A może Dukaj na Mikołaja? Król Bólu w prezencie dla największego fana Jacka Dukaja!

Opinię o książce można wydać raczej po jej ukończeniu, tym bardziej recenzję. Ale ja pokusiłam się już dziś o napisanie kilku zdań na temat najnowszej książki Jacka Dukaja Król Bólu.
Moja opinia jest świeża i nie skalana opiniami innych osób na temat ani tej książki, ani też poprzednich książek autora. Król Bólu to moje pierwsze spotkanie z Dukajem, a drugie z fantastyką. Skusiłam się na książkę zachęcona krótkim jej opisem na stronie Wydawnictwa Literackiego. Ku mojej i radości książka okazała się zbiorem opowiadań, a raczej - ze względu na ich objętość i strukturę - powieści pod jednym tytułem Król Bólu i inne powieści.
Lubię bardzo opowiadania, tym bardziej jeśli to opowiadania z gatunku, którego nie znam. Forma w jakiej został wydany Król Bólu sprawia, że mogę sobie dawkować fantastykę, nie muszę zagłębiać się w kilkuset stronicową powieść - choć i tak czytam nieprzerwalnie od wczorajszego popołudnia. To dobre zarówno dla takich nowicjuszy jak ja i fanów fantastyki ( o plusach opowiadań pisałam już wielokrotnie). I tak dzięki wczoraj otrzymanemu zbiorowi powieści Dukaja zdążyłam poznać już trzy: Król Bólu i pasikonik, Crux oraz Szkoła. Przede mną jeszcze pięć, bo zbiór ten składa się ośmiu opowieści, choć pierwotnie miało być ich więcej. Jednak jak pisze sam autor, niektóre z nich wyrosły na samodzielne projekty – Lód czy Wroniec.
Nie wiem na ile moje odczucia są właściwe czytelnikom prozy fantastycznej, bo nie wiem, czy fakt, że jedyne co mnie przeraziło w książce to jej objętość, a nie przedziwne stworzenia – za umiejętność tworzenia których podziwiam autora, czy nieprwadopodobne zdarzenia przekraczające możliwości mojej własnej wyobraźni. Albo to, że czasem pojawia się na mej twarzy uśmiech - czy to prawidłowa reakcja czytelnika fantasy? Wiem jednak, że choć nie potrafiłabym opisać należytymi słowami własnych wrażeń z lektury, to na pewno książka nie zaginie w mojej pamięci na długo, a co najważniejsze, nabiorę chęci na kolejne pozycje autorstwa Jacka Dukaja. Właśnie z tego powodu bardzo chciałam przeczytać tę książkę i z tego samego powodu piszę taką, a nie inną na jej temat notatkę.
Chciałabym, oczywiście po ukończeniu lektury zbioru powieści, podzielić się nim z zagorzałym fanem autora. Jednak, niejako w zamian za ten egzemplarz oczekuję pomocy. Otóż książkę podaruję tej osobie, której krótki opis jednej z książek Dukaja zachęci mnie do jej lektury. Jaką książkę powinnam przeczytać jako następną? Która jest Waszą ulubioną, bo może jeśli zachęcicie mnie w tych kilku słowach stanie się i moją ulubioną powieścią Jacka Dukaja? Chętnych na zbiór Król Bólu i inne powieści proszę o krótkie zachęty do innych książek autorstwa Dukaja. Napiszcie w kilu zdaniach o książce, którą polecilibyście mi, kompletnie zielonej, choć już nabierającej barw przy lekturze Króla Bólu. Zachęty proszę pozostawiać w komentarzach do 6 grudnia. W południe Mikołajkowego święta wybiorę komentarz tej osoby, która sprawi, że zapragnę poznać polecaną przez nią powieść autora Króla Bólu.

… tymczasem wracam do lektury Króla Bólu




KSIĄŻKĘ MOGĘ PODAROWAĆ DZIĘKI UPRZEJMOŚCI WYDAWNICTWA LITERACKIEGO

Wesoły wujek Dyzma made in N.Y. czyli legenda Malowanego ptaka w/g Janusza Głowackiego



Kładę się teraz do snu, na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością.

Książka Janusza Głowackiego Good night Dżerzi nie jest ani biografią ani scenariuszem filmowym, choć tym miała być w założeniu. Nie jest powieścią non-fiction, bo któż zna prawdę o człowieku, który nie znał dobrze siebie? Ta - nazwijmy dla ułatwienia powieść - to historia, która stara się przybliżyć czytelnikowi życie Janusza Kosińskiego. Życie i powody, dla których pisał, to co pisał i żył tak, jak żył. O twórczości Kosińskiego można by się rozpisywać; że Malowany ptak nie jego, że Wystarczy być jest plagiatem wreszcie, że zarzucano Kosińskiemu brak talentu i umiejętności pisania, a teksty podpisywane jego nazwiskiem przypisywano rzeszy asystentów, którzy tworzyli za pisarza. Czy to wszystko wydumane historie, bezpodstawne opowieści wyssane z palca? Czy dzieciństwo Jerzego przybliża faktycznie Malowany ptak? Słyszało się wiele zarzutów na ten temat, ale pozostańmy przy stwierdzeniu, że to rzeczywiście powieść biograficzna. Wiele razy Jerzy powraca do tamtych przeżyć, przypisuje im dzisiejszą traumę i ekscentryczny charakter. Lecz co z dalszym życiem? Czy wiadomo, że była to jedna wielka balanga? Jednak ile daje radości zabawa, kiedy człowiek jest samotny i smutny? Kiedy tam, gdzie trzymają go korzenie nikt nie rozumie jego filozofii życiowej? Może i była wieczna impreza, wszystkie łóżka Manhattanu, pejcze, skóry i działki ale widziałam też łzy. Łzy skrywane pod płaszczykiem heroizmu i udawanego twardego charakteru. Good night Dżerzi być może pomoże przejrzeć na oczy, dojrzeć to, co ukryte albo zakazane. To nie jest łatwa książka, to nietypowa biografia, bliższa raczej powieściom Kosińskiego, bo łącząca w sobie wszystkich jego bohaterów. Niczym Fabian z Pasji poszukujący przygód i ciągle nowych doznań, czy prostaczek robiący karierę przywodzącą na myśl Nikodema Dyzmę (notabene drugie imię Kosińskiego to Nikodem) w Wystarczy być ukazuje nam się Kosiński w książce Janusza Głowackiego.
Myślę, że ta pozycja może jednych wzburzyć, u drugich wywołać wzruszenie i pobudzić chęć sięgnięcia po twórczość Jerzego, lecz nawet jeśli nie wzbudzi żadnego z tych uczuć dobrze by było poznać parę prawd o Jerzym Kosińskim zanim książka stanie się filmem.

Ja tu nie czuję się Polakiem, ani Żydem, ani bogatym, ani biednym, ani pisarzem, ani emigrantem, tylko człowiekiem. Rozumiesz? CZŁOWIEKIEM!



cytaty pochodzą z książki

AT HOME WITH BOOKS, How booklovers live with and care for their libraries


We were so fascinated by books and book people that we decided to make them a twenty-five-hour-a-day activity

Czy zdarza Wam się często, że stajecie przed swoimi zbiorami książek (niezależnie w jakiej formie aktualnie je składujecie – stosy, regały, gromady, … nieład) i rozkładacie przed nimi ręce, nie mając już pomysłu jak je ułożyć? Poskromić aby nie rozprzestrzeniały się po całym domu, aby nie szkodzić ich kondycji? Gdzie i jak „składować” książki, jak je rozmieścić, w często małych mieszkankach, to odwieczny problem moli książkowych. Jeśli już uda nam się znaleźć miejsce wynika nowy problem – jak je na tym miejscu ułożyć, w jakim porządku i systemie? Jak będzie najłatwiej sięgnąć po tą , na którą mamy akurat chęć? Do tego dochodzi problem natury higieny – jak o nie dbać? Jak obchodzić się z tymi naszymi skarbami aby służyły nam jak najdłużej i jak najdłużej cieszyły nasze oczy?


At Home with Books ... , które dostałam w prezencie od Chihiro to jedno wielkie natchnienie, kopalnia inspiracji i pomysłów. Przeglądam i czytam ten album bez przerwy. To najmilsza odskocznia od lektury, jaką udało mi się ostatnimi czasy mieć w rękach. Nie mogę nadziwić się urodzie zdjęć, rozmiarom zbiorów książkowych i wybieram, wybieram rozwiązania, przewiduję, kręcę nosem, wzdycham .. ach. Pozostaje tylko jeden problem – gdzie to wszystko wcisnąć na 50 metrach kwadratowych mieszkania, jak pogodzić miejsce na własne zbieractwo ze zbieractwem męża – czyli ciągle rosnąca ilością płyt. Jak nie zginąć pod przygniatającymi stosami przejawów kompulsywności (zakupów książkowych i płytowych) i nadać temu wszystkiemu dobry smak?


The message is not read this book, but see this book


Najciekawsze w tym wydawnictwie jest to, że wszystkie pomysły można czerpać od największych i zamożnych tego świata. Ludzi, którzy literaturę i książki kochają jak żywe stworzenia i w taki sam sposób traktują.
Piękne fotografie, w cudowny sposób ukazujące klimat mieszkań tych osób, atmosfera bibliotek w połączeniu z tym, co mają na temat książek do powiedzenia stanowią niejednokrotnie lekturę bardziej wartościową niż książka. A przynajmniej pozwalają w odmienny i miły (szczególnie dla kochających książki) sposób oderwać się od literatury, pozostając nadal w jej klimacie. Ta pozycja jest jak wyprawa w doborowym towarzystwie do dobrej księgarni czy biblioteki, jak wizyta w domu kogoś, kto rozumie miłość do książek. A kiedy spojrzymy na własne stosy - które nie mieszczą się na półkach, w niebezpieczny sposób przechylają jak statek na wzburzonym morzu - możemy sobie pomyśleć, że nie jesteśmy jedynymi, którzy mają ten miły poniekąd problem.

When people ask me, “Do you collect books?” I always say, “No, books collect me”

Och, wiele z tych ilustracji przyprawiało mnie o zachwyt – siedziałam nad nimi kilka dni, nie mogąc oderwać oczu i nie mogąc nadziwić się pomysłowości i, co tu dużo ukrywać – kolekcjom bibliofilów.
O wydawnictwie mogłabym pisać jeszcze długo bo poza książkami, znajdują się też w nim rozwiązania dotyczące oświetlenia i akcesoriów związanych z książkami biblioteczek, adresy największych bibliotek i wydawców na świecie. Wszystko okraszone niesamowitymi zdjęciami. Album At Home with books jest jak wycieczka po muzeum i jak niekończąca się lektura. Raz jeszcze wspomnę – to zaproszenie do domów i serc ludzi, którzy pragną ratować książki przed zapomnieniem.
Dziękuję Chihiro!!


I could spend a lifetime in this room and not be bored


Books do furnish a room

Books make better wall decorations than paintings




houses don't remain, but books do

Books, like wine, need to be kept at a regular, unfluctuating temperature

do trzech razy sztuka, tym razem nie Cząstki - czyli no-time przekonał mnie do Houellebecqa


The New York Observer napisał o niej – „jest niebezpieczna w sposób, w jaki literatura ma być niebezpieczna – budzi uśpioną wrażliwość” - i z tym zdaniem nie mogę się nie zgodzić. Platforma Houellebecq'a poruszyła we mnie te pokłady emocji, które zostały gdzieś uśpione przez spokojną egzystencję, godną bohaterów autora. Można powiedzieć, że książka jest swego rodzaju ostrzeżeniem przeciw bezsensownemu i bezcelowemu życiu, przeciw dążeniu do własnego zaspokojenia, które tłumaczy się chęcią rozwoju, posiadania szczęśliwej rodziny, czy też wzorcowego związku dwojga ludzi, dążeniu do niczego. Platforma to krytyka dzisiejszego społeczeństwa i cywilizacji.
Historia czterdziestoletniego, niespełnionego Michel’a, urzędnika państwowego jest odzwierciedleniem ulotności życia. Michel to nieszczęśliwy, pozbawiony ambicji i uzależniony od pornografii malkontent. Po śmierci ojca postanawia urozmaicić swoją nudną egzystencję wyruszając na wycieczkę do Tajlandii. Początkowo nieprzystosowanemu, izolującemu się od reszty towarzystwa Michel’owi udaje się nawiązać kilka znajomości, z których jedna przeradza się w namiętny romans z Valerie, pracownicą biura podróży organizującego wycieczkę. Niezadowolenie z wyjazdu rodzi projekt na organizację takich form wyjazdów, które usatysfakcjonują specyficzny sektor turystów. Realizacja ich wspólnych planów, kontrowersyjnych i burzących w niektórych krajach ład i porządek, przeczących zasadom i religiom przynosi nieoczekiwane efekty, które mają odzwierciedlenie nie tylko w działaniu przedsięwzięcia ale i w związku i życiu Michel’a.
Platforma to pesymistyczna wizja dzisiejszego społeczeństwa, nastawionego tylko na konsumpcję, niezauważającego problemów, czy też nie chcąca ich zauważać. Społeczeństwa ślepego i otępiałego, obojętnych maszyn bez zdolności do uczuć i reakcji, którego celem jest zaspakajanie własnych potrzeb wyrażających się w osiąganiu jedynie przyjemności. Bohaterzy Houellebecq’a zatracają się w pornografii, pracy i radosnym własnym świecie, nie przewidując konsekwencji beztroskiego i pustego życia, nie reagując na zło. Michel w gruncie rzeczy to smutny człowiek, który spotykając czyste uczucie na swojej drodze nie potrafi z niego korzystać, jest tak niezdecydowany, że na przemyślenia i trwanie w skrajnym pesymizmie traci cenne godziny życia. To zimny człowiek, przedstawiciel charakterystyczny dla współczesnego społeczeństwa, obojętny na krzywdę ludzi, chcący tylko brać i dostawać to, co najlepsze. Jednocześnie obawiający się otwarcia przed innymi, czujący strach przed tym, co miłe i przyjemne na dłużej. U Houellebecq’a jest społeczność nastawiona na chwilowe doznania, tak aby nie wiązać się z tym, co przynosi życie, na szybki, aczkolwiek chwilowy przypływ emocji, uczuć i pieniędzy, bez zobowiązań, bez przyszłości i otwarcia się. Świat przedstawiony w książce może uratować tylko czyste uczucie, pozbawione podtekstów i bezinteresowne, uczucie ogarniające człowieka nieegoistycznego, takiego który potrafi nie tylko brać ale przede wszystkim dawać siebie. Zatracenie się w miłości, która nie poddaje się czasom i przeciwieństwom, silnej i mogącej otworzyć jasną stronę stworzeń egzystujących na tym świecie, zwących się dumnie ludźmi. Platforma to dość pesymistyczny obraz świata, książka, w której każdy odnajdzie choćby cząstkę siebie, przez to irytująca, bo kto lubi uzmysławiać sobie własne wady i tym bardziej czytać o nich u Houellebecq'a. Ta książka wzbudziła we mnie skrajne emocje – z jednej strony mogę się zgodzić, że jest ekscytująca, jednak tę ekscytację przyćmiła irytacja i przeświadczenie, że Houellebecq pisał też o mnie, o bliskim mi, bo współczesnym świecie. Przerażająca, bo prawdziwa, przerażająca, bo budząca uśpioną wrażliwość.


Już do końca pozostanę dzieckiem Europy, troski i wstydu; nie mam do przekazania żadnego przesłania nadziei. (…) Wiem tylko, że wszyscy, absolutnie wszyscy wydzielamy z siebie porami egoizm, masochizm i śmierć. Stworzyliśmy system, w którym po prostu nie da się żyć; a co więcej, eksportujemy go do coraz to innych miejsc na ziemi.



W listopadzie autorowi została przyznana nagroda Goncourtów za powieść Mapa i terytorium, która w Polsce ukaże się jesienią 2011 roku.



cytat pochodzi z książki

Ostatnio mam szczęście do mężczyzn - tym razem Paweł Huelle

Tak się jakoś składa, że trafiam ostatnimi czasy na autorów, których albo wcześniej nie czytałam, dawno zapomniałam, albo wolałam wymazać z pamięci. Jednak teraz wszystko, co wezmę do ręki zapoczątkowuje nowe sympatie z autorami i - o zgrozo - zmusza do powiększania zbiorów, które i tak już nie mieszczą się z domu. Aby nie być gołosłowną zacznę od swojego pierwszego razu z Hrabalem, który opisałam TU, a który to sprawił, że na pierwszym razie moja z nim przygoda się nie skończy. W taki oto sposób mój mistrz Nabokov nie czuje się już samotny i nie dziwi się czemu jest jedynym mężczyzną, którego książki pysznią się na półkach, ba, a co dla Nabokova najważniejsze nie jest już zmuszony stać tylko i wyłącznie w pokaźnym towarzystwie Doris Lessing, za którą tak przecież kiedyś nie przepadał, która zarówno w czasach, kiedy tworzył jak i teraz na moich półkach zabierała jemu przestrzeń. Może się już cieszyć, bo dołączą do niego kompani godni miejsca wokół mistrza. Myślę, że Bohumil Hrabal jest dobrym dla niego towarzyszem, ale i na Houellebecqa się nie pogniewa. Ten pan to kolejny mój strzał w 10, trochę odgrzewany ale nic z tego. Moja z nim przygoda zaczęła się ładnych parę lat temu od Cząstek elementarnych, później był wielki comeback, z którego nic nie wyszło, chyba można powiedzieć, że było nawet gorzej. Dziś (niestety, bo to zmusza do powiększania zbiorów) skuszona przez krótką, niewinną notkę na blogu Krzysztofa Górlickiego no time nie mogę oderwać się od Platformy i już węszę za kolejnymi książkami Francuza. Ale nie o Hrabalu i nie o Houellebecqu chciałam dziś pisać. Dziś miało być o polskim autorze, którego książki już uzurpują sobie miejsce na zaszczytnej półce moich ulubionych, moich mistrzów literatury. Paweł Huelle, na którego skusiły mnie Lilithin swoim zdjęciem w plenerze i recenzją Opowieści chłodnego morza oraz Ania Ready artykułem o autorze w ostatnim Archipelagu, który czytałam dwa razy, trzecim razem powiedziałam sobie dość – czas na książkę! I tak pojawił się u mnie Castorp (gdyż Opowieści, które miały być w domu i usprawiedliwiać moją kolejną zachciankę, okazały się w domu nie przebywać i nie wiedzieć gdzie sobie poszły?).
A Castorp … zauroczył mnie, aż poczułam żal, że nie dane mi było żyć w przedwojennym Gdańsku, w czasach kiedy studia kończyli tacy pasjonaci, jak tytułowy Hans Castorp, kiedy można było wieczorami podziwiać gwiazdy na niebie, bez strachu, że to może być nasz ostatni wieczór. Poczułam też ucisk w sercu, że dziś już księgarnie, często mylone z bibliotekami nie są tymi samymi, do których chodził Castorp, że nie pakuje się dziś książek w stosik owinięty sznurkiem, a raczej wrzuca się je do bezdusznych kolorowych plastikowych worków. A najbardziej chyba żałuję, że nie znam Gdańska na tyle, aby w trakcie lektury książki Pawła Huelle odtwarzać mapę wspomnień i miejsc, o których w tak malowniczy sposób autor pisze. Castorp to historia Niemca, który przyjeżdża do Gdańska na studia. To ważny moment w życiu tego młodego człowieka, moment przełomowy i zarazem trudny, zmiana otoczenia i wybujałe plany trochę pokrzyżują życie Hansa. Pobyt na uczelni nie będzie bowiem takim beztroskim czasem tylko dla nauki, nie będzie łatwym okresem dla wybitnego i ambitnego studenta. To będzie raczej czas przemian i dostosowań nie tylko stylu życia. Gdańsk choć piękny okaże się zgubny dla Hansa, uwikła go w ciemne uliczne życie, zabierając jemu duszę, którą ukryje gdzieś w zapomnianych i opuszczonych bramach kamienic nadmorskiego miasta.
Castorp to książka, w której symbole i aluzje przenikają jak cienie podczas burzliwego dnia, to oniryczna historia dojrzewania, a właściwie przyspieszonego jego kursu, młodego idealisty, który musi zdecydować, czy warto zaprzedać duszę diabłu. Castorp sprawił, że śniłam sny o zielonych parkach, starych bibliotekach pełnych cudnych woluminów i o jeździe na łyżwach po zamarzniętej rzece. Wyrywana ze snu delikatnym i nierealnym stukotem starych tramwajów, co chwilę zapadałam weń, powracając do niezwykłego świata Hansa, po to aby obudzić się z myślą o książce i trwać w niej do dziś.

Tajemnica pewnego znaczka, słodkiej kremówki i filatelisty cukrzyka czyli Zatrute ciasteczko, część pierwsza przygód Flawii de Luce Alan’a Bradley’a


Flawia. Kilkuletnia dziewczynka, która wzbudza takie emocje zarówno wśród dzieci jak i dorosłych. Flawia zapalona chemiczka, która nie może wprost oderwać się od probówek i palników. Wreszcie Flawia, którą czytają też, albo może przede wszystkim dorośli, czy to z powodu małego dziecka, które ciągle w nich drzemie, czy to z ciekawości, co też dziś serwuje się milusińskim. Nie ważne są powody, ważne jest, że Flawia de Luce potrafi przyciągnąć zarówno dzieci, jak ich rodziców. A jak duże jest zainteresowanie przygodami małej chemiczki, świadczyć mogą ciągle powstające nowe części jej przygód, które zaczęły się od Zatrutego ciasteczka.
Urokliwa okładka książki, którą zobaczyłam u Lilithin i interesująco brzmiący tytuł spowodowały, że i ja do swojego książkowego menu wprowadziłam Zatrute ciasteczko. Przyznam, że książka nie ma nic wspólnego z niestrawnością, choć myślę, że im czytelnikowi bliżej wiekowo do Flawii, tym lektura staje się przyjemniejsza. Jednak jeśli przymknąć oko, a lekturę, rozłożyć sobie w czasie, jak kremowe ciasto, którego nie jesteśmy w stanie od razu zjeść, może stanowić śmieszną i wartą poświęcenia czasu przygodę. O czym jest książka autorstwa Alana Bradleya? Już na samym jej początku dowiadujemy się, że i w dobrych domach, zamieszkiwanych przez trzy młode damy zdarzają się ciasteczka, które szkodzą. I, że w ogrodach tych młodych dam znajdziemy trupa, którego zresztą odkrywa osobiście Flawia i trafimy z nią do aresztu, że nie wspomnę o jej chytrych chemicznych eksperymentach. I z Flawią inspektor policji w Buckshaw odkryje tajemnicę zatrutej kremówki. Ponieważ przygody Falwii w Zatrutym ciasteczku, to kryminał, jak słusznie zauważyła Zosik, resztę informacji, które mogłyby ułatwić „schwytanie” ewentualnego mordercy pozostawię w tajemnicy.

Miłej lektury:)

"Skamienieliny", czyli dramat o Julii

Próbuję sklasyfikować w jakiś sposób książki Małgorzaty Wardy. Zastanawiam się, do jakiego gatunku je przykleić. Dłonie to już (albo dopiero, patrząc na dorobek literacki autorki) moja trzecia książka Małgosi i ja nadal nie potrafię jednoznacznie ich określić. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to z racji tematów, jakie poruszają - dramat, ale zauważam – o zgrozo! (przecież ich nie lubię!) kryminalne wątki, jednak w przedziwny sposób mnie interesujące. Nie wiem i może wcale nie chcę wiedzieć gdzie je dopisać, bo może nie trzeba klasyfikować książek Wardy, może to osobny gatunek, bo choćby fakt, że podczas lektury wcale nie odczuwam, że to literatura polska, a przecież ich akcje toczą się głównie w Polsce. Być może podobnie jest z tym gatunkiem, nieokreślone, albo też wielogatunkowe… jak kto woli, nieważne, ważne, że tak lekko się je czyta.
Jakkolwiek Nikt nie widział, nikt nie słyszał już samym tytułem sugeruje, że może być nerwowo, a w Środku lata temperatura rośnie w rytm czytania, osiągając na końcu wrzenie, tak Dłonie nie sugerują takich emocji ani tytułem, ani też kilkoma pierwszymi rozdziałami. Ta książka jest trochę – jeśli mogę tak porównać – jak rzeźba, która na początku stanowi jedynie bryłę kamienia bądź bliżej nieokreślony kształt, aby później powoli zacząć coś przypominać. Jeśli dobrze się jej przyjrzeć, obejść z każdej strony, dotknąć, przymknąć oczy i ruszyć wyobraźnię zobaczy się niesamowitą historię, a może i kilka jej wątków. Takie są Dłonie Małgosi Wardy. To, co kocham w książkach – wielotorowość, moje ulubione retrospekcje, odejścia i powroty i mój Paryż. Wszystko to osadzone w atmosferze artyzmu i tworzenia. Jak wiele uderzeń dłuta, które potrzebne są aby we wspominanym już kamieniu ujrzeć dzieło, tak poszczególne rozdziały książki budują codzienność wielu młodych ludzi. Ludzi, których losy splatają się ze sobą nieustannie. Których łączy przyjaźń i miłość, zamiłowanie do sztuki i jedna szkoła, i których dzielą te same wspomnienia i emocje.
Maria zimna i wyrachowana, a jednocześnie pragnąca miłości, choć samej ciężko ją z siebie wydobyć. Nieśmiała Anna, Anna niewierząca w swój talent, głupio zakochana w jednym, nieosiągalnym mężczyźnie. Maja, której karierę komplikuje wypadek, czy Dorota – przypadek braku talentu, który osiąga sukces. Wśród tych dziewczyn jest jeszcze Rafał – dusza artysty, Rafał, którego nie sposób nie polubić. W Dłoniach pojawiają się też kluczowe postacie, które są symbolami książek autorki – Sara i Mateusz – choć tym razem w innych rolach.
Dłonie to nieustający korowód postaci i zdarzeń, które przeplatając się tworzą malowniczy, jak na artystkę przystało obraz. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że czytelnik może poczuć się trochę jak na wystawie sztuki, czasem spojrzeć na swoje dłonie, czy pędzel nie pozostawił po sobie śladów, albo gips nie poranił skóry. Już na pewno bez obaw mogę stwierdzić, że atmosfera Akademii Sztuk Pięknych może udzielić się nawet najmniej wrażliwemu na sztukę czytelnikowi, może nawet pokusić niektórych o artystyczne plany na przyszłość.
To jednak nie koniec, Dłonie to nie tylko romans ze sztuką. I w tej książce autorka przyprawia czytelnika o nerwy, albo szczególnie w tej. Krąg artystów, wrażliwych na piękno i brzydotę świata, na dobro i okrucieństwo, to też świat ich osobistych tragedii, które ta wrażliwość tylko uwidacznia i wyolbrzymia. Zazdrości o talent, o nagrodę, być może radości z upadków i niepowodzeń innych. Talent w dłoniach, w dłoniach przyszłość i śmierć - bo czymże są dłonie dla artysty?!
Uwielbiam w książkach Małgosi Wardy to, że w przedziwny sposób zaprzyjaźniam się z każdym ich bohaterem, choćbym nie przepadała za kimś, to nie jestem w stanie go zapomnieć. Co jeszcze uwielbiam w tych książkach? Koniec. Żałując jednocześnie, że to już, mogę dalej sama budować losy postaci z książki. Są tak realni, że aż niemożliwe wydaje się, że ich nie ma, że to fikcja i że nie spotkam ich nigdy na ulicy. Kuszą mnie te zakończenia, bo choć książka się urywa, to bohaterzy Wardy żyją dalej.


















Powyżej prace Małgorzaty Wardy. Więcej znajdziecie na http://warda.bloog.pl/

Rosyjski romans od Muzy wylosowany!!!

Wybiła 12! Jest środa i losowanie Rosyjskiego romansu Meir’a Shalev’a. Nie spodziewałam się tylu chętnych, cieszy mnie takie duże zainteresowanie książką. Przygotowałam więc dziś, tradycyjne jeszcze u mnie karteczki z nickami, poskładałam je fantazyjnie, umieściłam w bambusowej miseczce, bo ciągle jeszcze w wazonach pysznią się urodzinowe kwiaty i pstryknęłam fotki. Zdjęcia nie są najlepszej jakości ale najważniejsze, że widać kto wygrał książkę. BEATRIX73 GRATULUJĘ :)

P.S. Podobała mi się ta drobna konkurencja – Skarletko jesteś wielka :)!! A Beatrix proszę o maila na moni-libri@gazeta.pl:)







Rosyjski romans i konkurs


Bajarz. Tak jednym słowem mogłabym opisać Barucha, który opowiada książkę Meir’a Shalev’a Rosyjski romans. Bo to książka opowiadana, na którą to opowieść składa się wiele retrospekcji, wiele historii wymyślonych, baśniowych i magicznych jak i tych najprawdziwszych, tragicznych czasem opowieści rodzinnych. Tak, można też rzec, że to kronika - momentami przywoływała mi na myśl książki Myśliwskiego, choć osadzona w zupełnie odmiennych realiach. Palestyna – to miejsce pamięci i wspomnień Barucha. Rosyjski romans to opowieść tym bardziej ciekawa, że widziana oczami dziecka i dorosłego, to zbiór przemyśleń wtedy i dziś, przemyśleń związanych z przyziemnymi radościami, wojną i miłością.
Trudno opowiedzieć książkę, która sama jest jedną wielką opowieścią, wylewającą się z kart, historią, którą ktoś już kiedyś opowiedział. Dlatego też w ramach zachęty do lektury wymyśliłam, że podaruję ją chętnej osobie, tym bardziej, że dawno już u mnie nie było losowania. Książkę Meir’a Shalev’a Rosyjski romans otrzymałam od Wydawnictwa Muza i dzięki uprzejmości Wydawnictwa chciałabym przekazać ją w dobre ręce. Mogłabym wymyślić jakiś specjalny sposób losowania, na przykład pomyślałam o podaniu kolejnego tytułu tego samego autora, którego ukazanie się zapowiadane jest na listopad, ale myślę, że to zbyt łatwe zadanie ponieważ pewnie większość z Was słyszała już o Chłopcu i gołębiu? W takim razie zdecydowałam się na tradycyjne losowanie życząc Wam szczęścia. Chętnych proszę o zapisywanie się w komentarzach. Powodzenia!
P.S. Skarletka mnie oświeciła, pytając kiedy LOSOWANIE!!! Dziękuję Skarletko za przypomnienie. Otóż losowanie odbędzie się w samo południe w środę!!:)

Trudno rozpoznawalna rzeczywistość - Nuda A. Moravia


Sądzę, że warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o nudzie (…) Dla wielu osób nuda oznacza przeciwieństwo rozrywki; a rozrywka jest chwilą zapomnienia, bezmyślności. Natomiast dla mnie nuda nie jest przeciwieństwem rozrywki; mógłbym nawet powiedzieć, że pod pewnymi względami przypomina rozrywkę, gdyż prowadzi właśnie do zapomnienia i bezmyślności (…)

Może to nie nuda, może to zblazowanie, maniera, rodzaj postawy, która ułatwia życie, choć żyć się nie chce? Obrzydliwie bogaty trzydziestopięcioletni Dino, artysta malarz, ale chyba tylko z nudy, tylko po to aby oderwanie od świata, w celu natchnienia było pretekstem do wyjazdu z domu, do odpoczynku od matki. W tym celu Dino zamieszkuje w swojej pracowni i tylko czasem, z nudów – a jakże – odwiedza matkę. Nie chce od niej nawet pieniędzy, które kobieta jemu oferuje, nie chce aby potem zaraz żałować, że nie chciał. Podobnie jak chce i nie chce miłości, chyba z nudów przejmuje, jakoby w spadku po sąsiedzie, również wielkim malarzu kochankę, młodziutką i głupiutką Cecylię. Nawet w tym przypadku okazuje się blazerem, znudzonym życiem malkontentem nie obdarzając dziewczyny uczuciem, poza erotyczną fascynacją. Jednak zaskoczony własnymi podejrzeniami i ewentualnością bycia zdradzanym przez Cecylię zmienia swoje do niej podejście. Zaczyna jemu zależeć na dziewczynie i jednocześnie broni się przed tym uczuciem, chce ją porzucić jednak zdaje sobie sprawę z tego, że aby kogoś porzucić, aby przestać kogoś kochać trzeba najpierw go pokochać i z nim być. Dino tak naprawdę to zagubiony człowiek, charakterystyczny dla epoki młody kapitalista. Bez rodziny, bez przyjaciół, planów i zmartwień, ze swoim wsobnym charakterem zaczyna fiksować. Wyciągając pieniądze od matki, pragnie kupić miłość Cecylii, rozdarty między chęcią poślubienia dziewczyny a życiem z nią na kocią łapę, zazdrosny, i nie o kobietę, sam nie wie czego chce.

Nuda to dla mnie typ niedopełnienia czy niedopasowania, czy niedomiaru rzeczywistości. Metaforycznie można by powiedzieć, że kiedy się nudzę, rzeczywistość zawsze kojarzy mi się niepokojąco ze spaniem pod zbyt krótką kołdrą w zimową noc (…) A jednak, odwołując się do innego porównania, moja nuda przypomina częste i tajemnicze przerwy w dopływie prądu do mieszkania – w jednym momencie wszystko jest jasne i wyraźne, tutaj stoją fotele, tutaj sofy, w głębi znajdują się szafy, komody, obrazy, zasłony, dywany, okna, drzwi; a potem nagle zostaje tylko ciemność i pustka. Albo też – trzecie porównanie – moją nudę można określić jako chorobę przedmiotów, polegającą na ich stałym więdnięciu lub utracie żywotności (…)

To ciężka, choć ciekawa książka, taka, którą czyta się długo i wnikliwie. Książka, która irytuje i nie pozwala się porzucić. Nudę Moravii można porównać do miłości Dino, Cecylii, której niedoskonałości mogą kusić i pociągać do grzechu. Powieść czytamy może trochę z żalu dla Dino, dla którego nic się nie liczy, a życie nie ma sensu. Którego na świecie nic i nikt nie trzyma. Tak samo, jak Dino książka nie tętni życiem, nie ma w niej akcji i choć, jak napisałam pociąga, to w jakiś taki leniwy sposób, ciągnąc się jak słodki cukierek. Jest leniwa i rozespana jak człowiek po zbyt długiej drzemce, jak słodkie i puste życie obrzydliwie bogatych utracjuszy. Ludzi, którzy kupują sobie przyjaźnie, którzy wydawaniem pieniędzy ładują swoje akumulatory i dowartościowują swoje ego, jak biedny duchowo Dino kupujący względy kochanki. Książka Moravii wydaje się być aktualna w każdych czasach, ukazując prawdę o materialnym, pustym świecie.

Poczucie nudy rodzi się we mnie z poczucia absurdu rzeczywistości.



cytaty pochodzą z książki

Kruchy dom duszy J. Thorwald'a czyli CO W GŁOWIE PISZCZY

„Jego mózg …kruchym domem duszy”
W. Szekspir (Król Jan) [w:] J. Thorwald (Kruchy dom duszy)

Kruchy dom duszy jest kolejną książką w dorobku J. Thorwald’a, w której wykłada on w sposób przystępny dla czytelnika aspekty medyczne. Dzięki Stuleciu chirurgów, Triumfie chirurgów, Pacjentom, czy choćby Krwi królów przeciętny czytelnik może skubnąć odrobinę z dziedziny medycyny. Kruchy dom duszy podobnie, jak pozostałe książki napisany jest prostym językiem (jak na temat, którego dotyczy), tym bardziej ta przystępność jest zadziwiająca, że jakkolwiek poprzednie klimaty były równie trudne i niezrozumiałe, tak neurochirurgia, której dotyczy Kruchy dom … jest i przez samych naukowców nieodkrytą zagadką, nawet w dzisiejszych czasach.
Czymże jest mózg człowieka? Centrum dowodzenia, dzięki któremu wiemy, że je się rękoma, że chodzimy, mówimy i widzimy (to tylko kropla w morzu zdolności mózgu), czy może jest miejscem , w którym mieszka dusza? „Czymś” (przepraszam mózg za określenie "czymś", bo trudno na tak skomplikowany mechanizm powiedzieć "coś", ale niech tak pozostanie, dla ułatwienia sprawy), czymś, co nosi w sobie kwintesencję istnienia, kwintesencję człowieczeństwa, małym (?) osobnym życiem, które jeśli tylko zechce się zbuntować popsuje całą resztę? Mózg to taki mały tyran, który wie, że trzeba o niego dbać, że słowa na niego nie wolno powiedzieć, bo jak się obrazi to klapa. Poplącze swoje zwoje, zwiększy ciśnienie, pozwoli wyrosnąć niechcianym obcym i człowiek uzależni się już nie od niego, a od innych. Czasami – niestety – czyni takie złośliwości bez naszego wpływu, potrafi wprawić nas w niekontrolowane odruchy, czy też sprawić, że zapomnimy nawet swojego imienia. Wreszcie, ten mądry stwór jest jakby ciągle niewiadomą, no bo jak można wytłumaczyć fakt, że od bez mała 200 lat nikt nie jest w stanie znaleźć doń klucza, który pozwoliłby poruszać się swobodnie po tej zagadce anatomii? Mały – w porównaniu do masy ciała człowieka (ok. 2% ciężaru) - przemądrzały twór, który sam stanowi klucz do reszty ciała, do całej ludzkości.
Książka Thorwald’a przedstawia w sposób rzetelny (nie wiem na ile pełny, bo nie znam się na medycynie) historię neurochirurgii, począwszy od pojęcia „stopiony metal” - tak opisywali mózg pierwsi, którzy otwierali czaszki, przez „tej choroby nie da się uleczyć” – diagnoza na choroby związane z funkcjonowaniem mózgu (np. tiki nerwowe, niedowłady kończyn, czy poważne już padaczki i inne) do operacji na otwartym mózgu, pod pełną narkozą i oglądaniem go bez otwierania kości. I choć pierwsze książki Thorwald’a, które (medyczne) ukazały się na rynku polskim (Stulecie chirurgów, Pacjenci itp.) mogły wydawać się pełniejsze i bardziej rzetelne – choć mogły bardziej wciągać, bo pierwszy ma zawsze lepiej – to jednak Kruchy dom duszy powinien być lekturą w każdym domu, i nawet jeśli ktoś nie jest w stanie znieść wizji „topionego metalu” i krwi (choć wielbiciel Thorwald’a zdążył się już pewnie do tego przyzwyczaić) może lekturę książki potraktować jako pozycję poniekąd naukową i zaglądać do niej od czasu do czasu jak do swego rodzaju encyklopedii, ale encyklopedii napisanej językiem przystępnym i zrozumiałym dla laika. A dla wielbicieli, już nie samego Thorwald’a ale medycyny, białych fartuchów, stetoskopów i tajemnic ludzkiego ciała książka może stanowić, jeśli nie lada gratkę, to wyzwanie, którego być może, co zdolniejsi zechcą się podjąć.

jak jeleń doczekał się ślubu, a Praga piwem stała czyli Wesela w domu Bohumila Hrabala


Wesela w domu to część pierwsza autobiograficznej trylogii i zarazem moja pierwsza przygoda z autorem (jakoś nie było nam wcześniej po drodze). I tak samo, jak autobiografia ma części dalsze, tak i ja wiem, że na jednej książce Hrabala nie poprzestanę.
Wesela w domu to ciepła i bardzo realistyczna opowieść o życiu dwudziestoośmioletniej Liski (żony Hrabala), która po silnej depresji, po tym jak opuścił ją „przed ołtarzem” pierwszy narzeczony, poznaje doktora, pod postacią którego skrył się sam autor. Tych dwoje samotnych ludzi niby zakochanych w sobie, pisanych sobie z miłości i potrzeby (patrz system polityczny, obowiązek meldunku itp.) nieufnie jednak podchodzi do instytucji małżeństwa. Z wiadomych powodów wątpliwości te przepełniają Eliskę, która porzucona przez chłopaka nie wierzy w siebie, w swoją urodę i umiejętności, a cała sytuacja, pogarszana przez "przyszłą niedoszłą" teściową, z którą Liska zmuszona jest mieszkać, nie sprzyja wyjściu z dołka. Do tego wszystkiego dziewczyna boi się ponownego odrzucenia, porażki podobnej do tej, którą zafundowała jej pierwsza miłość. Zapracowana, w oparach hotelowej kuchni nie rozpoznaje od razu uczucia jakim pragnie obdarzyć ją doktor. Być może pachnący często piwem, nieśmiały i zwykle kontrowersyjny starszy od niej pan (czyż piwo nie jest ucieczką od wątpliwości, jakie ogaraniają tego lekkoducha?) nie wzbudza zaufania, jednak przebudzenie, jakie dokonuje się w dziewczynie sprawia, że otwiera się ona na tę miłość i daje ponieść losowi. Cóż, brzmi jak piękna historia miłosna!
Wesela w domu to obraz polityczny i społeczny Czechosłowacji począwszy od lat pięćdziesiątych, trochę przesiąkniętej, podobnie jak Hrabal zapachem wszechobecnego piwa, trochę śmierdzącej rynsztokiem i ciemnej, ale niewątpliwie prawdziwej i do tego opisanej w poetycki i, jak dla mnie wręcz bajkowy sposób. Hrabala bowiem czyta się jak opowieść bajarza, długie zdania tworzące realne długie opisy sprzyjają wyobraźni, sprawiają, że zapachy i dźwięki unoszą się nad książką, tak, że nawet kiedy pada, deszcz zdaje się moczyć i czytelnika. Żona Hrabala tak mówiła o jego pracy: Mój mąż i jego pisanina to był przeraźliwy bałagan i nieporządek, nie dbał nawet o styl tego, co pisał, nawet nie starał się, ja znałam gramatykę słabo, ale świetnie wiedziałam, że mój mąż w gruncie rzeczy nigdy nie umiał pisać po czesku, jego pisanina sprawiała na mnie wrażenie przekładu z obcego języka, tylko notatek, nad którymi będzie dopiero pracować, tylko lekko naszkicowanych epizodów, które czekają na cierpliwe opracowanie... takie też wydają się Wesela w domu, jednak to tylko pozorny bałagan, który dąży do ładu i spokoju, od którego nie sposób się oderwać. I pozostaje mieć nadzieję, że takie same są pozostałe książki Hrabala.

Jakże cudny i poetycki to świat niech świadczy fakt, że pisząca te słowa – czyli ja we własnej osobie – wstała dziś o czwartej nad ranem, aby dokończyć pierwszą swą przygodę z Bohumilem Hrabalem.


Bohumil Hrabal w nieistniejącej dziś piwiarni "U Hynku"


Nymburskie piwa poświęcone Hrabalowi





zdjęcia: wikipedia

Bezcenna Orchidea w Pawilonie Kwiatu Brzoskwini Mingmei Yip

Tak się dziwnie składa, że kolejny raz sięgnęłam po literaturę chińską, chyba zafascynował mnie świat tamtejszych tradycji i historii. Podobnie jak Kwiaty śliwy w złotym wazonie i Pawilon Kwiatu Brzoskwini opisuje jedną z treści, która na tę tradycje się składa - otuloną zasłoną tajemniczości sferę intymną, seks i wyuzdaną miłość. Pawilon Kwiatu Brzoskwini autorstwa Mingmei Yip to opowieść o prestiżowej chińskiej prostytutce, która dziś cieszy się odmianą losu. Książka zaczyna się w Kalifornii po czym przenosi się do Chin początku wieku i przez swoje, bez mała 600 stron podróżuje po tym malowniczym kraju. Xiang Xiang to dwunastolatka, która dzieciństwo i dostatnie życie ma już za sobą, bowiem w tak młodym wieku okrutny los zaplątał życie jej rodziny w supeł nieszczęść, powodujących jej rozpad. Po tragicznej śmierci ojca, matka Xiang Xiang zmuszona jest porzucić rodzinny dom, bez środków do życia udać się do zakonu, w którym będzie mogła wieść skromny żywot do końca swoich dni, niestety bez córki. Mała Xiang Xiang nie zostaje przyjęta do zakonu i matka zmuszona jest oddać ją w dobre ręce ludzi, którzy mają zastąpić jej niedawno utraconego ojca i pozostawiającą ją matkę. Jednak dość szybko okazuje się, iż tych dwoje mało ma wspólnego z dobrem, a jeśli zdarzy im się czasem, że takie uczucie wypłynie z ich serc, jego celem jest raczej ich własne dobro niż osoby, którym ją raczą. Tak właśnie staje się z małą Xiang Xiang, którą podstępni ludzie wciągnęli do domu publicznego.
Piękny brzoskwiniowy pałac, jakim jawi się małej jej nowy dom, okazuje się właśnie domem publicznym, w którym wychowuje się przyszłe prostytutki, dogadzając im i hołubiąc. Jak bajkowi Jaś i Małgosia, tak Xiang Xiang karmiona najlepszymi kąskami, otaczana troskliwą opieką, ma szybciej stać się nową gwiazdą dla stałych klientów brzoskwiniowego pałacu. Dość szybko dziewczynka orientuje się w sytuacji, która dzieje się wokół niej, niestety z pawilonu nie ma już ucieczki, albo jedyną jaka jest, jest śmierć. Upokarzana, bita i zmuszana do seksu nastoletnia Xiang Xiang traci nadzieję na powrót do matki i pomszczenie ojca. Wykorzystując jednak swoje talenty do gry na instrumentach, śpiewu czy malarstwa stara się umilić sobie ten straszny los który ją spotkał, żyjąc ciągłą nadzieją opuszczenia brzoskwiniowego pawilonu. Przez swoją naiwność i dobre serce potrafi wzruszyć nawet najtwardsze serce, zarówno swoich koleżanek dzielących z nią los kurtyzany, jak i klientów.
Cała powieść jest tym bardziej ciekawa, gdyż są to wspomnienia prawie stuletniej dziś Xiang Xiang, które spisywane przez jej prawnuczkę mają stać się nie tylko historią rodzinną. Pawilon kawiatu brzoskwini to powieść pełna symboli, kipiąca chińska kulturą, kulturą, której nie znamy, kopalnia wiedzy skrywanej przez pokolenia. Staruszka toczy nieustannie swoją opowieść od pierwszych kart książki, dzięki czemu czytelnik może poczuć się jak słuchacz i gość, który znalazł się przypadkiem w jej pokoju i poczęstowany filiżanką herbaty zasłuchał się w tę wzruszającą historię.

Zakazany owoc made in China, Kwiaty śliwy w złotym wazonie


Po tę książkę chciałam sięgnąć już przy okazji kolorowego wyzwania, jednak cenzura jej strzegła i książkę ciężko było znaleźć w księgarniach. Nie udało mi się wtedy, za to teraz, dzięki wznowieniu jej przez Wydawnictwo Muza mogę cieszyć się jej lekturą. Kwiaty śliwy w złotym wazonie to powieść rzeka, w którą czytelnik wypływa już od pierwszych stron tej księgi nieznanego autorstwa. Kwiaty śliwy … to pewnie jedno z najgłośniejszych (i podobno najlepszych) dzieł chińskiej literatury. Od początku wzbudzająca silne emocje i zakazana, porównywana jest do Dekameronu Boccaccia, choć jak twierdzą jej polscy tłumacze nie jest to odpowiednie porównanie. Przełożona, na język polski pierwszy raz w 1994 roku powieść liczy w oryginale ponad półtora tysiąca stron tekstu oraz około dwieście rycin, które ilustrują książkę (wcześniej drukowana we fragmentach w miesięczniku Kontynenty). W polskiej wersji, warto zaznaczyć w pierwszej części (bo podobno przewidywana jest i druga, uzupełniająca) w sześćdziesięciu rozdziałach, liczących po dwa podrozdziały czytelnik ujrzy oczyma wyobraźni historię obrazującą burzliwe i szybkie życie młodego Chińczyka Simena Cinga. Człowieka, którego cechy charakteru można przypisać współczesnym ludziom na całym świecie – przebogaty kupiec (właściciel wielu sklepów), maczający palce w polityce, będący ważną osobistością w mieście, a przy tym niepoprawny erotoman, nieustannie potrzebujący poklasku i zachwytu w oczach młodych kobiet. Utracjusz kolekcjonujący żony, kochanki i podboje łóżkowe, gustujący w pięknych dziewicach, ale i nie gardzący młodymi chłopcami. Jednym słowem człowiek, któremu pieniądze i władza uderzyły do głowy i który żyje, nie bacząc na tempo i godność zarówno swoją jak i innych. Kwiaty śliwy w złotym wazonie mogłyby się wydać komuś tylko opowieścią o seksie, pijaństwie i innych uciechach, zbiorem kart przez które płynie alkohol i przekleństwa, a szacunek do kobiet i zasad jest czymś nieznanym. Ale można też dopatrzeć się w niej wizji upadającego świata, a patrząc na legendę mówiącą o jej powstaniu, na wizję upadku dynastii Mingów. To utwór wielowymiarowy – nie tylko obraz politycznych Chin, tradycji i zwyczajów (na przykład zwyczaj wyboru odpowiedniego dnia do szycia, spotkania, czy ustalanie dziesięciu warunków „poderwania” kobiety) ale też, choć trudny w swym wydźwięku, szczególnie dla czytelnika z odmiennego kręgu kulturowego, wart lektury, bo stanowiący prawdziwą kopalnię wiedzy na temat chińskiego feudalizmu, pełen religijnych i historycznych aluzji.
Warto przytoczyć jedną z ponad dwudziestu legend o autorstwie Kwiatów śliwy. Otóż głosi ona, iż powieść wyszła spod pióra jednego ze znamienitych pisarzy z czasów dynastii Mingów, niejakiego Wan Szy-czena, który książkę napisał w zemście za śmierć ojca. Miała powstać dla jednego z cesarskich ministrów, który odpowiedzialny był za tę śmierć. Rogi kart książki zostały wysmarowane trucizną, a że książka liczyła ich ponad tysiąc, lektura jej szybko doprowadziła do śmierci ministra. Nie jest natomiast znana dokładna data powstania książki, wiadomo jednak, że nie we wszystkich jej współczesnych tłumaczeniach można przeczytać naturalistyczne sceny erotyczne. Na przykład w wydaniu angielskim z 1939 roku, te podano po łacinie, w wydaniach japońskich natomiast drukowane one były oryginalną chińszczyzną. Widać książka wzbudza kontrowersje do dziś, więc nie należy dziwić się temu, że ponad czterysta lat wcześniej, kiedy powstawała nie chciano jej wydrukować, a te egzemplarze, które gdzieś potajemnie ujrzały światło dzienne, zostały pocięte przez nożyce cenzorskie.

jedna z wielu rycin, które ilustrują książkę

... i ja mam stos, czyli postraszę zaległościami :)




Zastanawiałam się ostatnio, czy warto? Przecież te stosy tak szybko się dezaktualizują :) ale skuszona jesiennymi lekturami Lilithin postanowiłam wstawić swoje, chyba wszystko przez tą nieszczęsną Flawię, na którą zapału wystarcza ledwie do połowy (połowy połowy!; czyli połowy pierwszej części)
W sumie powinnam dołożyć do stosu cały plik gazet, które jeszcze kilka dni temu kupowałam kompulsywnie (to ostatnio często pojawiające się słowo w naszym domu, nasze ulubione słowo łączone z wieloma innymi wyrażeniami), a które leżą i tylko zerkają smutnym oczkiem, błagając o lekturę.
... wracając do stosu ...

A więc w tym kompulsywno-jesiennym stosie (chyba powinnam obiecać NO MORE THE SHOPPING!!) znajdują się – o nie, nie wszystkie kupione haha!

- Kwiaty śliwy w złotym wazonie – otrzymane dzięki uprzejmości Muzy
- Czarodziejska góra – zakupiona po tym, jak natchnął mnie Antonii Libera
- Rosyjski romans – recenzyjna z Muzy
- Jesień patriarchy – w połączeniu z Opowiadaniami, również recenzyjny podarek od Muzy
- dwa razy Flawia w wydaniu Zatrutego ciasteczka i Badyla na katowski wór
- The Room – wiadomo, nominowana do Booker Prize
- Van Gogh’s Women – prezent od Magamary
- The white castle również prezent od Magamary
A z boczku stoi przecudnej urody kalendarz The Medieval Woman an illuminated book of days, przez który nie mogę doczekać się nowego roku – dziękuję Magamaro:)
- Fala po burzy – bo przecież to kolejna część Dzieci przemocy (Clevera!!!!)

Tak trochę z drugiego boczku stoją Kruchy dom duszy – recenzyjny podarek, tym razem od Wydawnictwa Literackiego oraz mój własny nabytek, zakupiona w celu przygotowania do lektury The Finkler QuestionWieczory kaluki.
Dodam, że połowa z tych książek ma już zakładki ;0, co nie oznacza, że jesienią będę się nudzić … a sam stos nie oznacza też, że te właśnie książki pojawią się na blogu w najbliższej przyszłości:)) )