stosy, które rosły i książki, które zmęczyły


Z góry przepraszam za złą jakość zdjęć, niestety zmuszona byłam zrobić je aparatem … telefonicznym:/ Te stosy rosły sobie od jakiegoś czasu, podlewane przeze mnie nowymi nabytkami z księgarni oraz nabytkami pożyczanymi z bibliotek ( nie z jednej, a z kilku), które to już zdążyły się przeterminować, przeczytać i odnieść do biblioteki, aby tam postać sobie spokojniutko w stosach jeszcze większych niż ten mój domowy. Po powrocie z urlopu odniosłam wrażenie, że stos ten urósł pod moją nieobecność, a przez to jeszcze bardziej raził, więc czym prędzej zabrałam się do jego redukcji, eliminując szybko słabszych jego przedstawicieli. I tak w stosach tych znajdują się książki już przeczytane oraz te, których nie przeczytałam do końca (postanowiłam w obliczu takiego tempa przyrostu książek nie zmuszać się do czytania czegoś, co mnie nie wciąga). Są też książki, których oczywiście jeszcze nie ruszyłam i takie, które czytam w specjalnych okolicznościach, co oznacza, że mogą być czytane baaaardzo dłuuuugo oraz takie, które do stosów nie wskoczyły, bo pewnie wcale nie ukażą się w recenzjach na moim blogu.
Poniżej:
Arcydzieła Malarstwa Europejskiego - Ch. Stukenbrock, B. Topper

Malowany welon
- W. Somerset Maugham

Moje życie z Madonną
- Ch. Ciccone

Oskarżony pluszowy M.
- C. Chase (pokuszona przez Cleverę)

Delirio
- L. Restrepo

Prawdziwy świat
- N. Kirino (zakupione z 40% rabatem dla blogerów w Sonia Draga podobnie jak trzy poniżej) TU recenzja

Groteska - N. Kirino

Księżniczka Angina
- R. Topor

Ostateczne wyjście
- N. Kirino

Cząstki elementarne - M. Houellebecq (powtórka z rozrywki, dozowana w tramwaju)

Głodny anioł - S. Karolewski (nie widać tej malutkiej książeczki, a otrzymałam ją z Wydawnictwa Szarlatan)

P.S. Kocham Cię - C. Ahern (zakupiona już drugi raz, pierwszy egzemplarz pożyczony komuś - wiem komu - na wieki - a, ze książki nie skończyłam wtedy, nabyłam ją teraz w celu dokończenia)

Les Combustibles - A. Nothomb (przywieziona z Paryża)

Piekło obiecane - E. Drucaroff (wylosowana na Perlei)

Toast za przodków - W. Górecki (pokuszona przez Engę)

Poniżej przeczytane już książki, niektóre już zrecenzowane oraz te, których lektura była męcząca. O dziwo Safak zaliczam do męczących, choć nie odpuszczam!

Intensity - D. Koontz (ciągle czeka na recenzję)

Ghostwriter - R. Harris

Zdradzona - L. Harris, A. Crofts (TU recenzja)

Trudny wybór - N. Gordimer (recenzja leży)

Twoje serce należy do mnie - D. Koontz (to również jedna z tych, które czekają na recenzję, zaczynam obawiać się czy mi się to wszystko nie pomiesza?)

Iacobus - M. Asensi (to książka, którą zauważyłam w sklepie z pamiątkami, który odwiedziliśmy będąc na Mont St. Michel, mam zamiar przekazać jej treść w ciekawy sposób, cierpliwości)

Dzicy detektywi - Bolano (to książka, która strasznie mnie zawiodła, miała być o pisarzach, o literaturze .... i znudziła mnie strasznie)

Bękart ze Stambułu - E. Safak (pozwólcie, że przemilczę powód jej niedoczytania)

Za plecami anioła - R. Górska

To moja największa bolączka ostatnich tygodni, książka, na którą czekałam z niecierpliwością i wystarczyło kilka zdań, abym dziś przerwała jej lekturę. Wiem, że do niej wrócę, choć pewnie będę denerwować się, podobnie jak w ciągu ostatnich kilku dni lektury, ale muszę i chcę ją przeczytać, choć to historia zupełnie nie w moim guście. To książka, w której znajdzie się wszystko (540 stron) począwszy od miłości, intrygi, bogactwa, homoseksualizmu i zdrady. Pewnie przyjęłabym ją o wiele lepiej, również czytałoby mi się ją dużo lepiej gdyby nie jej zapowiedź jako mrocznej i tajemniczej. Pewnie, że z tytułu można domyślać się wątku romantycznego (wcale mi to nie przeszkadza) ale …właśnie, to ale.

Chyba będę musiała przestawić swoje myślenie aby książkę Pani Renaty przeczytać z pełnym zrozumieniem, bez zmuszania się do niej.














A oto cytaty, które być jednych zachęcą do lektury innych, podobnie jak mnie wręcz odwrotnie. Przepraszam z całego serca autorkę – Renatę Górską – i jednocześnie obiecuję ukończyć kiedyś Jej książkę!

„Tej nocy długo nie potrafiła zasnąć, przebudzona kobiecość domagała się swoich praw. Marta wyobraziła sobie Olivera galopującego na koniu lub przy pracy, która ujawniała jego siłę. Już samo spojrzenie na jego mocne ramiona i uda dawało jej przedsmak…”


„Zdrowy, pracowity i ambitny, miał wszelkie dane ku temu, aby osiągnąć swoje cele, a także zapewnić swej przyszłej rodzinie godziwy byt. Muskularna sylwetka rekompensowała przeciętną twarz, w której nie było jednak nic odpychającego. Marta na jego widok nigdy nie poczuła dreszczy, lecz zdarzało się, że umiał je wywołać przez atmosferę chwili.”

Zaraza miłosna i obłęd uczuć czyli Znów ta miłość i znów nie tak miało być Doris

Sięgnęłam po kolejną książkę Doris Lessing w przypływie tęsknoty za prozą autorki i dobrą książką. Zaczęło się dobrze, wręcz niewinnie, historia tak się układała, że nie podejrzewałam klapy. Wychwalałam, polecałam, nie mogłam doczekać się końca … ach gdybym tylko wiedziała jaki będzie nijaki, nie spieszyłabym się tak z lekturą. Nie wiem co wywołało taki nagły zwrot w akcji (czytania) – czy to upał czy czasowe wypalenie autorki, które dokonało się w trakcie pisania? W każdym razie mogę wskazać wyraźną linię podziału książki na dobrą i złą. Poczułam się trochę tak jakby choroba – może w innej postaci, niż ta która dotyka bohaterów – przeszła i na mnie. Czułam się źle, niekomfortowo, jakby trawiła mnie jakaś gorączka, która zesłała na mnie majaki, męczące obrazy, jak koszmary w chorobie, które nie chcą odejść.
A co to za historia? Miłe złego początki, czyli pierwsza - mniej więcej - połowa książki to opowieść o Sarze, sześciesięcipięcioletniej, trzymającej się mocno kariery dyrektorki teatru. Samotnej kobiecie, która pazury wykorzystuje nie tylko do ściskania wspomnianej kariery ale i histerycznie szarpie nimi miłość. Miłość, którą usilnie stara się odkrywać, niestety w każdym spotkanym mężczyźnie. Sara jak nastolatka, która szaleje za telewizyjnymi idolami rzuca się na każdego spotkanego faceta, rozpaczliwie usiłując zagarnąć każdego z nich do swego serca. Tworzy swój własny, wyimaginowany świat i układ miłosny, który jest jak nieuleczalna choroba. Choroba miłości, która jednocześnie Sarze dodaje sił. Aż chce się krzyknąć Saro się opanuj! Ośmieszasz się! Bo choć nie mówisz głośno o swych uczuciach i fantazjach, przebijają one przez Ciebie jak rumieniec na twarzy zakochanej dziewczyny. Szanuj się Saro!
Historia, która toczy się równolegle do przeżywanych przez Sarę miłostek pozwala sądzić, że to historia magiczna, mająca wpływ na zachowania Sary. Sztuka, którą przygotowuje w teatrze to inscenizacja pamiętników pięknej malarki i kompozytorki, zmarłej tragicznie w młodym wieku z powodu ….nieszczęśliwej miłości Julie Vairon. Czyżby to Julie wpływała przez karty pamiętnika na towarzystwo zgromadzone przy jego lekturze? Czy to jakaś magiczna moc Julie, a może miłości? Może też to jakiś rodzaj fatum, bo przecież miłości (miłostki) Sary kończą się równie tragicznie jak miłości Julie?
Chciałabym aby Znów ta miłość Lessing była opowieścią tylko o tej romantycznej, niespełnionej i tragicznej miłości Julie. Skrywane wielkie uczucie, przedwojenne lasy i tworzona przez Julie muzyka przemawiają do mego serca bardziej niż skacząca z uczucia na uczucie (aby lepiej brzmiało) Sara. Przyprawiająca własne serce i serca tych niezauważonych o chorobę. Chyba za dużo w książce przemyśleń Sary („nimfomanki”?), za wiele nie odegranych ról i niedokończonych aktów. Zawiodłam się – o dziwo – na Sarze. Chciałam bardzo aby ułożyła sobie życie, aby była szczęśliwa i dała szczęście innym. Życzyłam jej miłości wielkiej i prawdziwej, takiej jak ta, którą darzyła swego zmarłego męża. Ale Sara mnie zawiodła, nie dorównała Julie (o którą bywała zresztą zazdrosna!) nawet w najmniejszym stopniu. Sara to kolejna Martha Quest z drugiej części Dzieci przemocy, kolejna niedojrzała emocjonalnie kobieta, która przez swoje niezdecydowanie i kaprysy marnuje swoje szanse.
Nie poddaje się jednak i nie zniechęcam do powieści Doris, bo przecież nie chodzi o to, że one są złe, bo mi nawet takich osądów wydawać nie wypada, żaden ze mnie znawca, ale o to, że to ja biorę je w złych momentach do ręki i być może nastawiam się na kolejne fascynacje książką. Byc może chodzi też o to, że kobiety słabe, niezdecydowane nie pasują mi osobiście do prozy, jaką tworzy Lessing? Może też nie podoba mi się takie obnażanie uczuc? Tych może jest więcej, a wśród nich jest może dam szansę ...

!!!!!! za 5 dni koniec plebiscytu!!!!!!!!





Książki na lato – tylko w dużych ilościach ! Tak dobrze jest tylko z plebiscytem Przy kominkuksiążka na lato 2010. Niestety, wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć. Stąd moja informacja – ZA 5 (PIĘĆ) DNI KOŃCZY SIĘ PLEBISCYT!
Tych, którzy zaspali, nie zdążyli bądź też jeszcze nie zdecydowali się na udział w konkursie – zapraszam TU .


Powodzenia!

Uwikłane w przyjaźń. Historia prawdziwa - Zdradzona L. Harris, A. Crofts


Przez kilka pierwszych lat życia Sara Harris była normalną, szczęśliwą, lubianą dziewczynką. Jednak odkąd skończyła sześć lat jej życie zamieniło się w piekło. Padła ofiarą zorganizowanej przeciwko niej okrutnej kampanii, która trwała osiemnaście miesięcy. Nie minęło wiele czasu, a została zawieszona w prawach ucznia, odizolowana od przyjaciół. Pozostała sama, zupełnie oszołomiona i przerażona. Jej szczęśliwe dzieciństwo zostało zniszczone raz na zawsze.

Dla jej matki życie stało się gorsze od najstraszniejszych koszmarów. Niewiele brakowało, aby jej małżeństwo się rozpadło, a do akcji wkroczyły instytucje opiekuńcze. Lyndsey musiała walczyć o utrzymanie swojej rodziny i zachowanie córki przy zdrowych zmysłach. Najgorsze jednak miało się dopiero wydarzyć. Lyndsey odkryła, że jej rodzina padła ofiarą najgorszej zdrady, o jakiej można pomyśleć...

Nie jestem zwolenniczką tego typu historii, nie lubię wszelkiego rodzaju talk-show, w których ludzie opowiadają swoje problemy, nie lubię wynaturzeń na oczach całego świata. Tak samo nie lubię książek opowiadających historie „jaka to ona biedna” „dawała się bić ale po 30 lat uderzył w czuły punkt i zrozumiała” czy „nie jadłam i nie piłam przez 100 lat”. Ale czasem moja słabość zwycięża i daję się skusić na ckliwe historyjki z życia wzięte (zwykle z życia Amerykanów – być może to osobisty psychoanalityk każe im pisać, wydawać, sprzedawać i zarabiać?). Taka jest książka Zdradzona autorstwa Lyndsey Harris i Andrew Crofts’a. Opowiada ona historię psychicznego maltretowania córki autorki przez …. nie powinnam pisać chyba przez kogo, bo to zdradzi wszystko, ale wydaje mi się, że to, kto „robi” te wszystkie straszne rzeczy jest tak oczywiste, że nie muszę owijać w przysłowiową bawełnę, kluczyć i używać półsłówek. Myślę, że każdy, kto przebrnie przez kilkanaście stron tej książki, domyśli się czyją sprawką są wszystkie działania przeciwko małej Sarze (i jej rodzinie). W rodzinie Lyndsey, ze szczególnym uwzględnieniem sześcioletniej Sary mąci najlepsza przyjaciółka tej pierwszej. Zaślepienie Lindsey może świadczyć tylko o wielkim zaufaniu do Tani, która poczyna sobie w domu przyjaciółki jak w grze komputerowej, w której wykańcza się nie tylko fizycznie przeciwnika ale przede wszystkim psychicznie. Nie dość, że Tania męczy ich w ich we własnym domu, to przenosi jeszcze swoje zagrywki poza cztery ściany, wykluczając tym samy Sarę ze środowiska szkolnego i przyjaciół.
Zdradzona to momentami irytująca książka – pewnie dlatego, że jak wspominałam nie lubię tego typu historii – ale w tej całej opowieści drażni głupie, bezsensowne, bezpodstawne i bezcelowe (przepraszam za mnogość przymiotników ale brak mi słów) zachowanie …. Lindsey. Oczywiście nie wspominając o Tani, której to zachowanie nie zostało wyjaśnione do dziś, pomimo jej przyznania się do winy.
Być może czytelnika, który lubi historie prawdziwe, z kozetki psychiatry zaczerpnięte książka ta wzruszy, albo może też przeczyta ją chętnie ktoś, kto spotkał się z podobnym problemem lub obawia się spotkać takowy ale nie jest to książka, która utkwiłaby w mojej pamięci (choć czasem absurdalnie, właśnie te, których nie chcę pamiętać pozostają w niej najdłużej). Aby opowiedzieć wszystko co Tania – pseudoprzyjaciółka zrobiła bezbronnemu dziecku i jej matce (ją również męcząc opowieściami wyssanymi z palca, a dotyczącymi rzekomych gwałtów, usuniętych ciąży czy zabitych dzieci, w które oddana Lindsey wierzyła!?) nie wystarczy jedna notka, do tego potrzebna jest … książka. „Wkręcanie” dziecka i wmawianie jemu rzeczy, których nie zrobiło spowodowało trwały uraz psychiczny u dorastającej dziewczynki. Prawie dwuletnie znęcanie się sprawiło, że Sara zaczęła przyznawać się do niepopełnianych czynów, myśląc - i lękając się - że wszytko to robi we śnie.
Zdradzona pokazuje jak ważne jest zrozumienie w rodzinie i jak ważna jest ona sama. Nie otaczający ją ludzie, którzy uważają się za przyjaciół domu ale wspólne rodzinne sprawy. Rozmowy i wysłuchiwanie dzieci są równie ważne jak pouczanie ich, bo jak powtarzał często Lindsey jej syn Luk - dzieci widzą więcej, tylko dorośli nie chcą ich słuchać ….

-Tak mi przykro – powiedziała terapeutka rodzinna, gdy poznała prawdę. – Powinnam sama do tego dojść.
- Jak miała pani to zrobić ? – zapytałam. – Bazowała pani tylko na tym, co pani powiedziałam, a ja sama nie miałam pojęcia o niczym.
- Ale powinnam była zadać pani podstawowe pytanie – powiedziała
- Jakie?
- Czy ktoś widział, żeby Sara zrobiła którąkolwiek z tych rzeczy, o które ją oskarżano?



Cytaty pochodzą z książki Zdradzona L. Harris, A Crofts

francuska kuchnia niebiańska! Moje życie we Francji J. Child & A.Prud'homme



Czy może być lepsze lektura dla kogoś, kto właśnie wrócił z wycieczki po Francji niż książka Julii Child Moje życie we Francji? Jestem pewna, że nie będzie na wyrost jeśli powiem, że książka ta jest nawet lepsza niż jakikolwiek przewodnik po tym pięknym kraju. Gdybym tylko dostała ją w swoje ręce przed wyjazdem wiem, że byłby on pełniejszy i bogatszy o ciekawe doświadczenia, nie tylko kulinarne. Jakkolwiek poprzednia pozycja opiewająca życie kucharki doskonałej Julie&Julia (autorstwa Julie Powell) nie przypadła mi do gustu, powiem więcej spowodowała niechęć do tego typu książek i jej bohaterki, kojarząc mi się tylko z galaretą, do której mam uraz po pracy w sieci polskich hoteli, tak Moje życie we Francji zachwyciło mnie, zauroczyło, ujęło do tego stopnia, że lektura nie była jednorazowa. Książka Julii Child to moja biblia, to moje „ukryte pragnienia”, moje myśli i częściowo moje doświadczenia (a co za tym idzie opinie).
Moje życie we Francji Julii Child we współpracy z Alexem Prud’homme to opowieść o przygodzie życia Julii i Paula Childów. Kiedy Paul wysłany zostaje na placówkę do Francji jest to dla niego kolejny już pobyt we Francji, natomiast dla Julii, świeżo poślubionej małżonki to ogromne wyzwanie. Wyjazd, a właściwie rejs na inny kontynent, do kraju o jakże odmiennej od Ameryki kulturze to wielkie wyzwanie i zapewne odwaga. I nic w tym dziwnego, że jeszcze na statku, kiedy odwrót zdaje się być niemożliwym, Julie ogarnia cały czas niepokój i wątpliwości. Sama wiem, że gdyby przyszło mi dzisiaj spakować manatki i wyruszyć w podróż do pewnego celu, jakim byłaby praca i mieszkanie we Francji nie wahałabym się chwili ale jestem w stanie zrozumieć Julię, która jedzie tam pierwszy raz.
Już po pierwszym spotkaniu z lądem francuskim, w przyszłej wielkiej kucharce budzi się talent, który jest jeszcze małym ziarenkiem, suchym i spragnionym rozkwitnąć podlewany francuskimi smakami. Pierwszy posiłek, jaki zjadają z Paulem po zejściu na ląd będzie tym, który Julia będzie wspominać do śmierci, na którym będzie wzorować się w swojej pracy. Ten jedyny, niedościgniony wzór, doznanie ukryte gdzieś w zakamarkach pamięci smaków, ten który wydobył i obudził zmysły (sole meuniere – sola w sosie maślanym - czyż nie brzmi niebiańsko?).





Pierwszy dla Childów jest Paryż. Paryż zachwycający nie tylko kuchnią ale i porządkiem (bo trzeba Ci wiedzieć przyszły czytelniku, że to czasy powojenne). To zorganizowanie i schludność zachwyca Julię, choć ogrom miasta czasem ją przeraża – ale jak miło zgubić się w Paryżu, nie ma nic przyjemniejszego (haha i nie jestem tu gołosłowna). To w Paryżu pobiera ona pierwsze nauki gotowania studiując w słynnej Le Cordon Bleu. W Paryżu też, oprócz kwitnącego już talentu kulinarnego u Julii zaczyna kiełkować też książka, wykorzystująca talent Julii i jej koleżanek. Książka ta, to podświadome (bo przecież kiedyś skończy się wyjazd Paula) przeniesienie ukochanej Francji do Ameryki, do której kiedyś trzeba będzie wrócić (stąd próby nad różnymi rodzajami składników – mąki, masła, czekolady, a nawet urządzeń kuchennych np. piekarników).
Jednak francuska podróż Childów nie kończy się na Paryżu, a wiedzie do źródeł smaków. Na Południe, do Prowansji. To tu Julia i Paul zapuszczają korzenie, zakochani (czemu się nie dziwę) i zdecydowani pozostać w tym raju na ziemi na stałe.
I nie dziwię się Julii, że Francja zmieniła ją kulinarnie, że zapragnęła „tworzyć” w kuchni, bo choć mi osobiście nigdy nie brakowało inspiracji i chęci do przyrządzania jedzenia, to Francja wzmocniła je we mnie i dodała pomysłowości. Gdybym tylko, pokręciwszy nosem mogła przenosić się do Francji, robiłabym tam zakupy - wonne przyprawy, soczyste i barwne warzywa, dojrzałe owoce, szaleństwo darów morza …. o rozkoszna kuchnio Francji!




P.S. z książki przygotowałam dwa dania, które udały się, pomimo tego, że nie ma dokładnych przepisów. I choć pewnie nie były idealnym odwzorowaniem tych, które robiła Julie, smakowały wszystkim, a w połączeniu z winami sprawiły naszym podniebieniom rozkosz, przyćmiewając urok zdjęć.



Sole meuniere - niestety nie moja, a googlowska


o Francji jeszcze TU i TU :)

górskie winnice, białe wino i sery pewne jak w szwajcarskim banku, a świstaki spacerują zgodnie z tamtejszymi zegarami - Szwajacaria daje się lubić!

Postanowiłam dla ochłody poczęstować Was zdjęciami z mroźnych gór Szwajcarii. Sześć stopni w plusie, wiatr wiejący z prędkością prawie 50 kilometrów na godzinę i metrowa pokrywa śnieżna – tak się ochładzaliśmy pod Matterhorn. Mam nadzieję, że popatrzenie na lodowiec ochłodzi Was choć troszkę i pozwoli oderwać się od roztapiających nas ostatnio upałów. Do rzeczy!

Podróż do Szwajcarii, ostatni większy etap naszej podróży postanowiliśmy przedłużyć o ponowną wycieczkę po okolicach Południa i Prowansji, omijając kolejny raz autostrady i ciesząc oko ukochanymi widokami, z którymi przyszło nam się pożegnać. Przy okazji tej wycieczki planowaliśmy poczynić zakupy miodu z kwiatów lawendy – to właśnie tu spotykamy przemiłego taksówkarza z Valensole, który zaprowadza nas do małej fabryki przetworów z miodu oraz sklepu firmowego tejże fabryki (ponieważ nie udaje nam się znaleźć opactwa, które miało produkować podobno najlepszy w okolicy miód, nawet pan nie słyszał o tym fakcie). Oczywiście trafiamy na zwyczajową we Francji przerwę w pracy, jednak czekanie w tak miłym dla oka otoczeniu nie stanowi wielkiego problemu. Po godzinie, z małym opóźnieniem (nie przejmując się tym faktem) pani otwiera ponownie sklep, z którego po pół godzinie wychodzimy z koszykiem miodowych skarbów. Z Valensole, przez kolejne wioski udajemy się do Szwajcarii. Przez Grenoble dojeżdżamy do Genewy, która wita nas lazurem Jeziora Genewskiego – to widok zapierający dech w piersiach – lazur wody i błyski skrzącego się na jego tafli słońca, wśród miejskich zabudowań to widok raczej niespotykany. Nie wiem jak mieszkańcy Genewy ale ja pewnie mogłabym całymi dniami przesiadywać w oknie i podziwiać ten kolor – choć zdaję sobie sprawę z tego, że i tak piękny widok znudziłby mnie pewnie po czasie.


Genewa i lazurowe Jezioro Genewskie



Genewa to dopiero początek zachwycających okolic i zapierających dech w piersi widoków, jakie czekają na nas w Szwajcarii. Niestety równie miłych słów nie mogę powiedzieć na temat mieszkańców tego neutralnego kraju – to oschli i bezosobowi ludzie, w porównaniu z przyjaznymi Francuzami, kontrastują do tego stopnia, że staramy się unikać i ograniczać nasze rozmowy z nimi. Być może wrażenie to potęguje zlepek językowy i kulturowy jaki spotykamy w górzystej miejscowości Gryon (właściwie to kilka miejscowości obok siebie w jednym okręgu) gdzie przy każdym kolejnym skupisku sklepów i ludzi słychać inny język i nie wiadomo jak zachować się w takiej sytuacji, kiedy jedni uśmiechają się do ciebie, inni patrzą jakbyś był ich największym wrogiem.


Gryon to malowniczo położna alpejska wioska. Dotarcie do niej napawa nas przeogromnym strachem – bo droga do Cannes, która mnie osobiście wystraszyła okazuje się tylko małą wprawką w porównaniu z tą, która prowadzi nas do miejsca, w którym mamy pozostać na kilka dni (już czujemy się uziemieni, co po ochłonięciu okazuje się śmiesznym i błędnym myśleniem a droga, z którą się oswajamy przyjemną trasą widokową).

Widok na jedną z uliczek Gryon

... taki obrazek budził nas każdego ranka ... to tam gdzieś siedzą słynne świstaki?

Widoki to jest największy atut alpejskich wiosek – pomijając powietrze oraz liczne trasy górskie czy narciarskie, na które jednak tym razem się nie nastawialiśmy. Codziennie rano budzi nas słonko, które oświetla alpejskie szczyty (z tarasu naszego pokoju widzimy Mt Blanc) a w dolinie widok jak z reklam pewnego słodkiego alpejskiego przysmaku, który zawijają przemiłe stworzenia:) . Wieczorami, kiedy cichnie miejskie życie, kiedy można przysiąść nad lampką białego szwajcarskiego wina słychać szum górskich strumyków, które spływają w jeden silny nurt i pewnie gdzieś tam dają początek Rodanowi. Spacer po wąskich uliczkach Gryon to wielka radość – bo miejscowość ta zdaje się być wyciętym kadrem z animowanej bajeczki – słodkie, choć czasem kiczowate ozdoby przy malowniczych malutkich domeczkach, które czasem zdają się wisieć nad przepaścią, leniwie pozujące do zdjęć koty, które zamieszkują w miniaturkach domków swoich właścicieli (podobnie jak pszczoły, które nieliczni tu hodują) oraz dzieci, wyglądające jak szczęśliwe skrzaty. Ludzie w Gryon po prostu zdają się być oderwani od reszty świata (pewnie po części tak jest, skoro 10 kilometrów krętej drogi pod górę do Gryon pokonuje się przez prawie pół godziny!) i tylko pociąg, który tam dojeżdża (to dziwne wrażenie, kiedy na wysokości ponad 1500 metrów n.p.m. słychać gwizd lokomotywy) wydaje się łączyć ich z rzeczywistością i czasem przywozić zadziwionych turystów. Aż chce się dopatrzeć u tubylców jakichś niewidocznych linek, którymi zdają się być poruszani w tym swoim bajkowym świecie.

kolejka m.in do Gryon, która kursuje bardzo często, głośnym gwizdem informując o swoim przyjeździe


najmłodszy "Gryanin", którego udało nam się spotkać, dodam, że pomimo słońca było bardzo zimno, a chłopca zabawa polegała na oblewaniu się z góry wodą:) - miał ogromną radość i dziwił się, kiedy mówiliśmy, ze jest za zimno



tak w Gryon wyglądają skrzynki na listy, ule i domki dla kotów



Z Gryon mamy możliwość dotarcia na upragniony lodowiec, do Gornergrat czy Matterhorn – to nasz cel. Aby dotrzeć w te miejsca, czyli na wysokość ponad 3100 metrów n.p.m. w Zermatt trzeba wsiąść do kolejki-pociągu, która wciągnie pasażerów do Gornergrat, po drodze zatrzymując się i wysadzając chętnych do wspinaczki albo zabierając tych, którzy przeliczyli swoje siły. Jednak aby dotrzeć do Zermatt, które jest miastem zamkniętym dla ruchu samochodowego (do miasta mogą wjeżdżać tylko uprzywilejowani oraz mieszkańcy, którzy są wybrańcami losu, elitą i patrząc na to czyste miasto wielkimi szczęśliwcami – wystarczy, że ktoś widział jak wygląda Zakopane ze szczytów i zrozumie mieszkańców Zermatt) trzeba najpierw dotrzeć do dworca w Tasch. Po dojechaniu, również pod górę do Zermatt można zdecydować o dalszej wycieczce – wsiąść w kolejkę albo na szczyt udać się na własnych nogach. Nie jest to łatwa wycieczka, biorąc pod uwagę wysokość, jednak prowadzi ona utartym szlakiem przez las, a na sam szczyt Gornergrat nie trzeba przecież docierać, bo Matterhorn przy dobrej pogodzie, jeśli nie zasłonią go wszechobecne na tej wysokości chmury jest widoczny nawet pod Gornergrat.
Jeśli jednak ktoś nie chce udać się jeszcze wyżej – nie chce iść czy też płacić horrendalnej sumy za wjazd może pozostać w miasteczku, bo to miłe miejsce, pomimo snobistycznych zapędów, eleganckich i drogich sklepów oraz kawiarni. Tymi uliczkami spacerowało kiedyś wielu znanych (m. in Nabokov). My wjeżdżamy, bo w końcu po to tu przyjechaliśmy. Na samej górze to czego oczekiwaliśmy – zima w lecie -metrowa pokrywa śniegu, pięć stopni i silny wiatr. Uwielbiamy góry i uwielbiamy to uczucie, kiedy zdaje się człowiekowi, że stoi na czubku świata i czuje respekt przed siłą natury, kiedy otaczają go wysokie szczyty, a z Gornergrat widać tylko same pyszniące się szczyty i jęzory lodowca. Wiatr pędzi z taką prędkością, że ptaki nie rozwijają skrzydeł aby latać, a nasze uszy wymagają kaptura. Pomimo tego, że na szczycie spędzamy chyba najwięcej czasu (wszyscy, którzy przyjechali z nami kolejką dawno już pojechali) to żal nam rozstawać się z tymi widokami, tym bardziej, że chmury, które przysłoniły szczyt Matterhorn zdają się odpływać i odsłaniać widok z powrotem.
Chciałoby się pozostać w tej ciszy, chłonąć powietrze, poszybować z ptakami ….



ulice Zermatt





W dole Zermatt, a ja w pociągu na 3000m metrów, do Gornergrat


Stacja Gornergrat i widok na języki lodowców


ZIMA!



Przeganiając chmury ze szczytu Matterhorn



zobacz tez TU i TU


Bez względu na to, jakiego dokonasz wyboru ktoś zginie czyli tym razem o książce Prędkość D. Koontz'a

Jeśli nie przekażesz tego listu policji i ich nie zaangażujesz, zabiję uroczą blond nauczycielkę gdzieś w okręgu Napa.
Jeśli przekażesz ten list policji, zabiję zamiast tego starszą panią zaangażowaną w działalność charytatywną.
Masz sześć godzin na podjęcie decyzji. Wybór należy do ciebie.


Trzydziestocztero letni Billy Wiles aktualnie jest barmanem, któremu chyba nie bardzo odpowiada ta profesja, gdzie zmuszony jest za barem wysłuchiwać życiowych opowieści i problemów klientów. Nie dla Billa alkohol i piękne kobiety. Ten doświadczony mocno przez życie człowiek, były pisarz ma swoja miłość, która śpi snem nieodgadnionym, jednak ten fakt nie przeszkadza mężczyźnie odwiedzać Barbary codziennie w szpitalu, czytać jej ulubionych lektur i opowiadać o codzienności swojego barmańskiego życia.

Billy to smutny człowiek, jak mówi jego kolega z pracy facet bez ikry. Jednak los w postaci psychopatycznego mordercy płata mu figla i pozwala udowodnić, a właściwie zmusza go do uwodnienia, że Billy co jak co ale ikrę ma. Choć po tym jak otrzymał on pierwszy list ze swego rodzaju pogróżką czy też wyliczanką, w której to on jest sędzią, on decyduje kto przeżyje, nie udaje się jednak na policję, myśląc, ze to głupi żart kolegów z pracy. Przy drugim liście jeszcze bardziej gmatwa sprawę, zaczyna czytelnikowi działać na nerwy. Wydaje się niemożliwym aby każdy normalny człowiek, tym bardziej taki, który jeszcze niedawno leczył swoje dziecięce lęki chciał załatwić taką sprawę sam albo udawał też, że ona nie istnieje. Co dziwne wraz z rozwojem tej psychopatycznej gry Bill nabiera sił i budzi się w nim instynkt wojownika. Wydaje się, że nie ma on innego wyjścia po tym jak zostaje wrobiony w coś, za co grozi jemu w najlepszym wypadku kara dożywocia. Ta śmiertelna gra, którą prowadzi z Billym ktoś niewidzialny doprowadza go do psychozy, zmusza do rozdwojenia osobowości. Billy musi stać się walczącym ze złem i złym jednocześnie, ciągle pamiętając o Barbarze.
Dean Koontz porównywany jest do Stephena Kinga jednak ja nie zgadzam się z tym porównaniem, dla mnie te dwie książki Koontza które miałam okazję czytać (Intensity już niedługo na blogu) to psychopatyczne objawy życia. Niestety prawdziwe. Zdaję sobie sprawę, że gdzieś przy barze na amerykańskiej autostradzie, wśród pustynnych równin ktoś znajduje za wycieraczką auta taki liścik, że jest tam gdzieś taki Billy, który walczy choć się boi. Prędkość to książka dla ludzi o mocnych nerwach, nie ma w niej jednak zmyślonych stworzeń czy nadnaturalnych sił walczących z ludźmi. Jest coś gorszego! Prawdziwie ludzka nienawiść i mordercza ręka, są ludzkie głowy i dłonie w formalinie i niepotrzebne śmierci, psychologiczna gra i zagrożona miłość. Właśnie to jest straszne co przez swoją możliwość i prawdopodobieństwo zaistnienie przeraża.




Świat obraca się i świat się zmienia, ale jedna rzecz nie ulega zmianie. Bez względu na to, jak ją przedstawimy, ta rzecz nigdy się nie zmienia: odwieczna walka Dobra ze Złem




cytaty pochodzą z polskiego wydania książki D. Koontz, Prędkość

Południe ach Południe! Czyli niebo wszędzie, raj dla podniebienia i zapach lawendy

„Niewiarygodne! Zachwycające! – wykrzykiwaliśmy chórem nazajutrz, gdy jedna po drugiej odsłaniały się naszym oczom boskie panoramy. Każde pole było jak eksplozja wonnych, kolorowych bugenwilli, żarnowca, mimoz albo stokrotek. Znad Morza Śródziemnego zawiewała ciepła, słona bryza. Wzdłuż wybrzeża ciągnęły się poszarpane, skaliste klify, a gdzieś w tle majaczyły okryte śniegiem szczyty Alp. Powietrze było rześkie, a niebo świetliste. Wszystko tak piękne i pachnące, że niemal obezwładniło moje zmysły.”



Pole lawendy - jeszcze na długo przed kwitnieniem

Południe Francji to niewątpliwie ten region, w którym najwyraźniej widać przyjazny charakter Francuzów i to właśnie te okolice, które wybrałabym gdybym mogła zamieszkać we Francji. I choć to region typowo turystyczny – Lazurowe Wybrzeże, Prowansja to miejsca wypoczynku nie tylko dla Francuzów – to poza sezonem wyjątkowo spokojne okolice i właśnie w takim czasie warto tam się wybrać (jedyne co nas ominie to fiolet pół lawendowych, które zaczynają kwitnąc od lipca). Przez niemal cały rok jest tu ciepło, a góry, które osłaniają Lazurowe Wybrzeże powodują, że klimat staje się jeszcze łagodniejszy (ochraniają przed wiatrem od morza – nie dają rady tylko mistralowi, który podobno ostro daje się we znaki). Południe to region zaczynający się od Prowansji, która kipi od bogactw ziemi, do Lazurowego Wybrzeża z poszarpanymi szczytami Alp. Wszechobecne owoce – zaczynając od wiśni czerwieńszych niż pomidor i wielkich jak truskawka, przez rumiane jabłka i pyszne gruszki do całej gamy odcieni zieleni i czerni oliwek, które także są domena Południa i Prowansji. To wszystko to owoce, które – omijając autostrady – można podziwiać na polach i drzewach – pyszniące się oliwki, większość w czerwcu jeszcze w pąkach, drzewa figowe i oczywiście nieodłączny atrybut Francji winnice, gdzieniegdzie na wzgórzach drzewa orzechowe (stąd częsty widok na straganach i w sklepach to nugat) oraz równinne pola warzyw i zbóż. Te obrazy tak hojnie obdarzonego przez naturę regionu rekompensują niedogodności podróży przez małe miasteczka i wsie. Jak łatwo się domyśleć przy takiej różnorodności owoców i warzyw Południe to raj dla podniebienia. Nie bez powodu nazywane jest cuisine de soleil czyli kuchnią słońca. Kuchnia śródziemnomorska jest zmysłowa i aromatyczna, a do tego wszystkiego niesamowicie zdrowa. Stragany na targach aż kipią od miejscowych owoców i warzyw, uderzając – jak dla kogoś z szarego i raczej zimnego kraju – nadnaturalnymi kolorami: czerwienią pomidorów i papryki, intensywną żółcią melonów (zresztą nie tyko żółtych) wiśniami, brzoskwiniami, figami i oczywiście oliwkami. Oliwki i oliwa z oliwek to podstawowe produkty południowej kuchni, do których można dołożyć kolejny aromatyczny element, równie często spotykany w śródziemnomorskiej kuchni – zioła, które rosną dosłownie wszędzie nawet dziko jako ozdoby miejscowych klombów zieleni. I jeszcze słów kilka o symbolu Prowansji – lawendzie – wszechobecne pola jeszcze zielonych w czerwcu, równo posadzonych kęp, przy dobrym wietrze można wyczuć. Nie jest to jednak znany ostry zapach lawendy, a przyjemna lekka nuta.

Prowansja kraj lawendy i oliwnych zagajników, złotych kłosów zbóż mieniących się w wyjątkowym świetle prowansalskiego słońca. Jest jak świeżo wypieczony bochenek chleba z chrupiącą złotą skórką, posmarowany lawendowym miodem. Dawna legenda głosi, że region ten powstał, gdy Bóg postanowił użyć najlepszych elementów, jakie zostały jemu po Stworzeniu, by urządzić sobie własny raj – i wcale się Jemu nie dziwię! To również dawne ziemie Rzymian – (np. Bonnieux – najstarsza z zachowanych dawnych rzymskich osad to malowniczo położona, na wzgórzu miejscowość z ulic której rozciągają się przecudowne panoramy), którzy pozostawili po sobie w wielu miasteczkach dowody swoich talentów inżynieryjnych – liczne amfiteatry (dziś niektóre modernizowane i ciągle służące swoim celom – jak ten w Roquebrune sur Argent) oraz akwedukty (z których niektóre służą do dziś jako mosty drogowe). Przez ten region nie sposób przejechać spokojnie – jazda miejscowymi drogami zajmuje dużo czasu tylko ze względu na ciągłe przystanki w celu podziwiania coraz to piękniejszych widoków. W tym regionie nie brakuje także wszechobecnych kawiarenek i restauracyjek i tylko powstaje problem, która wybrać, bo nie wiadomo z tarasu której rozlega się przyjemniejszy widok (dla nas najprzyjemniejsze były chyba te w Lourmarin, które uchodzi za najpiękniejsze miasto francuskie).





Lourmarin - miasteczko, które uchodzi za najpiękniejsze miejsce Południa Francji(?)


Dawna rzymska osada - Bonnieux


Ruiny akweduktów w parku we Frejus



Ruiny teatru - Frejus


„Prowadzenie samochodu we Francji zawsze było sportem wyczynowym, ale jazda na południu to już doświadczenie na miarę sportów ekstremalnych. Drogi były strome, wyrzeźbione w urwistych klifach i ledwie na tyle szerokie, by mogły się na nich minąć jedna wielka ciężarówka i jeden mały samochód.”

Lazurowe Wybrzeże natomiast jest w znacznej mierze skaliste, a podróż wewnętrznymi drogami (znowu omijamy autostrady) nie jest najlepszym pomysłem dla wrażliwych na zakręty i wysokości. Jednakże widoki jakich dostarcza nam region Langwedocja mogą zachwycić nie tylko czułych na artystów malarzy ale i laików, mało wrażliwych na sztukę i piękno natury (dzieła artystów można podziwić w porcie w St. Tropez – nie sposób oderwać oczu od barwnych dowodów ich talentów). Wjeżdżających na Lazurowe Wybrzeże witają uśmiechające się za daleka ośnieżone szczyty Alp oświetlone słońcem.

Wjeżdżając na tereny Lazurowego Wybrzeża wyraźnie uwidaczniają się włoskie wpływy – to Rzymianie budowali tu miejscowości uzdrowiskowe i domy projektując je tak aby łatwo można było wychwycić morską bryzę. Tego piękna i klimatu pozazdrościli Rzymianom po kolei Anglicy, Amerykanie i inni zamożni goście z całego świata. Tak, właśnie to bogactwo jest szczególnie widoczne na Lazurowym Wybrzeżu, a dokładniej w samym Monako czy St. Tropez (które predysponuje do bycia drugim Monte Carlo). W portach tych większych miejscowości (Monte Carlo, St Tropez, Nieca czy Cannes) przytłacza dosłownie ogromna ilość wielkich jachtów, klubów, kasyn, wysokiej klasy samochodów i hoteli. I choć miasta te aż kipią przepychem, ludzie są równie przyjaźni jak na prowincjach francuskich. Nie uwidacznia się i nie daje odczuć fakt, że w samym Monaco mieszkają wybrańcy losu (czy tez raczej fortuny), to równie uśmiechnięci ludzie, którzy – z doświadczenia wiem – wyciągną chętnie pomocną dłoń. Na Wybrzeżu wypoczynek gwarantuje nam tylko pobyt na plaży – bo choć znajduje się ona przy samej drodze, to jej położenie o kilka stopni niżej od pełnej zgiełku ulicy, gwarantuje nam ciszę i odcięcie od gapiów. Chyba, że ktoś jest zwolennikiem blichtru, hałasu i tłumów to może ominąć plaże udając się w samo centrum wąskich i stromych uliczek, tam też zazna dużo zieleni (wszechobecny na południu, pachnący migdałami oleander w całej gamie kolorów, ogrody projektowanę przez samą Edith Wharton) lecz zamiast morskiej bryzy może spotkać kogoś bardzo znanego i pokusić się o poproszenie go o wspólne zdjęcie oraz autograf co też spotkany może uczynić z wielką chęcią, bo zdaje się tylko na to czekać.

„ (…) jeździliśmy przez góry i doliny nowego terroir (…). Zapuściliśmy się na zachodzie aż do Perpignan przy granicy z Hiszpanią, a na wschodzie aż do Monte Carlo. Po drodze zakochiwałam się w Lazurowym Wybrzeżu.”



Jeden z artystów wystawiających i malujących swoje prace w St.-Tropez - nie taki znowu uliczny



St.-Tropez





Widok na Niceę

Kręta i stroma (tu juz bardziej "cywilizowana") droga do Cannes




Port w St.-Tropez



Tu przepadają fortuny, ale i z fortuną stąd się wychodzi jak dopisze szczęście - tym razem kasyno dla tych, którzy mają duzo do stracenia

Jeden z hoteli w Monaco - częsty obrazek - tłumy fanów i paparazzi

W tekście wykorzystałam fragmenty książki J. Child Moje życie we Francji


Odświeżanie znajomości i wrażeń czyli jestem po dwóch miesiącach!


Nie było mnie już tu tak długo, że nie jestem nawet w stanie doliczyć się tych dni „rozłąki”, która - nie powiem - przydała mi się. Dzięki temu, że nie miałam dostępu do internetu nadrobiłam trochę zaległości czytelniczych, towarzyskich i spokojnie mogłam sobie przygotować to, czym chciałabym się z Wami podzielić z wyjazdu do Francji i Szwajcarii. Musicie wiedzieć jednak, że choć bardzo się starałam, to nie byłam w stanie zamieścić wszystkich ciekawych zdjęć ani też w tekstach zawrzeć wszystkich ciekawych wiadomości, bo po pierwsze jest ich zbyt dużo aby mogły się tu pomieścić a po drugie – kto chciałby to wszystko czytać!? :)


Dziś zaczynam od moich, naszych pierwszych (ogólnych) wrażeń z wyjazdu, który zajął nam prawie trzy tygodnie urlopu i 6600 kilometrów jazdy, po których mogę z przekonaniem wykrzyczeć vivre la France!









„ (…)ilekroć wyglądałam przez okno, czułam jak unosi mnie fala szczęścia. Doszłam do wniosku, że w rzeczywistości muszę być Francuską, tylko nikt mnie o tym fakcie nie poinformował. Uwielbiałam tutejszych ludzi, jedzenie, krajobraz, cywilizowaną atmosferę i swobodne tempo życia.”

Niech żyje Francja! Tak powtórzę! Teraz tak mogę powiedzieć i niech tylko nie spełniają się bzdurne i pseudoprorocze teksty w stylu piosenki, która towarzyszyła nam w podróży (całe szczęście do granicy Polski) „Nie ma już Francji” Kumka Olik. Ja natomiast zwracam honor i zapominam wszystkie plotki, których nasłuchałam się i naczytałam o tym pięknym kraju czy też kontynencie - bo Francja podobno błędnie umiejscawiana jest w Europie? Francja powinna istnieć jako osobny kontynent ze względu na swoje położenie – żaden kraj w Europie nie ma tak zróżnicowanego klimatu! Także ze względu na swoje wyłącznie naturalne granice: północną - Kanał La Manche i Ardeny, Atlantyk na zachodzie, na południowym zachodzie Pireneje, a na południu Morze Śródziemne, góry na południowym wschodzie –Alpy i wreszcie Ren na wschodzie. Do tych naturalnych cudów natury, które wytyczają granice i określają wielkość Francji dołączyć możemy jeszcze Jurę, Wogezy, przeraźliwie ogromny Masyw Centralny z jego wąwozami i wulkanami Owerni, włączając w ten krajobraz ciągnące się leniwie rzeki – Loarę, Sekwanę i Rodan i kilka mniejszych. To zróżnicowanie geograficzno-biologiczne powodowało, że jeżdżąc po Francji czuliśmy się jak byśmy zwiedzili kilka odrębnych kontynentów – od wietrznej i chłodnej północy, poprzez śnieżne góry do upalnego południa – na zmianę to ubierając się jak na zimę to rozbierając i opalającJ. Właśnie ze względu na to ukształtowanie znaleźli się zwolennicy wyodrębnienia Francji z kontynentu europejskiego i potraktowania jej jako osobnego kontynentu – Francji - jednak ciągle jeszcze kraj Francja istnieje, ma się dobrze, wygląda pięknie i jest jak najbardziej europejskiJ.



Co mnie we Francji „uderzyło”? – Mogłabym wymieniać w nieskończoność – a to przede wszystkim jako, że jechaliśmy samochodem – RÓWNE! Drogi! I to jak równe! Oczywiście drogie te drogi (jak na polskie standardy) bo płatne ale za taką drogę można płacić i można to zrozumieć. Nigdzie więcej i nigdy wcześniej nie trafiliśmy na tak dobre drogi i to nie tylko autostrady czy główne drogi prowadzące do większych miast ale też te dróżki, których w polskim wydaniu (porównując polskie wsie i miejscowości) nie ma nawet na mapach (nie wiem co myśli sobie Francuz, który przyjeżdża własnym samochodem do Polski?;/). Kolejną zaskakującą sprawą na którą zwróciliśmy uwagę była powszechna i wszechobecna kultura połączona z przyjaznym nastawieniem. Ciągłe „dzień dobry” padające z każdej strony, nieschodzący z twarzy uśmiech – to dla mnie, Polki z małego miasta zaskakujące zachowanie, bo na moje dzień dobry w tramwaju w moim mieście zauważam dziwne reakcje (swoją drogą może przydałaby się taka terapia szokowa dla wszystkich Polaków!?). Ta sama kultura obowiązuje wśród kierowców – i tu obalam mit jakoby francuscy kierowcy byli niekulturalni – w tym przypadku również polscy kierowcy powinni dostać dobrą szkołę kultury jazdy. Na przykład w Valensole kiedy tak krążyliśmy po miasteczku szukając sprzedaży oryginalnych miodów lawendowych pomógł nam miejscowy taksówkarz sam proponując pomoc w zaprowadzeniu nas do miejsca, którego być morze szukamy i nie wiem kto miał większą radość z tego, że udało nam się tam dotrzeć Pan czy my?



Bezpieczeństwo – to sprawa priorytetowa kiedy jedzie się do obcego kraju i kiedy wozi się przy sobie połowę dobytku. Nastraszeni i pełni obaw w związku z kolejnymi mitami o Francji ubezpieczyliśmy się na wszystkie strony – a tam co? Tam otwarte auta, bezpieczne zakupy (nieeeee, nie jest możliwe w Polsce pozostawienie torebki w koszu na zakupy), pozostawienie wszelkiego rodzaju maszyn rolniczych bez zabezpieczeń i temu podobnych sprzętów – czasami śmieszyły nas te „nieodpowiedzialne” zachowania Francuzów – bo dla mnie jest oczywiste to, że to co nie moje nie tykam ale niestety nie dla wszystkich moich krajanów. I wbrew opiniom innych i przestrogom nikt nam nic nie ukradł, nikt nas nie napadł ani też nikt nie wjechał nam w samochód. W samym Paryżu, który jest skupiskiem ludzi różnych narodowości, gdzie można by faktycznie bać się ruszyć z hotelu nie było nawet specjalnie strasznie. Nie wiem czy po tak krótkim pobycie mogę powiedzieć, że Paryż poradził sobie z napływem różnorodnych kultur i zachowań (bo nie wiem jak taka wybuchowa mieszanka skończyłaby się w polskim mieście) ale na moje oko jest dobrze. Zapewne wskazówki Czary były też bardzo pomocne - DZIĘKUJEMY:) Nie wiem też skąd Pani Rosemary Bailey – autorka przewodnika Francja wydanego przez National Geographic (z którego niestety korzystaliśmy!:/) dowiedziała się, że Francuzi to nietolerancyjny naród!? Moim skromnym zdaniem gdyby tak było, wszystko to co napisałam i zauważyłam w Paryżu nie miałoby miejsca (ciekawa jestem jakie reakcje wywołałby w Polsce – podobno wyjątkowo tolerancyjnym kraju – wagon metra pełen czarnoskórych?).



Prawdą jest to, że Francuzi chyba nie przywiązują się do samochodów, że zostawiają je na luzie na parkingach po to, aby łatwiej było im później wyjechać z takiego, parkując zderzak w zderzak (jednak szanując co lepsze auta). To, że jeżdżą trochę „śmiesznie” nie bacząc czasem na ogólnie przyjęte zasady ruchu to też trochę prawda, jednak tą swoją jazdą nikomu nie robią krzywdy, bo przy całym zapomnieniu i trochę beztroskiej jeździe są przyjaźnie nastawieni do pozostałych uczestników ruchu. Nie wiem też skąd ktoś wyssał tę plotkę jakoby we Francji nie dziękowało się kierowcom ogólnie przyjętym i wszystkim znanym podniesieniem dłoni – jakoś dziwnym trafem wszyscy kierowcy dziękowali sobie właśnie w ten sposób. Czyli kolejna plotka obalona!





Zaskakujący przykład wykorzystania miejsca .....


.... i parkowania zderzak w zderzak (należy pamiętać o pozostawieniu samochodu na "luzie")

W ogóle jesteśmy pod wielkim urokiem Francji żeby nie powiedzieć, że zakochaliśmy się w tym kraju. I tylko jest mały problem – nie wiemy, który region tego kraju mielibyśmy wybrać, gdybyśmy mogli tam zamieszkaćJ? Urokliwe miejscowości, wspomniany nieschodzący z twarzy uśmiech, zróżnicowany klimat i beztroskie i bezstresowe podejście do życia (dowód- poszanowanie swojej pracy i czasu wolnego – przerwy w pracy oraz WOLNE niedziele co dla nas było ogromnym zaskoczeniem – i można sobie poradzić z zamkniętym marketem w niedzielę?). Wszechobecne kawiarenki – podobno nawet w tych najmniejszych miejscowościach jest tak zwany „mus” - brak kawiarenki to ujma na honorze dla takiej miejscowości. Nawet bagietki, które są jakby atrybutem każdego Francuza i każdej najmniejszej miejscowości, choć nie wszystkie smakują tak dobrze jak wyglądają. Nie mówiąc o szczerości Francuzów, których cały czas trzyma się wspomniany uśmiech, a bezinteresowna uczynność jest ich drugą naturą. Szczególnie jest to widoczne na południu kraju, w małych miejscowościach i wsiach gdzie mieszkańcy zdają się „wpuszczać” wszystkich do domu (choć bywa, że nie widać na ulicach żywej duszy) aby podać szklankę wody i być może zatrzymać nawet na obiedzie – takie odnieśliśmy wrażenie (czyli znowu dobra lekcja dla Polaków, których szczerość jest podobno cechą narodową hahaha).



Kawiarenka w Fougeres ...


... w St. - Tropez ...


... również St.-Tropez

„Do Paryża zawitała wiosna. W parku przy Ile de la Cite świeżo zazielenione trawniki zaroiły się od wózków z niemowlakami, czułych babć i zaaferowanych niań. Wzdłuż brzegu rzeki stały powiązane burta przy burcie barki, których takielunek zdobiły schnące białe prześcieradła i skarpetki. Kobiety wygrzewały się na słońcu lub szyły różową bieliznę, rybacy machali nogami w wodzie i przegryzali mule.”


W samym Paryżu zachwyciły nas wyraziste budynki – lubię taką architekturę, lubię kiedy coś co ma służyć użyteczności publicznej jest przestronne, jasne i zachwyca swoim ogromem (podobnie jak w Wiedniu). Pomimo, że na zdjęciach wydaje się być chaosem, to te ściśle przylegające do siebie budynki tworzą uporządkowaną całość, w której trudno się zgubić, choć niedoświadczonemu turyście mogą przysporzyć dodatkowych kroków i minut poświęconych na poszukiwanie znikąd niewidocznego zabytku. Poza miastami natomiast, szczególnie na południu Francji to duże przestrzenie - najczęściej to obszary rolnicze, których podobno w dzisiejszych czasach jest już bardzo mało!? Tam można zachwycić się różnorodnością upraw, sumiennością i starannością pracy wykonywanej przez francuskich rolników i ogólnemu (wspomnianemu już) porządkowi. Wszystko to wpłynęło na siłę naszego zauroczenia Francją, na obraz jaki utrwalił się w naszej pamięci i nie wiem czy to szczęście, że spotykaliśmy na swojej drodze samych sympatycznych ludzi i widzieliśmy same cudowne miejsca, które - pomimo przecież czasami przykrych wydarzeń - nie umniejszyły urokom i naszym pozytywnym odczuciom.




w tle Sorbona


i Panteon








Chciałabym w tym miejscu przyznać się do błędu, który tkwił we mnie, a dotyczył spojrzenia na Francję i Francuzów. Jeśli mogę to odwołuję wszystko to co błędnie i bez sensu powtarzałam. Przytakuję temu, czemu zaprzeczałam i nie śmieję się już z zapatrzenia tych, którzy kochają Francję – przepraszam Monsieur Jean’a B. – mojego nauczyciela języka francuskiego – i żałuję ogromnie, że nie słuchałam wcześniej i nie przykładałam się tak jak powinnam do nauki tegoż cudnego języka!
Jedno jest pewne, że ta podróż w odróżnieniu od tej camperem pozwoliła nam poznać więcej, dowiedzieć się więcej o kulturze odwiedzanych krajów, bo jadąc samochodem osobowym i nocując w hotelach czy prywatnych kwaterach zmuszeni byliśmy wyjść do ludzi, rozmawiać, dostosować się czasem do ich przyzwyczajeń, a jadąc „zamknięci” w camper’ze może i mogliśmy podróżować wygodniej i nie tak zmęczeni ale byliśmy sami dla siebie, przez co nie mieliśmy takiej styczności z ludźmi no i przede wszystkim nie wjechaliśmy wszędzie, bo to jednak wielkie auto i nie wszędzie jest fizyczna możliwość dojazdu. Teraz, jadąc mniejszym samochodem omijaliśmy autostrady po to, aby móc jeździć miejscowymi drogami, podziwiać krajobrazy i docierać do ludzi. Ta wyprawa była pełniejsza, bogatsza w doświadczenia i choć pełna przykrych niespodzianek (najpierw nie włączył mi się telefon – więc byliśmy uziemieni, pierwszy nocleg – tak jak się obawiałam – przeszedł nam koło nosa, okazało się, że własnej głupoty nie mamy gdzie spać pierwszej nocy, wiec zmuszeni byliśmy szukać innego miejsca, w którym będziemy mogli przenocować. Ale jakby problemów było mało – drugiego dnia w Paryżu, a trzeciego dnia wycieczki – popsuł nam się aparat! W związku z ogromną ilością bagaży nie wzięliśmy drugiego więc ten przypadek załamał nas dokumentnie – jednak jakimś cudem i pomysłowością udało nam się prowizorycznie naprawić sprzęt i mogliśmy – modląc się do końca podróży – robić zdjęcia).
Zdjęć, mimo popsutego aparatu są tysiące, bo nie sposób oprzeć się urokowi odwiedzonych przez nas miejsc – pewnie będziemy je oglądać w kółko, próbując choć w wyobraźni powrócić do cudnych chwil i choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, choć nie wszystko udało się nam zobaczyć BYŁO PIĘKNIE, piękniej niż na południu Europy, piękniej niż na jakiejkolwiek zorganizowanej wycieczce! I tylko powstał problem – gdzie pojedziemy następnym razem skoro Francja była taka piękna, bo czy może być coś jeszcze piękniejszego?

P.S. dla takiego mola książkowego jak ja jeszcze jeden obrazek uderzający i taki, którego zazdroszczę Paryżanom, jednocześnie chciałabym aby spełnił się u nas – tłum ludzi w metrze czytających! Tam każdy czytał książkę, czasem gazetę i mało kto spędzał podróż metrem na gapieniu się w okno! To zachwycający obrazek, który mnie przyprawiał o uśmiech.

W tekście wykorzystałam fragmenty książki J. Child Moje życie we Francji