Nie było mnie już tu tak długo, że nie jestem nawet w stanie doliczyć się tych dni „rozłąki”, która - nie powiem - przydała mi się. Dzięki temu, że nie miałam dostępu do internetu nadrobiłam trochę zaległości czytelniczych, towarzyskich i spokojnie mogłam sobie przygotować to, czym chciałabym się z Wami podzielić z wyjazdu do Francji i Szwajcarii. Musicie wiedzieć jednak, że choć bardzo się starałam, to nie byłam w stanie zamieścić wszystkich ciekawych zdjęć ani też w tekstach zawrzeć wszystkich ciekawych wiadomości, bo po pierwsze jest ich zbyt dużo aby mogły się tu pomieścić a po drugie – kto chciałby to wszystko czytać!? :)
Dziś zaczynam od moich, naszych pierwszych (ogólnych) wrażeń z wyjazdu, który zajął nam prawie trzy tygodnie urlopu i 6600 kilometrów jazdy, po których mogę z przekonaniem wykrzyczeć vivre la France!

„ (…)ilekroć wyglądałam przez okno, czułam jak unosi mnie fala szczęścia. Doszłam do wniosku, że w rzeczywistości muszę być Francuską, tylko nikt mnie o tym fakcie nie poinformował. Uwielbiałam tutejszych ludzi, jedzenie, krajobraz, cywilizowaną atmosferę i swobodne tempo życia.”
Niech żyje Francja! Tak powtórzę! Teraz tak mogę powiedzieć i niech tylko nie spełniają się bzdurne i pseudoprorocze teksty w stylu piosenki, która towarzyszyła nam w podróży (całe szczęście do granicy Polski) „Nie ma już Francji” Kumka Olik. Ja natomiast zwracam honor i zapominam wszystkie plotki, których nasłuchałam się i naczytałam o tym pięknym kraju czy też kontynencie - bo Francja podobno błędnie umiejscawiana jest w Europie? Francja powinna istnieć jako osobny kontynent ze względu na swoje położenie – żaden kraj w Europie nie ma tak zróżnicowanego klimatu! Także ze względu na swoje wyłącznie naturalne granice: północną - Kanał La Manche i Ardeny, Atlantyk na zachodzie, na południowym zachodzie Pireneje, a na południu Morze Śródziemne, góry na południowym wschodzie –Alpy i wreszcie Ren na wschodzie. Do tych naturalnych cudów natury, które wytyczają granice i określają wielkość Francji dołączyć możemy jeszcze Jurę, Wogezy, przeraźliwie ogromny Masyw Centralny z jego wąwozami i wulkanami Owerni, włączając w ten krajobraz ciągnące się leniwie rzeki – Loarę, Sekwanę i Rodan i kilka mniejszych. To zróżnicowanie geograficzno-biologiczne powodowało, że jeżdżąc po Francji czuliśmy się jak byśmy zwiedzili kilka odrębnych kontynentów – od wietrznej i chłodnej północy, poprzez śnieżne góry do upalnego południa – na zmianę to ubierając się jak na zimę to rozbierając i opalającJ. Właśnie ze względu na to ukształtowanie znaleźli się zwolennicy wyodrębnienia Francji z kontynentu europejskiego i potraktowania jej jako osobnego kontynentu – Francji - jednak ciągle jeszcze kraj Francja istnieje, ma się dobrze, wygląda pięknie i jest jak najbardziej europejskiJ.
Co mnie we Francji „uderzyło”? – Mogłabym wymieniać w nieskończoność – a to przede wszystkim jako, że jechaliśmy samochodem – RÓWNE! Drogi! I to jak równe! Oczywiście drogie te drogi (jak na polskie standardy) bo płatne ale za taką drogę można płacić i można to zrozumieć. Nigdzie więcej i nigdy wcześniej nie trafiliśmy na tak dobre drogi i to nie tylko autostrady czy główne drogi prowadzące do większych miast ale też te dróżki, których w polskim wydaniu (porównując polskie wsie i miejscowości) nie ma nawet na mapach (nie wiem co myśli sobie Francuz, który przyjeżdża własnym samochodem do Polski?;/). Kolejną zaskakującą sprawą na którą zwróciliśmy uwagę była powszechna i wszechobecna kultura połączona z przyjaznym nastawieniem. Ciągłe „dzień dobry” padające z każdej strony, nieschodzący z twarzy uśmiech – to dla mnie, Polki z małego miasta zaskakujące zachowanie, bo na moje dzień dobry w tramwaju w moim mieście zauważam dziwne reakcje (swoją drogą może przydałaby się taka terapia szokowa dla wszystkich Polaków!?). Ta sama kultura obowiązuje wśród kierowców – i tu obalam mit jakoby francuscy kierowcy byli niekulturalni – w tym przypadku również polscy kierowcy powinni dostać dobrą szkołę kultury jazdy. Na przykład w Valensole kiedy tak krążyliśmy po miasteczku szukając sprzedaży oryginalnych miodów lawendowych pomógł nam miejscowy taksówkarz sam proponując pomoc w zaprowadzeniu nas do miejsca, którego być morze szukamy i nie wiem kto miał większą radość z tego, że udało nam się tam dotrzeć Pan czy my?
Bezpieczeństwo – to sprawa priorytetowa kiedy jedzie się do obcego kraju i kiedy wozi się przy sobie połowę dobytku. Nastraszeni i pełni obaw w związku z kolejnymi mitami o Francji ubezpieczyliśmy się na wszystkie strony – a tam co? Tam otwarte auta, bezpieczne zakupy (nieeeee, nie jest możliwe w Polsce pozostawienie torebki w koszu na zakupy), pozostawienie wszelkiego rodzaju maszyn rolniczych bez zabezpieczeń i temu podobnych sprzętów – czasami śmieszyły nas te „nieodpowiedzialne” zachowania Francuzów – bo dla mnie jest oczywiste to, że to co nie moje nie tykam ale niestety nie dla wszystkich moich krajanów. I wbrew opiniom innych i przestrogom nikt nam nic nie ukradł, nikt nas nie napadł ani też nikt nie wjechał nam w samochód. W samym Paryżu, który jest skupiskiem ludzi różnych narodowości, gdzie można by faktycznie bać się ruszyć z hotelu nie było nawet specjalnie strasznie. Nie wiem czy po tak krótkim pobycie mogę powiedzieć, że Paryż poradził sobie z napływem różnorodnych kultur i zachowań (bo nie wiem jak taka wybuchowa mieszanka skończyłaby się w polskim mieście) ale na moje oko jest dobrze. Zapewne wskazówki Czary były też bardzo pomocne - DZIĘKUJEMY:) Nie wiem też skąd Pani Rosemary Bailey – autorka przewodnika Francja wydanego przez National Geographic (z którego niestety korzystaliśmy!:/) dowiedziała się, że Francuzi to nietolerancyjny naród!? Moim skromnym zdaniem gdyby tak było, wszystko to co napisałam i zauważyłam w Paryżu nie miałoby miejsca (ciekawa jestem jakie reakcje wywołałby w Polsce – podobno wyjątkowo tolerancyjnym kraju – wagon metra pełen czarnoskórych?).
Prawdą jest to, że Francuzi chyba nie przywiązują się do samochodów, że zostawiają je na luzie na parkingach po to, aby łatwiej było im później wyjechać z takiego, parkując zderzak w zderzak (jednak szanując co lepsze auta). To, że jeżdżą trochę „śmiesznie” nie bacząc czasem na ogólnie przyjęte zasady ruchu to też trochę prawda, jednak tą swoją jazdą nikomu nie robią krzywdy, bo przy całym zapomnieniu i trochę beztroskiej jeździe są przyjaźnie nastawieni do pozostałych uczestników ruchu. Nie wiem też skąd ktoś wyssał tę plotkę jakoby we Francji nie dziękowało się kierowcom ogólnie przyjętym i wszystkim znanym podniesieniem dłoni – jakoś dziwnym trafem wszyscy kierowcy dziękowali sobie właśnie w ten sposób. Czyli kolejna plotka obalona!
Zaskakujący przykład wykorzystania miejsca .....
.... i parkowania zderzak w zderzak (należy pamiętać o pozostawieniu samochodu na "luzie")
W ogóle jesteśmy pod wielkim urokiem Francji żeby nie powiedzieć, że zakochaliśmy się w tym kraju. I tylko jest mały problem – nie wiemy, który region tego kraju mielibyśmy wybrać, gdybyśmy mogli tam zamieszkaćJ? Urokliwe miejscowości, wspomniany nieschodzący z twarzy uśmiech, zróżnicowany klimat i beztroskie i bezstresowe podejście do życia (dowód- poszanowanie swojej pracy i czasu wolnego – przerwy w pracy oraz WOLNE niedziele co dla nas było ogromnym zaskoczeniem – i można sobie poradzić z zamkniętym marketem w niedzielę?). Wszechobecne kawiarenki – podobno nawet w tych najmniejszych miejscowościach jest tak zwany „mus” - brak kawiarenki to ujma na honorze dla takiej miejscowości. Nawet bagietki, które są jakby atrybutem każdego Francuza i każdej najmniejszej miejscowości, choć nie wszystkie smakują tak dobrze jak wyglądają. Nie mówiąc o szczerości Francuzów, których cały czas trzyma się wspomniany uśmiech, a bezinteresowna uczynność jest ich drugą naturą. Szczególnie jest to widoczne na południu kraju, w małych miejscowościach i wsiach gdzie mieszkańcy zdają się „wpuszczać” wszystkich do domu (choć bywa, że nie widać na ulicach żywej duszy) aby podać szklankę wody i być może zatrzymać nawet na obiedzie – takie odnieśliśmy wrażenie (czyli znowu dobra lekcja dla Polaków, których szczerość jest podobno cechą narodową hahaha).
Kawiarenka w Fougeres ...
... w St. - Tropez ...
... również St.-Tropez„Do Paryża zawitała wiosna. W parku przy Ile de la Cite świeżo zazielenione trawniki zaroiły się od wózków z niemowlakami, czułych babć i zaaferowanych niań. Wzdłuż brzegu rzeki stały powiązane burta przy burcie barki, których takielunek zdobiły schnące białe prześcieradła i skarpetki. Kobiety wygrzewały się na słońcu lub szyły różową bieliznę, rybacy machali nogami w wodzie i przegryzali mule.”
W samym Paryżu zachwyciły nas wyraziste budynki – lubię taką architekturę, lubię kiedy coś co ma służyć użyteczności publicznej jest przestronne, jasne i zachwyca swoim ogromem (podobnie jak w Wiedniu). Pomimo, że na zdjęciach wydaje się być chaosem, to te ściśle przylegające do siebie budynki tworzą uporządkowaną całość, w której trudno się zgubić, choć niedoświadczonemu turyście mogą przysporzyć dodatkowych kroków i minut poświęconych na poszukiwanie znikąd niewidocznego zabytku. Poza miastami natomiast, szczególnie na południu Francji to duże przestrzenie - najczęściej to obszary rolnicze, których podobno w dzisiejszych czasach jest już bardzo mało!? Tam można zachwycić się różnorodnością upraw, sumiennością i starannością pracy wykonywanej przez francuskich rolników i ogólnemu (wspomnianemu już) porządkowi. Wszystko to wpłynęło na siłę naszego zauroczenia Francją, na obraz jaki utrwalił się w naszej pamięci i nie wiem czy to szczęście, że spotykaliśmy na swojej drodze samych sympatycznych ludzi i widzieliśmy same cudowne miejsca, które - pomimo przecież czasami przykrych wydarzeń - nie umniejszyły urokom i naszym pozytywnym odczuciom.

w tle Sorbona
i Panteon
Chciałabym w tym miejscu przyznać się do błędu, który tkwił we mnie, a dotyczył spojrzenia na Francję i Francuzów. Jeśli mogę to odwołuję wszystko to co błędnie i bez sensu powtarzałam. Przytakuję temu, czemu zaprzeczałam i nie śmieję się już z zapatrzenia tych, którzy kochają Francję – przepraszam Monsieur Jean’a B. – mojego nauczyciela języka francuskiego – i żałuję ogromnie, że nie słuchałam wcześniej i nie przykładałam się tak jak powinnam do nauki tegoż cudnego języka!
Jedno jest pewne, że ta podróż w odróżnieniu od tej camperem pozwoliła nam poznać więcej, dowiedzieć się więcej o kulturze odwiedzanych krajów, bo jadąc samochodem osobowym i nocując w hotelach czy prywatnych kwaterach zmuszeni byliśmy wyjść do ludzi, rozmawiać, dostosować się czasem do ich przyzwyczajeń, a jadąc „zamknięci” w camper’ze może i mogliśmy podróżować wygodniej i nie tak zmęczeni ale byliśmy sami dla siebie, przez co nie mieliśmy takiej styczności z ludźmi no i przede wszystkim nie wjechaliśmy wszędzie, bo to jednak wielkie auto i nie wszędzie jest fizyczna możliwość dojazdu. Teraz, jadąc mniejszym samochodem omijaliśmy autostrady po to, aby móc jeździć miejscowymi drogami, podziwiać krajobrazy i docierać do ludzi. Ta wyprawa była pełniejsza, bogatsza w doświadczenia i choć pełna przykrych niespodzianek (najpierw nie włączył mi się telefon – więc byliśmy uziemieni, pierwszy nocleg – tak jak się obawiałam – przeszedł nam koło nosa, okazało się, że własnej głupoty nie mamy gdzie spać pierwszej nocy, wiec zmuszeni byliśmy szukać innego miejsca, w którym będziemy mogli przenocować. Ale jakby problemów było mało – drugiego dnia w Paryżu, a trzeciego dnia wycieczki – popsuł nam się aparat! W związku z ogromną ilością bagaży nie wzięliśmy drugiego więc ten przypadek załamał nas dokumentnie – jednak jakimś cudem i pomysłowością udało nam się prowizorycznie naprawić sprzęt i mogliśmy – modląc się do końca podróży – robić zdjęcia).
Zdjęć, mimo popsutego aparatu są tysiące, bo nie sposób oprzeć się urokowi odwiedzonych przez nas miejsc – pewnie będziemy je oglądać w kółko, próbując choć w wyobraźni powrócić do cudnych chwil i choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, choć nie wszystko udało się nam zobaczyć BYŁO PIĘKNIE, piękniej niż na południu Europy, piękniej niż na jakiejkolwiek zorganizowanej wycieczce! I tylko powstał problem – gdzie pojedziemy następnym razem skoro Francja była taka piękna, bo czy może być coś jeszcze piękniejszego?
P.S. dla takiego mola książkowego jak ja jeszcze jeden obrazek uderzający i taki, którego zazdroszczę Paryżanom, jednocześnie chciałabym aby spełnił się u nas – tłum ludzi w metrze czytających! Tam każdy czytał książkę, czasem gazetę i mało kto spędzał podróż metrem na gapieniu się w okno! To zachwycający obrazek, który mnie przyprawiał o uśmiech.
W tekście wykorzystałam fragmenty książki J. Child Moje życie we Francji