejsce dla niej na półce. Książki Vladimira Nabokova nie służą do zbierania kurzu i pysznienia się grzbietami w najdziwniejszych pozach (choć pysznić się uwielbiają). One są po to, aby dostrzec barwy w przezroczystości każdej ulotnej chwili.

cytaty pochodzą z książki zdjęcie Nabokova google