kto jest kim - podwójne (Nie)Prawdziwe życie Sebastiana Knighta, czyli zaaplikowałam sobie Mistrza

Nie ma chyba takiej książki mojego ulubionego pisarza, która by mnie nie zaskoczyła. Jeśli ktoś, kto pragnie rozpocząć swoją przygodę z Nabokovem oczekuje spokoju, sielskich rosyjskich klimatów niech zaniecha swoich działań już na wstępie. U Nabokova bowiem nie sposób nie ustrzec się przed schizofrenicznym rozdwojeniem (oj to by było dobrze, gdyby tylko o rozdwojenie chodziło), przed czymś tak skomplikowanym, że wręcz trudnym do pojęcia. Jeśli jednak lubi ktoś poczucie oderwania od rzeczywistości i ten specyficzny chichot losu, to biorąc do ręki powieści Nabokova trafił idealnie.
Prawdziwe życie Sebastiana Knighta to kolejna pokrętna opowieść w dorobku Mistrza paradoksu. Opowieść o tym, jak tajemniczy V (no cóż, trzeba się do tajemniczych kombinacji inicjałów w powieściach Nabokova przyzwyczaić) zbiera materiały do biografii swojego zmarłego przyrodniego brata Sebastiana. Ten ów zmarły był podobno znanym pisarzem, autorem być może niewielu książek ale za to podobno znaczących. Jednak, jak się okazuje w trakcie poszukiwań nazwisko Knight nie do końca znane jest w szerokim świecie. A sam Sebastian nieodkrytą tajemnicą. Tak, jak przez całe życie bracia nie mogli do siebie dotrzeć, przez odosobnienie Sebastiana, tak i jego życie stanowiło zamkniętą, dobrze chronioną komnatę. V. jednak nie zraża się brakiem rychłych postępów w zbieraniu materiałów i dowodów na wielkość brata. Posuwa się do wielu, nieprzewidywalnych, nawet dla samego siebie zachowań aby na końcu całej historii zastanowić się nad istnieniem Sebastiana. Zadać czytelnikowi zagadkę, która wygląda zza rogu przez całą książkę, czy to V. pisze o Sebastianie, czy też Sebastian o V.?
Mogłabym zagłębić się w tym momencie w porównania Prawdziwego życia … do innych dzieł pisarza ale dla niewtajemniczonych to dość nudna część streszczenia, która wcale być może nie zachęci do lektury. Ale Ci, którzy czytali cokolwiek Nabokova wiedzą co mam na myśli, wiedzą, że w jego książkach dziwne rzeczy wychodzą niespodziewanie często, jak części garderoby z przeładowanej walizki, jak oślizgłe dżdżownice po deszczu. Jest ich takie mnóstwo i dzieją się tak często, że nie można nadążyć z ich rozpoznawaniem, nie można doczekać się już zakończenia, które pomimo przeświadczenia czytelnika, jakie będzie i tak go zaskoczy i da trochę ulgi (łudzi się ten, kto tak myśli).
Sam fakt, że nasz bohater Sebastian urodził się w tym samym roku, co Nabokov, tak samo jak on miał guwernantkę i tak samo emigrował z Rosji i studiował w Cambridge już wystarczy abyśmy po poznaniu inicjału drugiego z bohaterów (V.) doznali pomieszania jaźni. Nie sposób też czasem odgadnąć, kto opowiada cała historię, bo narracja, w sposób niewidzialny zdaje się przenikać z jednego brata na drugiego. Tu nic nie jest prawdziwe, nic nie jest rzeczywiste i jednocześnie wszystko jest prawdą. „A może prawdziwe jest tylko życie pośmiertne?” Kto jest kim w powieści Nabokova? Czy ktoś odgadnie? 

cytat pochodzi z ksiażki

nieopisane i niedopowiedziane, czyli czego nie potrafię wyrazić słowami i książki P. Theroux

Pamiętam, jak w księgarni sięgnęłam po Wielki Bazar Kolejowy. Pamiętam, jak przepadłam w książce już przy księgarnianych półkach i później, aby nie odrywać się od lektury usiadłam nad, wybraną przez panią – też aby nie odrywać się od lektury - herbatą. Taki obraz zapamiętałam z pierwszych wrażeń z lektury. Pamiętam jeszcze, jak doskonałą herbatę dostałam do stolika – pikantną, przyprawioną, tak aromatycznymi przyprawami, że żadna inna bardziej pasować do książki Theroux nie mogła. Sam autor zapewne zasmakowałby się w niej, a i książkę można śmiało porównać do tej bogato przyprawionej herbaty. Bogactwo rozgrzewających, orientalnych nut – tak, zdecydowanie pasuje do Wielkiego Bazaru Kolejowego!
Nie wiem, co sprawiło, że nie mogłam oderwać się od lektury? Siedziałam tam jak zahipnotyzowana, nie zważając na przerzedzający się tłumek czytałam, czytałam … i tylko rychłe zamknięcie kawiarni przegoniło mnie z niej. Czy to ton, w jakim napisany jest Wielki Bazar, który przypomina uspakajający stukot kół pociągu, czy też sama wspaniała jej fabuła? Zapewne jedno i drugie, bo zarówno doskonałej treści jak i jej działającej kojąco na czytelnika właściwości książce Paula Theroux odmówić nie można. Jest w niej coś „miękkiego”  – lekka szarość papieru, zdjęcie na okładce, ulotny zapach podróży – wszystko to składa się na magiczną całość. Na historię, od której nie sposób się oderwać.
W Wielkim Bazarze Kolejowym, wówczas trzydziestokilkuletni Paul Theroux opisuje swoją pierwszą wyprawę do Azji. Wyprawę nie byle jaką, bo podróż, która odbyła się historycznym Orient Expressem nie jest sprawą banalną. Dziś brzmi to jak jakaś abstrakcja, magiczna droga, bo dziś podróżowanie raczej mało ma w sobie spontaniczności i przygody. W czasach kiedy można wsiąść w samolot i w Azji znaleźć się jeszcze tego samego dnia, w którym przekroczyliśmy próg domu, podróż Theroux nabiera jakiegoś specjalnego znaczenia. Jeszcze bardziej znaczącą stanie się ona wówczas, gdy jakiś pasjonat podróży pokusi się o kilkumiesięczną podróż po krajach azjatyckich – bo po bez mała 40 latach to już nigdy nie będzie to samo. W dobie telefonów komórkowych i internetu taka rozłąka z rodziną i światem bardziej, nazwijmy to cywilizowanym jest niczym w porównaniu do tego, co przeżył ten młody pisarz (notabene zapłacił dość wysoką cenę za brak kontaktu z żoną i dziećmi).
Wielki Bazar Kolejowy. Pociągiem przez Azję to nie jest typowa książka podróżnicza, od których, jak pisze autor wieje nudą. To arcyciekawa podróż przez nieznane i w nieznane. To też nie reklama miejsc odwiedzanych przez autora – żaden przewodnik, który często bez podstaw zachwala przedstawiane miejsce. Choć za przewodnik posłużyć może. Może też, albo przede wszystkim stać się inspiracją do podróży. Jeśli nie tak dalekiej, jaką odbył autor, to choćby mobilizacji do wyruszenia z domu – w nieznane, w ciekawe miejsca, być może jeszcze nieodkryte.
Jeśli mielibyśmy określić miejsce, w jakim rozgrywa się opowieść, to musielibyśmy wskazać – pomimo wielu ciekawych miejsc, jakie odwiedza autor – przedział pociągu. I nie zawsze będzie to wygodny i bezpieczny wagon sypialniany, klimatyzowany i z dobrą kuchnią i czystą toaletą. Często będą to prowizoryczne pociągi, jakie jeżdżą pod torach dalekiej Azji – z całym przybytkiem, jaki podróżuje z tubylcami, z ich przywarami i zwyczajami. Bez możliwości monitorowania czasu podróży, bo do kogo składać skargę o to, że skład nagle stanął gdzieś w szczerym polu? Bez możliwości snu i umycia się. Ale zawsze z gwarantowaną niepowtarzalną przygodą.




Nie wiedziałem jeszcze wtedy [zanim powstała książka], że artykuły podróżnicze pisane do gazet powstają ku obopólnej korzyści złaknionych przyjemności dziennikarzy i speców od reklamy, którym zależy, by pochwalana wzmianka o zaletach danego hotelu lub restauracji znalazła się w prasie. Większość tekstów podróżniczych, które znałem, dotyczyła zatem wakacji i luksusów, a nie prawdziwych doświadczeń i trudów wędrówki.

Teraz powinnam napisać kilka słów o treści książki. Jednak, jak podołać zadaniu, które z góry skazane jest na porażkę? Bo jak można wyrazić w słowie pisanym zachwyt i uniesienia jakich dostarczyła mi lektura Wielkiego Bazaru … ? Jak opisać te wszystkie przygody które zapierały dech w piersiach i przyprawiały o zagryzanie palców? W jaki wreszcie sposób opisać niezliczoną ilość miejsc, które odwiedził autor i przeczytanych przez niego w tej wspaniałej podróży książek? No jak?
To jest, jak dotykanie życia, to bycie w podróży, umęczenie, strach i tęsknota. Łapanie wiatru w żagle, za każdym razem gdy ten ustaje. Kombinowanie, walka z przeciwnościami losu i własnymi myślami, które wiele razy każą wątpić. Z siłą, która w jakiś magiczny sposób jednak pcha do przodu, pomimo wielu trudów i przeciwności. Ciemnych nocy, zimnych poranków i głodnych nieraz dni. Wreszcie obawy o siebie i bliskich, których pozostawiło się na tak długo w domu.
Wiele minie chwil nim czytelnik zdoła ochłonąć po tej „podróży” i jeśli jego natura jest ciekawa, a on sam spragniony więcej to albo niech sam pakuje plecak i wsiada w pociąg albo, nim to uczyni przeczyta sentymentalny powrót Paula Theroux na szlak swej dziewiczej podróży.
Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu to druga książka z wyprawy pisarza-podróżnika po Azji. Trzydzieści trzy lata po podróży opisanej w Wielkim Bazarze udaje się on w tę samą trasę. Tak samo, jak podczas pierwszej podróży wyrusza z domu w Londynie (tym razem jest jednak pewien, że będzie miał dokąd i do kogo wrócić) i ograniczając loty udaje się w drogę śladami młodego Paula. Tym razem to podróż sentymentalna, której trasę wytyczają wspomnienia i zmiany, jakie dokonały się na świecie przez ponad trzydzieści lat. Niektóre z państw znajdujących się na drodze Wielkiego Bazaru tym razem pisarz zmuszony jest omijać – ustroje polityczne, wojny i układy nie pozwalają jemu na przekroczenie ich granic, co jednak nie zniechęca doświadczonego już Theroux.
Choć w obydwu tych książkach to ciągle ten sam Theroux łatwo jednak zauważyć zmiany, jakie dokonały się nie tylko na trasie podróży ale i w Theroux. Dziś - już nie tak buńczuczny, nie tak pewny siebie i jednocześnie bardziej zalękniony w trudnej sytuacji - dojrzały Theroux podróżuje bardziej świadomie. Pociąg widmo … to nie pokaz sił z pasją w tle. Współczesny Theroux to podróżnik który chłonie wszystkie obrazy każdą komórką swego ciała, każdym zmysłem i jednocześnie stara się je zrozumieć, zapamiętać, a nie zaliczyć. Skupiony na podróży, nie na sobie najprawdziwszy podróżnik.

Samotność, samowystarczalność i anonimowość – to warunki konieczne podróży. A wybór właściwej trasy, najlepszego sposobu podróżowania to, w mojej opinii, najpewniejszy sposób zdobycia doświadczeń. Podróż wymaga całkowitego oddania, trzeba się w niej zanurzyć, musi być długą świadomą wyprawą w głąb kraju, a nie przenoszeniem się z miejsca na miejsce – coś takiego nie zasługuje dla mnie w ogóle na miano podróży.

Choć te słowa napisał Theroux przy okazji wydania pierwszej części swoich azjatyckich podróży – w Wielkim Bazarze Kolejowym – to wydają się one bardziej pasować do tego Theroux starszego, tego, który podróżuje Pociągiem widmo do Gwiazdy Wschodu… .




Orient Express, Kolej Transsyberyjska, czasem samolot, Indie, Turcja, Chiny, Związek Radziecki, Polska, Pamuk, Safak, Murakami i wiele innych, mniej znanych osób, które autor wspomina po latach – to tylko niektóre z przyjemności, jakie spotkają czytelnika we wspólnej podróży z autorem książek. Do tego dołóżmy mnóstwo informacji wzbogacających wiedzę autora i naszą, smaków, zapachów i zwyczajów, a otrzymamy niezapomnianą przygodę, którą można przeżyć siedząc w fotelu we własnym domu. Poczuć namiastkę wzruszeń, jakich dostarcza niczym niezmącona droga w nieodkryte. Te dwie książki to opowieści, które odrzucają egoizm i otwierają horyzonty. Coś niezwykle nowego, świeżego, coś, czego dotychczas nie było w żadnej innej książce o podróżach. Wreszcie to książki, które inspirują, a mnie do dziś wzruszają, jak dziecięca bajka, którą mama czytała do snu, a która powraca z niezwykle wyraźnymi obrazami za każdym razem kiedy ją wspominam.
Tak, jak autorowi tych obydwu książek nie podobał się fakt opuszczania rodziny na tak długi czas (podróży), tak i mi nie podoba się to, że opisałam je w raptem 1200 słowach. Wielkiego Bazaru Kolejowego i Pociągu widmo do Gwiazdy Wschodu, jak pisałam nie da się tak łatwo opisać, może więc lepiej by było wcale nie zaczynać, bo czymże jest te kilkadziesiąt zdań w obliczu tylu miesięcy przygody i tylu wrażeń z lektury książek. Przyznaję – żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co czułam w trakcie lektury i czuję dziś, kiedy staram się wam przekazać choćby część z tych wrażeń. Myślę, że każdy kto sięgnie po książki Paula Theroux sam się o tym przekona, a kto już je czytał potwierdzi moje słowa. Nic nie jest w stanie opisać wrażeń z ich lektury. Mnogość słów, natręctwo zachwytów, nadmierna gestykulacja, łzy w oczach i uśmiech, nieschodzący uśmiech - radość, jakby podróż odbyło się samemu. Bajecznie!


cytaty pochodzą z książek Paula Theroux 

Przeszłość jest teraźniejszością* - smaki Italii nie tylko w podróżach

Tym razem nie będzie zwyczajowej pogadanki o urlopie, jednak nie przemilczę kilku faktów i opowieści. Nawiąże natomiast do dwóch książek, które poleciały ze mną do Wiecznego Miasta, i które są doskonałą lekturą nie tylko na taki wyjazd ale i na być może, motywację do niego.

Rzym, bo o tym mieście będzie głównie mowa znany jest zapewne wszystkim, ale być może nie wszyscy wiedzą, że to miasto powstało w epoce żelaza, której ramy czasowe trudno określić jednoznacznie, gdyż są one różne w zależności od szerokości geograficznej. Jednak powstanie pierwszej republiki rzymskiej datuje się na ok. 750 r. p. n. e. To miasto z dość burzliwą historią, w której walki o władzę toczyli zarówno arystokraci, cesarze jak i duchowieństwo. Niszczony, nie tylko przez upływ czasu ale i liczne rewolucje Rzym powoli tracił swoje bogactwa i dopiero współczesne nam zjednoczenie Włoch przyniosło znaczące i ważne zmiany dla miasta. Po zjednoczeniu w Rzymie rozpoczęto wytyczanie ulic, budowę wielu budynków, które nie zawsze przystawałay do starożytnych, wszechobecnych murów i starano się jako tako "ułożyć" ulice (choć do dziś ich układ jest mało czytelny). Przykładem niszczenia starożytnych zabudowań jest kontrowersyjny Ołtarz Ojczyzny – Vittoriano, którego budowa pochłonęła nie tylko tony marmuru, ale i okoliczne starożytne zabudowania.

 

Vittoriano in. Ołtarz Ojczyzny (Ara della Patria) gigantyczna budowla z marmuru, upamiętniająca zjednoczenie Włoch. Powstała w latach 1884-1911. Z tarasu rozpościera się panorama Rzymu.




Vittoriano - widok z Via dei Fori Imperiali przez Forum Romanum


Widok na Koloseum z Via dei Fori Imperiali

Chyba nie trzeba przedstawiać? Koloseum, a właściwie Amfiteatr Flawiuszów - znak rozpoznawczy Rzymu. Budowla - symbol, której nazwa wzięła się od stojącego niegdyś obok 40 metrowego posągu Kolosa, a nie jak często błędnie się sądzi od wielkich rozmiarów budowli. Pierwotnie było to miejsce walk gladiatorów, jednak dawniej to tylko fragment całego zespołu budynków obejmujących także termy z basenami i czytelnią (sąsiednie wzgórze Celius). Jako amfiteatr mieścił 50 tysięcy widzów!

W latach międzywojennych rozbudowę Rzymu kontynuował Mussolini, któremu również zarzucało się dalsze niszczenie zabytków na rzecz nowopowstających budynków, czy ulic (między innymi Via dei Fori Imperiali, dzielnica EUR oraz Via Della Conciliazione). Rzym znany jest także dzięki filmom Federico Fellini i Marcelo Mastroianni, dzięki zapoczątkowanej w nich i nazwanej epoce Dolce Vita. Jednak do filmowego Dolce Vita na ulicach Rzymu daleko. Zbyt duże natężenie ruchu, rozbudowa nowych budynków a ca za tym idzie niszczenie starożytnych budowli, spaliny i duży ruch turystyczny nie sprzyjają poczuciu słodkości i odprężenia. Jedyna nadzieja w opamiętaniu władz i ciągłym rozpowszechnianiu rozpoczętych w 2000 roku inwestycji mających na celu renowację zabytków i modernizację infrastruktury. Podobno nie ma dobrego okresu dla zwiedzania Rzymu – bo albo trafia się na sprzyjające warunki pogodowe, czyli znośne w Rzymie ok. 30 stopni i bezchmurne niebo, ale za to przeładowanie dosłownie turystami autobusy, metro i ulice, kilometrowe kolejki do muzeów i zabytków albo na opustoszałe ulice i smętne restauracyjki w minimum 40 stopniowym upale. Osobiście jestem chyba skłonna znieść padający deszcz i uciekających dzięki temu turystów byleby tylko poddać się urokowi miasta.






Do słynnego włoskiego słodkiego życia (które nie do końca jest tak słodkie) nawiązuje książka Penelope Green Rzymskie dolce vita. To opowieść o spełnionej zawodowo australijskiej dziennikarce, która znużona dość monotonnym życiem stawia wszystko na jedną kartę i przeprowadza się do Rzymu. Rzucona na głęboką wodę, nie znająca języka nie odrazu dostaje wymarzoną pracę i nie odrazu też aklimatyzuje się i dogaduje z Włochami. Green opisuje swoje perypetie związane z poznawaniem obcej kultury i ludzi, a to może być przydatne dla osób udających się w podróż do Włoch. To, co przeżyła Green może stanowićdobrą szkołę dla podążających jej śladami. Opisy spotkań z włoskimi znajomymi w restauracjach, na zwyczajowej porannej kawie i słodkim rogaliku, opisy obyczajów stanowić mogą bogate źródło wiedzy i niejednokrotne pomóc wyjść cało z opresji (Włosi są narodem bardzo wrażliwym na gesty, należy najpierw zapoznać się z ich zwyczajami aby nie urazić kogoś niechcący). Rzymskie dolce vita jest jak nieturystyczny przewodnik po mieście, czyli pozycja niejednokrotnie lepsza od suchych faktów przedstawianych w typowych przewodnikach dla turysty. Wiedzę na temat mentalności Włochów warto też uzupełnić o pozostałe pozycje z Włoskiej trylogii Green – Na północ od Capri oraz Neapol , moja miłość.





Szczególnie polecam tę pierwszą pozycje, i to szczególnie dla lubiących kuchnię włoską lub chcących ją poznać i przenieść do swojej kuchni (a jest co polubić!). To książka pełna przepisów! Historia, która toczy się wokół nich zdaje się gdzieś gubić. Bo kto będzie się przejmował miłosnymi perypetiami autorki w obliczu smakowitych past, ryb i aromatycznej kawy!?



Jeśli chodzi o jedzenie chętnie przeniosłabym je do Polski. Wspaniale wpasowałam się w aromatyczne zioła, świeże warzywa, pachnące pomidory i niebiańskie oliwki. Jak cudownie było móc tym wszystki cieszyć w kuchni domu, w którym mieszkaliśmy. Świeże zioła prosto z ogrodu, wieczorne rozmowy i przecudowne jedzenie, choć równie wspaniale było usiąść w jednej z rzymskich kawiarenek na klimatycznej uliczce, i z widokiem na którykolwiek zabytek zjeść ze smakiem przygotowany przez włoskich kucharzy (koniecznie włoskich) obiad. A na deser …. najprawdziwsze na świecie lody (dobre lody jadłam tylko w Chorwacji i teraz w Rzymie). Dzięki tym doświadczeniom książka Penelope Green, która jeszcze przed wyjazdem strasznie mnie denerwowała drażniąc moje zmysły stała się przystępną lekturą, która oczywiście znajdzie miejsce w mojej kuchni.



Jedna z wielu uliczek z restauracjami, jednak jedna z niewielu tak mało zaludnionych. Udało nam się chwycić odpowiedni moment!

 

A być turystą we Włoszech to czysta frajda – tych traktuje się z sympatią i zrozumieniem, choć nie zawsze tym dotyczącym języka, czy wskazówek do poszukiwanego miejsca, jednak nie trzeba niczego się obawiać. Może jedynie jeśli ktoś, tak jak ja, nie lubi ulicznych handlarzy powinien stronić od rozłożonych w przeróżnych miejscach straganów, których właściciele (raczej nie rodowici Włosi) głosnym krzykiem zachęcają do zakupów – jeśli ktoś mi powie kiedy ich tam nie ma, chętnie odwiedzę Rzym raz jeszcze.

Miło jest też posłuchać rozmowy Włochów – to ich żywioł, tym chyba żyją. Kiedy rozmawiają zdają się nie widzieć reszty świata, nie zważają na otaczający ich tłum, nie zniżają głosu strasznie dużo przy tym gestykulując (oby tylko nie za kierownicą) . Ich styl prowadzenia rozmowy odmienny jest zupełnie od ich podejścia do pracy. Żywiołowość, którą przypisałabym Włochom jako cechę nad wyraz widoczną na pierwszy rzut oka, jakby tracą kiedy znajdują się miejscu pracy (nie od parady strajki nazywane są włoskimi). Powolne ruchy, minimum rozmowy z klientem, poza, jakby czas był z gumy mogą być momentami denerwujące, szczególnie wtedy gdy turysta spieszy się na samolot. Genialnie wprost potrafią też omijać zdenerwowanego klienta, szczególnie kiedy samolot ma horrendalne opóźnienie, nikt nie wie co się dzieje, a podróżującym należałoby się jakieś wytłumaczenie. Nagroda dla Włochów za doskonałe wodzenie wzrokiem tak, aby nie natknąć na ani jednego turystę z tysięcy zgromadzonych na lotnisku!!! Nagroda za jazdę bez trzymanki! Jazdę, po której chce się tylko dziękowac Bogu, że uszło się z życiem! Na ulicach i w samochodach (autobusach także) przejawia się ich temperament - liczne gesty, krzyki i kakofonia klaksonów są jedynymi w swoim rodzaju. Chyba nikt, tak jak Włosi, z taką gracją nie potrafi się wściekać za kierownicą ;) Nigdzie też więcej, jak tylko w Rzymie nie odczułam potrzeby zapinania pasów autobusach i nigdzie więcej tak za nie dziękowałam. Jednak, choć własnym autem nie chciałabym tam jeździć, to taki styl jazdy mi osobiście nie przeszkadzał, raczej rozweselał niż martwił.


To nie pochód, to turyści zgromadzeni przed fontanną - niepozorne dojście do niej bardzo mnie zaskoczyło, podobnie, jak sama rzeźba, przyklejona do jednej z kamienic. Ciekawostką jest fakt, że woda do fontanny dociera starożytnym akweduktem pokonując 20 kilometrowy odcinek.


Fontanna di Trevi - przykład "wciskania" i "przyklejania" do zabytków współczesnej zabudowy

Mały fragment wspaniałych szczegółów fontanny.


Niepowtarzalna atmosfera Piazza Navona i niesamowite, podobno jedyne na świecie takie lody truflowe ;)




 



Fontana dei Quatro Fiumi - fontanna Czterech Rzek


Kamienica w okolicach Panteonu

Schody Hiszpańskie. Na pierwszym planie fontanna La Barcaccia przedstawiająca barkę, którą aż tu przyniosły wody wylewającego Tybru. U szczytu schodów - starszy o dwa wieki od nich kościół Trinita dei Monti.


sklep, z którego ciężko wyjść- Bartolucci



 
Podsumowując: za politykę rozbudowy infrastruktury przy jednoczesnym zatracaniu piękna – stawiam ocenę niedostateczną, za liście nie zbierane od jesieni, które czasem można znieść dostateczną, a za mentalność (z tej radosnej strony, nie żółwiego tempa pracy) i jedzenie nie wystracza mi skali!!! Dla mnie Włochy (choć to za dużo powiedziane kiedy widziało się raptem kawałek Rzymu i okolic) to smaki!!! Niepowtarzalne smaki makaronów, win, oliwek serów i piccy – tej szczególnie, bo robionej i sprzedawanej pod tą nazwą na całym świecie, jednak nie na całym smakującej tak, jak tam! Mam takie marzenie, aby pojechać do Rzymu raz jeszcze i aby nie było wtedy wspomnianych już handlarzy, i jeszcze turystów tylu oraz wszystkich domów wokół cudownych zabytków. Tak, aby można było podziwiać ich piękno w pełnej krasie. Obawiam się jednak, że jeżeli coś będzie niszczało to raczej właśnie zabytki - choć z drugiej strony, jeśli przetrwało tyle wieków, to czy małe trzęsienie jest w stanie je zrównać z ziemią?





* (Wawrzyniec Wspaniały Medici)

kopiowanie zdjęć bez mojej zgody zabronione!

saturnismo, czyli "przekleństwo dziedziczenia" - Saturn, Jacek Dehnel



Inspiracją do napisania Saturna były Czarne obrazy Francisco de Goi, a dokładnie rzecz ujmując teoria podważająca ich autorstwo. Jeśli połączyć to z talentem Jacka Dehnela odziedziczonym po matce malarce i z jego przeszłością malarza to wygląda na to, że książka ta nie mogła nie wyjść spod jego pióra.
Saturn to studium życia w cieniu wielkiego ojca. I nie tylko o wielkość geniuszu chodzi w tej historii, ale też, a może przede wszystkim – o silną, autorytarną osobowość Francisco de Goi.
De Goja to odrażający człowiek, przez swego syna Javiera uważany za jurnego dzika, łapczywego satyra wielbiącego brzydotę, starość i chorobę (takie były obrazy Goi – ciemne ponure, ociekające starością i chorobą).  Jaki był de Goja w rzeczywistości - perwersyjnym starcem, dla którego nie było rzeczy niemożliwych, czy smutnym człowiekiem obawiającym się utraty posiadanego talentu? Pomimo głuchoty i wieku, który zbliżał go do nieuchronnego końca ciągle pełen jeszcze werwy. Ciągle pragnący przygód i tworzenia, niezmożony w miłosnych podbojach. Ten przepełniony odrażającymi cechami artysta egoistycznie, nie patrząc na innych chłonął życie garściami. Wiecznie niezadowolony ze swojego jedynego, które przeżyło dziecka,  nieudacznika syna Javiera w okrutny sposób całe swoje życie dawał jemu to odczuć  (Ale niestety przeżył tylko Javier. Niestety tylko i niestety Javier). Javier jednak nie pozostaje dłużny wielkiemu ojcu. Przytłoczony jego osobowością i nadzwyczajnym talentem nie umie funkcjonować jako odrębna jednostka, nie ma siły aby wydostać się spod wpływu mistrza. Nie rozumiejący zachwytu nad talentem ojca jest nim jednocześnie sparaliżowany. Świadomy braku własnego odczuwa całe życie lęk przed wielkim Francisco. Javier i w swoim dorosłym życiu zachowuje się cały czas jak zahukane dziecko, które boi się twardej ręki ojca. Nie potrafi się jemu przeciwstawić nawet wtedy, gdy wydaje się jemu, że ojciec uwodzi jego młodziutką żonę, nawet wtedy gdy rodzi się Javierowi syn uderzająco podobny do swojego dziadka. Nawet wtedy ten, jedyny, który pokonał morderczą dla nienarodzonych dzieci chorobę ojca nie potrafi zbliżyć się do niego.
Biedny Javier zmuszony ukrywać swoją niechęć do ciemnych, pełnych bólu obrazów ojca, musi też ukrywać swój mały talent, a raczej zamiłowanie do pięknych krajobrazów, bujnych i pobudzających kolorów.



Znacząca jest scena, w której Javier w przypływie natchnienia zamyka się w swojej pracowni i maluje przez kilka dni dzieło życia. Francisco de Goya niespokojny i ciekawy nagle wybujałego talentu syna, zakrada się w nocy do jego pracowni aby przejrzeć obraz – i poprawia na nim konia, który namalowany przez Javiera wydaje się jemu nijaki, do konia niepodobny (Tylko ten czarny koń z lewej to już naprawdę … zaraz – sięgnąłem po paletę, (…) i poprawiłem ten dziwny garb). Javier na drugi dzień dziwi się swojemu nieudacznemu fragmentowi i nie zdając sobie sprawy z ingerencji ojca przemalowuje na powrót (Przyjrzałem się tylko czarnemu koniowi w lewy rogu – jak ja mogłem coś takiego puścić? Zawinąłem tylko rękawy i ostrożnie żeby nie kapnąć farbą na ubranie, poprawiłem konia, dziwnie płaskiego). Ta scena wyraźnie pokazuje stosunek ojca do syna, i różnice ich dzielące.
Książka podzielona jest na trzy głosy, przemawiają nimi Francisco de Goya, jego syn Javier i wnuk Mariano. Te krótkie rozdziały są jednocześnie ich wypowiedziami, ich osobistym spojrzeniem na te same tematy. Czytając Saturna odnosi się wrażenie, jakby słuchało się dyskusji  trzech mężczyzn naraz. Oni się nie kłócą, oni wyrażają swój punkt widzenia. I tylko jedyne czego brakuje w tej prawdziwej rozmowie to wypowiedzi kobiet. Istnieją one tylko w opowiadaniach mężczyzn, same nie mają głosu w życiu de Gojów.
A kobiet w życiu Francisca przewinęła się niezliczona ilość. Życie de Goi to wieczna pogoń za nimi, jak ściganie się z niedoścignionym, jakby pazerność na miłość cielesną miała prowadzić do szlachetnego celu. A każdy kolejny podbój miał przedłużyć jemu młodość, dodać natchnienia (I owszem, wstyd przyznać, niektórych kobiet też nie pamiętam).


Przypomnijmy, że do napisania książki skłoniła Jacka Dehnela teoria profesora Junquery, która – jak mówi sam autor książki - stawia na głowie cała historię powstania Czarnych obrazów. Namalowane na ścianach domu Gojów ogromnych rozmiarów obrazy, podobnie, jak miłosne listy kochanków Francisco de Goi i Martina Zapatera stanowią do dziś nierozwiązaną zagadkę, którą być może pomogłaby rozwikłać rodzina. Ta jednak milczy i starannie ukrywa ocenzurowane uprzednio szczegóły mogące przybliżyć nas do prawdy. Autor przygotowywał się do książki bardzo skrupulatnie i profesjonalnie, analizując biografie, listy i przede wszystkim spędzając godziny na analizie obrazów (co szczególnie jest widoczne w rozdziałach interpretujących poszczególne obrazy i ich fragmenty). To doskonałe przygotowanie ma odbicie w książce, która stanowi nie tylko zbiór faktów, ubranych w słowa przez Dehnela ale i studium nad naturą człowieka i związkami rodzinnymi. 


źródło obrazów: google
powyższy tekst powstał również w oparciu o wywiad z autorem książki - Bluszcz Nr 3 (30) Marzec 2011. 

Pan Chwin i Panna Ferbelin

Niespodziewanie odmienna. Szokująco zaskakująca. Przyjaźnie poplątana, czy wreszcie poważnie śmieszna. Takimi sprzecznymi określeniami opisałabym ostatnią powieść Stefana Chwina Panna Ferbelin. Choć tytułowa panna Ferbelin jest - podobnie, jak na przykład inna bohaterka autora Esther - guwernantką, to cała powieść niewiele ma wspólnego z poprzednimi jego książkami. Panna Ferbelin to także, jak wiele poprzednich książek autora historia opisująca przeszłość. Jednak w tej książce niespodziewanie przeszłość ta kumuluje się jak witaminy w pigułce - staje się wszystkim - teraźniejszością i historią jednocześnie. Historia zaczyna się od prozaicznego wydarzenia – kiedy to córka stolarza – tytułowa Maria Ferbelin przynosi do domu długo wyczekiwane zamówienie na pracę dla ojca. Dom, w którym od dawna się nie przelewa staje się szczęśliwy i pełen nadziei na lepsze jutro pomimo, iż zlecenie jest z samej Prokuratorii i dotyczy wykonania … szubienic, co trochę kładzie się cieniem na całej wcześniejszej euforii. Niestety pomimo wielkich radości i dużego zastrzyku finansowego, jaki przynosi to zlecenie zdobyte przez Marię w zaskakująco-podejrzliwy sposób przynosi też falę nieszczęść. Zaczynając od protestów i szykan na dom stolarza do ciężkiej pracy i włożonego w nią wysiłku okupionego chorobą. I wtedy wydarza się kolejne zaskakujące wydarzenie w życiu Marii – z tej samej Prokuratorii otrzymuje ona pracę w domu prokuratora Hammelsa, gdzie ma zostać guwernantką jego syna Helmuta.
Panna Ferbelin to przepełniona symbolami powieść o Gdańsku, który również stanowi swego rodzaju symbol, bo może, jako konkretny punkt na mapie oznaczać cały kraj. Czasy, w jakich rozgrywa się powieść nie są bliżej określone - można podejrzewać, że akcja rozgrywa się na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Jednak złożoność sytuacji i ich jednoczesna rozbieżność w przeszłości nie stanowią jedności, choć w książce Stefana Chwina nią są. Wreszcie Panna Ferbelin to powieść o Chrystusie, jaki jawiłby się być może we współczesnym świecie. O Chrystusie niepasującym do dzisiejszego kościoła.
Losy wszystkich bohaterów książki w niespodziewany i zaskakujący sposób łączą się ze sobą, po drodze mieszając się w wyraźne i znaczące wydarzenia  z historii Polski. I tak czytamy o strajku w stoczni, któremu przewodniczy człowiek symbolizujący Chrystusa (Kurt Niemand), robotniku niesionym na drzwiach wyrwanych z futryny, czy zamieszkach w Gdańsku, które rozpoczyna wybuch na dworcu. Pojawia się też postać symbolizująca Piłata, który wydaje wyrok na Chrystusa (tu na Niemanda, czyli człowieka z Neustadt w Nadrenii – czyż nie kojarzy się Wam to z Chrystusem z Nazaretu?). W powieści Stefana Chwina historia w doskonały sposób łączy się z legendą, a prawda miesza się w niezauważalny sposób z fikcją. To tak, jakby autor mieszał farby, dodając ciągle nowych kolorów. To książka nie tylko wymownie symboliczna ale i wieloznaczna, doskonałe połączenie historii i współczesności. Chwin po prostu ubrał przeszłość we współczesny strój – tak właśnie wyobrażam sobie powieść Panna Ferbelin – jak stateczną damę w lateksowych spodniach (skojarzenia na miarę Chrystusa vel Kurta chodzącego pod rękę z Marią i ubranego w czarny, długi płaszcz). Choć z drugiej strony trudno mi też wyobrazić sobie Marię - nie wiem, czy jest ona ubrana w strój z epoki (a jeśli tak, to jakiej?) czy też, co wywołują w mojej wyobraźni sceny, kiedy nawiązuje ona romans z … Chrystusem w odważny nowoczesny ubiór współczesnej kobiety? Kłócą mi się także obrazy ulic Gdańska przedstawianego w książce: z jednej strony wiszące widmo wojny, a z drugiej przepych w domu prokuratora nie pozwalają mi zrównoważyć tego obrazu. Jakoś go ujednolicić. Jednak w niczym mi to nie przeszkadza w lekturze, ba nawet dodaje jej smaczku i świeżości nie tylko z powodu odmienności, jeśli brać pod uwagę wcześniejsze książki Stefana Chwina.
Czytając książkę można doznać wrażenia pomieszania, bo te retrospekcje do czasów Chrystusowych, liczne odwołania do wydarzeń, które miały miejsce zarówno tysiące jak i dziesiątki lat temu wymagają skupienia. Bliżej nieokreślony czas przebiegu historii i jednoczesne wykluczające się daty, które czasami pojawiają się w książce - wszystko to sprawia, że książka staje się jednocześnie trudną ale i ciekawą lekturą. A te wszystkie dziwne wydarzenia sprawiają tylko, że książkę czyta się z większa ciekawością, na każdej kolejnej stronie wyczekując następnego zaskoczenia. Po dojściu do tego, kim jest człowiek z Neustadt mający moc uzdrawiania i wskrzeszania umarłych nie zaskakuje już tak bardzo pojawienie się ośmiornicy Helgi przewidującej wyniki na sopockim hipodromie, czy nazwisko arcybiskupa gdańskiego Slavoy Gertz.
Zarówno w trakcie lektury Panny Ferbelin, jak i po jej zakończeniu poczułam, że Stefan Chwin namieszał mi w głowie, ale było to przyjemne uczucie. Jakby ktoś z żartem opowiadał historię, która tak przedstawiona jest lepiej przyswajalna. Jakby ktoś w słodko-gorzkiej pigułce chciał przedstawić znaczące losy dla Polski. A może to próba udowodnienia, że autor Esther i Hanemann też żartować potrafi? Albo wreszcie też, pokazanie że całe nasze życie jest żartem. Czy tak naprawdę wiemy ile z tego, co przeżywamy i przyswajamy jest prawdą a co wymysłem naszej wyobraźni? Co się wydarzyło, a co wmawiają nam historycy, legendy i skrzywione przez wiele tysięcy lat opowieści. Bo co w fikcji życia jest prawdą, a co też jest prawdziwe w zakłamaniu żyjącego człowieka. Między innymi takie pytania przychodzą do głowy po lekturze Panny Ferbelin.
Nie tak dawno, chodząc ulicami Gdańskiej Oliwy (bo na wyprawę po ulicach Trójmiasta, śladami książek Stefana Chwina nie pozwoliła mi pogoda, ale wszystko przede mną) pomyślałam sobie, że doskonale rozpoznaję miejsca z wszystkich przeczytanych przeze mnie książek autora. Jednak w te „z Panny Ferbelin” trudno mi uwierzyć i traktuję je jak obraz dobrego malarza, który namalował go przecież patrząc na konkretny widok, a jednak, ja jakoś temu wszystkiemu nie dowierzam. Patrzę i dopatruję się gdzieś prawdy.