upiję cię arbuzem - Pudełko ze szpilkami Grażyna Plebanek

Pudełko ze szpilkami pierwszy raz czytałam kilka lat temu, więc teraz to moja druga lektura tej książki. Czy bardziej dojrzała? Pewnie tak, to chyba naturalne, że z każdym kolejnym spojrzeniem zauważamy coś innego, czy to w książkach, obrazach, miejscach czy zdarzeniach. Pudełko ze szpilkami i dziś nie jest dla mnie kolejnym Dziennikiem B.J. – to pewnie nie jedyna opinia której nie zmieniłam, jednak opinia to bardziej świadoma. I nie dlatego, że tym razem przeczytałam Dziennik... – nie, bo czytałam go przed pierwszą lekturą Pudełka … , raczej dlatego, że debiut Grażyny Plebanek stał mi się bliższy. I znowu nie z jakichś osobistych powodów, czy wydarzeń podobnych, do tych które spotkały Martę – bohaterkę książki (młodą dziewczynę, która ucieka do Warszawy z rodzinnego prowincjonalnego miasteczka, aby w stolicy zrobić karierę), a raczej z prostej przyczyny - zrozumienia jej zachowania. Tak, bo mogę śmiało powiedzieć i przyznać, że dziś bardziej rozumiem Martę – że wierzę w jej tęsknoty i chęci. Wierzę w jej siły ale też w upadki i zwątpienia. Po prostu wierzę w prawdziwość jej uczuć. Być może podyktowane jest też to bezpośrednim spotkaniem z autorką Pudełka ze szpilkami, która okazała się być przystępną i zwyczajną kobietą, a także wyjaśniła czytelnikom genezę powstawania swoich książek.
Pudełko ze szpilkami, to dość osobista historia, która opowiada o młodej kobiecie u progu „trzydziestki”, dla której kariera to wszystko, choć gdzieś pod skórą ukrywa ona pragnienie spełnienia w miłości. Ale właśnie pod skórą, głęboko, tam gdzie można pragnienie to zamknąć pod zapachem perfum, pod warstwą firmowych (koniecznie) ubrań i udawać, że ono nie istnieje. Jednak pragnienie Marty wyszło bez pytania na światło dzienne, samo bezczelnie się wepchnęło, uaktywniło podświadomie. Poznaje ona mężczyznę, wiąże się niewiele o nim wiedząc. W ekspresowym tempie, poganianym przez małego Julka, który zapragnął pojawić się na świecie wychodzi za mąż, zaczyna wspólne życie i gubi się w tych obowiązkach, próbując odnaleźć w tym wszystkim siebie. Kariera, po którą przyjechała do Warszawy zostaje zepchnięta na boczny tor. Nieudane małżeństwo rodziców, beztroski ojciec, niespełniony reżyser teatralny i Kasia - siostra bliźniaczka z pięcioma owocami miłości jej męża wiecznie uciekającego od obowiązków ojca i żony - rozlazłej, zapuszczonej młodej kobiety. Z drugiej strony kariera, praca, przypadkowe znajomości i koleżanki-perfekcjonistki, maszyny rodem z odysei kosmicznej. To wszystko wywołuje u Marty niechęć i pobudza do działania, do szukania siebie, znalezienia w sobie kobiety z krwi i kości.
Nie chciałabym tu opowiadać fabuły, choć pewnie jest ona już znana większości z Was, ale wierzcie mi nawet czytanie tej krótkiej historii kolejny raz jest wielką niespodzianką.
To historia ukazująca trudy samotnego macierzyństwa ze wszystkimi jego przeciwnościami i chwilami dającymi radość. Książka nie ukrywająca nadmiaru kilogramów w ciąży, bólu piersi kobiety karmiącej, gorączki, płaczu, kataru …. i okrutnego zmęczenia, jakie ogarnia samotną mamę. A przy tym szczerze mówiąca o nieuchronnej wizji oddalających się ambicji, możliwości rozwoju w pracy i topniejących, jak wiosenny śnieg znajomości. Pudełko ze szpilkami jest prawdziwie prawdziwe, nie koloryzuje i nie zabiega wcale o te kolory. Nie daje możliwości powiedzenia „ach to proste” „eee tam jakoś to będzie” albo tym bardziej „przecież to jakaś bzdura”, bo to książka na wskroś realistyczna i nawet czasem bolesna.

Druga lektura Pudełka … przyniosła silną falę wzruszeń, a lekkość z jaką czytałam ją uprzednio gdzieś zniknęła, wymknęła się poza okładki książki. Nie było beztroski, była raczej obawa o to, czy Marcie się uda. Czy będzie miała tyle sił aby wyskoczyć z ram przypisywanych kobiecie w jej wieku. Uciec od perfekcjonizmu, zimnego społeczeństwa, które nie zna litości. Z kolejki stojącej za nie wiadomo czym?
Właściwie tytułowe pudełko ze szpilkami jest pudełkiem po szpilkach, miejscem w którym Marta chowa swoje życie. Zapisane na kartkach historie, które powstają w jej głowie, może zdarzają się gdzieś po drodze. Myśli w stylu, co by było, gdyby i własne bolączki, których nie wiadomo czemu nigdy nikomu nie wypowiedziała. Życie zapisane na kartkach, życie w którym nie ma miejsca dla Marty, bo wszystko to, co jej dotyczy, co ją otacza tak się rozpanoszyło, rozlazło i zapanowało nad zmęczoną Martą, że na nią nie ma już ani miejsca ani sił. Te zapiski to opowieść, w której nie pojawia się też ojciec dziecka, w której nikt do końca nie wie, gdzie jest ten przystojniak, za którego za mąż wyszła Marta.

Idę sobie zrobić herbaty. Tobie też zrobić?” – pytałeś z drugiego końca miasta. Zrobiłam sobie sama. Wypiliśmy ją razem, po dwóch stronach telefonicznego połączenia.

Wzruszenie – nieodzowne, szczególnie w najpiękniejszym momencie książki – u jej końca (nie chciałabym w tym miejscu być źle zrozumiana), kiedy to wszystko się klaruje, kiedy Marta staje się sobą. Pojawia się cięgle nieobecny mąż - Łukasz. Odnajduje się ktoś, kto istniał, stał cały czas obok Marty, ale nie był obecny dla nas, osób postronnych. Wzruszają gesty i czułość, która była cały czas obecna. Były wyznania miłości, długie rozmowy, słowem prawdziwe uczucie, do pozazdroszczenia. Wszystko staje się jasne, jakby nagle wyszło słońce i rozgoniło chmury - pojawił się mężczyzna i kobieta.
cytat pochodzi z książki

Zagubieni w swoich czasach - dwóch Panów Marro czyli Rewolucje Le Clezio


Jean Eudes Marro i Jean Gildas Marro – co łączy tych dwóch mężczyzn poza nazwiskiem? Otóż rewolucje. I nie mam na myśli tylko książki o tym tytule ale raczej wewnętrzne przemiany, które dokonały się w ich umysłach i życiu. Także te rewolucje, które były tłem do historii. Wielka Rewolucja Francuska wchłonęła Jeana Eudesa, a bliższe współczesnemu człowiekowi wydarzenia w Meksyku, wojna algierska i Paryski Maj stanęły na drodze młodego Jeana Gildasa. To rewolucje rzuciły ich w świat. J.E. Marro porzuca szeregi armii, rezygnuje z walki i pozostawiając ducha rewolucji na polu bitwy osiada na Mauritiusie. Ale i Jean’a Gildas’a los rzuca na Mauritius, jednak nie tak szybko i nie tak zdecydowanie – najpierw są postoje i dylematy co wybrać – Niceę czy Londyn, a może Meksyk? To dwie niespokojne dusze i tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Jean-Marie Gustave Le Clezio pisząc Rewolucje toczył dwie równolegle opowieści łącząc czasy rewolucji francuskich i współczesne, zrewolucjonizowane życie. Opowieści tak jednocześnie różne, a tak sobie bliskie. Rewolucje składają się z rozdziałów, które przeplatają się jak warkocz, jak tory biegnące do celu. Pozornie dwa różne życia, jednak związane więzami krwi i przeszłością - bowiem Jean Gildas to potomek Jeana Eudesa. Obaj tak samo rozdarci, szukający swojego miejsca w życiu. Jean Eudes obawiając się prześladowań ze strony jakobinów, ucieka z Francji, osiedlając się na bajkowej Isle de France czyli dzisiejszym Mauritiusie. Jean Gildas opiekujący się na co dzień niewidomą ciotką Catherine, kierowany jej opowieściami o boskim Rozilis, po wieloletniej wewnętrznej tułaczce (liczne miłostki, rozdarcie między własnym szczęściem, a zgorzkniałymi rodzicami) również dociera na Mauritius.
Czytając Rewolucje odnosi się wrażenie, że granice nie istnieją, że świat jest małą globalną wioską, której wszystkich mieszkańców łączą więzy krwi. W której wszędzie jest blisko, odległości się nie liczą i zawsze dociera się do celu. Celu, który znajduje się ukryty gdzieś, jak Atlantyda. Świat w Rewolucjach jawi się jako osobny raj. Jakby to, co już wiedzieliśmy i widzieliśmy na ziemi nie było prawdą. Jest jak bajka o raju. Raju utraconym, bo nierealnym. Miejscu, które ominęliśmy, choć było tak blisko. Tak jak Jean Gildas słuchając opowieści ciotki przenosił się do czasów swoich przodków, tak czytelnik przenosi się w opisywany przez autora świat. W tę książkę dosłownie się wchodzi - czując południową morską bryzę i upał nie do zniesienia, słuchając odgłosów walki i czując cierpienie żołnierzy. Tak czyta się Rewolucje.
Mówi się też, że Rewolucje to książką z wątkami autobiograficznymi – ciągle szukający Le Clezio, którego korzenie wyrastały już w wielu miejscach do tego rodzice pisarza, pochodzący również z Mauritiusa. Ta książka mnie wzruszała wielokrotnie, ale choć jest smutna przez to, że uświadamia naszą małość, nasz zepsuty byt i to, że tym zepsuciem zaraziliśmy cały świat, to jest piękna i daje nadzieję, że zawsze można coś naprawić, odkryć. Rewolucje uświadamiają, że aby żyć musimy walczyć, musimy się buntować. Musimy prowadzić rewolucje, przemieszczać się i poszukiwać. To książka - droga, historia w ciągłym ruchu.
Kiedy patrzy się - bo czytelnik ma lepiej, gdyż widzi całą historię - nie można się nadziwić, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Jak często, nawet nie zdając sobie sprawy, przenosimy nasz kod genetyczny, nasze zwyczaje z pokolenia na pokolenia. Jak bardzo jesteśmy powtarzalni, choć jednocześnie tak różni. To powieść pełna faktów historycznych, jednak czarująca i niepowtarzalna. Książka, której bohaterów tak szybko się nie zapomina. Wręcz utrwalają się oni do tego stopnia, i stają się tak żywi, że można złapać się na poszukiwaniach ich wśród mijanych mężczyzn.

"Miniony czas nie ożyje i nie można przeżyć na nowo zapomnianego dzieciństwa. A jednak ..."

Frederic Beigbeder prowadził już kroniki literackie i towarzyskie, programy radiowe i telewizyjne. Przez wiele lat zajmował się reklamą (o tym napisał powieść 29,99) ale przede wszystkim pisał. Pisał książki, recenzje do gazet, był też wydawcą w jednym z największych francuskich wydawnictw. Międzynarodowy rozgłos przyniosła jemu książka Windows on the World (fikcyjna relacja osób uwięzionych w World Trade Centre podczas ataku terrorystycznego z 11 września 2001 roku) wydana w 2004 przez Noir sur Blanc. Beigbeder to wyjątkowo kontrowersyjny pisarz, obok twórczości którego nie sposób przejść obojętnie. To pisarz, którego stawia się obok Amelie Nothomb czy Michela Houellebecqa.
Francuska powieść to nie da się ukryć powieść biograficzna ukazująca nie tylko życie pisarza, ale przede wszystkim wpływ jego na twórczość. Na to, co pisze, jak pisze i dlaczego. We Francuskiej powieści autor rozprawia się ze swoją przeszłością, która w jego głowie jest czarną dziurą.
Wszystko zaczyna się od momentu kiedy Frederic, po imprezie zakrapianej alkoholem daje się namówić na działkę narkotyków. Rozochocony, w towarzystwie kolegów nie zważając na to, że znajdują się w centrum miasta w środku nocy, na masce przydrożnego samochodu wciąga wraz z nimi kokainę. Niestety zostają zatrzymani przez policję i osadzeni w areszcie. Dopiero w tym klaustrofobicznym miejscu pisarz doznaje uczucia tęsknoty za dzieciństwem. Z przerażeniem zauważa, że go nie pamięta, próbuje przywrócić w myślach zdarzenia, które towarzyszyły jemu w czasach kiedy był dzieckiem. Niejako z nudów, nie mając innej możliwości pisze w głowie książkę, którą właśnie czytamy.
Zaskakująco szczera opowieść, która wyłania się z myśli Beigbedera jest jak zwierzenia człowieka, który czegoś się boi, coś podsumowuje. Być może boi się tego, że jeśli sam nie pamięta dzieciństwa, równie dobrze może nie jest pamiętany przez innych? Albo tego, że czarna dziura zamiast dzieciństwa skieruje go nie na tę drogę życia, którą iść powinien. A może najzwyczajniej amnezja powoduje strach przed tym co jest. Bo skąd wiedzieć co przygnało nas do tej chwili, jeśli nie pamiętamy własnej przeszłości?
Wszystko zaczyna się od sielankowego obrazu malowniczego domu i nadmorskiej plaży, później wspomnienia prześcigają się, przywołując przed oczy kolejne miejsca, dotychczas zapomniane. W trakcie tej powieści na proustowskich podwalinach wyłania się Beigbederowi obraz zblazowanego i rozkapryszonego młodzieńca. Dziecka z rozbitej rodziny. Chłopca z kompleksem młodszego brata. W trakcie 36 godzin aresztu powraca on do czasów swojego dzieciństwa i młodości przywołując książki, które kiedyś czytał, muzykę, której słuchał i miejsca, w których bywał. Każde wspomnienie jest jak fala – przypływa i odpływa, aby mogła przyjść kolejna. To, co wydawało się Fredericowi niemożliwe, to czego nie było w jego myślach powraca z obrazami arystokratycznej rodziny, nie do końca szczerej i kochającej, umiejscawia ją na przemian w przepychu i biedzie. Znajduje ciemne strony swojej przeszłości – ukrywany w tajemnicy rozwód rodziców, ich kolejne związki czy kłótnie z bratem – to tylko niektóre z mrocznych historii rodziny Beigbederów.
Opowieść, która miała przywrócić dzieciństwo Fredericowi staje się też opowieścią o historii Francji, obejmując kilka dziesięcioleci. To fantastyczna lektura dla frankofilów i ciekawych świata. Pozornie ciężka historia przeradza się we wzruszającą opowieść o nieszczęśliwym hedoniście, przeżywającym historię kraju, jak swoją własną. Książka, która powstała w głowie czterdziestolatka osadzonego w areszcie, który zrozumiał, że szczerość jest najważniejsza. Pisząc Do tej pory opisywałem człowieka, którym nie jestem, kogoś, kim chciałbym być, aroganckiego uwodziciela imponującego snobowi, który we mnie siedzi. Myślałem, że szczerość jest nieciekawa wygrał z własnymi słabościami.
Choć twórczość i życie Beigbedera mogą wydać się komuś kontrowersyjne, to nie sposób przejść obojętnie – przynajmniej obok jego książek. Pokazują one zagubienie pojedynczego człowieka we współczesnym obłudnym świecie małostkowych i samolubnych ludzi.



cytat w tytule pochodzi z książki

Nie taka znowu prosta historia miłosna, poziomkami pachnąca

Słodko-gorzka tak jednym słowem można określić tę książkę ... właściwie to dwa słowa, ale tak najprościej opisać książkę Katarzyny Michalak Rok w Poziomce. Bo gdyby chcieć rozpisywać się na jej temat, o wrażeniach i uczuciach, jakie zagościły na jej stronach można by pisać bez końca. Kolejna powieść autorki Poczekajki to opowieść o marzeniach. O planach, które wciąż rodzą się w naszych głowach, i które, jeśli tylko chcemy spełniają się. Nie zawsze, co prawda tak, jak byśmy tego oczekiwali, nie zawsze szybko i łatwo, ale nawet jeśli omijają coś po drodze, a czasem pociągają za sobą smutne chwile osiągają jednak spełnienie.
Rok w Poziomce to z pozoru błaha historia, taka jakich było wiele, ale to tylko pozory. Już sam tytuł sprawia, że kiedy bierzemy książkę do ręki zdaje się unosić smakowity zapach poziomek. Zachęcająca okładka i motto książki Gdzie dom Twój, tam miłość Twoja i wiemy, że mamy przed sobą historię jak z bajki. Ale to bajka jak najbardziej życiowa. Ewa Złotowska, trzydziestokilkulatka po przejściach, szukająca ciągle prawdziwej miłości i jednocześnie obawiająca się jej trafia w ogromnej potrzebie do przyjaciela. Brzmi być może trochę trywialnie, ale doprawdy zanim Ewa trafi na Andrzeja trochę wody upłynie, a i sam fakt spotkania jego - wierzcie mi - nie jest dla Ewy najprzyjemniejszy albo inaczej – jest tak przyjemny, że aż boli. I teraz jeszcze coś miłego dla miłośników książek – Ewa rozpoczyna pracę w wydawnictwie. Cóż za przyjemności, poza magicznym zapachem poziomek zapach książek. Razem z Ewą i Andrzejem szukamy autora bestsellera, wydajemy bestseller, osiągamy sukces!
Tyle przygód i wydarzeń w tej jednej historii. Ewka Złotowska to niespokojna dusza, choć życie jej nie rozpieszcza, a każdy dzień jest walką o realizację planu, to ta kobieta jest wulkanem emocji i sił. Chyba nikt tak jak Ewa nie wierzy w spełnianie marzeń i w to, że życie jakoś się ułoży. Na drodze Ewy, poza Andrzejem i autorką pierwszego bestsellera, chorą na białaczkę Karoliną, pojawia się też mężczyzna … i to nie jeden. Pierwszy w postaci przygody, zakończonej kacem moralnym i … małą niespodzianką. I ten drugi – wymarzony i wywróżony. Ale nie tak łatwo zdobyć serce Ewy, która chce i jednocześnie się boi. Raz zraniona boi się zaufać, boi się planować i zobowiązywać. Jedynie potrafi zaufać swojej prawdziwie wielkiej miłości – Poziomce – "małemu, białemu bez łap". To dom, o którym Ewa marzyła całe życie. Domek w ustronnym miejscu, położony przy malowniczym lesie, otoczony rzeczką … nic więcej Ewa chcieć nie musi. A jednak w jej życiu zaczyna tyle się dziać, że bieg ten udziela się czytelnikowi. Katarzyna Michalak tak doskonale oddaje radość i smutek, spełnianie marzeń i życie, że łatwo poczuć klimat wydawnictwa czy leśnej drogi. Łatwo wyobrazić sobie malowniczy widok jaki rozpościera się z Ewusinego ganku i nawet usłyszeć śpiew ptaków.
Rok w Poziomce, to opowieść, która momentami wzrusza, ale też rozśmiesza do … łez. Słodko-gorzka, prawdziwie prawdziwa. I nie dość, że pachnąca poziomkami, to jeszcze ogrzewająca swym ciepłem. I jeszcze jedno – chciałabym zwrócić honor Pani Katarzynie – otóż jakoś nie wierzyłam w Poczekajkę i Zachcianek, jakoś nie po drodze mi było do tych tytułów. Ale Rok w Poziomce urzekł mnie okładką i … zapachem poziomek. A były to tylko pierwsze wrażenia, bo kiedy otworzyłam pierwszą stronę, taka urzeczona pozostałam o końca książki. I choć nadpobudliwość Ewy czasem mnie denerwowała, to będę czekać na dalsze jej przygody, a Poziomce i jej właścicielce, Witkowi, Julijce, Gapie, Pepsi i Tosi będę kibicować.

zakazany smak soczystej pomarańczy - Leyla Zaimoglu

Lepiej zjeść najpierw brzoskwinię, a potem melona, bo melon jest słodki. Mówi matka. Kroi go w ćwiartki, prowadzi nóż wzdłuż krągłości plastra od jednego końca do drugiego, by potem podzielić miąższ. Kawałek nabity na zakrzywione zęby jedynego metalowego widelca, jaki mamy, oddaje mnie, podstawiając mi rękę pod brodę. Gryzę, miażdżę owoc, sok spływa mi po buzi.
(…)
Opuszek palca, długa kreska, krótka kreska. Ryję kciukiem dziury w mokrej ziemi, na której nie wolno mi siadać. Pupa ma wystarczająco dużo miejsca na piętach. Stary mężczyzna – stoi na wpół odwrócony na skraju mojego placu zabaw – łamie na kolanie suche gałęzie. Zbiera kijki w kupkę i odchodzi. Pięć opuszków, zryty ogród, palce drugiej ręki, ładny płot. A teraz wykorzystam mój skarb, piękne ostre okruchy krzemieni, krzemień, dwa kamienie, zatykam tunel, rowki, nic, żadne zwierzę nie wypełznie, jakie to szczęście.
Wracaj do domu, natychmiast!
Nie chcę, nie chcę: ale wstaję i pędzę biegiem do domu, w ramiona Yasmin, która wyciera mi ręce mokrą szmatką.
Jesteś co?
Jak grób.
Nie otworzysz buzi, nawet jak ci zada pytanie?
Nie, odpowiadam, nigdy.
A oczy, co robią?
Nic, mówię, nic. Nie popatrzę na niego, nie spojrzę mu w oczy. Nigdy.
Matka woła moją drugą siostrę, obydwu braci. Ma być spokój, natychmiast, wszyscy to wiemy i każdy robi, co musi, każdy kaszle i przełyka ślinę, żeby później mówić słabym głosem. Widzę, jak idzie. Mówi matka. Yasmin trzyma na zgiętych rękach wyprasowane, wykrochmalone i złożone spodnie od piżamy...


Można po przeczytaniu fragmentu książki tak się nim zachwycić, że jedyne czego się pragnie to przeczytać ją natychmiast? A jeśli do tego natknie się na recenzję tej książki (Archipelag nr 3), to co wtedy? Nie pozostaje nic innego jak pobiec do księgarni i chwycić ją w swoje ręce, a tam - nie można oprzeć się dziewczynce z pomarańczami, która uśmiecha się skrycie z okładki, nie można nie doświadczyć zapachu tych pomarańczy natykając się na opis ich wielkiej i pachnącej ilości wniesionej tymi małymi rączkami do domu. To tylko niektóre z pokus, jakie czekają na czytelnika w tej pełnej okrucieństwa ale i kipiącej miłością powieści.
Tytułowa Leyla to mała, zamknięta w swoim świecie dziewczynka, której pragnienia są oczywiste dla dzieci w jej wieku, lecz myśli jej już tak dziecięcymi nie są. To dorosły człowiek w ciele małego dziecka. Dziecka, które ma dokładnie sprecyzowane plany – jedyne czego pragnie to uciec z małej tureckiej wioski, do której przyjechała kiedyś jej rodzina. Leyla jest jednym z pięciorga dzieci czeczeńskich uchodźców, mieszkających w skromnym domu, w którym często nie ma co jeść. Jest najmłodszą z rodzeństwa i nie do końca rozumie całą sytuację, która codziennie rozgrywa się w ich czterech ścianach. Ojciec despota, którego wszyscy domownicy boją się jak ognia, kochają go i jednocześnie nienawidzą widzi chyba jedyny sens życia i jedyną swoją przyjemność w psychicznym i fizycznym znęcaniu się nad rodziną. Wszystko, co rozgrywa się w tych czterech ścianach jest podporządkowane jemu. To dla niego jest zawsze najlepszy kąsek z obiadu, dla niego pozostali śpią razem, męcząc się w ciasnych łóżkach, dla niego stają na baczność i milkną. Wszystko po to, aby nie rozzłościć swojego „władcy”. Każdy gest, każde słowo i zachowanie jest przez tę szóstkę dokładnie przemyślane, tak aby później nie musieli cierpieć z powodu kary, którą niezadowolony ojciec wyznaczy im, czy ich matce. Leyla nie może zrozumieć postawy matki, która z poddaństwem poświęca się mężowi, dając się bić bez sprzeciwu. Nie dojadając, aby najadł się mąż, jest tak słaba, że czasami nie potrafi stanąć w obronie własnych dzieci. Poniżana, wyzywana i bita trwa w wyniszczającym związku. Tylko Leyla potrafi choć w małym stopniu przeciwstawić się tyranii ojca, czasami odczuwając skutki buntu na własnym ciele. Jednak nawet samo myślenie o wyrwaniu się z tej małej miejscowości, ucieczce od piekła jej rodziny dodaje jej sił.


Pantofle trzymam ja, w prawej ręce, czubkami do przodu. Najstarsze i najmłodsze dziecko, czekamy przy drzwiach za progiem. Matka stoi nieruchomo pod oknem, będzie na jego usługi.
Wypełnia całe odrzwia, pochylam się zwinnie, obracam pantofle, stawiam u jego stóp na podłodze, tak że od razu może w nie wejść. To godzina jego szaleństwa, pięść spada na moją głowę, dręczy mnie, okłada. Rzuca Yasmin w głąb domu, jeden kopniak wystarczy, żeby zawirowała. Spodnie od piżamy leżą na podłodze jak skóra zdjęta z połowy ludzkiego ciała. Kij spada na nas, wydając odgłos jak silny wiatr. Kijem rysuje na naszej skórze czerwone palce. Jest mu obojętne, gdzie uderza, ważne, że trafia. Nie skończyło się, jeszcze się nie skończyło. Za moimi plecami siostry i bracia wstrzymują oddech. Utworzyli półkole, siedzą na podłodze dużego pokoju, a matka, która nie ruszyła się z miejsca, głaszcze mnie po włosach, sadza na wolnym miejscu w półksiężycu. Czekać, jeszcze się nie skończyło. Wreszcie się przebrał. W odświętnej marynarce wypatruje gości, którzy nie przychodzą. Mówi matka. U góry elegancki mężczyzna, na dole spodnie od piżamy.
Chcesz herbaty, panie?
Powinnaś być wdzięczna, odpowiada Halid, a jesteś niewdzięczną ormiańską kurwą. Nie masz za grosz przyzwoitości ani w zatrutym mleku twoich piersi, ani tam, skąd wyszła ta piątka zwierząt. Ani w oczach, ani w rękach... Rzuca w nią czymś twardym, co wyjął z kieszeni marynarki. Jej strach jest prawdziwy, nie wolno się uchylić. Przedmiot odbija się od ramienia. Żadnego okrzyku bólu. Matka siada teraz w najciemniejszym kącie pokoju i patrzy w podłogę.
Pluję na waszą przyzwoitość. Co ty wiesz, kobieto? Kim niby jesteś?... Przyplątałaś się do mnie, żołnierska kurewko, a ja się zlitowałem. Moja litość nad wami, psie nasienie, została zmarnowana... (...)


Kiedy w życiu Leyli pojawia się mężczyzna, to żadne przeciwności – sprzeciw ojca, jej pochodzenie i religia – nie są w stanie zniechęcić dziewczyny do wielkiej miłości. To ona ma być jej ucieczką z domu w lepszy świat, a mąż ma stać się jej oparciem. Jednak Leyli nie jest chyba pisane szczęście i poczucie bycia kochaną przez mężczyznę. Może to cienie przeszłości nie pozwalają jej zanurzyć się w stabilizacji, może widmo ojca nie pozwala jej pokochać i zaufać mężczyźnie. Dobrze jednak, że siła matki Leyli i wrodzony optymizm dziewczyny połączyły się i stały się swego rodzaju motorem napędowym w trudnym jej życiu.
Ta książka jest tak smakowita, jak smakowita jest jej okłada. Zapachy, kultura i tradycja Turcji przewijają się przez jej karty niczym obrazy z baśni. Jednak jest na nich jakaś rysa, słychać wśród śpiewów jakiś zgrzyt. Jest w niej coś, co trzyma i nie pozwala, podobnie jak Leyli wyrwać się z tego świata. Czytając Leylę odnosi się wrażenie, że to historia prawdziwa, opowiedziana przez dziecko. Aż niemożliwym wydaje się, że napisał ją mężczyzna. Piękna jest scena, kiedy Leyla, jako jedyna, doskonale zdając sobie sprawę z kary, którą może ponieść po swoim czynie, wymyka się w nocy aby zjeść zakazaną pomarańczę – ta scena aż pachnie pomarańczami, a odwaga Leyli i jej dziecięca radość zdają się zasiadać między wierszami.

To piękna powieść, którą czyta się zrywami – od głębokiego wzburzenia, przez wzruszenie do spokojnej egzystencji mieszkańców Anatolii. I choć znajdą się tacy, którzy powiedzą – ale to już było – to jednak Leyla jest jedyna w swoim rodzaju, Leyli nie da się nie pokochać. Ona zagości w naszych domach i sercach, a kiedy zasiądziemy nad pomarańczą zawsze już będziemy widzieli dzielną dziewczynkę z małej tureckiej wioski, której marzenie się spełniło. A książka? Ma w sobie coś, o czym wspominałam na początku. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, nie sposób też ją zapomnieć. Leyla jest jak przepyszny owoc o niezapomnianym smaku, do którego powracamy w myślach. Jest niesamowicie soczysta. Te oczy znad dorodnych i soczystych pomarańczy zawsze już będę pamiętać, i zawsze książka Zaimoglu będzie pachniała mi pomarańczami dojrzewającymi w tureckim słońcu.


Wolno nam wstać, doprowadzić się do porządku. Być może na dzisiaj wystarczy, może się skończyło. Woła z sypialni Emine, naszą matkę. A ona wstaje i idzie za wołaniem, chociaż wie, co ją czeka, zamyka za sobą drzwi, żebyśmy tylko słyszeli, ale nie mogli widzieć. Siadam na kamiennej podłodze twarzą do ściany, plecami do drzwi sypialni. Chłód przenika moje ciało od dołu. To kara za to, że uderzenia mnie nie trafiają. Ojciec Halida kazał wystrugać kij z gałęzi dereniu i nasadzić na koniec srebrną gałkę. Wetknął go synowi do ręki i powiedział: Goń wroga, który do ciebie podejdzie. Rozkaz dziadka należy do praw domu. Po trzech pokojach do mieszkania i do spania, po naszym domu, chodzi myśliwy z kijem.
(...)

cytat pochodzi z książki

Teatr PRLu i lekarz potrzebny od zaraz - czyli najnowsza książka Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk Mariola, moje krople ....

Jeśli książka może zrobić coś dobrego, to moja właśnie to uczyniła. Przyczyniła się do powiększenia konta Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a co za tym idzie stała się lekturą dla szczęśliwego nabywcy. Miło z jej (książki) strony ;) . Wszyscy jej bohaterowie i autorka Małgorzata Gutowska-Adamczyk są dzięki temu teraz podwójnymi bohaterami. Nie mogę nie wspomnieć, że stało się tak dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki, które przekazało mi najnowszą książkę autorki, nim jeszcze ukazała się ona w księgarniach.

No dobrze, teraz przejdźmy do treści. Mariola, moje krople to książka, przy której nie trudno o uśmiech. Choć czasy, których dotyczy śmieszne mogą wydawać się tylko nam, współcześnie żyjącym i tylko dziś, kiedy patrzymy na nie z perspektywy trzydziestu lat. Bo to, co działo się w osławionej Polsce lat osiemdziesiątych, w kolejkach za wszystkim, z kartkami, musztardówkami, paniami „klozetowymi” i podwawelską, występującą najczęściej w postaci spod lady i z nieodłącznym, kojarzącym mi się z PRLem tekstem z Misia „patrz synku, tak wygląda baleron” śmieszne jest kiedy patrzy się na to z perspektywy czasu. I może nawet da się wspominać z rozrzewnieniem, i przysłowiową łezką w oku, ale tylko, jeśli nie jest już realne, nie jest groźne. I tak też jest w tej książce. Mariola, moje krople to historia, która "trwa" niespełna miesiąc - zaczyna się 17 listopada roku 1981 i kończy, jakżeby inaczej – 13 grudnia roku tegoż samego. Teatr w małej polskiej mieścinie, skorumpowany dyrektor Zbytek z trzecią żoną Pauliną i kandydatką na czwartą Mariolką. Ze stanem przedzawałowym w niedalekiej przyszłości i wizją utraty stołka. Zakazana literatura, mająca przymusowo (na zasadzie tak zwanego dobrowolnego przymusu) uświetnić komunistyczne wydarzenie, nierozumiana przez większość staje się kością niezgody w teatralnej ekipie. Konspiracyjne życie podziemne utrudnia fakt, że główną aktorką teatru jest obecna, choć niekoniecznie ukochana (i kochająca) żona dyrektora Paulina.
Książka Gutowskiej - Adamczyk nadałaby się na scenariusz dla Stanisława Barei. Nie sposób nie śmiać się w trakcie jej lektury – a jeśli piszę tak ja, która tego rodzaju literatury raczej nie konsumuje, to oznacza tylko jedno, oznacza, że książka porywa. Śmiałam się do łez, denerwowałam na głupotę ludzką i żałowałam trochę tamtych czasów. Choć irytujące, podobnie jak zachowanie niektórych (tylko ?) bohaterów w książce, to może na dzisiejsze warunki nawet wskazane, bo jakoś tak weselej by się zrobiło, jakoś tak ambitniej. Chciało się więcej - mam wrażenie, tak jak chciało się reżyserowi Biegalskiemu sztuką uświadamiać naród, jak kombinować (zawrzyjmy w tym umownym słowie całokształt nie-pochlebnych dokonań „góry”) chciało się prezesom i sekretarzom. Wszystkim paniom Mariolom, Ligiom i Marlenom – stać w kolejkach za mydłem, rajstopami, niekoniecznie we własnym rozmiarze, pędzić KONIAK (!) i gotować gulasz wołowy na … kościach. Tak radośniej, bo więcej „zdobyczy” cieszyło i jakoś bardziej towarzysko bywało.
Ale przyszedł 13 grudnia i zabrał wszystko, co dobre. Tylko, czy wiadomo skąd wziął się stan wojenny? Wprowadziły go władze ówczesnej Polski w celu uniknięcia nieuniknionego? Nic bardziej mylnego! Otóż stan wojenny sprowokowali pracownicy dyrektora Zbytka! Aktorzy małomiasteczkowego teatru! Jeśli ktoś nie wierzy, niech weźmie do ręki tę książkę. Bo Mariola, moje krople mogłaby, równie dobrze zmienić tytuł na Jak rozpętaliśmy stan wojenny. Nie czytałam poprzednich książek autorki – Cukierni pod Amorem, czy 13 Poprzecznej, więc nie mogę porównać do omawianej wyżej, ale mogę zapewnić dużą dawkę śmiechu, okraszonego momentami najprawdziwszą irytacją na ówczesną sytuację.

Political fiction czyli Żona prezydenta Stefana Chwina


Nick Karpinsky wnuk emigrantów, mieszkający w Stanach Zjednoczonych, który jako młody chłopak przejawiał buntownicze zapędy i wydawało się jemu, że przemawia językiem tłumów, który tłumy te chciał porywać i nawracać dziś jest pacjentem szpitala psychiatrycznego. O dziwo – zdarzyło się jemu być w szeregach służb specjalnych.


No właśnie - zdarzyło?

Terapią Nicka jest zapisywanie wspomnień, a jedynym narzędziem, jakie otrzymał do tego dziwnego rodzaju terapii jest ołówek (intrygująca sprawa, która wyjaśnia się po drodze)

Krystyna, pastelowa Pierwsza Dama. Żona prezydenta Polski. Pewnego poranka jej życie legnie w gruzach, staje się bohaterką, jaką od czasów Hillary Clinton nie była żadna Pierwsza Dama. Jednak wyjście do tłumów z podniesionym czołem nie jest w stylu Krystyny. Zdradzona polska pierwsza dama ucieka do innego świata.

Co łączy Nicka i Krystynę?

Nie czytałam wielu książek Stefana Chwina, ale Żona prezydenta zdaje się „odstawać” od tych, które miałam w rękach. Kojarzyła mi się głównie z Teorią spisku, bo dużo w niej podobnych klimatów. Wspomnienia chorego człowieka, wspomnienia, które w rzeczywistości być może nigdy nie miały miejsca. Ucieczki do lasów, ukryte domy i podejrzane interesy. Polityka – tak, to jeszcze jedno ogniwo, które łączy książkę Stefana Chwina z głośnymi sensacjami amerykańskich autorów. No i jeszcze – Ameryka. Więzienie dla politycznych skazańców. Amerykańskie metody uzyskiwania informacji, amerykańskie metody leczenia (pseudoleczenia) i trochę amerykańska polityka w polskim wydaniu. Polska jakieś 20 lat później. Prezydent homoseksualista i cukierkowa pierwsza dama, zakochana w przywódcy „sekty”.
Cała książka Chwina jest zapisem ołówkowych wspomnień Nicka, przeplatanych retrospekcjami prosto w akcje rodem z macleanowskich i childowskich sensacji. Na tle losów renegatki Krystyny ukazane są - w ogromnym napięciu, które nie pozwala czytelnikowi na chwilę oderwania od książki - burzliwe losy polityczne kraju. Szemrane interesy polskich ministrów i amerykańskich władz, nielegalne powiązania. Wraz z religijnością, w którą wnika autor, z chorym wręcz poddaniem i szarlatanerią Chwin ukazuje rolę religii w historii kraju. Jej wpływ na jednostkę kształtującą państwo. W mistrzowski sposób, niby zawoalowany, ironicznie wytyka wady współcześnie rządzących światem. Jakby cały czas śmiejąc się w twarz politykom, uwidacznia to, czego boimy się dojrzeć. Czasem też naigrawa się z przywar charakterystycznych dla Polski i Polaków – choćby ze sztucznej i wysilonej ogłady, czy z rzekomo narodowej tolerancji (?!?).
Spotkałam się z kilkoma zarzutami jakoby autor zdradził samego siebie, że nie przystaje z Żoną prezydenta do swego talentu. Niestety, ja nie zgadzam się z takimi zarzutami i cieszę się, że sięgając po Stefana Chwina mogę spodziewać się niespodzianek. Tę książkę czyta się, jak dobrą sensację. Wyraziste obrazy i szybka akcja dają poczucie znalezienia się w ogniu sprawy, w samym środku akcji. Szybka książka – tak określiłabym Żonę prezydenta. A to, że być może nierealistyczna momentami – cóż, w niczym to nie przeszkadza, bo czy codzienność zawsze bywa realna? Jak uświadamia autor – nie koniecznie.
I jeszcze jedno ... wszyscy jesteśmy Nickami, a naszymi ołówkami kreślimy własny los, który łatwo wygumkować. Zapomnieć.

abracadabra - Room czyli książka, jakiej jeszcze nie było

Nominowana do zeszłorocznych bookerów książka Emmy Donoghue Room, zainspirowana przypadkiem Josefa Frlitzl’a i jego córki, to historia pięcioletniego dziś Jack’a, żyjącego z mamą (Ma) w pokoju wielkości zaledwie 11 stóp. Bez okien, bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Jack, który urodził się tam, jako dziecko kobiety (Ma) porwanej i więzionej przez przestępcę seksualnego nie wie, że istnieje cokolwiek poza światem, który go otacza. To biedne dziecko nie widziało nigdy innych dzieci i ludzi, nie czuło zapachu ulicy, czy łąki, nie widziało nawet słońca. Jack zna tylko świat pokoju, który dzieli z Ma i … tajemniczym „głosem” należącym do Nick'a. Jak na dziecko trochę opóźnione w rozwoju z przyczyn oczywistych Jack ma dużo silnej woli, aby poznawać świat. To też zasługa jego mamy, która stara się umilić dziecku czas, urządzając cały świat w ich własnych kilku metrach. Traktując otaczające ich przedmioty, jak ludzi, nazywając je „po imieniu”, z dużych liter sprawia, że Jack nie czuje się osamotniony i skazany tylko na jej towarzystwo. W ten sposób chłopcu wydaje się, że w pokoju mieszka też z Łóżkiem, Szafą, Półką i Telewizorem. To jego jedyni przyjaciele w świecie, w którym jedynym towarzyszem jest mama.
W książce Emmy Donoghue narratorem jest mały Jack. Granice fizyczne, czyli ściany pokoju oraz punkt widzenia chłopca, który naturalnie ogranicza jego zamknięcie w tych ścianach wyznaczają pole, po którym porusza się wyobraźnia czytelnika. Choć to trochę naiwna narracja to dzięki Jack'owi, jego dociekliwości i chęci poznawania świata tragiczna sytuacja, w której się znaleźli nie wydaje się tak straszna. Chłopiec zamęcza mamę ciągłymi pytaniami, bardzo dorosłymi jak na jego wiek. Chętny jest też do zabaw, które wymyśla sobie z mamą. Dzięki temu poznaje świat, który jest dla niego fantazją, abstrakcją, czymś nieistniejącym, poznaje nowe słowa, uczy się tak samo, jak dziecko w szkole nie zdając sobie sprawy z tego, że wszystko to istnieje, gdzieś za ścianą. Ścisły porządek dnia, wyznaczone godziny i ilości posiłków, ograniczony czas na TV to dyscyplina, którą założyła Ma. To rutyna trzyma ich przy życiu, daje poczucie stałości. Każdy dzień tej dwójki opiera się na urozmaicającym codzienność, jednak powtarzalnym schemacie – śniadanie, gimnastyka, śpiewanie, gry i nauka. Czas wolny to książki, które czytając przez pięć lat znają już na pamięć. Telewizor, wyznaczany na godziny, bo jest złodziejem czasu i "powoduje rozmiękczenie mózgu" – tak Ma chroni Jack’a przed światem i poczuciem utraty. I małe radości dla Jack’a, które urastają do rangi cudu, na przykład cudu „stworzenia” lizaka.
To dziecko nie znając innego świata, poza pokojem, nie widując innych osób poza mamą przeżywa pewnie mniejszą tragedię niż kochająca go Ma. Nie musi przystosowywać się do innego świata i nie cierpi z powodu uwięzienia, bo nie zdaje sobie sprawy z fatalnego ich położenia. Poruszając się w czterech ścianach, otoczony bezgraniczną miłością może poczuć się bezpiecznie, jak w kokonie. Jak płód, który jest bezpieczny w ciepłym, ograniczonym świecie matki. Gdzie nic go nie dotyczy, nic do niego nie dociera. I tylko niespodziewane wizyty „głosu” są w stanie wybić Jack’a z równowagi i poczucia bezpieczeństwa. Kiedy do pokoju wchodzi Nick, chłopiec udaje się do szafy, w której śpi. Czasami jednak, oszukując mamę podsłuchuje rozmowy dorosłych, nie rozumiejąc wrogiego nastawienia Ma do „głosu”, który jemu zdaje się być sympatycznym.
Room czyta się dziwnie. Z jednej strony istnieje duża szansa, że czytelnik zapomni o wadze zdarzenia jakie rozgrywa się na jej kartach. Słysząc słodki głosik Jack’a, ciesząc się razem z tą dwójką każdą chwilą, zapomni o beznadziejnej sytuacji, w jakiej się oni znajdują. To pewnie zabieg celowy autorki. Pewnie podobnie czuli Jack i Ma. Zdarzało się im być może zapomnieć o „głosie”. Jednak takie zapomnienie bywa złudne, kończy się trwogą i poczuciem zawieszenia nad przepaścią. Po kilkudziesięciu stronach poczucie to staje się normą, bo po kilku przykrych doświadczeniach czytelnik nie jest już więcej w stanie odprężyć się, zapomnieć. Pragnie pomóc matce i synowi, coraz szybciej zmierzając do końca ich tragedii, nie zdając sobie jednak sprawy, jak bardzo ofiary potrafią związać się ze swoim oprawcą, jak utrwalają własną rzeczywistość.
To książka klaustrofobiczna (pewnie już sam tytuł przyprawia o dreszcze osoby nań cierpiące), jednak dzięki perspektywie z jakiej jest opowiadana nie wydaje się tak ciężka, jak na przykład historia Anny Frank, Klary Kramer, Sabine Dardenne, czy Natashy Kampusch. A wyjątkowy sposób, w jaki Donoghue pisze o matczynej miłości sprawia, że każdy znajdzie w niej własny punkt spojrzenia na sytuację, w jakiej znaleźli się Jack i Ma. Śmiało mogę powiedzieć, że to książka jakiej jeszcze nigdy nie było. Cały czas czekam na tłumaczenia książek tej autorki, bo to bajkowe światy, które tworzy rzeczywistość. Może teraz, kiedy Room był nominowany, doczekamy się przekładów?