... Tak powinna zaczynać się książka J.M. Coetzee Wiek żelaza.Tak, bo to list matki do córki. Testament i podsumowanie życia. To list - powieść, powieść – list Elizabeth Curren umierającej na raka, która pod koniec swego życia chce przybliżyć się do córki. W liście tym, który być może nigdy nie zostanie dostarczony do córki, kobieta daje świadectwo ostatnich dni swojego życia, opowiada jej o rozterkach codziennego życia i bólu umierania. Dzieli się bólem schorowanego ciała, rozczarowaniem cywilizacją białego człowieka (bowiem historia dzieje się w Afryce), a także narastającym strachem przed samotnym odejściem. Jednak nie jest to powieść o cierpieniu fizycznym, o radzeniu sobie z rakiem i wszystkich problemach związanych z chorobą, która doskwiera kobiecie raczej psychicznie niż fizycznie. W Wieku żelaza choroba to tylko pretekst, a nie powód do pożegnania, to drugoplanowy aktor. To raczej opowieść o chorobie duszy, a nie o chorobie w sensie fizycznym, która trawi Elizabeth. My dear daughter ...
... Tak powinna zaczynać się książka J.M. Coetzee Wiek żelaza.Tak, bo to list matki do córki. Testament i podsumowanie życia. To list - powieść, powieść – list Elizabeth Curren umierającej na raka, która pod koniec swego życia chce przybliżyć się do córki. W liście tym, który być może nigdy nie zostanie dostarczony do córki, kobieta daje świadectwo ostatnich dni swojego życia, opowiada jej o rozterkach codziennego życia i bólu umierania. Dzieli się bólem schorowanego ciała, rozczarowaniem cywilizacją białego człowieka (bowiem historia dzieje się w Afryce), a także narastającym strachem przed samotnym odejściem. Jednak nie jest to powieść o cierpieniu fizycznym, o radzeniu sobie z rakiem i wszystkich problemach związanych z chorobą, która doskwiera kobiecie raczej psychicznie niż fizycznie. W Wieku żelaza choroba to tylko pretekst, a nie powód do pożegnania, to drugoplanowy aktor. To raczej opowieść o chorobie duszy, a nie o chorobie w sensie fizycznym, która trawi Elizabeth. ... idąc pośród zbóż ...
„Większego łgarza ode mnie w życiu nie spotkaliście. Nie ma na to rady. Nawet kiedy idę do kiosku kupić tygodnik ilustrowany, a ktoś mnie pyta, dokąd się wybieram – odpowiadam jak z nut, że idę do opery.” „Dziwna rzecz. Wystarczy pleść jakieś głupstwa, których nikt nie może zrozumieć, a ludzie zrobią wszystko, czego od nich zażądasz.”
Lepszej charakterystyki Holdena Caulfield’a nie znajdziecie … chociaż nie, to cała książka jest charakterystyką. Buszujący w zbożu Jerome’a D. Salinger’a to dziennik z dwóch dni tego szesnastoletniego „buntownika”. Tylko dwa dni, a tyle emocji – radości, łez, bólu i przyjemności. Tak intensywnie nie można przeżyć tylko dwóch dni! Ta książka wydaje się trwać i trwać. Nie ma chyba sensu opowiadać o niej wszystkiego bo nawet osobiście nie potrafię wyrazić tego co czuję po jej lekturze (a przecież to lektura szkolna!?). Nie sposób opisać wszystkie wydarzenia, bo i po co i nie sposób określić Holdena, choć jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że to dzieciak, który potrafi przeżyć życie, przeżyć czując to, że żyje, nie zważać na konwenanse i nakazy (zakazy). Ja chyba jemu zazdrościłam tej intensywności i radości życia!?
To chyba jednak nie książka dla młodzieży z naszych polskich szkół? Obawiam się, że mogłaby zostać odebrana inaczej, źle, a niezrozumiana pokierować w złą stronę. To książka ponadczasowa, owiana niejedną legendą (była to ulubiona książka Marka D. Chapmana, wariata, który zastrzelił Johna Lennona i zabójcy prezydenta Kennedy’ego Lee H.Oswalda). Mimo wszystko to książka, do której się wraca po to by napełnić się radością i optymizmem. Lektura na życie. Książka –szczęście!
„Rany boskie, ależ deszcz lunął. Jak z cebra, słowo daję. Wszyscy ojcowie, wszystkie matki, kto żyw uciekł pod daszek karuzeli, aby nie przemoknąć do suchej nitki tylko ja zostałem jeszcze przez długą chwilę na ławce. Zmokłem cholernie (…). Nic sobie jednak z tego nie robiłem. Nagle poczułem się szalenie szczęśliwy patrząc jak Phoebe krąży na karuzeli w kółko, w kółko. Jeśli mam być zupełnie szczery, przyznam się, że o mało nie krzyczałem ze szczęścia.”
J.D. Salinger, Buszujący ..., s. 22; s. 189; s. 254.
Wiewiórka
Timofiej Pawłowicz Pnin nieprzystosowany emigrant, wykładowca literatury rosyjskiej, na którą nikt specjalnie nie chce już uczęszczać. Nie wiadomo czy nazwisko tak zbliżone do angielskiego pain sprowokowało taki los dla Timofieja? Nieudane małżeństwo, jego poddaństwo, łatwowierność to los? Czy może fakt ciągłego zmieniania miejsca zamieszkania z powodu nieumiejętności przystosowania, nauczenie się na pamięć Anny Kareniny (bo czym tu innym zaimponować?), wyobcowanie i brak wyobraźni to tylko charakter Pnina?Sam Nabokov mówi o swoim bohaterze: „W Pninie stworzyłem całkowicie nową postać, postać, jakiej nie było jeszcze nigdy dotąd w żadnej książce. Jest to człowiek wielkiej moralnej dzielności, nieposzlakowany człowiek, prawdziwy uczony, oddany przyjaciel (…). Przeszkadza mu jednak i bardzo go ogranicza niemożność nauczenia się języka, wydaje się więc wielu przeciętnym intelektualistom figurą komiczną (…)”
Ale sam fakt, że tytuł roboczy powieści brzmiał My poor Pnin świadczy o litości nad życiowym nieudacznikiem, jakim jednak jest Pnin.
I choć może denerwować w książce ciągłe „znęcanie” się narratora nad bohaterem, dzięki czemu zyskuje on odrobinę sympatii co bardziej wrażliwego czytelnika, to mimo wszystko taki człowiek działa na nerwy. Pnin jest śmiesznym człowieczkiem, stworzonym dla życia tylko ze sobą i swoją literaturą, poza którą nie umie odnaleźć się w rzeczywistym świecie. Timofiej Pawłowicz Pnin jest jak wiewiórka (która jest z resztą częstym motywem w powieści).
Pnin Nabokova to czwarta powieść anglojęzyczna w dorobku pisarza, wydana zaraz po sukcesie Lolity co świadczy o odwadze i pewności autora. I choć forma opowieści odbiega zdecydowanie od tej, którą autor przyjął (a czytelnik być może nie zaakceptował) w Lolicie, to jednak Pnin jest typowym dziełem dla twórczości Nabokova.
„Nabokov nie tylko pisze po nowemu, lecz także uczy czytać po nowemu. Tworzy nowego czytelnika. W literaturze współczesnej (…) nauczyliśmy się utożsamiać nie z bohaterami (…) lecz z samym autorem (…)
Pnin jest jedną z najważniejszych lekcji nowego sposobu czytania. Dopiero opanowawszy wprowadzony w niej materiał, przy powtórnej lekturze możemy w pełni rozsmakować się w tej książce. I zapewne czytając ją raz jeszcze, będziemy mieć wrażenie, że jesteśmy związani z innymi formami egzystencji, w których sztuka (…) jest normą” (słowa Niny Berberowej)
Tak Pnin to książka, która wymaga skupienia i ponownego przeczytania w celu zrozumienia jej literackiej złożoności, bo fakt odkrycia przez czytelnika narratora w postaci Nabokova - czyżby* - następuje dość późno i to wystarcza aby poczuć chęć sięgnięcia po nią raz jeszcze.
* nic w książkach V. N. nie jest pewne, poza tym, że …. nic nie jest pewne
* V. Nabokov, Pnin, s. 196, 221.
kulinarna porażka
No dobrze! Skończyłam! Zmęczyłam! Co oznacza przeczytałam! Ale po co? Chyba jeszcze nigdy nie czytałam książki w takich „ratach”?! Julie&Julia Julie Powell miała być odskocznią od szarości, miała rozweselić, albo też miała podtrzymać dobry humor. Nie wyszło, a raczej stało się inaczej.Mało, że nie poprawiła mi humoru to skutecznie odebrała chęci do jedzenia. Nie było nic apetycznego w tej historii o dziewczynie zafascynowanej książką kucharska Doskonalenie francuskiej sztuki kulinarnej, choć jest ona kopalnią przepisów i opisów jedzenia po przygotowaniu jak i przed ... niestety.
Nie wiem jaki sens miał PROJEKT dla Julie? Co chciała sobie i innym udowodnić wyrzucając tony jedzenia, przeklinając i wściekając się na swoją „nieudolność” kuchenną!? Ok, podjęła się trudnego zadania (po co?) ale nie przesadzajmy – nie ma nic trudnego w oblewaniu wszystkiego auszpikiem … bleee!(osobiste, złe doświadczenia z pracy w kuchni hotelu, jednej ze znanych w Polsce sieci, gdzie wszystko oblewało się auszpikiem …. w celu zachowania świeżości bądź, co gorsza … ukrycia nieświeżości).
W związku z tym, że nie zauważyłam sensu podjęcia przez Julie wyzwania kuchennego i nie wyniosłam z książki nic wartego uwagi, posłużę się paroma cytatami, z których kilka mogło przyprawić nawet o uśmiech ;)
„Jestem z tym samym mężczyzną, odkąd skończyłam osiemnaście lat, a moje koleżanki singielki nieustannie opowiadają mi o tych sprawach, jakbym się na nich znała. Może podejrzewają, że byłam światowej klasy puszczalską nastolatką albo, że pamiętam poprzednie życia, albo jeszcze coś innego. Dzięki Bogu za Seks w wielkim mieście.”
„Przeczytałam o wszystkich metodach humanitarnej eutanazji homarów – włożenie do zamrażarki, umieszczenie w zimnej wodzie na małym ogniu – pewnie po to, żeby się nie zorientowały, iż gotują się żywcem …”
… i nawet skutecznie zniechęcających do jedzenia (serio, książka dobra zamiast diety, od trzech dni nie ruszam obiadów)
„W przypadku móżdżku nie chodzi o smak, choć nie jest taki zły. I nie chodzi o czynnik „błe” – bo kiedy się go opłucze, w zlewie i na ubraniu zostają kawałki mózgowej materii, zwisające jak w filmie Tarantina, a także ta dziwaczna błoniasta materia, która spowija mózg … „
Czy na pewno nie chodzi o czynnik „błe”?
Do tego dochodzą plagi w stylu braku wody, prądu, dziesięciokilogramowa nadwaga Julie i permanentny brak prysznica … yyyyh!
Przecież książki o jedzeniu zwykle powodują wzmożenie apetytu. Wywołują chęć pobiegnięcia do kuchni i przygotowania smakołyków serwowanych na jej kartach. A tu co? Julie&Julia Julie Powell żadnego z tych impulsów nie wywołały w trakcie 300 stronicowej lektury. Książka jednym słowem mało apetyczna.
Dobre dla chętnych do zgubienia paru kilogramów :)
J.Powell, Julie&Julia, s. 147, s. 156, s. 261.
Kreativ Blogger Award po raz drugi:) i He loves my blog :)
... i co dalej?!

Chcę i nie mogę!
Nie mogę, a chce!
kto się podejmie obrony?
Córeczka Alice Sebold to trzecia książka w dorobku literackim tej autorki. Autorki, której dwie z trzech książek to psychologiczne studium na podstawie własnych, dramatycznych przeżyć.Córeczka to historia kobiety, która zabija własną matkę.
Helen jest jedynaczką, na której spoczęła odpowiedzialność za chorą matkę. W tym ciężkim zadaniu, które utrudnia schizofrenia starej kobiety nie ma ona wsparcia od nikogo. Niełatwe życie Helen – choroba matki, samobójstwo ojca, rozwód i samotne wychowywanie córek, z którymi dziś już nie ma kontaktu frustrują ją. Zmuszona do dźwigania samotnie na swych barkach ciężaru, zarówno fizycznego jak i psychicznego czuje się samotna i nierozumiana. Może to ten drugi rodzaj obciążeń popycha Helen do dramatycznego czynu, a może to rosnąca nienawiść do świata, do matki tak ją znieczula? Czy "zimne" wychowanie, ciągła nieobecność mamy w życiu dziecka, a może ojciec kochający matkę nad wszystko, nad córkę mogą być przyczyną takiego zaburzenia? Bo to zaburzenie psychiczne przecież?! Ale czy zabicie własnej matki można czymkolwiek wytłumaczyć? Czy to matka Helen była chora czy może Helen trawiła równie cicha choroba duszy?
W moich oczach nic nie tłumaczy jej działania. Nie wiem skąd dyskusje na ten temat. Skąd głosy poparcia dla czynu Helen? Skąd to zrozumienie i obrona? W jakim społeczeństwie żyjemy? Czy to może z racji tego, że przypadek Helen jest fikcją, tylko książką? Czy może dlatego, że aż tak znieczulił nas dzisiejszy świat?!
Przyznaję, że książkę czytałam z wielką niechęcią i to nie z powodu jej walorów literackich (czy też ich braku) lecz raczej z powodu zdarzenia jakie dokonało się na jej kartach i wisiało nad nią jak ciemna chmura burzowa.
Nie dla mnie ta książka, bo choć potrafię odróżnić fikcję od rzeczywistości, to nawet taka fikcja dotyka mnie do głębi. Pozostaje mieć nadzieję, że Córeczka nie należy do książek Sebold powstałych na podstawie własnych przeżyć?
Kreativ Blogger Award - nominacja

Moje typy, które zasłużyły na nagrodę bez żadnych nominacji ;-)
Holden za otwartość, szczerość i bogactwo uczuć, których mi dostarcza
White Plate za obudzenie mojej kreatywności
Enga za poszerzenie horyzontów i odwagę
Med-Ola za Nabokova, codzienną radość, za BYCIE i nie tylko
Magamara za możliwość poznania miejsc, których bez Niej nigdy bym nie poznała i moc wzruszeń
Lilithin równiez za horyzoty ale tym razem te literackie i obudzenie ambicji czytania w języku Szekspira
Oczywiście to ogromny problem wybrać tylko siedem osób do nominacji, tym bardziej, że mi samej trudno uwierzyć w nominację dla mojego skromnego, niespełna rocznego bloga. Jest wśrod Was tak wielu wspaniałych, że regulamin KBA łamie moje serce ;-(
Lola Lola & Rath czyli Błękitny anioł na wykładach
Nie wiem sama czy chcę pisać cokolwiek o książce. Błękitny anioł nawiązuje nie tylko tytułem do filmu z Marleną Dietrich, w książce tak samo jak filmie człowiek, który raz łamie swoje zasady ciężko za nie pokutuje.I chyba nie warto opisywać całej historii wykładowcy literatury na amerykańskim uniwersytecie, który był do tej pory człowiekiem prawym i tylko chęć pomocy, czysto służbowe podejście do utalentowanej studentki zgubiły go. Bo studentka okazała się być dwulicowym wampem, udającym skromne i do tego chorutkie dziewczę.
Błękitny anioł Francine Prose to satyra na amerykańskie (czy tylko?) środowisko akademickie opisująca jak dalekie koneksje łączące pracowników, przyjaźnie i osobiste sympatie mają wpływ na ich pracę, na efekty nauczania młodzieży. Jak sztywne ramy trzymające to środowisko w (niby) ryzach ograniczają możliwości zarówno studentów jak i wykładowców.
Opowieść jak Swenson za swoją głupotę i zaślepienie zapłacił małżeństwem, reputacją, pracą …i życiem. Jak ten inteligentny człowiek mógł nie odczytywać symptomów choroby jaka faktycznie zatruwała ciało i duszę tej dziewczyny. Jak mogły zwieść jego jej nieporadne zachowanie, punkowy styl, ciało nabite mnóstwem metalu? Jak ten prawowity mąż mógł tego nie dostrzegać. Aż chce się krzyczeć przy lekturze tej książki – Głupcze, czy ty nie widzisz jak ta Lolita cię oszukuje! I wreszcie krzyczeć na tych, którzy rzucają weń kamieniem , sami nie będąc bez winy – czy nikt nie widzi co kryje się pod tą udawaną powłoką?!
W tej książce denerwowały mnie chyb wszystkie możliwe postacie – głupi Swenson, nie bez winy w końcu, jego żona, która zdaje się niczego nie zauważać, wszystkie zapatrzone w siebie postacie ze światka akademickiego, które nawet nie chcą wysłuchać racji oskarżonego w końcu kolegi z pracy, którzy sami chętnie znaleźliby się na jego w miejscu z Angela w łóżku i wreszcie sama Angela – ta obłudna dziewczyna, która miała prawo do zauroczenia, jednak jeśli czuła się na tyle dorosłą mogła jak na dorosłą przystało zakończyć tę sprawę
I choć książka opisuje problem molestowania, wyśmiewa zwyczaje środowiska akademickiego to w gruncie rzeczy książka o zaufaniu, o łatwowierności. O tym jak jedno złe słowo może przekreślić czyjeś życie. Historia Swensona to przykład, że prawdy nie warto zatajać, że kłamstwo ma krótkie nogi, a do tego mutuje, zmienia oblicze. A z drugiej strony wierzyć można chyba tylko sobie, nikomu innemu!
kolejne ogniwo czyli łańcuszek czytelniczy
1. Kim jest Twój ukochany bohater literacki? A kogo darzysz największą niechęcią? (No dobrze, może być więcej niż 1 postać, ale maksymalnie 3 z każdej z tych dwóch kategorii)
Na to pytanie odpowiem trywialnie i być może zachowawczo. Nie mam specjalnie ulubionego bohatera książkowego. Nigdy nie zastanawiam się nad tym czy lubię czy też nie postać, o której właśnie czytam. Myślę raczej o tym, czy zachowałabym się podobnie, czy to co zrobił bohater jest dobre czy nie, ale nie pokładam uczuć w postaciach książkowych. Pewnie, że kiedy byłam dzieckiem, któremu czytano czy też, które czytało sobie bo już posiadło zdolność samodzielnego czytania zawsze znalazłam kogoś do lubienia lub nie w książkach. Teraz w dorosłym życiu mogę najwyżej pomyśleć „ale głupio robi” albo odwrotnie - „bardzo dobre rozwiązanie” itp.
2. Które ze światów pokazanych w książce zrobiły na Tobie największe wrażenie i dlaczego?
To pytanie przysporzyło mi najwięcej problemu, zastanawiałam się trochę zanim wpadłam na cokolwiek. Pozwolicie, że powrócę ponownie do dzieciństwa – o ile światem można nazwać piórnik to pierwszym miejscem, w którym chciałam się znaleźć był Plastusiowy piórnik z Plastusiowego pamiętnika M. Kownackiej. Pomijając, że chciałam mieć takiego Plastusia to chciałam wtedy móc znaleźć się w takim piórniczku, chodzić ścieżkami wyznaczanymi przez przegródki piórnikowe, siadywać pomiędzy ołówkami i kredkami, usiąść na gumce do mazania czy też przykryć się małą fiszką. Taki trochę king size.
Teraz przychodzi mi do głowy też książka Wojna Klary Clary Kramer i Stephena Glantza. W tym wypadku to chyba nie tyle świat utkwił mi w pamięci ile odwaga ludzi w nim przebywających. Choć na pewno wrażenie robiło metr dwadzieścia wysokości, pod podłogą wroga, bez prądu, światła i jedzenia – chyba dlatego, że sama nie dałabym rady znieść „tamtego świata”.
3. Jaka książka najbardziej Cie przeraziła? A jaka wzruszyła? Która najbardziej rozśmieszyła? Z jakich powodów?
Kiedy Enga pyta przeraziła myślę To Stephena Kinga, a gdy Enga pyta o największe wzruszenie to myślę o litrach wylanych łez i mokrych chusteczek, zapuchniętych oczach kiedy to mama (bo ja już nie dawałam rady) czytała mi O psie, który jeździł koleją Romana Pisarskiego – nie wiem czy dziś zareagowałabym podobnie. Dziś wzruszają mnie historie prawdziwe (choć tamta też chyba była prawdziwa?) losy ludzi, którzy przeżyli coś wielkiego czy też przykrego.
Dziwne, odpowiadając na te przymiotniki określające książki naj mogę strzelać bez zastanowienia, bowiem na tą najśmieszniejszą mam także gotową odpowiedź – Lesio J. Chmielewskiej to stara historia jak świat. Moja lektura Lesia w pociągu nie była najlepszym wyborem, bo nie wiem co pomyśleli współpasażerowie i pracownicy kolei kiedy śmiałam się w głos i do łez? Kiedy, aby nie wyjść na idiotkę musiałam wychodzić wyśmiać się, tam gdzie zwykle chodzi się w innym celu. Nie interesowało mnie to ani wtedy ani tym bardziej nie interesuje teraz. Najważniejsze było to, że można napisać NIE głupią książkę, która rozśmieszy!






