They are still waiting - Fantastyczny Pan Lis i niezorganizowani farmerzy - czli książka Roald'a Dahl'a Fantastic Mr Fox



Fantastic Mr Fox Roald’a Dahl’a to krótka historia odwiecznej walki człowieka ze zwierzętami, rolnika ze szkodnikami. Można też spojrzeć na ten problem odwrotnie - nieustannej walki o przetrwanie zwierząt przeciwko człowiekowi. Fantastic Mr Fox to opowieść o tym, jak trzech złych hodowców drobiu: Boggis, Bunce i Bean walczyło z mądrym Panem Lisem. Bez względu na ich wielkość jako hodowców (wątpliwy profesjonalizm) ich jedynym celem było wyniszczenie lisiej rodziny.
Boggis and Bunce and Bean

One fat, one short, one lean.

These horrible crooks

So different in looks

Were none the less equally mean


Pan Lis mając do wykarmienia pokaźną rodzinkę - Pani Lisowa i czwórka małych lisiątek - jest częstym gościem w zagrodach tej, niekoniecznie pracowitej trójki. Jednak do czasu, kiedy to cierpliwość gospodarzy zostaje wyczerpana. Wtedy zaczyna się – najpierw polowanie na lisa, a później gonitwa za uciekającą lisią rodzinką, do której po czasie przyłącza się cały las zwierząt. W tym miejscu powinno przerwać się opowiadanie książki, bo dalsza wyjawianie szczegółów może pozbawić czytelnika przyjemności lektury. Nie sposób jednak pominąć mądrość i spryt Pana Lisa, który dzięki znajomości „terenu” dociera podziemnym podkopem do spiżarni hodowców. Swoim odkryciem cieszy się wraz z innymi zwierzętami wystraszonymi i uciekającymi przed kopiącymi mężczyznami. Umęczone i wygłodniałe zwierzęta przekuwają swój marny los renegata w radosną ucztę przy suto zastawionych stołach. Ta krótka opowieść o podziemnej ucieczce zwierząt może być przerażająca dla małych czytelników, a ciężkie momenty przeżywane przez opadające z sił liski w trakcie ratowania życia w podziemnych tunelach mogą co wrażliwsze dzieci przyprawić o płacz i łzy. Jednak radość z ocalenia zarówno lisiej rodziny, jak i wszystkich zwierzątek uwieńczona wielkim ucztowaniem na koszt niedoszłych oprawców zapewne uraduje wszystkich czytelników, nie tylko tych najmłodszych.

Książka Roald’a Dahl’a została zekranizowana przez twórców Epoki lodowcowej, a fantastycznemu Panu Lisowi głosu udzielił George Clooney, jednak książkę także warto przeczytać, tym bardziej, że malutkie wydanie Penguin’a zostało bogato zilustrowane, a książeczka jest krótka i nie zajmuje dużo czasu.

Ilustracje i cytaty pochodzą z ksiązki


a ksiązkę dostałam w prezencie od Gosi S. - dziękuję :))

No i stało się! Sięgnęłam po adiobooka!





















Przymuszona sytuacją, a mianowicie migreną oraz nastraszona przez okulistę rychłą utratą wzroku w stylu a‘la pirat (bo na jedno oko) sięgnęłam po mniej męczący oko adiobook. Kryterium mojego pierwszego wyboru była cena+lektor. No bo jeśli już moje oko ma zamiar zastrajkować, to czemu jeszcze, miałoby polec ucho słuchając skrzekliwego głosu nieodpowiedniego lektora. W taki oto sposób sięgnęłam po Czytelniczkę znakomitą Alana Bennett’a czytaną przez Annę Seniuk.


Czytelniczka znakomita to znakomita książka dla wszystkich … znakomitych czytelników. Dużo tu tych znakomitości, ale i ta krótka lektura do takich właśnie należy. Doskonała pozycja dla uwielbiających czytać i poszukujących ciągle nowych tytułów do odkrycia. I choć z drugiej strony, Królowa Brytyjska, tytułowa czytelniczka zaczytuje się raczej w klasyce, którą inny doskonały czytelnik może już znać, to jednak warto posłuchać opinii monarchini na ich temat.
Cała przygoda z czytaniem rozpoczęła się od niesfornych psów Królowej, które w dzikiej pogoni (ucieczce) za niczym natknęły się na bibliobus, który zawitał „u progu” Westminster. Te głupie corgie obszczekały biednego bibliotekarza i kierowcę w jednej osobie, oraz wypożyczającego, którym był … kucharz z kuchni królewskiej. To on od pierwszego spotkania w bibliobusie staje się mentorem Królowej, przewodnikiem po literaturze. Dzięki niemu, wybierająca początkowo nienajlepsze lektury i zniechęcona książką Queen Elizabeth Jej Wysokość zaczęła zaczytywać się w wierszach Thomasa Hardy’ego, dramatach Samuela Becketta, utalentowanych pisarkach, między innymi A. S. Byatt, czy siostrach Bronte (zdając sobie doskonale sprawę z ich talentów) prozie Joanny Trollope czy samym Anthonym Trollopie. W swojej pasji czytelniczej Królowa dotarła nawet do autorów zwanych przez nią przedstawicielami mniejszości narodowych – tym sposobem poznała miedzy innymi Salmana Rushdie’go i Setha Vikram’a. Czytanie wciągnęło ją do tego stopnia, że biedulka zapomniała o własnej osobie – przestała, według opinii podwładnych i ministrów dbać o wygląd zewnętrzny. Zdarzało jej się – o zgrozo – wystąpić w ciągu dwóch tygodni w tej samej sukience, a i biżuterię, z której słynęła zastąpiły jej noszone przy sobie książki. Jak to często bywa u czytelnika, odkrywanie świata w książkach i Królowej przestało wystarczać. Początkowe zapisywanie w notatniku ciekawych cytatów z czytanych lektur, spostrzeżeń jakie nasuwały się jej w trakcie lektury przerodziło się z chęć napisania własnej książki.
Czytelniczka znakomita Alana Bennetta to wspaniała kopalnia tytułów, uwag i informacji o pisarzach (które chętnie odnotuję). To ubrana w angielskie konwenanse, podsycana też angielskim humorem wspaniała lekka komedia, którą być może i lepiej przeczytać niż posłuchać, ale w wykonaniu Anny Seniuk Królowa Brytyjska brzmi bardzo wiarygodnie.
I choć mam nadzieję, że w przypadku mojego oka, będzie to jedna z pomyłek lekarskich, to cieszę się, że mogłam posłuchać opowieści o znakomitej czytelniczce.

to, co lubię - czyli mała przerwa z moją muzyką i niespodzianka dla Claudette

Jakiś czas temu pomyślałam sobie, że dobrze będzie zrobić mały przerwynik muzyczny, i chyba nadszedł do tego odpowiedni czas.
Otóż ostatnio nie mam ani nastroju ani pomysłów, aby cokolwiek pisać. Książki przeczytane leżą i czekają na jakąkolwiek, choćby najkrótszą notkę o nich, ale ja wolę podzielić się z Wami tym, co ostatnio słuchamy i tym, czego słucham ja wybierajac się na "wycieczkę" do miasta.

Zacznę od tego, że płytę z muzką Bollywood (Heart Bollywood) nabyliśmy dziwnym trafem, strzelając właściwie w ciemno, bo nie znaliśmy wykonawców tej muzyki na tyle, aby kierować się nazwiskami. To był jednak strzał w dziesiątkę. Do tej muzyki wracamy często, a w obawie, że za chwilę płyta nie będzie nadawała się do słuchania rozpoczęlimy poszukiwania podobnej.

Może macie jakie doświadczenia i możecie podzielić się ze mną dobrymi tytułami i wykonawcami "bollywood"?
















To tylko wybrane utwory z płyty.




A teraz coś, co szczególnie ostatnio wprost uwialbiam słyszeć w uszach w mieście. Ta muzyka przenosi mnie w inny wymiar. Wszystko wokół spowalnia, a ja zdaję się płynąć. Niesamowite wrażenie, polecam. Niesamowite!!


Claudette informację o niespodziance ufundowanej przez wydawnictwa: Noir sur Blanc, WAB oraz Muza znajdziesz na fb-kowej stronie Czytania:)

książkowy ekshibicjonizm, czyli książka w szafie;/

Ustawiając kolejne stosy znajomych tomów (jedne poznaję po kolorze, inne po kształcie, wiele innych po jakimś szczególe na obwolutach, których tytuły próbuję odczytać do góry nogami albo pod dziwnym kątem), dziwię się, jak zawsze w podobnych okolicznościach, po co właściwie trzymam tyle książek, do których nigdy po raz drugi ni zajrzę. Tłumaczę sobie, że ilekroć pozbywam się książki, po kilku dniach się okazuje, że właśnie jej szukam. Tłumaczę sobie, że nie ma książek (…), w których nie znalazłbym niczego interesującego. Tłumaczę sobie, że znalazły się w moim domu z jakiegoś powodu, a powód ten może okazać się aktualny również w przyszłości
A. Manguel, Moja historia czytania



Dziękuję Chihiro za zaproszenie mnie do zabawy polegającej na książkowym ekshibicjonizmie. Szczerze mówiąc, dzięki temu zaproszeniu część moich zbiorów ujrzała światło dzienne, bo wstyd przyznać z racji braku miejsca, przez większą cześć swego książkowego życia leżą one na dnie szafy. Wiem, wiem zaraz usłyszę krzyki oburzenia, ale zrozumcie mnie – jak na czterdziestu kilku metrach można inaczej pomieści dwa wielkie zbiory – książkowy i płytowy? Specjalny system, który pozwoli tym zbiorom już na stałe zagościć w glorii i jasności na razie w opracowaniu.
Tymczasem dla potrzeb zdjęć „szafowe” zbiory ustawiłam w stosach podobnych do tych, które normalnie piętrzą się w sypialni. Bo w sypialni znajdują się moje książkowe zbiory. A to dlatego, że jak wspomniałam pomysł na miejsce dla nich cały czas w toku realizacji.



jedyny, szczuplutki regalik - u góry- prezent autorstwa Małgosi Wardy



A, że sypialnia jest malutka znajduje się w niej równie malutki regalik, po którym często wędrują różne zbiory. Kombinacji regałowych jest wiele, choć tam zwykle książki stoją w jednym ustawieniu najdłużej. Obecne ustawienie jest chyba właśnie tym najdłuższym w historii regału. Na nim to znajdziecie książki autorów, o których wiem, że będą pojawiały się następne, choćbym ich nawet miała nie czytać (oczywiście w danej chwili). I tak jedną półkę zajmuje Nabokov, drugą Lessing. Oczywiście nie mogą marudzić i narzekać na sąsiedztwo innych autorów, bo nie osiągnęły jeszcze takich rozmiarów aby mogły zaskarbić sobie wyłączność półkową (nie nabyłam ich wszystkich celowo, po to aby zwiększyć sobie przyjemność zakupu następnych pozycji). Kolejną stałą na regale są książki podróżnicze, w których aktualnie zaczytuje się A. I te zmuszone są gnieść się na półce z moimi kilkoma skarbami. Osobną półkę zajmują przewodniki, jednak jest ich mało, gdyż zwykle udając się w podróż przygotowujemy własny przewodnik według trasy, którą mamy zamiar przemierzać. Poza tym są jeszcze książki kucharskie, oraz beletrystyka, która inspiruje do wariacji kuchennych i te znajdują się na półce w kuchni (choć zauważyłam jedną z nich w stosie ;) ).
Ciągle nie mam pomysłu na ustawienia dla chwiejnych stosów. Ich misterna konstrukcja zniechęca do częstych zmian i jednocześnie, jeśli już po coś sięgam zmusza do odbudowy. Szczególnie, że stoi w przejściu między regałem a łóżkiem (to potencjalny stos, który kiedyś może mnie przygnieść). Staram się aby w tych najwyższych stosach znajdowały się książki albo już przeczytane albo takie, po które szybko nie sięgnę, choć to oczywiście ciężko przewidzieć. Jednak nie mam nic przeciwko przestawianiu, układaniu, wyrównywaniu. Ogólnie zajęciom „praktycznym” z książką.





















Zdarza mi się przyjmować w stosach taktykę podziału na kraj pochodzenia pisarza (tak mniej więcej stoją teraz w dwóch stosach). „Grupuję” je także według nazwiska pisarza, ale i tu może wystąpić szum, kiedy to dochodzi kolejna książka autora, który „leży” już w stosiku (przepraszam wszystkich pisarzy) . Wtedy to taka książka wchodzi w skład stosu ostatnie nabytki, który piętrzy się w zasięgu ręki i oka. To z obrazem tego stosu witam nowy dzień wstając z łóżka. To też na niego patrzę nie mogąc zasnąć - na ostatnie nabytki ale i na książki, z których korzystam przy pracy nad artykułami do Archipelagu. Bo i taki stos zwykle tworzy się w trakcie pracy. Jednak książki z tego stosu wracają pokornie po zakończeniu prac w miejsca, których zostały wyciągnięte, a co za tym idzie zmuszają mnie do kolejnych przemeblowań. Och, jak brakuje mi regałów!





Osobno też leżą książki w języku angielskim. Nie mam ich specjalnie dużo, bo przyznaję, że lektura książki po angielsku zabiera mi więcej czasu, i chcąc czytać więcej sięgam raczej po książki w języku polskim. Zdarza mi się, i to dosyć często, że dla porównania kupuję książkę przetłumaczoną (co można również zauważyć w stosach). Jeśli już o językach obcych mowa to w moim skromnym zbiorku znajdują się też książki: po francusku i włosku, a mam nadzieję, że wraz z powiększającym się zbiorem Lolity zaczną pojawiać się coraz bardziej oryginalne i odległe języki świata.








Jeszcze do niedawna na stoliku nocnym piętrzył się stosik, w którym można było znaleźć ostatnie nabytki i książki do artykułów, czy też książki przysłane z wydawnictw. Teraz jednak, z racji niechybnej możliwości bycia przygniecioną tymże stosem znajdującym się w niebezpiecznej odległości od łóżka, na stoliku znajdują się tylko książki aktualnie czytane oraz notes, który otrzymałam od Lilithin, a który idealnie pasuje do swojej roli. Zapisuję w nim pomysły na artykuły, zdania, które akurat przyjdą mi do głowy oraz planowane zakupy książkowe.
Z książkami aktualnie czytanymi - w moim przypadku - to także dziwna sprawa, bo chyba powinnam utworzyć osobny stos dla tej kategorii. Mam okropny zwyczaj czytać kilka książek naraz. Zdarza mi się rozpoczynać każda nabytą książkę, albo doczytywać do połowy i odkładać po to, aby zająć się czymś innym. Z kolei te inne zostając doczytane także do połowy, nie koniecznie powodują, że powracam do uprzednio porzuconej. Raczej znowu zdradzam ją dla nowości. W taki właśnie sposób tworzy się cały stos książek obecnie czytanych. Oczywiście muszę się wytłumaczyć, że zwykle wracając do porzuconych powracam do pierwszych stron, aby – co mi się zdarza rzadko - odświeżać zapomnianą treść.




Od czasu do czasu pojawiają się podstosy - w tych układam książki, do których mam zamiar dołączyć podobne - tak np. ostatnio uksztaltował się stosik bookerów w jezyku polskim, (bo te w angielksim weszły w skład innej gromadki, kolejne do odbioru w księgarni z czego bardzo się cieszę). Taki rodzaj gromadzenia jest spontaniczny i charakterystyczny dla mnie - wymyślam własne postanowienie i układając w stos staram się realizować. W tym przypadku akurat doskonała jest metoda stosowa - nie wyobrażam sobie ciągłego przekładania tych 'zbiorków' na półkach! Książki staram się dzielić według szczególnych kryteriów, które mnie interesują, nigdy nie dzielę według kolorów, czy też alfabetycznie.
Mam nadzieję, że moje zbiory osiągną constans na przyszłych regałach. Moim marzeniem są regały idealne – to znaczy takie, na których po włożeniu w nie książek nie pozostanie zbyt wiele miejsca na … kurz, ani zbędne drobiazgi, które przeszkadzają w swobodnym wyciąganiu książki z półki. Regały, na których książki dopasują się szerokością i wysokością, tak by nic nie zachwiało równowagi najprzyjemniejszego dla oka widoku – pyszniących się grzbietów. Jeśli już o grzbietach mowa – są takie, które szczególnie przykuwają moje oko – zwracam uwagę na kolor, fakturę oraz związane z książką przeżycia. Te lubię widzieć szczególnie. Takie książki nie powinny dźwigać ciężaru stosów a stać na półce w zasięgu mojego wzroku. Moim ulubionym kolorem okładki jest pomarańczowy – zdarza mi się kupić książkę, bo miała pomarańczowy grzbiet! (myślę, że niegdy nie zawiodłam się na pomarańczu, stąd takie kryterium wyboru)
Zajmijmy się teraz książkami wyciągniętymi z niewoli, jaką jest dno szafy. W sumie nie mają one tam tak źle, bo przecież nikt im nie przeszkadza. Nie przestawia ich, nie przewraca i nie zmusza do znoszenia ciężaru innych, gdyż stoją sobie grzecznie obok siebie. W czeluściach szafy znajdują się książki już przeczytane. Zwykle ułożone autorami, choć im bliżej „wyjścia” tym większy w nich bałagan.

Niektóre egzemplarze z moich zbiorów często zmieniaj pomieszczenie, gdyż pisząc i czytając przenoszę się do innego pokoju. Zwykle zasiadam wtedy przy stole z kubkiem aromatycznej kawy czy też herbaty raczej w zupełnej ciszy. I niezależnie czy zbieram się do napisania jakiegoś tekstu, czy do czytania zabieram ze sobą mały stos, w którym mieszam – przebieram, przekładam i wybieram tę lekturę, która uznam za odpowiednią. Na książki bardzo łatwo natknąć się w całym mieszkaniu – pochowane po torbach, półkach i szufladkach są zawsze w zasięgu ręki.
Czy panuję nad swoimi zbiorami? Otóż … nie wiem! Wiem na pewno, jakich książek w nim nie ma, ale nie wiem, które krążą po znajomych i rodzinie, a które już wróciły (i tu przepraszam pisarzy). Kupując, wybierając książki staram się przemyśleć dokładnie swój wybór, oczywiście, jak każdemu zdarzają mi się złe wybory, ale tłumaczę sobie to tym, że złe są w daje chwili, a być może za kilka lat sięgnę po nie z wielką chęcią.


Żal mi moich stosów, bo zdaję sobie sprawę, jaki to ciężar, ale nie mogę nic na to poradzić. Jestem przeciwna wstawieniu ich do pokoju - nazwijmy go dziennym, bo z całym szacunkiem do książek i z moją wielką do nich miłością tam mi one nie pasują, tam będą dotykane przez wszystkich, to nie miejsce dla nich. Poza tym uwielbiam stawać przed moimi chwiejącymi się zbiorami i po kilku dobrych chwilach wychodzić z naręczem uśmiechających się do mnie woluminów. O tym, że przemawiam do książek już kiedyś pisałam – tak, nadal do nich mówię. Przepraszam je, że cierpią katusze gniotąc się, jak nie przyrównując śledzie w moim małym mieszkanku. Ale czy wolałyby abym ich nie znosiła do domu?

p.s. przepraszam za ogólny chaos w tym poście, ale podobnie, jak w poprzednim wstawianie kilku zdjęć jest dla mnie czymś na miarę koszmaru!!!!



przedziwny ten stos!!!


Postanowiłam tym razem wy-stosować odmienny niż dotychczas stosik. Zwykle przedstawia on zbiór nowych nabytków, książek, które planuje się przeczytać, a ja postanowiłam inaczej. Przedstawiam stos, który już przeczytałam! Każdą z tych książek, chcę Wam przybliżyć w kilku słowach, a w przyszłości być może w szerszym tekście, jeśli tylko czas mi na to pozwoli. Tak, z czasem ostatnio u mnie krucho, ucieka przez palce w nieznanym mi kierunku i nie wiem, gdzie go szukać. A, że książki leżą przeczytane (niektóre niedoczytane) żal mi ich i ich potencjalnych przyszłych czytelników. Przecież może te kilka zdań skusi kogoś do sięgnięcia po książkę.
W stosie tym przedziwnym znajdują się głownie książki czytane przeze mnie do pracy nad artykułem, większość z nich jest Wam zapewne już doskonale znana, myślę jednak, że znajdą się i takie, po które być może planujecie dopiero sięgnąć. Zaczynamy!




Nocny pociąg do Lizbony Paul Mercier: to książka trochę magiczna żeby nie powiedzieć oniryczna. To, co przytrafia się jej bohaterowi zdaje się być ponad nim. Być może dla kogoś zwykła podróż do obcego miasta może nie mieć nic z magii ale dla Gregoriusa – bohatera książki – ta radykalna zmiana, jaką jest między innymi podróż, w którą się wyprawia ma z niej na pewno wiele. Tym bardziej, że udaje się on do Lizbony, o której prawie nic nie wie. I tym bardziej, że to jakaś tajemnicza siła (może miłość, a może nauka?) pcha tego dotychczas samotnego, zamkniętego w sobie intelektualistę do takiej zmiany. A wszystko to przez jedną książkę i jedną kobietę.










Wojna i wojna, Laszlo Krasznahorkai: książka ta zaczyna się tak, że ma się wrażenie iż nie dotrwa się do końca, bo nie zniesie się nieporadności bohatera. Maruder i nieudacznik – takim jawi się początkowo Korim, a opowiadana przez niego historia nudną. Ale wystarczy zagłębić się w przygodę węgierskiego archiwisty, a zawładnie ona czytelnikiem tak, jak Korimiem zawładnęła tajemnicza księga opisująca historię czterech mężczyzn podróżujących przez miejsca i epoki, nieustannie uciekających przed zagładą. Wrażenie bycia wciągniętym w przedziwną opowieść potęguje styl, jakim posługuje się Krasznahorkai, przywołujący na myśl bezinterpunkcyjne książki Jose Saramago. Woja i wojna to książka zdecydowanie dla lubiących tajemnice i Saramago!









Chłopiec i gołąb Meir Shalev: to kolejna „miłosna” baśń Shalev'a, jaką przyszło mi czytać. Właściwie książka powinna nosić tytuł Chłopiec, dziewczynka i gołąb”. I tym razem to także wspomnienia. Równolegle toczące się dwie historie miłosne – współczesna i osadzona w czasach wojny. Tylko, że ja czytając Chłopiec i gołąb odnosiłam wrażenie, że nadal czytam Rosyjski romans, a szkoda, bo chciałabym poczytać jeszcze Shalev'a i jego opowieści o miłości. Polecam zdecydowanie tym, którzy czuli niedosyt po Rosyjskim romansie.








Wielki bazar kolejowy Paul Theroux: to książka, jak to określiła Chihiro skrzyneczka ze skarbami – i ja to potwierdzam. To bardzo trafne określenie dla książki Theroux. Dodałabym jeszcze, że to książka podróż (nie o podróży, a podróż właśnie). Kopalnia wiedzy na temat Azji (i nie tylko) jak ona długa i szeroka. Pozycja, która zasługuje na osobny tekst, a z drugiej strony książka, o której ciężko napisać, bo chyba żadne słowa nie są w stanie oddać wrażeń, jakich dostarcza jej lektura.
















Rien ne va plus Andrzej Bart: myślę, że to książka doskonale znana czytelnikom choćby z tego powodu, że to wyjątkowo oryginalny pomysł na fabułę. Otóż, jeśli ktoś jeszcze nie wie, to Rien ne va plus jest historią obrazu, który opowiada o swojej podróży po świecie. Książka Andrzeja Barta to doskonała lekcja historii, pełna niepoznanych wcześniej ciekawostek i wydarzeń związanych nie tylko, ze sztuką. Może oczywiście komuś kojarzyć się z Portretem Doriana Graya Oscara Wilde’a ale nic bardziej mylnego. Te dwie historie różnią się diametralnie. Wspólnym mianownikiem jest li tylko obraz, który jednak w każdej książce spełnia inne zadanie. O Rien ne va plus pisała Luiza.








Moja historia czytania Alberto Manguel: książka niespodzianka. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich bibliofilów i kochających książki pod każda postacią i w każdym momencie. Bo o rodzajach czytelników i formach czytania, o czytaniu na głos i po cichu, o powstawaniu książek i historiach z tym związanych jest ta pozycja. To książka, której nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach, bo jak można w tak krótkiej formie opowiedzieć o sztuce czytania i miłości do książek. A tej pełna jest powieść Alberto Manguel’a. Niestety to książka wypożyczona z biblioteki więc cierpię, bo jak pogodzić się z myślą, że kiedyś będę musiała ją oddać.




Van Gogh’s Women Derek Fell: to prezent od Maga-mary, który podczytywałam ochoczo, zaspakajając swoją ciekawość. Czyż pomyślałabym kiedykolwiek, że geniusz cierpiał z powodu miłości? Czy zastanowiłam się kiedyś, że malując przelewał na płótno swoje niespełnione miłości? Ten chory artysta nie tylko farbami malował obrazy ale i wyobraźnią, która jawiąc się jako prawda nie przybierała takich barw jak jego dzieła. Nic dziwnego, że popadł w depresję – zresztą podtytuł książki także jest wymowny – Romanse i droga do szaleństwa Vincenta. Kobiety van Gogha to ciekawa pozycja nie tylko dla miłośników malarstwa artysty ale i ciekawych życia tego biednego, niespełnionego życiowo człowieka. To zbiór listów ilustrowany szkicami, zdjęciami obrazów malarza i rodziny. I w przypadku tej pozycji chciałabym znaleźć czas, aby choć pokazać trochę ilustracji.




W tym stosie znalazłoby się pewnie jeszcze kilka tytułów, które przeczytałam i wrażenia zachowałam dla siebie i to nie z tego powodu, że były złe, czy że nie chcę się nimi z Wami podzielić. Raczej z tego powodu, że nie sposób pisać o każdej przeczytanej książce, czasem chce się ją przemyśleć, przetrawić, a później te piękne wrażenia zachować dla siebie.

jestem spokojna o nogi! Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii. Rafał Tomański



W obliczu fali kultury japońskiej, jaka napływa na Europę, w czasach kiedy ulubionym pisarzem, którego wypada czytać jest Haruki Murakami. Kiedy na półkach księgarni pokazują się do niedawna niedrukowane historie, a w każdej strefie ekonomicznej pysznią się japońskiej konstrukcje produkujące japońską technologię, co wiemy o Japonii? Właściwie pewnie mało, albo jeśli już, to są to jakieś stereotypy, które nam europejczykom wydają się dziwaczne i śmieszne. Jeszcze do niedawna ten kraj kojarzył mi się z siedzeniem na tatami i zastanawiałam się, czy to jest zdrowe, bo przecież tyle się mówi, że nogi muszą mieć krążenie. Z Japonią wiązałam też sushi, które uwielbiam – choć co ja wiem, o sushi skoro jem je w Europie! No i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o kulturze, czymś na kształt spokoju i opanowania. W wielkim skrócie Japończycy tacy właśnie mi się wydawali. Tak, użyty tu czas jest odpowiedni. Książka Rafała Tomańskiego Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii. uzmysłowiła mi w jak wielu kwestiach się myliłam. Jak bardzo żyłam stereotypami.
Trudno abym w tym miejscu opisywała książkę, bo tej książki nie można określać ani streszczać. To pozbawiłoby potencjalnego czytelnika przyjemności lektury. Ona jest jak przyjazny podręcznik dwudziestego pierwszego wieku. Nie będę rozpisywać się także na temat kultury japońskiej, bo nie czuję się znawcą tematu, a to, co dowiedziałam się z książki to ciekawostki, na temat których mogę podyskutować w towarzystwie. I tak na przykład czy wiedzieliście, że Japończycy bardzo dbają o linię? Że określenie metabo jest dla nich tym, czym zawał dla otyłego Europejczyka. Postrachem i przerażeniem. I aby uniknąć bycia metabo narzucili sobie normy rozmiarowe, których za nic nie wolno im przekroczyć. Mierzą brzuchy i likwidują nadmiary. Jeśli już o zdrowiu mowa to Japończycy rzadko chodzą do dentysty i nie uprawiają sportów. Do tego przesiadują na tatami w kucki i jakoś dobrze się mają. Skąd to się bierze? Czemu w takim razie nam kładzie się do głów – ruszaj się, ćwicz, poprawiaj krążenie, bo jak nie to …. . Nie jedz zupek chińskich bo mają glutaminian, który jest rakotwórczy. Nie przesiaduj przed telewizorem, nie rozmawiaj zbyt długo przez telefon komórkowy, nie przepracowuj się. Temu wszystkiemu zaprzeczają Japończycy. Żyją, dobrze się czują i nie chorują, a nie stosują się do poleceń naszych babć. Z książki Rafała Tomańskiego dowiecie się także czemu Japończycy mają skośne oczy, w co uwielbiają grać i czemu wydaje się nam, że nie poddają się modzie. Tomański pomoże także odnaleźć się na ulicach Japońskich miast. Odmitologizuje przekonanie, że język japoński jest trudny. Z hasłem Rafała Tomańskiego - język to nie bariera pojedźmy do Japonii! Sprawdźcie sami?

jedna z tabliczek zawieszanych w tokijskiej świątyni w dzielnicy Ueno - wypisuje się na nich życzenia np: "Żeby rodzina była zdrowa, żeby przyjaciele byli szczęśliwi ... "


Japonka odczytuje wróżbę dla siebie w świątyni shinto

Maska na twarzy oznacza dbam o zdrowie innych

Wnętrze salonu pachinko - obsesja wielu Japończyków. Przy pachinko pracuje trzykrotnie więcej osób niż przy produkcji stali, a bary pachinko stanowią 40% wszystkich lokali rozrywkowych. Korzysta z nich co 6-7 Japończyk. To gra podobna do bilarda.



A fragment o czytelnictwie, który mnie poruszył i sprawił, że dla ujrzenia zatłoczonych księgarni japońskich poświęciłabym się i wsiadła do zatłoczonego metro, narażając się na niewybredne uwagi starszych panów.

Japończycy czytają na potęgę. Japonia znajduje się w ścisłej czołówce światowej po względem egzemplarzy przypadających na 1000 mieszkańców. (…) Księgarnię można znaleźć bez trudu.

Gorzej już z ich odczytaniem – a czemu? Na to pytanie także odpowie Tatami kontra krzesła. Podobnie jak i rozwiąże wątpliwości w kwestii mikroskopijnych mieszkań, śmierci z przepracowania, czy wierności Japończyków. A zastanawialiście się kiedyś dlaczego częstym obrazkiem, jaki oglądamy w telewizji jest Japończyk z maseczką na twarzy? Jeśli tak i jeśli jeszcze tego nie wiecie, koniecznie zajrzyjcie do książki, tam autor obszernie wyjaśnia i tę kwestię. A także czy pałeczki to pałeczki, i czy sushi jest japońskie? Kto kupuje zużyte damskie majtki i co to są kapsuły?
Jeśli już o majtkach mowa, to wbrew temu, co mogłoby się wydawać i czego obawia się Joanna Bator nie jest to jedyna i najważniejsza informacja, jaką zapamiętałam z książki Rafała Tomańskiego. Jest natomiast dokładnie tak:

Z automatami z używanymi majtkami jest tak jak z czarnym kotem w ciemnym pokoju. Wszyscy o nich słyszeli, nikt nie widział.



Klaustrofobiczne przestrzenie i kable wiszące nad głowami na ulicach w Tokio - tu dzielnica Ueno.


Może to rodzaj fetyszyzmu w tym zabieganym społeczeństwie? Czy też mit, którego dowodów próżno szukać? Nawet autor Tatami kontra krzesła daremnie poszukuje automatu. A może w kraju, w którym panuje roricon, czyli kompleks Lolity, a wychodzące spod damskiej spódniczki majtki są czymś fajnym (czy też, jak to określa autor fajniusim) automaty z bielizną (do tego używaną) są jak automat z gazowanym napojem w Europie – czasem dziwią, ale częściej denerwują? I te kwestie, zakrawające czasem o pedofilię Rafał Tomański przedstawia w swojej książce dość obszernie
Czy Japonia nas lubi i czy pragnie otwarcia na inne kultury, a może już się poddała zalewowi zachodu? Na to wszystko jest odpowiedź w książce Rafała Tomańskiego Tatami kontra krzesła. Ta mała niepozorna książeczka ma w sobie taki ładunek informacji, że trzeba uważać aby nie zachłysnąć się od ich nadmiaru. Dawno nie czytałam z takim zapałem książki, która jest właściwie spisem najróżniejszych informacji o konkretnym narodzie. Która – choć komuś może wydać się tendencyjna i przesadzona jest na pewno źródłem wielu pożytecznych wiadomości. Taka k a p s u ł (k) a (jeśli już mówimy o Japonii). Pigułka wiedzy o dalekiej, a jednak bliskiej kulturze. Współczesnej kulturze.
Jak bardzo przez powielanie stereotypów można uprzedzić się do jakiegoś narodu, przekonał się pewnie każdy. Dlatego lektury konfrontujące obraz prawdziwy z naszym przekonaniem są koniecznością. A im więcej tych lektur, tym więcej informacji, które w przyszłości być może ułożą się w konkretny, prawdziwy obraz. Być może też dla niektórych będą przyczynkiem do podróży, rozpoczną jakąś pasję. A tym, którym nie dane będzie wyjechać poszerzą choćby trochę światopogląd skrzywiony często przez bezpodstawne uprzedzenia.



cytat pochodzi z felietonu Joanny Bator Brak seksu w wielkim mieście (Bluszcz marzec 2011)
cytat i zdjęcia: Rafał Tomański, Tatami kontra krzesła.




Tworzymy wywiad:
Nurtują cię pytania po lekturze Tatami … ? A może jeszcze jej nie czytałeś i zastanawiasz się, czy to lektura dla ciebie? Masz kilka pytań do jej autora? Teraz masz szansę, jedyną w swoim rodzaju je zadać. Zadając swoje pytanie Rafałowi Tomańskiemu tworzysz wywiad! Zapraszam do współtworzenia wywiadu z autorem Tatami kontra krzesła na blogu u Engi TU

Historia jednej fotografii i bolesna prawda Złote żniwa Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross


Łatwo jest się obrażać kiedy ktoś wskazuje na nas palcem, a jeszcze lepiej to wychodzi kiedy przy tym, do palca wymierzonego w nas dołącza bolesną prawdę.
Nie pojmuję słów sprzeciwu. Czemu mielibyśmy uznać Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej - Gross za kłamstwo? Jeśli potrafili oni dowieść prawdy, znaleźć rozmówców, którzy potwierdzą zdobytą wiedzę to czemu mielibyśmy choć trochę wątpić w ich treść?
Jestem za tym aby ktoś odważył się napisać esej na miarę Grossa, który zaprzeczy jego słowom. Niech Ci, którzy się oburzają odnajdą źródła prawdy zaprzeczającej tej, która znalazła się w książce Grossa. Owszem, nie trudno jest uwierzyć, że nie wszyscy Polacy brali udział w grabieżach i mordach Żydów po Zagładzie. Nie można przecież uogólniać i nikt nie ma takiego zamiaru. Ale są przeciwnicy tej teorii.

Gross nie pomija faktu, że na wojnie skorzystali głownie Niemcy, że to oni bogacili się na krzywdzie innych, a pozostałe narody, w tym Polska, korzystały pośrednio (ponosząc przy tym także straty). Trzecia faza Zagłady pokazuje jednak inny obraz wsi polskiej. Wtedy gdy Niemcy wycofywali się z ziem polskich, ciągle jeszcze po drodze grabiąc i wykorzystując swoje siły zginęło ich nieporównywalnie mniej z rąk Polaków (broniących się ) niż Żydów szukających, jak cała reszta ludzi schronienia i pomocy.

Straty niemieckie na terenie okupowanej Polski do lata 1944 r. nie przekroczyły 3 tys. Jakie są zatem implikacje liczb przytoczonych przez Grossów? Ni mniej, ni więcej takie, że byliśmy, a przynajmniej chłopska część naszego społeczeństwa, nie po tej stronie, po której nam się wydawało, że byliśmy, skoro zabiliśmy więcej Żydów niż Niemców.

Impulsem do napisania Złotych żniw stała się fotografia, której interpretacja może zależeć od stopnia emocjonalnego zaangażowania, siły obiektywizmu. Trzeba też długo patrzeć nań, aby dojrzeć to, co nas interesuje najbardziej, aby dojrzeć złożoność wszystkich jej elementów. Wiadomym jest, że zdjęcie to - dziś już nienajlepszej jakości - stare, wypłowiałe, zżarte przez ząb czasu ukryło świetnie sedno. Ale wprawne oko dojrzy nie tylko polską wieś, słoneczny dzień, chłopów o zatrwożonych twarzach (a może dumnych?) i pilnujących ich (a może towarzyszących im?) milicjantów. Dopiero po głębszej analizie dojrzymy na pierwszym planie nie plony zrodzone przez ziemię, a kości ziemi wydarte, wykopane. I trudno tu porównywać świętość, jaką są kości zmarłych do plonów, ale już zagrabione z nich złoto i inne kosztowności plonami można nazwać.


źródło: Gazeta Wyborcza


Gross zdążył już przyzwyczaić nas do szokowania i zachwycić dążeniem do odkrywania prawdy nie zawsze wygodnej, także dla niego jako Polaka. Jednak, jak mówi Barbara Endelking – Boni to szokowanie Grossa służy koniec końców pogodzeniu. Burza, którą wywołuje każdy kolejny tytuł jego publikacji po chwili uspakaja się i prowadzi do pogodzenia z prawdą, nie zawsze wygodną i owszem ale ludzką.

To proces, który się toczy (…). Pojawia się jakiś fakt w przestrzeni publicznej, który jakoś trzeba zasymilować i pogodzić z naszym wyobrażeniem o nas samych. I to jest trudne. Może to w pierwszej chwili budzić opór. Ale ten proces ma swoją dynamikę. Pomału uczymy się to nasze poczucie tożsamości konstruować.
Jan Tomasz Gross pisze to jako polski historyk. To, co robi, dobrze służy rozmowom Polaków. Do tej pory wszystkie jego książki przysłużyły się i mam nadzieję, że ta też się przysłuży temu, że zaczniemy poważnie rozmawiać (…).Zresztą to już się dzieje.

Tym tekstem nie chcę nikogo ani obrażać ani tym bardziej oceniać. Nie mi oceniać wojnę i zachowania z nią związane. Nikt nie powinien osądzać innych w obliczu śmierci, strachu, głodu i kuli. Z drugiej strony nie tylko wojna przyczynia się do nieludzkich odruchów. Jednak nie powinna być ona ich wytłumaczeniem, ani winną zachowań nieprzystających człowiekowi. Czy dziś, kiedy zdarzają się kradzieże osób poszkodowanych w wypadkach nie mamy do czynienia z tym samym zachowaniem? Nawet Marcin Zaremba w swoim artykule dotyczącym Złotych żniw podaje przykład braku człowieczeństwa w obliczu biedy i śmierci:

28 września 1946 r., czyli w tym samym czasie, gdy chłopscy "kopacze" ryli na polach Treblinki, doszło do katastrofy kolejowej na stacji Łódź-Kaliska. Zginęło 21 osób, a ponad 40 zostało rannych. Zgromadzeni na peronie podróżni gremialnie ruszyli w kierunku poszkodowanych. Nie po to, żeby im pomagać. Rzucili się ich okradać. Źródła nie mówią nic o pochodzeniu etnicznym ofiar katastrofy.

Oczywiście pomijamy tu element mordu, ale chęć wzbogacenia się jest taka sama. Może powie ktoś, że nie na taką skalę, że w takich wypadkach nikt nie odkopuje zwłok w celu grabieży (doprawdy – czy hieny cmentarne wyginęły wraz z końcem wojny?) ale czyż mimo wszystko to nie to samo? Czy kradzież nie jest kradzieżą zawsze. Czy może zmienia się jej kaliber w zależności od stopnia rozkładu zwłok?
To głód dyktował zachowanie Polaków, strach powodował, że nie myśleli. Strach przed śmiercią głodową i śmiercią bliskich, rozstrzelaniem. Zwracając szczególną uwagę na środowisko, w którym wydarzyły się grabieże i morderstwa Żydów, musimy wziąć pod uwagę - pomijając biedę - także i poziom kultury wsi polskiej. Trzeba pamiętać, że działo się to wszystko tuż po wojnie, kiedy wieś polska nie miała dostępu do miasta, nie miała też pomocy ze strony władz, była zdana na siebie. To byli bardzo prości ludzie, którym nie znane było poczucie przyzwoitości, dla których wiara (i ten problem porusza Gross w Złotych żniwach) i Chrystus były ikoną, kawałkiem drewna, przystrojonym w śpiewne żale ale na tym kończyło się poczucie wiary. Marcin Zaremba powołując się na Antropologię kultury wsi polskiej Ludwika Stommy przywołuje takie słowa:

katolicyzm przedwojennej społeczności wiejskiej był zrytualizowany, płytki, na pograniczu pogaństwa. Zaczynał się i kończył na progu kościoła.

Tamci ludzie wtedy nie myśleli o daleko idących konsekwencjach. Myśleli o przeżyciu, wzbogaceniu się. Być może nie myśleli nawet w kategoriach Żyd – nie Żyd, tylko człowiek, złoto (choć antysemityzm Polaków to już inna historia - bohater książki Joanny Wiszniewicz A jednak czasem miewam sny mówi wręcz jakoby Żydzi obawiali się Polaków). Pewnie nie pisze się i nie mówi o tym (podejrzewam, że to też być może znana dla historyków prawda) ilu Polaków zabiło innych … Polaków, ilu Żydów mordowało własnych braci. Cóż, uważamy się za istoty wyższe, a jesteśmy tylko ludźmi i tylko zwykłe odruchy, mające na celu przeżycie nami kierują, szczególnie w obliczu śmierci.
Złote żniwa burzą emocje – z jednej strony przychodzi chęć krytyki Polaków, ich okropnych zachowań, z drugiej strony natychmiast uświadamia się groźbę tamtych chwil i tłumaczy niektóre zachowania. Do tego dochodzi swego rodzaju kiełkujący gdzieś niedosyt, żal do autora, że jednak podchodzi trochę stronniczo do tematu pomijając inne narody, które także, podobnie jak Polacy zapomniały o odruchach człowieczeństwa nie zostały wspomniane tak obszernie, a tylko napomknięte. Jednak chwilę później uprzytomniamy sobie, że jeden esej nie pomieści wszystkiego, i przecież nikt nie chciał źle, tym bardziej, że autor sam jest Polakiem. Myślę, że moglibyśmy czuć się urażeni, gdyby to autor innej narodowości napisał te przykre słowa, wtedy moglibyśmy podejrzewać spisek, zakłamanie, koloryzowanie. W innym przypadku możemy być tylko wdzięczni za możliwość poznania prawdy. Tak więc nie oceniajmy, bo nie wiemy, kiedy nam przyjdzie znaleźć się w takiej sytuacji. To oklepane słowa powie ktoś, ale one są zawsze w takiej sytuacji odpowiednie, nigdy się nie dezaktualizują.
Czytając Złote żniwa ani razu nie poczułam się urażona. Przynajmniej słowami Grossa. Jeśli coś mnie raziło to właśnie zachowanie niektórych (dodaje niektórych) Polaków, którego nie tłumaczyła zaglądająca za próg śmierć. Bo choć ukrywanie Żydów było karane śmiercią ze strony okupanta, to odmowa już nie. Wystarczyło zatrzasnąć drzwi, jeśli ktoś bał się konsekwencji (co zrozumiałe) ale nie trzeba było zaraz mordować. Wystarczyło, jeśli już ktoś się decydował na pomoc i ukrywanie Żydów, żądać tylu pieniędzy, ile konieczne było do ich utrzymania – co także byłoby zrozumiałe dla wszystkich. Ale nie trzeba było okradać ich z odzieży, z ostatnich pieniędzy, odkładanych na czarną godzinę, i karać śmiercią za to, że dostało się niewystarczająco wiele.
Oburzenie większości po lekturze (a nawet jeszcze przed) tej książki wynika być może z tego, że jesteśmy narodem przyzwyczajonym do bycia prześladowanym i poszkodowanym, że to nas się żałuje. Nie przychodzi nam do głowy, że można było z naszej strony - ze strony Polaków - także zaznać krzywdy. Owszem, krzywdy często podyktowanej tym wszystkim, o czym pisałam wyżej, ale to nie tłumaczy pewnych zachowań. Nie rozgrzesza udziału pewnych osób (choć i tu nie można kategoryzować – biedny czy bogaty, głupi czy mądry nit nie miał pozwolenia na zabijanie) w grabieżach prześladowanych Żydów – bo i dwór, warstwę ziemiańską i kościół wskazuje Gross (przy czym należy pamiętać, iż mordy te nie zawsze były dokonywane bezpośrednio przez Polaków, często wskazywali oni kryjówki Żydów lub doprowadzali ich skutych, związanych do siedzib milicji czy Niemców). Powołując się na cytat z książki, przybliżę być może grozę całej sytuacji, brak reguł przy jednoczesnym braku oparcia ze strony władz i pilnujących porządku, który podaje również współczesny przykład zepsucia człowieczeństwa:

Ustaliliśmy już, że podczas wojny granatowi policjanci brali udział w grabieży i mordowaniu Żydów. Skądinąd wiadomo, że po wojnie personel Milicji Obywatelskie też napadał na Żydów.

Ta dyskusja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. To Grossowie ją nawiązali, uchylając często zamknięte okna (w niektórych rodzinach oprawców, których potomkowie znają przeszłość to jest temat tabu, niektóre z tych osób do dziś, na dnie szafy przechowują zrabowane Żydom rzeczy) wpuścili oni ducha prawdy, który być może zagości w przemyśleniach naszego narodu. Bo choć oczywiście Zagładę rozpętali Niemcy, i oni są jej winni, to nie można nie przyznać, że poza Niemcami były jeszcze inne kraje, które przykładały rękę do śmierci i krzywd innych. Nie można zrzucać winy na wojnę, bo to trochę tak jakbyśmy chcieli uchronić się od odpowiedzialności. Znaleźć winnego, który nie jest w stanie odpowiadać za swoje czyny. Wojna i to, co było po niej sama się nie stała i choć rządziła się swoimi prawami (często bezprawiem) to nie można stawać za nią i czuć się chronionym. Bo jak pisze sam autor Złotych żniw

Anonimowość Zagłady to z perspektywy czasu chyba najbardziej frustrujący aspekt całego zjawiska.

Ciężko jest znaleźć słowa na nazwanie takich czynów, bo morderstwo to chyba zbyt mało, grabież z kolei nie może odnosić się do okradania grobów i bezczeszczenia zwłok, czy tym bardziej do mordu prześladowanych w celu wzbogacenia się ich kosztem. Książka Jana Grossa nie pragnie chyba wyjaśnić tego zjawiska, ani tym bardziej znaleźć odpowiedniego określenia na nie. Oddaje ona prawdy, których każdy myślący człowiek może się domyślać, negować je i ganić. Ale nie może oceniać, bo dopóki sam nie zajdzie się w takiej sytuacji dopóty nie będzie wiedział ile życia ona kosztuje.
Ta niepozorna książka jest pełna faktów, które każdy z nas powinien poznać, a co z nimi zrobi to każdego indywidualna sprawa, jednak nikt nie może pozostawać w przekonaniu, że jesteśmy niewinni, bo oto wydarzyła się okazja i bez specjalnych oporów starano się ją wykorzystać.



Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak




cytaty pochodzą z książki Złote żniwa oraz Gazety Wyborczej
http://wyborcza.pl/1,111789,8951226,Biedni_Polacy_na_zniwach___Recenzja__Zlotych_Zniw_.html, http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,9071715,Przed_premiera__Zlotych_zniw____Zyd__ktory_pojawial.html, fotografia będąca inspiracją dla Jana Grossa z Gazety Wyborczej http://wyborcza.pl/1,111789,8951226,Biedni_Polacy_na_zniwach___Recenzja__Zlotych_Zniw_.html