Nie-odpowiednie małżeństwo


Dobrnęłam do końca. Długo to trwało ale udało się. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam tak długo żadnej książki, jeszcze nigdy czytanie nie sprawiało mi tyle przykrości i żalu. Czytając Odpowiednie małżeństwo Doris Lessing – bo o nim mowa – odczuwałam przeogromny żal do autorki za to, że po takim wstępie, jakim jest pierwsza część serii Dzieci przemocy stworzyła tę książkę. Zmieniła skromną i zdecydowaną Marthę na znerwicowaną, rozedrganą i ciągle podzieloną kobietę, która ani nie dba o męża, ani o rodziców czy o własne dziecko. Tak jak w Marcie Quest autorka wpisywała się w pragnienia swojej bohaterki, stworzyła z tej smutnej, zamkniętej w sobie dziewczynki kobietę próbującą wszystkiego, otwartą na nowe życie, tak w kolejnej części, wciskając ją w ramy małżeństwa, w czasy wojny i macierzyństwa zrobiła z niej dziwaczny stwór, przypominający dawną Marthę. Zabrała całą radość (która może jeszcze gdzieś drzemała, bo czasem zdarzały się jej małe wybuchy) i nabytą pewną siebie. Rozmemłała Marthę i zaniedbała, bo tak jak kiedyś zależało jej na tym jak wygląda, co ubiera i czy się podoba tak teraz lustro przestało dla Marthy istnieć. Typowe i często spotykane zaniedbanie mężatki? Marazm? Czy też pewność tego co się ma, constans, który jest ostoją? Nie, Martha waśnie tego wcale nie chce, buntuje się przeciwko tej stałości i skostnieniu. Małżeństwo ją przeraża, macierzyństwo przerasta, więc chyba jej poza jest rodzajem buntu przeciw życiu. Wielka namiętność i miłość do mężczyzny, którego kiedyś kochała (?) wygasa, przeradza się w nienawiść. Dodatkowa rozłąka w trakcie wojny nie sprzyja młodym małżonkom, tym bardziej, że w tym samym czasie przychodzi na świat ich córka. Może właśnie to, że wszystkie obowiązki spadły na Marthę, może to poczucie niedowartościowania, brak codziennych zapewnień o uczuciu sprawiły, że powrót męża z wojny stał się jednocześnie bramą do rozstania? Od oziębłości Marthy i zimnego przywitania męża powracającego z wojny do rozstania niedaleko. Ciągłe kłótnie, wypominane (wyimaginowane) zdrady, szarpaniny i ciągły obraz innego, wymarzonego a niezrealizowanego życia stały się tylko przysłowiowymi gwoździami do trumny, kolejnymi krokami do ostatecznej decyzji Marthy.
Nie podobała mi się ta nieszczęśliwa i niezadowolona, a mimo to trwająca w małżeństwie Martha. Nie polubiłam Marthy krzywdzącej swoich bliskich tym bardziej nie polubię kobiety, która porzuca swoje dziecko. Nie przemówiła do mnie Martha, która tylko mówi o swojej dorosłości a jej ciągłe niezdecydowanie tego nie potwierdza. Nie podoba mi się i już ta dziewczyna, którą zadowoli tylko codzienny dobrobyt, codzienna realizacja każdej jej zachcianki (skąd to rozpieszczenie?) i mam nadzieję, że w kolejnych częściach dzieci przemocy Lessing pozwoli wrócić dawnej szczęśliwej i zdecydowanej Marcie.

Dzieci przemocy:
I. Martha Quest
II. Odpowiednie małżeństwo
III. Fala po burzy
IV. Czas nadziei
V. Miasto o czterech bramach

URODZINY!;)

Dziś są moje urodziny! Pierwsze urodziny mojego bloga! Tak, dokładnie rok temu zaczęłam prowadzić blog. „Popełniłam” krótki i głupiutki tekst ale nie o tekst chodzi a o to, że zrobiłam to aby móc opowiadać o tym co czytam, co myślę i aby poznać tak CUDOWNYCH LUDZI …tego się nie spodziewałam …. to nieprzewidziany FANTASTYCZNY efekt dodatkowy.

DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM, ZA TO ŻE ZAWSZE BYLIŚCIE I CIĄGLE JESTEŚCIE!

DZIĘKUJĘ MEDOLI, ŻE JEST TEŻ ZE MNĄ KIEDY NASZE ADRESY BLOGOWE „WYŁĄCZAJĄ SIĘ” – DZIĘKUJĘ OLA ZA BYCIE POZA BLOGOSFERĄ :)

Życzenie? Może za duże, może zbyt jestem wymagająca – ale chciałabym abyście Wszyscy zawsze ze mną TU byli:)!
DZIĘKUJĘ BO TO DZIĘKI WAM ISTNIEJĘ I DZIĘKI WAM CODZIENNIE CHCE MI SIĘ TU ZAGLĄDAĆ I PISAĆ

ŚWIĘTUJEMY!!!!!

czy warto się jeszcze poświęcać dla tej znajomości?

Do napisania tego posta zainspirował mnie ten, który przeczytałam na blogu Małej Mi oraz wczorajsze (nie ukrywam, że spodziewane) wydarzenie.
Ten post nie pojawia się od tak sobie w tym miejscu, lecz piszę go, bo czuję taką potrzebę i choć pierwsze co zrobiłam to „wygadałam” się do Medoli, prywatnie - więc ze szczegółami, których na blogu zamieszczać nie będę, bo to miejsce dla Wszystkich i nie chciałabym urazić uczuć niektórych osób, które będą to czytać (a było ostro, choć jak dla mnie śmiesznie przez śmieszność sytuacji, która trwała od dawna, jak również śmieszność stwierdzeń mojej koleżanki).


Moja historia zaczęła się dwadzieścia siedem lat temu, byłyśmy (również) jeszcze trzy ale M. opuściła nas dość szybko, niekoniecznie z własnej woli (tak to wtedy wyglądało:( ). Zostałyśmy dwie. Dwie, które już bliżej być ze sobą nie mogły (mogłoby się zdawać?), jedna ławka w klasie, jedna droga do szkoły i ze szkoły do domu, domu również jednego. Wspólne wakacje, obiady i nawet wyjścia ze śmieciami (pomaganie mamie nazywałyśmy wtedy, młode i głupie, ‘wyjściem do miasta’, to było nasze hasło, które wystarczyło, że rzuciła któraś z nas i wiedziałyśmy o co chodzi). Wszystko to, co dotyczyło nas trzech - wszystkie potrójne emocje związane z przyjaźniami, teraz spadły na dwie. Zdawać by się mogło, że ta znajomość (przyjaźń to już dziś brzmi patetycznie) stawała się coraz silniejsza, pomimo różnic temperamentów i charakterów. I nawet wtedy, kiedy nasze drogi rozeszły się w liceum – najróżniejszego rodzaju problemy tej drugiej – by później w dorosłym życiu scalić i odświeżyć znajomość na nowo dzieckiem, nie nie wspólnym oczywiście ale dzieckiem tej drugiej, którego ta pierwsza - czyli ja - została matką chrzestną – dodam, że z wielką radością i łzami szczęścia w oczach.

I co się stało? Zaczęło się staczać jak ze stromej góry, wychłodzenie nastąpiło tak gwałtownie, że trudno zauważyć TEN moment - choć czasem podsycałyśmy je jakby wymuszanymi spotkaniami. Zaczęło się ciągłe niezrozumienie z mojej strony dla poczynań Koleżanki (tak ją nazwę, bo nie mam już odwagi mówić w tym przypadku o przyjaźni), poczynań, które ni jak nie pasowały do lepszego życia, do którego podobno dążyła. W tym niezrozumieniu ja starająca się jednak ‘zrozumieć’, pomóc jeśli zaszła taka potrzeba. Ja nie otrzymująca wsparcia ze strony Koleżanki i w końcu ja, która nawet już przestała o nie prosić. Ja na zawołanie. Wszystko po to aby chronić i wywiązywać się z obowiązku bycia matką chrzestna tego anioła.



Anioła, który podrósł i podobnie jak jego matka, odsunął się, nastawił być może na żądania, na postawę ‘jak będziesz potrzebna odezwę się’ i przywdział maskę ignorancji.
A czemu to piszę? Piszę bo wczoraj wszystko się skończyło! Przez niezrozumienie tym razem mnie przez Koleżankę (albo chęć niezrozumienia), przez moją przelaną już gorycz, której ona nie była w stanie przetrawić. Nie, nie wygarnęłam, nie plułam jadem, było spokojnie i rzeczowo ... do czasu. Ale z niektórymi ludźmi się widać nie da. Szkoda tylko, że ja musiałam rozumieć wszystko, nawet kiedy po fakcie dostawałam po głowie za udzieloną pomoc (bo problem okazywał się wymyślony, był po prostu żartem).


Nie mam już siły dłużej udawać nawet koleżeństwa, nie mówiąc o przyjaźni. I choć mój ostatni zawód na człowieku potraktowałam (i ukoiłam) wmawiając sobie, że to było złe i nie warte poświęceń, to obok wczorajszego zdarzenia nie mogę przejść obojętnie choćby (i tylko i wyłącznie) z tego powodu, że J. kocham i nic tego nie zmieni.






M. pewnie się zdziwisz jak to przeczytasz, bo Ty tu czasem zaglądasz:)

wyjaśnienie :)




Nie będę się rozpisywała, bo nie ma o czym … albo też mogłabym pisać tak długo, że popołudnia by nie wystarczyło, a i chętnych czytania przydługiego posta ze świecą szukać. Na temat mojego bzika książkowego pisałam i dyskutowałam już TU
Dziś tylko chciałabym zapytać czy w związku ze Światowym Dniem Książki, który przypada 23 kwietnia mogę zapomnieć o zakazie? (jakbym wcześniej go przestrzegała?!)
Ale czyż w taki dzień my, mole książkowe możemy odpuścić sobie kupno książki ? nieeeee

Idę na żywioł, wejdę do księgarni bez listy – dam się „wziąć” książce (jednej?) na litość (weź mnie, weź mnie) i inne uczucia, znane tylko nam molom.






23 kwiecień 2010




P.S. dziękuję Wszystkim za miłe słowa pocieszenia w moim smutku

:(





Smutno mi …….. smutno, bo okazało się, że marzenia są WIELKĄ ŚCIEMĄ! Owszem marzyć to piękna rzecz … ale nie koniecznie liczyć na ich spełnienie.
Popłaczę sobie troszkę i zapomnę pewnie, ale dzień do udanych nie będzie należał. Pewnie, że ktoś powie nie poddawaj się! Rób swoje! Chciej dalej! Ale pytam PO CO? Po to żeby znowu się zawieźć? Przecież jak raz się sparzysz i dowiesz, że marzenia to mrzonka szybko marzyć nie zaczniesz ...

eeee tam







szczególne liczby pierwsze - Samotność liczb pierwszych P. Giordano


Samotność. Czym jest samotność? Wiadomo, że to stan emocjonalny, który dla jednych oznacza brak bliskiej osoby, brak znajomych i przyjaciół, dla innych to starość i choroba, albo też zamknięcie, introwertyzm. Ale przecież można też być samotnym wśród wielu, wielu ludzi. Można odczuwać samotność i odrzucenie nawet w niewyobrażalnie wielkim kręgu znajomych. A może pseudoznajomych, pseudoprzyjaciół? I wtedy mamy tylko siebie, z sobą samym czujemy się komfortowo i bezpiecznie – a może nam się tylko tak wydaje. O samotności można pewnie rozmyślać na wiele sposobów, bo to nie tylko przebywanie w odosobnieniu, nie tylko starość i choroba czy zamknięcie w sobie. Pewnie sami niejednokrotnie stwierdziliście, że choć macie wokół siebie tylu ludzi czujecie się opuszczeni, nierozumiani i samotni? Wreszcie samotność może być tylko stanem chwilowym, przejściowym, a nawet stanem, w którym nam się tylko wydaje, że się znajdujemy. Ale co jeśli samotność staje się stanem permanentnym, czymś z czym się rodzimy i co towarzyszy nam przez całe życie, staje się chronicznym stanem emocjonalnym?
A może to tylko taki wymysł, może tak nie można, tak się nie da? Kiedyś wydawało mi się, że osoby samotne stan ten mają na własne życzenie, że zamknięcie się na innych nie wróży niczego dobrego i nie ma się czemu dziwić, że nikt z takimi osobami nie chce się przyjaźnić. Ale jeśli samotność dotyka osoby, które ze wszystkich sił chcą zawierać te przyjaźnie, chcą się otworzyć ale w jakiś dziwny sposób, nie wiedzieć czemu albo nie potrafią przekonać reszty świata do tego albo reszta świata nie chce przekonać się do nich?
Alice należy do osób, które bardzo by chciały mieć duże grono znajomych ale też nie byle jakich znajomych, raczej tych prawdziwych, wyrozumiałych i oddanych. I może właśnie ta selekcja oraz kalectwo powodują, że ludzie, którzy ją poznają chcą się z niej tylko naigrywać i drwić z jej uczuć?
Mattia z kolei zamyka się na cały świat. Zamyka po to aby tajemnica, którą skrywa nie uleciała, aby to trzymanie jej w swoim sercu było dla niego karą. Za mało? Życie na krawędzi to zbyt mała dla niego kara. Ból fizyczny, który będzie zadawał sobie przez całe życie będzie odpowiednią pokutą i wystarczającym zapewnieniem o swojej odmienności. Pewnym znakiem dla podchodzących zbyt blisko.
Choć nie zazdrościłam tej dwójce przeżyć jakich dostarczył im ich okrutny los, zazdrościłam im przyjaźni, która ich połączyła. W obliczu uczucia, które pielęgnowali poczułam się samotna. Niestety pogłębili oni moją samotność kiedy zaprzestali pielęgnacji czegoś pięknego i cennego. Bo takim uczuciem jest przyjaźń prawdziwa. Przyjaźń, która nie pozwala czuć się samotnym nawet jeśli jesteśmy daleko od siebie, nawet jeśli kiedyś się skrzywdziliśmy i nasze drogi się rozeszły. Nie!; przyjaźń prawdziwa nie zna takich pojęć! Nie może, bo albo nie przetrwa albo przyjaźnią nazywać się nie może.
Czy wnioskiem może być stwierdzenie, że przyjaźń to uczucie niemożliwe? Czy w dzisiejszych czasach kiedy każdy myśli o własnym interesie, własnym egoistycznym ja, nie ma co liczyć na prawdziwą przyjaźń? Czy my już po prostu nie umiemy dbać o nią, podobnie jak nie umiemy zadbać o nasze zdrowie, nasze dzieci, rodziców, naszą ziemię. Czy można powiedzieć, że przyjaźń wymarła?
Bo książka Paolo Giordano Samotność liczb pierwszych jest o uczuciu niemożliwym. Ale czy na pewno?! Czy gdyby tak się zastanowić, dać sobie czas na przyklejenie plastra, który leczy rany duszy (gdyby taki w ogóle odkryć) to nie byłaby możliwa przyjaźń i możliwym stałoby się zapomnienie o samotności?
Co jest takim plastrem, takim lekarstwem?
Pielęgnacja kontaktów, listy i rozmowy. Bo na nic zda się magiczna siła przyciągania dwóch dusz jeśli nie ukoimy ich czasem balsamem z rozmów, ze wzajemnego zaufania. Wierzę w to, że taki ‘balsam’ nie tylko może uleczyć niejedną przyjaźń ale i może z niemożliwego zrobić możliwe, połączyć nawet te dusze, które oddziela ta siła niepozwalająca stanąć obok … jak liczby pierwsze, które oddziela liczba parzysta.

Samotność liczb pierwszych to książka z tych, które żal kończyć i mi osobiście żal się z nią rozstawać choć cieszę się, że akcja, w której biorę udział pozwoli mi podzielić się 330 stronami - choć pełnymi smutku - bogatymi i pełnymi wartościowych myśli z kimś, z kim pielęgnuję przyjaźń, choć tylko listami, choć witrualną to jednak bliską mi Medolą. Dla Ciebie teraz ten ciąg liczb, to równanie uczuć do rozwiązania moja droga:)
Chciałabym jeszcze wspomnieć o czymś co wydało mi się ważne - książka tym bardziej dla mnie niesamowita, że jej autora nie podejrzewałabym o wzruszenia i dawkę takich emocji literackich …. raczej o dawkę ogromnego stresu jakiego dostarczała mi zawsze matematyka i fizyka*.


„Mattia popatrzył w punkt gdzieś między nimi. Powiedział tylko:
- Ja mam przyjaciół. W sobotę idę na urodziny.”




„Lata liceum pozostały otwartą, którą Matti i Alice wydawała się tak głęboka, że aż niemożliwa do zabliźnienia. Przeszli przez nie w stanie bezdechu, on – odcinając się od świata, ona- czując się przez śiwat odrzucona, aż do momentu, gdy uświadomili sobie, że właściwie jest to już obojętne. Skonstruowali swoją przyjaźń, ułomną i asymetryczną, na którą skaładały się częste oddalenia i długie okresy milczenia; czystą, pustą przestrzeń, do ktorej oboje mogli zawsze wrócić, w której mogli oddychać, gdy mury szkoly stawały się zbyt ciasne, by nie zauważać zaduchu, jaki w nich panował.”

„Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie (…) ale mają w sobie coś, co różnie je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne.”



Książkę w ramach blogowej akcji przeciwko samotności dostałam od Matyldy - DZIĘKUJĘ!



* Paolo Giordano (1982!) jako najlepszy student ze swojego rocznika ukończył fizykę na uniwersytecie w Turynie. Obecnie jest doktorantem w Państwowym Instytucie Fizyki Nuklearnej


P.Giordano, Samotność liczb ..., s. 85, s. 125, s. 139.







podwójne życie Anny


Czy zastanawialiście się kiedyś jakby to było, gdyby okazało się, że jesteście kimś innym niż wam się wydaje? Jak byście zareagowali na wiadomość, że czterdzieści lat żyjecie jako ktoś inny, że wasze pochodzenie kiedyś ktoś głęboko ukrył i dla waszego bezpieczeństwa - potem trochę ze wstydu i własnego strachu - nigdy się nie przyznał, nigdy nie opowiedział wam o prawdziwej historii waszej rodziny. Odszedł z tą tajemnicą?
A gdyby okazało tym bardziej, że na rodzinie, z której pochodzicie ciąży piętno, że to naród prześladowany, oskarżany i znienawidzony? I gdyby tak do tego wszystkiego, jakby już tego było mało, że wy to nie wy, okazałoby się, że ta kobieta – wasza matka, która opuściła was jak byliście bardzo mali nie żyje, że wasz ojciec i siostra zostali w bestialski sposób zamordowani, a lata smutku nad losem tego biednego ciemiężonego narodu były latami użalania się nad własnym losem?
Czy w takiej sytuacji można odwrócić się od człowieka, który was ratuje? Zostawić biednego staruszka, który nie chciał z niewiadomych powodów powiedzieć wam prawdy?
Nie wiem jak zachowałabym się będąc na miejscu Anny Łazarkiewicz bohaterki książki Marii Nurowskiej Wybór Anny, nie mam pojęcia i cieszę się, że los nie postawił mnie w takiej sytuacji.
Anna, a właściwie Miriam urodziła się jako trzecia córka w rodzinie żydowskiej, niestety jej narodziny przypadły na czas wojny i izolacji Żydów w getcie. Matka zmuszona ratować swoje dzieci łapie się różnych sposobów – siostry malutkiej Miriam wysyła do obcych ludzi (nie wie biedna, że jej córki tam nie dotarły) a ją samą wyrzuca za mur getta. Najmłodsze dziecko, choć ratowane w najmniej pewny sposób zyskuje nowego opiekuna, który choć to nie jest do końca zgodne z jego przekonaniami ratuje dziewczynkę od śmierci i od domu dziecka biorąc na swoje barki (i swojego alter ego) wychowanie jej.
Nie wiem czy nie mówiąc Annie prawdy o jej pochodzeniu, kiedy jest już ona dorosłą kobietą, osiągającą sukcesy człowiek ten robi dobrze, czy ewentualne odkrycie przez nią prawdy nie przyczyni się do skazania ich miłości na zagładę podobną do tej, jakiej doświadczył naród Anny?
Wybór Anny to książka wywiad wraz z elementami retrospekcji, który ze znaną skrzypaczką (jaką jest Anna) przeprowadza niemiecki dziennikarz. Wreszcie książka Marii Nurowskiej to pamiętnik człowieka, który w okresie wojny i okupacji niemieckiej uratował żydowskie dziecko i bijąc się z własnymi myślami, drocząc z własnym sumieniem pokochał i wychował jak własne.
Smutna to opowieść i wzruszająca historia pokazana z niezwykłą empatią, zgłębiająca psychikę człowieka. Człowieka, który działa wbrew własnym przekonaniom, wbrew ogólnie przyjętym zasadom i poglądom czasów, w których żyje. Ta osobista tragedia Anny pozwoliła przyjrzeć się losom Żydów w Polsce i dziejom polskiego antysemityzmu i poruszyła problem świadomości własnej tożsamości, którą szczególnie u Anny zaburzyła wojna i odkryta podwójna osobowość.
A reszta zależy od Anny.

Historia mojego upadku czyli świadectwo zmarnowanych lat czy cecha pokolenia?


Pomiędzy. Pomiędzy dzieje się Historia mojego upadku – między matką a siostrą, żoną i mężem, Łodzią i Lublinem – między być i nie być. A jak jest daleko od kochać do nienawidzić? Czy w ogóle można szukać odległości, które odmierzą uczucia ojcowskie i matczyne, zmierzą miłość brata i siostry? Jak nazwać ten stan, który drażni nerwy, nie pozwala jednocześnie oddać się miłości i nienawiści?
W swoim debiucie książkowym Historia mojego upadku Grzegorz Krzymianowski nie nazywając i nie szukając opluwa jadem wszystkie niepowodzenia swojego życia od pochodzenia zaczynając poprzez rodziców, siostrę i pracę na nieudanym małżeństwie kończąc. Gnębi siebie i innych, wymyśla, marudzi, przeklina i wyzywa, ubliżając życiu wymierza jemu karę. Wnikając i drążąc swoje (i nie swoje) ja chce odnaleźć moment, w którym coś się zepsuło, stało się coś, co miało wpływ na niepowodzenia w życiu. Odnaleźć ale nie naprawić, bo naprawić się nie da.
Książka zaczyna się od „nienawidzę”, które zapowiada i doskonale oddaje jej atmosferę i to co dzieje się z bohaterem, podobnie jak słowa, które przeczytamy już na okładce książki – „Od kiedy przekroczyłem trzydziestkę, każdy powrót do rodzinnego domu jest dla mnie świadectwem kolejnych zmarnowanych lat, emblematem niepowodzenia, w które zamieniło się moje życie”.
Zakończeniem tej peregrynacji ma być odświeżenie win, przekopanie pamięci, przeoranie zakamarków, które skrywają tajemnicę nieudolności. To swego rodzaju rozliczenie się z życiem, z przeszłością, podsumowanie, które w przypadku bohatera Krzymianowskiego nie wychodzi najlepiej. Do tej transkrypcji kodu genetycznego popycha bohatera konieczność spotkania się z matką i siostrą, spotkania nad nieostygłym jeszcze ciałem ojca. Tak zaczyna się monolog bohatera, tego życiowego nieudacznika w wieku chrystusowym, który nic nie osiągnął, a to co miał - zmarnował, przepuścił przez ramy życia.
Pełen goryczy i złości czy to na siebie samego czy na całą rodzinę i otaczający go świat drwi ze wszystkiego począwszy od wspomnianych bliskich przez Kościół na kobietach kończąc. Nie oszczędza też nieżyjącego ojca i równie jak on nieudacznego zakompleksionego syna. Jednak kiedy staje w obliczu śmierci, nieuniknionego, którego nie da się cofnąć, powtórzyć i poprawić zmienia podejście do życia. Giną gdzieś uprzednio rzucane kalumnie, odpływa jad zabierając ze sobą pesymizm, który ułatwia przyznanie się do własnych błędów.
Książka, która może uchodzić za spowiedź człowieka, mężczyzny, który zrozumiał, że użalaniem i ciągłym „a nie mówiłem” losowi nie zbuduje szczęścia. Nie na zazdrości i nie marudzeniem buduje się powodzenie i nie inni budują je za nas.
Teraz nawet słońce „paradujące za oknem w różowych pantalonach przewiązanych niebieskimi wstążkami” nastraja optymistycznie, otwiera oczy, dodaje siły i choć niczego bohater Krzymianowskiego w swojej podróży w głąb życia nie skończył, niczego nie domknął, nic nie załatwił, wszystko pozostało jak było to wrócił z podziemi .. przynajmniej na chwilę …

Chciałabym życzyć Wam zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego, wiosennego nastroju oraz serdecznych spotkań w gronie rodziny i przyjaciół!

monika