Królowa deszczu Katherine Scholes

O Afryce, a tym bardziej Rwandzie napisano już wiele. Czytelnik miał okazje, jeśli tylko chciał zapoznać się z licznymi reportażami, bo o konfliktach międzyplemiennych w Rwandzie napisano wiele. Z tych relacji mieliśmy okazję ujrzeć Afrykę oczami nie tylko reportera ale i walczących. Prawdę o wydarzeniach, jakie miały miejsce na tych pięknych afrykańskich ziemiach. Jednak były to, pomimo, że jak najbardziej prawdziwe opowieści pokrzywdzonych bezpośrednio w masakrach, świadków wydarzeń, którzy do dnia dzisiejszego widzą pewnie tamte sceny w snach. W książce Katherine Scholes Królowa Deszczu możemy ujrzeć Afrykę oczami dwóch Australijek, z których jedna swoje dzieciństwo spędziła na misji w okolicach Rwandy, a druga połowę życia poświęciła Afrykańczykom.
Kate Carrington poznajemy kiedy ma kilkanaście lat i bagaż przeżyć, jakich nie pozazdrościłby jej niejeden dorosły. Jest rok 1974 i Kate stoi nad grobem swoich rodziców - Sary i Michaela, lekarzy misjonarzy, którzy w bestialski sposób zostali zamordowani przez walczących po jednej ze stron rwandyjskiego konfliktu.  Dotychczasowe beztroskie życie małej Kate, na misji z rodzicami – radosne bieganie po zielonych polach, przyjaźnie z opiekunkami i dziećmi tubylców urywają się w okrutny dla dziewczynki sposób.
Szybko jednak książka przeskakuje o szesnaście lat, aby przenieść się do świata dorosłej Kate, mgliście pamiętającej wydarzenia z tamtych lat. Kate jest samodzielną kobietą, spełniającą się zawodowo, nie gdzie indziej jak w medycynie. Co prawda Kate widziałaby siebie w zupełnie innych zawodach, jednak złożona w młodości obietnica i pamięć o rodzicach nie pozwoliły dziewczynie wybrać innej drogi. Ta określona ścieżka nie pozwala zapomnieć o smutnej przeszłości. Odcięcie się od niej, zmiana stylu życia, konkretna dziedzina medycyny wybrana przez Kate, odmienna od tej, jaką wybrali jej nieżyjący rodzice mają ułatwić młodej kobiecie zatarcie niechcianej przeszłości. Jednak życie decyduje za nią wybierając inną drogę.
Pewnego dnia młoda kobieta poznaje swoją sąsiadkę – Jane - z którą nawiązuje nić przyjaźni. I choć Jane bywa męcząca ze swoją bezpośredniością, wścibstwem i nadgorliwością to jednak Kate nie potrafi przerwać łączącej je znajomości. Podskórnie czując, że coś ją łączy z tajemniczą, starszą sąsiadką utrzymuje kontakty, pomimo zdarzających się męczących (i niepokojących) chwil. Pewnego dnia Jane trafia do szpitala. Okazuje się, że odezwała się ciężka choroba kobiety, którą skrzętnie ukrywała przez tyle czasu. Podobnie podczas pobytu w szpitalu wychodzi na jaw prawda o Jane, która potwierdza niejasne uczucia Kate. Jane okazuje się być ogniwem łączącym Kate z Afryką, z misją w Langalii, miejscem, o którym młoda kobieta chciałaby zapomnieć. Jane to matka chrzestna Kate – Annah Mason. Kobieta, którą przez wiele lat obarczano winą, za śmierć młodych lekarzy na misji. Kobieta, która była ostatnią osobą, jaką Kate chciała poznać. To, że Annah staje na progu śmierci skłania ją do zwierzeń, które mogą odmienić losy Kate.  Umierająca kobieta przywraca swojej młodej sąsiadce pamięć o dawno zapomnianym życiu, jednocześnie zrzucając  z siebie winę, którą przez lata jej przypisywano. Wielogodzinna opowieść o misjach w Afryce, o wyborach, kłótniach i przyjaźniach rozjaśnia Kate przeszłość, która z racji jej młodziutkiego wówczas wieku była dla niej niejasna i niewarta wspomnień. A dzięki powrotowi do kraju dzieciństwa kobietom udaje się pogodzić z przeszłością, a Kate poznać prawdziwą historię o swoich bohaterskich rodzicach i matce chrzestnej. Krwawa śmierć Sary i Michaela z rąk okrutnych oprawców jawi się jako bohaterski czyn ratujący życie setkom kobiet i dzieci. Słowa przez lata przekręcane przez zbyt wielu opowiadających w końcu stają się jasne dla Kate, a bolesna przeszłość zrozumiała.
Choć słowa powracające jak bumerang, wypowiadane przez Annah są bolesne to stają się ciekawą historią życia umierającej kobiety. Przedstawiają ją jako bohaterkę, która cały czas stała w cieniu rodziców Kate. Annah Mason samodzielnie prowadząca misję, po tym, jak została odrzucona przez Michaela radziła sobie świetnie. Choć koszt  jaki poniosła pozostawił w niej trwały ślad. Pomimo trudności udało się jej zdobyć zaufanie mieszkańców Afryki, z powodzeniem leczyć chore dzieci i umierających ludzi. Stosując metody nie tylko nabyte na studiach i podczas praktyki lekarskiej Annah stała się swego rodzaju szamanką o białej skórze. 
Czytając tę część książki, która stanowi opowieść Annah podziwiałam tę kobietę za wytrwałość i upór. Dziwiłam się, że wystarcza jej sił aby pokonywać tygodniami ciężką drogę, od wioski do wioski, żyjąc w strachu o własne życie, bez wody, czystego łóżka i jedzenia. Skąd w tej kobiecie było tyle sił – nie wiem!? Być może miłość, którą Annah spotkała na swojej drodze dodała jej skrzydeł? Być może była to też jednak odziedziczona w genach, które skierowały młodą Annah do Afryki, miłość do potrzebujących pomocy, chęć jej niesienia tym, którzy bez niej nie przetrwają? Nie mam pojęcia. Wiem jedno, że swoją szczerą opowieścią Annah pogodziła się z losem i pomogła uczynić to samo Kate. Ich wspólny powrót do miejsca, w którym pozostawiły kiedyś serca odświeżył dawno utraconą radość z życia.
Królowa Deszczu to burzliwa opowieść o radości z życia. Radości, którą daje dzielenie się. Ta książka jest tak pełna emocji i bogata w wydarzenia, że nie sposób się od niej oderwać. I choć to wymyślona historia, napisana dość prostym, aczkolwiek obrazowym językiem to jednak ciągle opowieść o dzielnych kobietach, które przetrwały niejedno, aby nieść miłość i ukojenie. Przygody Annah były jak opowieść odważnego wojownika, któremu nie straszny lew. Który tak ukochał czerwoną ziemię Afryki, że gotowy był oddać za nią życie, żegnając się z nim przy tym z radością i spełnieniem.  Z pełną odpowiedzialnością mogę polecić tym, którzy lubią przygody, jak i lubiącym historie pełne wzruszeń. Polecam!

a w sZAFie jesień!!




W sZAFie lato straciło swoją przydatność do spożycia i przeżycia. Po co nam lato. Kulturalnie niedołężne, artystycznie niedorozwinięte, ociężałe. Mamy przecież jaskrawo-pastelową jesień, a na półkuli południowej w tym samym czasie zaczyna się wiosna. Tej jesieni poukładamy na półkach, niektóre z nich podniesiemy, niektórym wieszakom nadamy wyższe rangi. Już w listopadzie (18, 19) obejmujemy patronatem bardzo ważne wydarzenie literackie - I Festiwal im. Wandy Karczewskiej. Miejsce zdarzenia – Kalisz, miasto Asnyka, Konopnickiej, Dąbrowskiej, Tarasina, miasto wyraźne, o ukształtowanym charakterze, silnie przejawiające się artystycznie i kulturowo. Zastępy redaktorskie sZAFy będą tam obecne. Bez zamieszania i wtórnych szumów zamierzamy zapaść się w knowaniach nad dalszymi koncepcjami rozwoju Kwartalnika. Może uda nam się też, choćby na chwilę zakrzywić czasoprzestrzeń. Lub może to ona zakrzywi nas. Będziemy się najwyżej tłumaczyć.
Rafał Wierzbicki
 
Zachęcam do lektury jesiennej Szafy!!!

 
 

WYNIKI!!!Finkler na użytek Treslove'a - Kwestia Finklera autorstwa Howarda Jacobsona. KONKURS I 3 EGZEMPLARZE DO WYGRANIA OD WYDAWNICTWA ŚWIAT KSIĄŻKI!!!!!!!!


Podobno Howard Jacobson jeszcze do niedawna nazywał nagrodę Bookera „absolutnie wstrętną”, pogardzając nią. Jednocześnie narzekał na fakt, że przyjdzie jemu umrzeć, jako ten pisarz, który nie dostał Bookera. Przyznanie w 2010 roku nagrody, za powieść Kwestia Finklera (The Finkler Question) skomentował takimi słowami: Mam dość bycia opisywanym jako ten „niedoceniony Howard Jacobson”, więc myśl, że panel nagrody Bookera na zawsze mnie od tego uwolnił, jest wspaniała. Długo na to czekałem. Było w tym też sporo goryczy, ale teraz już minęła. Odkrywano mnie przez blisko 30 lat, ale najważniejsze, że zostałem w końcu odkryty. Czy to nie hipokryzja? … Nieważne! Ważne, że faktycznie przyznano nagrodę Jacobsonowi, albo może inaczej, ważne, że napisał Kwestię Finklera. Bo jakiejkolwiek nagrody by ona nie dostała, to pozostanie prześmiewczą książką lekko polityczną. 

Właściwie to nie wiem od czego zacząć, jest tyle - żeby nie powiedzieć kwestii - do poruszenia w kontekście tej powieści, że trudno wybrać najważniejszą. No bo czy tak od razu zaczynać, że dawno, ale to dawno nic mnie tak nie wciągnęło? Że takie książki uwielbiam, które porywają czytelnika, dostarczają humoru, trochę zadumy i do tego zmuszają do wewnętrznego dialogu? Czy od tego, że tak bardzo ucieszyłam się na wiadomość, iż Świat Książki wydał Kwestię Finklera. Czy to faktycznie powód do radości? Czy to szybko (niespełna rok po ogłoszeniu wygranej) czy jednak późno? Myślę, że to, jak przychodzi nam w Polsce czekać na tłumaczenia dobrych pozycji literatury zagranicznej to cięgle jeszcze długo. Zdając sobie jednak sprawę ile wymaga pracy taka książka (prawa autorskie, tłumaczenie, okładka itp.) to dobrze, że mamy zeszłorocznego Bookera nim wybiorą tegorocznego. Ba! Do tego tłumaczenie, jak dla mnie jest świetne (Grażyna Smosna)! Czytałam książkę po angielsku i choć wiem, że moja znajomość tego języka pozostawia wiele do życzenia, to przyznaję, że odebrałam ją jak powieść kilku autorów. Dość nierówny język, który raz mnie porywał innym razem powodował, że odkładałam książkę nie wpłynął dobrze na jej odbiór. Wielokrotne powroty do lektury nie zostawiły trwałego śladu w mojej pamięci. Tym razem było inaczej. Nawet powiedziałabym, że skrajnie odmiennie, bo nie mogłam wprost oderwać się od lektury. Dziwnie zaskoczona, jakbym czytała inną powieść. Niby ta sama treść, temat ten sam, niby wiem, że to ciągle Jacobson, a jednak jakaż przyjemność z czytania.

Powinien był to przewidzieć.
Jego życie stanowiło przecież pasmo nieszczęść. Powinien więc być przygotowany i na to.
Miał dar widzenia przyszłych zdarzeń. I nie chodzi tu o mroczne wizje przed zaśnięciem i po obudzeniu, lecz rzeczywiste zagrożenia na wyciągnięcie ręki, w świetle dnia. Latarnie i drzewa wyrastały jak spod ziemi, tłukąc mu golenie. Kierowcy w rozpędzonych samochodach tracili nad nimi kontrolę i zajeżdżali mu drogę, zmieniając go w stertę poszarpanej tkanki i pogruchotanych kości. (…)
Najgorsze w tym wszystkim były kobiety.

Kwestia Finklera to powieść złożona z trzech życiorysów, z których każdy spokojnie mógłby zapewnić temat na osobną historię. Poznajemy Treslove’a – malkontenta i nieudacznika życiowego, który żyje w swojej chorej wyobraźni. Tworzy w niej każdy kolejny dzień, widząc siebie w niezwykle tragicznych sytuacjach – a to rozjechanego przez samochody, a to trzymającego umierająca ukochaną w swoich ramionach. Najważniejsze aby było zawsze źle i dramatycznie. Jakby śmierć i cierpienie były dla Juliana Treslove’a motorem działania. Treslove to też ojciec dwóch synów, do wychowania których nie przyłożył ręki. Wyśmiewany przez swoje byłe towarzyszki, matki swoich dzieci cały czas nie potrafi ułożyć sobie życia z kobietą. No ale czego można oczekiwać od człowieka, który zdaje się na opnie wróżki, a związki z kobietami traktuje raczej przygodnie? Mężczyzna ma cały czas w pamięci wróżbę, która zakładała jego szczęście u boku tajemniczej kobiety, o jeszcze bardziej tajemniczym, nic niemówiącym Julianowi imieniu. Od tamtej pory Treslove zdaje się poszukiwać tajemniczej nieznajomej. Nawet kiedy zostaje napadnięty i okradziony przypisuje to zdarzenie owej tajemniczej kobiecie. Widać, że ten napad musiał wywrzeć na Julianie mocne wrażenie, bo wspomina o nim każdego dnia, kreśląc najróżniejsze scenariusze i powody napaści, w każdej kobiecie upatrując potencjalną złodziejkę. Treslove ma dwóch przyjaciół – Libora Sevcika oraz Samuela Finklera. Obydwaj są wdowcami i Żydami. Julian Treslove zdaje się zazdrościć mężczyznom zarówno ich żałoby jak i pochodzenia, które na własny użytek nazywa finkleryzmem, uznając Samulea Finklera za kwintesencję Żyda. Odnosi się wrażenie, że Treslove spotyka się z przyjaciółmi tylko po to, aby móc czerpać od nich żal po utracie żon, ich smutek i samotność, które tak bardzo chciałby poczuć. Sam często wyobrażający sobie umierającą na jego kolanach kobietę, pragnie przeżyć takie nieszczęście uważając, że tylko ono jest w stanie zbliżyć go do kolegów i zdobyć w ich oczach uznanie. No bo jeśli nie urodził się Żydem, to chociaż przyłączy się do ich „klubu wdowców”.
Libor to czeski Żyd, były wykładowca, zresztą dawniej nauczyciel Finklera i Treslove’a. Ten dziewięćdziesięcioletni dziś staruszek, kiedyś znaczący dziennikarz filmowy, podejrzewany o romanse z takimi gwiazdami jak Marylin Monroe, czy Greta Garbo osamotniony po śmierci żony Malkie nie potrafi odnaleźć się w codziennym świecie. Ciągle zasiada do pianina, na którym grywała jego ukochana, układając każdy swój dzień tak, jakby miał go spędzić ze zmarłą żoną, tak jakby ona nigdy nie odeszła.
Samuel Finkler, młody wdowiec, który nigdy nie stronił od kobiet, w czym, jak chyba sądził pomagał jemu fakt bycia sławnym pisarzem poczytnych (aczkolwiek można przyznać komercyjnych) poradników, jakby mniej załamany po śmierci żony jest dość oschłym i chłodnym w obyciu mężczyzną. Dla Samuela liczy się tylko jego własna filozofia i osobiste zdanie na każdy temat.
Od tych dwóch mężczyzn Treslove chciałaby czerpać wiedzę na temat tego, jak zostać Żydem, jak postępować i według jakich zasad działać, jednak trafił nie na te osoby. Zarówno Libor jak i Finkler nie do końca zgadzają się ze swoim pochodzeniem, albo wstydząc się albo nie zważając na nie uwagi. To czego pragnie Treslove, goj z krwi i kości, zawstydza niekiedy jego przyjaciół.
Dopiero nowo poznana kobieta daje szanse Julianowi na finkleryzm. Finklerka z krwi i kości staje się obiektem jego uczuć. Tylko nie wiadomo za co Treslove darzy tak wielkim uczuciem Hephzibah? Czy za jej osobowość i charakter, czy za finklerowskie pochodzenie? Jak daleko może dotrzeć związek oparty na zachwycie, nie tyle samą osobą ile jej pochodzeniem? Jak długo kobieta może wytrzymać z niezadowolonym z własnego życia mężczyzną, który szczęścia upatruje tylko w zmianie własnej przeszłości i pochodzenia? A związek z nią traktuje jako szanse na stanie się kimś innym, jakby ten fakt miał spowodować, że „zarazi się” od niej pochodzeniem. Tak naprawdę myślę, że Treslove to ukryty antysemita, że tak bardzo nie znosił swoich przyjaciół, za ich pochodzenie (a co za tym idzie za przeszłość, mądrość i zapatrzenie w siebie tak często zarzucane Żydom) że wniknął w to finklerowskie środowisko, które stworzył na własny użytek z niewiadomego pochodzenia pobudek.
W tle przyjaźni i „narodzin” Treslove’a Jacobson wplątuje kwestie polityczne. Znaczące w Wielkiej Brytanii stanowisko do Żydów, szerzący się antysemityzm (liczne dowody nienawiści Brytyjczyków w stosunku do Żydów) i krytykę polityki palestyńsko-izarelskiej. Jednak wplątuje je w tak delikatny sposób, że nie kolidują one z treścią książki, właściwie stanowiąc dodatek do niej, bez którego straciłaby ona sens i – posługując się językiem Treslove’a - finklerowskie znaczenie.
Połączenie wiecznej trwogi Treslove’a z jego obsesyjną chęcią stania się jednym z finklerów rodzi pytanie – kim był Julian Treslove? Kim się czuł? Sadząc po jego postępowaniu – wspomnianym niezadowoleniu, braku zorganizowania i wpisanym w to tragizmie można powiedzieć, że Treslove sam nie wiedział kim jest. A co gorsze, nawet nie wiem, kim chciał by być. Jego życie to wieczne poszukiwanie własnej tożsamości – od producenta muzycznego i radiowca, do sobowtóra osób wszelakich (?). I choć nie dziwi fakt, że chciał przypisać się do konkretnego narodu, przyswoić sobie konkretną, inną niż ta ,w której został wychowany religię to dziwić może, a nawet denerwuje brak jego skonkretyzowania i zapału w postępowaniu. Po tym, jak związuje się z Hep można odnieść wrażenie, że osiada na laurach i traci zapał do zmiany. Stawanie się kimś innym, wnikanie w finkleryzm zdaje się go nudzić.
Treslove chyba do końca nie będzie umiał się określić, i pewnie gdyby na jego drodze stanęli przedstawiciele innych narodowości, z którymi związała by go tak silna przyjaźń, jak z Liborem i Finklerem to chciałby stać się na powrót kimś innym. Zastanawia mnie fakt, czy dla Jacobsona Treslove był nieokreślonym przedstawicielem pokolenia? Kimś, kto pędzi za wszystkim, co oferuje świat, sam nie bardzo się w tym odnajdując. Jedną z miliona owiec w stadzie, które bezmyślnie idą przed siebie, wydeptując te same ścieżki? Czy jednak antysemitą, tak niepogodzonym z istnieniem narodu Żydowskiego, że aż chcącym się do nich przyłączyć? A może Treslove miał inne, gorsze plany, w stosunku do Żydów, tylko zabrakło jemu - jak to jemu - odwagi?  Nie mam pojęcia. W każdym razie ten niezdecydowany człowieczek budził we mnie najróżniejsze uczucia – od śmiechu z jego strachu i wiary w dziwne znaki, przez żal spowodowany niemożnością dostosowania się i polubienia samego siebie, do rosnącego zniecierpliwienia ciągłym brakiem jego konsekwencji. A jego postawa świadczyła o tym, że człowiek nie musi pozostać tym, kim się urodził, że jego przynależności narodowej nie determinuje miejsca zamieszkania, ani pochodzenie ale wiara w to czego się pragnie i co się robi.
Wiele pytań rodzi się po lekturze tej powieści i jeszcze pewnie nie raz pomyślę o tym, co dziś może robić Treslove, kim dziś chciałby zostać, albo kim też może już się stał. Czasem zaśmieję się z niego, czasem być może użalę się nad jego chwiejnym losem. W gruncie rzeczy żal mi było tego biednego strachliwego człowieczka, który nawet jeśli nienawidził Żydów, to nie wiadomo komu zrobił większą krzywdę starając się wniknąć w to finklerowskie środowisko.
Cieszę się zatem, że mogłam przeczytać tak dobre tłumaczenie książki Howarda Jacobsona i przepaść z nią na cały weekend, zastanawiając się przy okazji nad wieloma kwestiami, nie koniecznie finklerowskimi.  


Dla chętnych na książkę laureata nagrody Bookera Wydawnictwo Świat Książki ufundowało trzy egzemplarze Kwestii Finklera!!! Wystarczy odpowiedzieć na jedno konkursowe pytanie, odpowiedź wysłać na adres moja06@wp.pl. Konkurs trwa tydzień, czyli do piątku - 30 września 2011r. 

Pytanie konkursowe: Kim z pochodzenia był jeden z bohaterów książki Kwestia Finklera - Libor Sevcik? 

Dziękuję Wszystkim biorącym udział w konkursie! Odpowiedzią na zadane pytanie było: Libor Sevcik jest - i tu można była dowolnie pisać albo - Żydem, Czechem, albo czeskim Żydem - wszystkie odpowiedzi były traktowane jako prawidłowe.
Do konkursu zgłosiło się 15 osób, wszystkie dały pozytywną odpowiedź.
Poniżej zdjęcia z losowania i nicki lub nazwiska osób, które wygrały.






Zwycięzcom gratuluję!!!

cytat pochodzi z książki 
źródło info: Forbes.pl
zdjęcie okładki The Finkler Question: Amazon



Jak Świat Książki strzelił w 10?


Jak co roku przychodzi czas na radosne i jednocześnie niecierpliwe oczekiwanie na laureata The Man Booker Prize. Przyznaję, tak mam lekkiego bzika na punkcie wyróżnionych tą nagrodą książek, o czym już wielokrotnie wspominałam! Żałuję, że nie mam dostępu do wszystkich nominowanych, oraz tyle czasu i chęci by czytać je po angielsku, zanim zostaną wydane w Polsce (i o ile!?). Mój "bzik" nie jest w żadnym wypadku związany z jakąś wydumaną ambicją czytania nagrodzonych autorów. Nie mam takich ambicji, nie szukam laureatów nagród wszelakich na półkach w księgarniach. Booker to swego rodzaju sentyment, coś, co sobie założyłam dawno temu i trzymam się tego, choć widzę, że bzik mój ma się ku upadkowi. Nie zawsze nagrodzone książki są w moim guście, lubię je mieć, i oczywiście czytać (nawet jeśli miałabym ich nie przeczytać to też lubię je mieć, i strasznie żałuję, że nie mam wszystkich, począwszy od roku 1969). Przecież nawet jeśli którejś z nich nie przeczytałam do końca, to nie jedyna taka książka, jaką nabyłam i nie przeczytałam. Zróżnicowanie w gatunku wśród książek nominowanych i nagradzanych The Man Booker Prize jest tak wielkie, że nie sposób polubić wszystkich nagrodzonych, nie mówiąc już o nominowanych. W przeciągu ponad czterdziestu lat nagradzane tytuły tak bardzo się różniły, że można powiedzieć o nich raczej dla każdego coś miłego, niż wrzucić je do jednego worka dla jednego czytelnika. Ale czyż inne nagrody charakteryzują się tym, że nagradzane książki są monotematyczne, dotyczą jednego gatunku literackiego i zawsze trafią w gust jednego czytelnika? Nie, i właśnie na tym rzecz polega. 
Cudownie jest poznawać listy nominowanych, wśród których znajduje się (albo i nie) swoich ulubieńców, swoje typy, które bądź czytało się w danym roku, bądź też zna się ich autora z innych książek. Osobiście najbardziej lubię doszukiwać się powiązań, wspólnych punktów. Zastanawiać się nad tym, czym kierowało się jury przy wyborze nominacji.. Jakże smutno jest oglądać po kilku miesięcznej przerwie skrócona listę, tych szczęściarzy, którzy przechodzą do ścisłej czołówki i mogą być pewni, że to właśnie któreś z nich otrzyma bookerowskie wyróżnienie. Szczególnie smutno kiedy twój faworyt odpada. Nie chcę tu rozpisywać się o wszystkich czterdziestu latach, porównywać, bo po pierwsze nie jestem specjalistą w tym temacie, a i też mam pewne plany, co do jego rozwinięcia.
Dziś zajrzałam na krótką listę (shortlist) Man Booker Prize 2011, czyli listę tych, którzy będą walczyć w październiku o nagrodę. I jakież było moje zdziwienie, kiedy nie ujrzałam na niej mojego faworyta i ulubieńca, który znalazł się przecież wśród pierwszych nominowanych na longlist. Autora, który strasznie denerwuje mnie swoją opieszałością - Alana Hollinghursta (o nominowanej książce wspomniałam przy okazji mojej listy marzeń). 


Czyżby już za dużo Hollinghursta w bookerze? Czyżby jury przesyciło się tematem mniejszości seksualnych? Właśnie, jakaś ta tegoroczna lista w ogóle nie tematyczna. Strasznie zróżnicowana. A może to dobrze, bo każdy znajdzie na niej swojego faworyta? Dla mnie jednak, pomimo tego zróżnicowania mają one coś w sobie, coś, co łączy wszystkie książki na każdej liście nominowanych, coś, czego nie potrafię bliżej określić ...
Na ostatecznej liście, znaleźli się po drodze bijąc na głowę takich autorów jak: wspomniany Hollinghurst (w Polsce wydano, z tego, co mi wiadomo - jeśli ktoś wie więcej poproszę o namiary na to więcej – Linia piękna i Klub Koryncki) Sebastian Barry (po polsku znajdziemy: Tajny Dziennik), czy D.J. Taylor (w Polsce wydano jego biografię Orwella pt. Orwell 1903-1950) i jeszcze kilka nazwisk, które nie są znane raczej w polskich wydawnictwach, ale też debiutantów i nagradzanych. Moją uwagę zwróciły dwie książki – Alison Pick i Jane Rogers.




Historia zainspirowana przeszłością rodziny autorki. Opowieść o traumatycznych i burzliwych czasach okupacji hitlerowskiej. Tym razem z punktu widzenia czeskich Żydów. 
polecam link: http://www.amazon.co.uk/Far-Go-Alison-Pick/dp/0755379438/ref=sr_1_2?s=books&ie=UTF8&qid=1316447607&sr=1-2#reader_0755379438



Jessie Lamb jest zwykłą dziewczyną żyjącą w niezwykłych czasach.  Pełna odwagi i chęci do działania, nawet jeśli wymaga to aktu bohaterstwa. Czy Jessi uratuje walący się świat? Świat, który ogarnęło zło nieznanego pochodzenia? Jeśli ludzkość ma przetrwać, to zależy to tylko do Jessi.





 
W ścisłej czołówce możemy pocieszyć się już większą ilością tytułów, wydanych na polskim rynku wydawniczym. Nawet trafiła się jedna książka, która jest nominowana. Taki strzał w dziesiątkę wykonało Wydawnictwo Świat Książki wydając Przebiśniegi (Snowdrops) A.D. Millera. Pomimo, że ta sensacyjna powieść nie jest w moim guście, trzymam mocno kciuki, bo chyba rzadko udaje się tak trafić tłumaczom i wydawnictwom, aby nominowana do Booker Prize książka była już wcześniej wydana. Gdyby jeszcze udało się wygrać Millerowi!! 


















Oprócz  tego londyńskiego, młodego pisarza na krótkiej liscie znalazł się Julian Barnes, którego kilka tytułów również znajdziemy w polskich księgarniach oraz książka, która zwróciła moją szczególną uwagę, debiut literacki Carol Birch Jamrach’s Menagerie (Menażeria Jamrach). Zainteresowała mnie, bo to historia o tajemniczej podróży do miłości i przyjaźni. Zapowiada się się ciekawie. Polecam link: http://www.amazon.co.uk/Jamrachs-Menagerie-Carol-Birch/dp/184767657X/ref=sr_1_1?s=books&ie=UTF8&qid=1316447826&sr=1-1#reader_184767657X



A czy Wy macie swoich faworytów? Jakieś typy? Ulubieni autorzy? A może ktoś z Was czytał którąkolwiek z nominowanych książek i może coś polecić? 

Pozostałe nominowane tytuły: 








Przepraszam za złą jakoś okładek, ich źródło to http://www.themanbookerprize.com/

Ksiażka z kulturą - Sklep Potrzeb Kulturalnych, A. Kroh

Po tę książkę powinnam sięgnąć już dawno temu. Właściwie od jej lektury powinnam zacząć swoją przygodę z Tatrami, z górami i góralami. Cieszę się, że choć teraz mój wzrok wyłapał ją na księgarnianej półce. Wejść do tytułowego Sklepu Potrzeb Kulturalnych to jak przeżyć lekcję historii Podhala. Lekcję, której nikt wcześniej nas nie nauczył. Prawdziwą, bo napisaną przez człowieka, który na Podhalu spędził dzieciństwo. A jak wiadomo dziecko zapamiętuje o wiele wyraźniej, pamięta trwalej, zwraca uwagę na sprawy, które dorosły pewnie by pominął. 

Kiedy wybieramy się na wycieczkę, czy wyjazd w mniej lub bardziej znane nam miejsce lubimy poznawać je z przewodników i zbeletryzowanych opowieści, które przybliżają odwiedzane miejsce. Ja lubię nie tylko, a może właśnie przede wszystkim nie z tych pierwszych czerpać wiedzę, a właśnie z takich pozycji, jak książka Antoniego Kroha, która w prosty i jasny sposób przybliża mi miejsce, do którego się udaję. Przyznaje, że historia Podhala interesowała mnie nieznaczne, szczególnie, że w wyjeździe w góry zainteresowana byłam (i jestem) górami samymi w sobie. Czyli bardziej szlaki, szczyty i pogoda w samych górach, niż to, co dzieje się u ich podnóża. Niedobrze, wiem. Warto przecież by było poznać choćby historię zbójnickiego tańca, mowy góralskiej, czy stroju górala. 

Gdy któreś naginało się do mojej polszczyzny, reszta wybuchała śmiechem . - Jako sie pises? - Zwyczajnie, piórem albo ołówkiem. - Śmiech. Więc urzędowo: Imię i nazwisko? Nazwisko mam obco brzmiące, to znaczy głupie i śmieszne. Co robić? Twardo się przyznać, powiedzieć z niemiecka "oouu", bo mniej więcej tak należy kawałek mojego nazwiska wymawiać, czy ratować się kłamstwem? 

Sklep Potrzeb Kulturalnych to też świetna lektura dla osób, które w góry nie jeżdżą z niewiadomych względów, mniej lub bardziej ważnych, czy też jeszcze w nich nie były, ale być może się wybierają. To zabawna lektura, która szczególnie smakowała mi z aromatyczną kawą, góralskim serkiem i takim widokiem:




Antoni Kroh, jako kilkuletni chłopiec z Warszawy, w latach pięćdziesiątych trafia na kilka lat do Bukowiny Tatrzańskiej, między małych góralskich chłopców, dla których hala jest podwórkiem, a mówienie wprost tego, co się myśli, jedzenie prosto z drzewa i inne szokujące dla „miastowych” rzeczy nie stanowią problemu. Późniejsza wiejska szkoła i trudny żywot "miastowego", którym już zawsze pozostanie sprawiły, że mały Antoni stał się doskonałym obserwatorem kultury górali, która stanowiła dla niego egzotykę i dziwną odmianę od warszawskiego życia w sterylnych warunkach. Choć nigdy nie miał szans na zostanie góralem, góralszczyznę opanował perfekcyjnie. Być może, a nawet na pewno dzieciństwo w Bukowinie Tatrzańskiej miało wpływ na studia, jakie ukończył. Dziś etnograf i historyk, który połączył wykształcenie z literackim talentem i rozbawia nas, ucząc Tatr.
Początkowo narratorem w książce jest mały Antoni, który przywołuje liczne, zabawne historie z pobytu w Bukowinie. Później książka gładko przechodzi do wielu nieznanych z historii Podhala faktów. Oryginalny punkt widzenia autora – jako człowieka z zewnątrz, oraz wieloletniego mieszkańca góralskiej wsi – sprawia, że książkę przepełnia wiele ciekawych opowieści, których nie bylibyśmy w stanie poznać na najdłuższej lekcji historii. Bo wiele z tych faktów nie ujrzało światła dziennego, albo nie zostało przekazanych dalej, jako historie prawdziwe. Oparta na wielu przypowieściach i legendach historia Podhala, ze swoją burzliwą przeszłością i kontrowersyjną przynależnością terytorialną czasem do dziś stanowi zagadkę. To, że książka w drugiej części przechodzi do historii i nauki nie powoduje, że w jakimkolwiek stopniu robi się nudna, czy podręcznikowa. Antoni Kroh to najlepszy nauczyciel historii jakiego miałam. A Sklep Potrzeb Kulturalnych to najpiękniejsza metafizyczna podróż w góry, jaką można sobie wyobrazić. Jest w niej wszystko i jeszcze więcej – charakterystyczna dla lat pięćdziesiątych szarość, bieda, sztampowość i nuda – ogarniająca wszystkie aspekty ludzkiego życia, począwszy od lat dziecięcych w szkole, do pracy, czy popołudni i dni wolnych spędzanych w domu, kiedy to człowiek musiał sam sobie koloryzować życie i rozweselać je na wszystkie możliwi dostępne sposoby. Wszystko to ubrane w barwną chustę góralki, okraszone smakowitym góralskim jedzeniem i powiewem świeżego powietrza, które można poczuć, czytając książkę nawet na drugim końcu świata.  Uśmiać się do łez to za mało, powiedzieć, że to najlepszy podręcznik góralszczyzny to zgrzyt – choć w tym wszystkim, coś jest. Coś, co czyni książkę Antoniego Kroha niepowtarzalną. Cokolwiek jeszcze dodam i tak będzie za mało, tym bardziej dla osób, które Tatry ukochały szczególnie. Wiem, że nie powiedziałam wszystkiego, to tylko fragment tego, co poznałam z lektury tej książki, ale ja jestem o wiele bogatsza i pełniej odczuwam „góry”. Z tą książką będę jeździła tam zawsze!


cytat pochodzi z książki


książkowa lista marzeń, z prasy i wydawnictw

Czytanie prasy o literaturze może przysparzać nie lada kłopotów. Po pierwsze, i oczywiste odciąga od lektury książki, a ta czasem jest terminowa (na przykład) albo tak wciągająca, że żal człowiekowi ją odkładać. Jednak jak to z prasą bywa, szybko się "psuje", przeterminowuje, więc ma pierszeństwo. Staram się unikać kupowania prasy książkowej, nazwijmy ją tak, dla uproszczenia, bo wiem, że albo straci ona termin przydatności gdzieś w czeluściach półek, albo będę się złościć na odłożoną książkę, którą akurat czytam - żeby tylko jedną ;/! Minusem takiej prasy jest też to, że ... za dużo się z niej dowiaduję. Choćby wczoraj - taka lektura tramwajowa Bluszcza przyniosła zakup jednej książki, po którą z racji perypetii z kartą musiałam ... podjechać dzisiaj. Oczywiście, że nic nie musiałam, ale jak wytłumaczyć sobie, że książka poczeka;/? Z kolejnych gazet o książkach urosła niebotycznych rozmiarów lista z modnym ostatnio hasłem must have! Nie lubię tego określenia, ale na własny użytek nazwę tę listę (nawet chcę to nie lubię) listą marzeń. Bo podejrzewam, że większość z tych książek, które się na niej znalazły pozostanie w sferze marzeń, z różnych powodów.
Pewnie z poniższej listy wyciągnięcie kilka perełek, które znajdują się w Waszych marzeniach, o których większość z Was czytała w najświeższej prasie ale ja i tak ją tu zamiesczę, choćby dlatego, by nie zapomnieć w najbliższym (i dalszym) czasie, co chciałabym przeczytać. Pewnie na większość z pozycji obcojęzycznych poczekam, aż wydane zostaną ich tłumaczenia, tak aby zaoszczędzić sobie czasu i łamania języka, ale to mnie nie martwi, bo trochę rozciągnie w czasie plany czytelnicze. Kilku kolorowych książkowych gazet nie kupiłam, przejrzałam i owszem, ale albo mnie nie zainteresowały, albo po prostu postanowiłam powiedzieć im nie! Lista poniższa powstała też dzięki odwiedzinom na stronach wydawnictw, które to bywają równie niebezpieczne, co prasa jeśli chodzi o kwestie zakupowe. Z tej listy nowości i zapowiedzi najbardziej cieszą mnie te obcojęzyczne, bo a) są tak pięknie wydane, zawsze piękniej niż polskie ich tłumaczenia, b) leżą w odleglejszej sferze marzeń, co generuje po pierwsze mniejsze koszty, bo i tak moge ich nie nabyć, a po drugie wiecej czasu, bo jak nie nabędę to nie będę musiała czytać. Polskie wydania cieszą w stronę powrotną, czyli dosłownie wtedy, kiedy czytam o nich wracając do domu z miasta, bo wtedy zmniejsza się ryzyko kompulsywnego ich zakupu po wystąpieniu z tramwaju, którego to przystanek znajduje się niebezpiecznie blisko księgarni.
Tak więc do dzieła, moja lista must have (może jeśli must have dotyczy książek ma mniej negtaywny wydźwięk, niż to dotyczące gromady ciuchów?):


Książki tego autora mają dla mnie działanie kojące, wręcz terapeutyczne. Przypominają mi zawsze mroźne powietrze, przynoszące ducha zimy (chyba wtedy czytałam pierwszą książkę Noblisty).
Czy można znów stać się dzieckiem? Odnaleźć w sobie dziecięce fantazje i dziecięcą wrażliwość? Le Clézio przekonuje, że tak. Bohaterami jego opowiadań są dzieci - biedne, nie zawsze rozumiane i kochane, ale zawsze oddające się marzeniom, cieszące się tajemniczym pięknem świata i wyobrażające sobie cuda. Udaje im się ze szczytu góry dotknąć nieba, zanurzyć w promieniach słońca, żeglować i dać się ponieść morskim falom. Mondo i inne historie to zbiór uwodzący poetyckim językiem, a także genialne studium dziecięcych charakterów. To książka o życiu w zachwycie oraz o tym, że marzyć trzeba, bo marzenia dają człowiekowi wolność i ogromną siłę, by jej bronić. Czytając ją, nie sposób nie wspomnieć dzieła innego wielkiego Francuza - Małego księcia.



Czytam właśnie serię o Zawrociu i stwierdzam, że gdyby nie część pierwsza, na którą natknęłam się przypadkiem (przypadkiem zachciało mi się "coś) nigdy nie wzięłabym do ręki pozostałych cześci cyklu. A teraz tak się cieszę, że jest "dalej". 

To książka kończąca znakomity cykl o Zawrociu – to pełna emocji opowieść o samotności i budowaniu nowych więzi, o rozczarowaniu i nadziei, o zdradzie i prawdziwej miłości. Matylda odkrywa fakt, który przewraca jej dotychczasowe życie do góry nogami. Musi poukładać je od nowa, w zupełnie inną całość. Czy potrafi zrezygnować ze swobodnego życia? Jak zakończy się jej walka o siostrę i... z siostrą? Czy przegoni chmury, które zbierają się nad Zawrociem? Jaką rolę w tym zawirowaniu odegra Wiktoria Krampp, tajemnicza kuzynka z Paryża?



 
W przypadku tego Pana i Wydawnictwa Zysk cieszę się potrójnie, bo aż trzy nowe tytuły Sacksa ukażą się najbliższym czasie. Do mojej kolekcji książek tego wybitnego psychologa i neurobiologa zarazem dołączą, poza Okiem umysłu - Wyspa daltonistów oraz Stanąć na nogi

W "Oku umysłu" Oliver Sacks przedstawia historie ludzi, którzy radzą sobie w świecie i komunikują się z innymi, choć częściowo utracili albo pewne umiejętności intelektualne, przez wielu z nas uważane za nieodzowne, albo zdolność postrzegania zmysłowego. Pisze więc o ludziach tracących na przykład mowę, umiejętność rozpoznawania twarzy, zdolność postrzegania trójwymiarowej przestrzeni, umiejętność czytania lub zmysł wzroku. Wszyscy oni stają przed wyzwaniem polegającym na konieczności dostosowania się do zupełnie odmiennego istnienia w świecie.



      Bo seria Orient Express jest doskonała! Nie mam nic więcej do     dodania.

     Ted Conover dokonał rzeczy niezwykłej: napisał poruszającą  książkę, obrawszy sobie za punkt wyjścia element infrastruktury. Droga w tej książce nie jest metaforą życia ani symbolem przemijania – Conover ucieka od banałów i opisuje konkretne ludzkie doświadczenia i emocje, zwłaszcza te związane z pokonywaniem dystansu. Posługując się reportażem w formie najszlachetniejszej, bo przedkładającej wierność szczegółowi nad tezy polityczne, autor współuczestniczy w życiu swoich bohaterów, a czytelnikowi pozwala poznać nowe oblicze zjawisk, o których ten gdzieś coś już słyszał: pisząc o drogach, opowiada o karczowaniu lasów w Peru, o konflikcie izraelsko-palestyńskim, o przemianach cywilizacyjnych w Chinach, o AIDS we wschodniej Afryce, o korupcji i przemocy w Nigerii. 

Do wydawnictw Czarnego dodałabym jeszcze Thurbona, który ma ukazać się w kwietniu 2012 The Lost Heart of Asia - tytuł oryginału oraz w marcu 2013 To a Mountain in Tibet - czytam teraz Po Syberii i czuję się jak w podróży. Oraz Theroux Stary Express Patagoński. Pociągiem przez Ameryki - ale to dopiero w maju 2012, nie mówiąc już o Safari mrocznej gwiazdy - odległy styczeń 2012!.


Czy muszę coś jeszcze dodawać? Recenzja Czary w Archipelagu, Nagroda Goncourtów i lektura poprzednich książek Houellebecqa powinny wystarczyć aby zechcieć sięgnąć po ten tytuł.


Jed Martin, debiutujący artysta, odnosi olbrzymi sukces za sprawą zdjęć przedstawiających mapy, po czym powraca do swojej pierwotnej twórczości, czyli do malarstwa. Wstęp do katalogu wystawy jego obrazów ma napisać światowej sławy pisarz, Michel Houellebecq - typ niezbyt przystępny, zdecydowanie za dużo pijący i strasznie zaniedbany. Między artystami zawiązuje się nić przyjaźni. Gdy kilka lat później pisarz zostaje zamordowany, Martin decyduje się pomóc w wyjaśnieniu przerażającej zbrodni. Kolejną już powieść enfant terrible francuskiej sceny literackiej można czytać na kilku poziomach.




Wciągnęłam się w część pierwszą trlyogi Mariasa Twoja twarz jutro. Oczywiście przyjdzie mi najpierw przeczytać pozostałe dwie, o ile doczekam się ich tłumaczeń, ale już mam chęć na Zakochanie


Niesie ona pewne niespodzianki, jak choćby tę, że po raz pierwszy narratorem jest kobieta (no a u Mariasa narrator to niemal wszystko). Współczesny Madryt. Maria, samotna sekretarka w wydawnictwie opowiada o znanej jej tylko z widzenia parze Miguelu i Luisie. W pewnym momencie on znika - w ponurych okolicznościach - i Maria zdobywa się na próbę nawiązania kontaktu z Luisą.






Hollinghursta czytałam bodaj wszystko, przynajmniej z tego, co mi wiadomo. Pisarz ten nie należy do szczególnie płodnych litaracko. Od wydania bookerowskiej Linii piękna (piękna!) minęło już siedem lat!

Do wiktoriańskiej willi na obrzeżach Londynu przyjeżdża młody arystokrata. To tytułowe obce dziecko Cecil Valance. Rodzinie Sawle-ów prezentuje swoje upodobanie do trunków i nocnych rozmów, córkę gospodarzy obdarza płomiennym pocałunkiem, a syna - szczególnym zainteresowaniem. Z tego intensywnego pobytu w domu na wsi zrodzi się wiersz, który po nagłej śmierci Cecila na wojnie będzie siłą napędową legendy rozciągającej się na niemalże sto lat. Dla kogo powstał: dla kobiety czy mężczyzny? Nad tym zaczną zastanawiać się potomkowie przedwojennych bohaterów, w miarę jak coraz więcej szczegółów dotyczacych pamiętnej wizyty wyjdzie na jaw.
Hollingurst intryguje mnie bodaj najbardziej!



Co prawda Brick Lane leży w stosie, nawet gdzieś na dnie, dzielnie czeka na swoją kolej, ale ja i tak mam chęć na tę powieść. Być może treść, którą przybliża magazyn Książki tak podziałała?


A gdyby księżna Diana wcale nie zgineła w wypadku samochodowym tylko upozorowała swoją śmierć i uciekła od królewskiego splendoru ma amerykanską prowincje? Mogłaby zmienić się w anonimową Lydię i z powodzeniem zacząć ukladać sobie nowe życie w niewielkim miasteczku. Tak przynajmniej M. Ali wyobraża sobie alternatywną wersję zakończenia burzliwego małżeństwa Diany Spencer z księciem Karolem. Jak każdy uciekinier Lydia wie jednak, że zdobyta fortelem nowa tożsamość to rzeczy kruche jak porcelana. Po 10 latach pewien spostrzegawczy paparazzo John "Graber" Grabowski zaczyna interesować się jej osobą.



Kolejna powieść Paula Theroux, która powinna znaleźć się na mojej półce. No bo jak oderwać się od tak znakomicie napisanych książek? Jak przestać podróżować z ich autorem?


Tym razem Theroux odpowiada na pytanie jak podróżować mądrze. Ten zwolennik podróży w samotności, z jednym plecakiem, bez samolotu i z książką, która nie opowiada o odwiedzanym miejscu przybliża sekret dobrego podróżowania i dobrych o nim książek. 
Ale ta książka to nie tylko zbiór przykazań wytrawnego podróżnika, także refleksja nad tym, jak podrożowanie przekłada się na pisanie i jakie na pisarza czyhają pułapki. Theroux zdradza m. in., który ze słynnych autorów pisał o miejscach, w ktorych nigdy nie był, a który, choć w miejscu przeznaczenia przebywal krótko, zgrywał później eksperta.




Oczywiście zdaję sobie sprawę, że część z Was mogła już czytać wyżej wymienione tytuły, bo - przynajmniej te obcojęzyczne - znajdują się już listach książek czytanych na świecie. U nas niestety jeszcze daleka droga do ich wydania, co ma swoje plusy także:) Z tej racji znajdują się ona mojej liście książkowych małych marzeń:) Może i Wy znajdziecie coś dla siebie wśród wymienionych przeze mnie tytułów? A może macie swoje refleksje na temat wymienionych książek?


Okładki książek, jak i ich opisy zaczerpnęłam ze stron wydawnictw, prasy (Książki) oraz 
http://www.amazon.co.uk/

muzyczna przerwa

Postanowiłam zrobić Wam i sobie muzyczną przerwę. Podzielić się tym, czego ostatnio słucham. Vampire Weekend (wiem, wiem okropna nazwa, pasująca raczej do jakiegoś psychodelicznego zespołu małolatów, straszących sztucznymi kłami i ociekającym czernią makijarzem) to niespodzianka w każdym calu. Młodzi, zdolni, oryginalni i do tego zaskakujący w stosunku do nazwy, która może zniechęcić. 
Zespół powstał pięć lat temu w Nowym Jorku. Dotychczas wydali dwie płyty - Vampire weekend i Contra.
Czasem można było ich posłuchać w radiowej Trójce, a nam udało się nawet natknąć na koncert unplugged w jednej z muzycznych stacji w TV - na żywo są jeszcze lepsi. Gatunek muzyczny, jaki prezentują to INDIE ROCK, czyli rodzaj muzyki, którego nazwa pochodzi od angielskiego słowa independent – niezależny. Zespoły nazywane tym mianem często wydają swoją twórczość w małych, niezależnych wytwórniach płytowych. Indie rock (pochodzenie: punk rock, post punk, rock garażowy, no wave) niekiedy określa się jako podgatunek rocka alternatywnego (wikipedia).

Miłego słuchania, bo ja właśnie słucham ... tak w przerwie, między jedną pracą, a drugą:)















I na żywo!!!! 

Herbatka w towarzystwie duchów, strzyg i wampirów - J.D. Bujak straszy spadkiem!

Hmmm właściwie to dawno nie miałam takiego problemu z napisaniem czegokolwiek o książce. Spadek J.D. Bujak wzbudził we mnie mieszane uczucia – od miłego zaskoczenia, przez strach do zawodu i śmiechu (nie żeby fabuła do śmiesznych należała). Postaram się krótko opisać te moje stany emocjonalne towarzyszące lekturze. Nastawiłam się do tej książki, jak na horror przystało z lekką dozą uprzedzenia, gdyż wiadomo, że horrory w stylu wyjących duchów, krążących zjaw i przemawiających przedmiotów to bujdy. Ale z drugiej strony, jako, że miała to być historia o duchach, które straszą w starej kamienicy, odziedziczonej przez bohaterkę po zmarłej ciotce przyjęłam pogląd, że ok., taka rzecz mogła mieć miejsce. I nie wnikałam w to, czy mogła się ona wydarzyć, czy też raczej mogła być wymysłem bujnej wyobraźni ją przeżywających. Przyjęłam do wiadomości fakt, że Megi (swoją drogą te zdrobnienia, czy jak je zwał nie przypadły mi do gustu, ale nie o imiona bohaterów tu chodzi) młoda pani lekarz ma właśnie takową bujną wyobraźnię, bo do strachliwych zaliczyć jej nie można. Dzielnie znosiła najpierw zmianę otoczenia – przeprowadzkę z Gdańska do Krakowa, zmianę pracy czy odległość dzielącą ją od rodziny i przyjaciół.  A zjawy, które dość szybko zaczęły pojawiać się w odziedziczonej przez nią, krakowskiej kamienicy nie przerażały jej, co mnie, strachliwą raczej osobę dziwiło. Bo pojawiające się nagle, przed jej oczami obrazy sprzed wieków, parzące klamki, zmiany w wystroju domu mnie raczej wykurzyłyby stamtąd skutecznie. Megi jednak trwała na posterunku dzielnie, co sprzyjało rozwojowi akcji powieści. Kamienica, do której Megi początkowo podchodziła równie sceptycznie, jak ja do książki J.D. Bujak zaczęła powoli przekształcać się w perełkę budowlaną, w prawdziwy skarb, lecz nierozerwalnie łączyła się z niechcianymi lokatorami. Co dziwniejsze, te wszystkie przedziwne zjawiska nie przydarzały się samej właścicielce domu. Megi była w jakiś sposób chroniona przed złymi mocami. Powiedziałabym nawet, że one pchały ją do konkretnych zachowań, które miały stać się, co się okazało później kluczem do rozwiązania zagadki, nie robiąc jej przy tym krzywdy. Nawet tajemniczy mężczyzna – Jan, który stał się właścicielem lokalu w jej kamienicy (swoją drogą otwierając w nim przemiłą kawiarenkę) nie pojawił się na drodze pani doktor przypadkowo. I tu zaczynają się moje wątpliwości, bo albo ja mam równie wybujałą fantazję, jak autorka książki, albo posiadam trzeci zmysł, który wyczuwa dziwaczne stworzenia. Ale na tym zakończę wizję problemowego Jasia, którego osoba, choć bardzo ciekawa i zgoła niepewna trochę zawiodła moje oczekiwania wobec książki. Nie zmniejszyła ona jednak ciekawości, która pchała dalej w treść. Ciągle czekałam na jakieś bum. Na coś, co przerazi mnie jeszcze bardziej, niż pierwsza połowa książki. Takich zaskakujących sytuacji mało nie było, tylko może ja chciałam więcej realistycznych (o ile duchy mogą być realistyczne) przejawów tego nawiedzenia domu Megi przez tajemnicze siły. Ok., zakończenie, choć bardzo emocjonujące i zaskakujące (pewnie dlatego, że ciągle czekałam na coś prawdziwego, no dobrze trochę bardziej realnego) trochę mnie zniechęciło. A jednak skończyłam książkę, mimo wszystko nie odrzuciłam jej! Nie wiem, czy była to kwestia mojego łudzenia się, że nierealny Jan zostanie zastąpiony przez ducha, dajmy na to dziadka dziewczyny, czy też, co bardziej prawdopodobne mrocznego klimatu kamienicy w Krakowie. Dzięki realnym opisom autorki aż chciałoby się odwiedzić ten dom, i dziwię się sobie, że w trakcie ostatniego pobytu w Krakowie nie zrobiłam tego! Przejść mrocznym korytarzem, spojrzeć przez barwne szybki przeraźliwego witraża, i może ujrzeć scenę sprzed lat. Tajemniczą damę w karocy, przerażone dzieci i usłyszeć bicie serca ukrywających się ludzi.
Nie mogę napisać nic więcej, chociaż bardzo bym chciała, bo wierzę, że niektórych potencjalnych czytelników właśnie zakończenie zachęciłoby do lektury. Niestety nie chcąc zdradzać wszystkiego napiszę, że w Spadku (jakkolwiek to brzmi) każdy znajdzie coś dla siebie!
Spadek to idealna lektura na szare, zbliżając się wieczory, pod warunkiem, że nie boimy się cieni ani odgłosów. A jeśli do tego wszystkiego potrafimy podejść do kwestii nadnaturalnych stworzeń z dystansem, to książka J. D. Bujak jest tym bardziej dla nas. Ja, mimo wszystko bawiłam się dobrze przy tej lekturze.