Panna w ogrodzie

Anglia, lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Zakazany, nowy świat miłości duchowej i cielesnej. Homoseksualizm, orgazm, dziewictwo i rozwiązłość - do tego magia, smoki, opętanie wszystko to spisane piórem Antonii Susan Byatt, laureatki Nagrody Bookera i mamy wielką powieść. "Panna w ogrodzie" choć tytułem i okładką (w przypadku wydania z 2003 roku) mogłaby zapowiadać coś innego, bo raczej ułożoną historyjkę z grzecznymi córkami i synami rodem z "Domku na prerii" jest zgoła czymś zupełnie odmiennym. To opowieść, która bazuje na życiu, dość zagmatwanym, rodziny Potterów. Ojciec, nauczyciel w gimnazjum, trochę tyranizujący zarówno dzieci jak i żonę, która zajmuje się wychowywaniem tychże dzieci oraz trójka latorośli - dwie, zaczynające sprawiać już problemu wieku dorosłego, córki oraz dziwaczny i zarazem inteligentny syn.
Nieprzewidywalność postaci, zachwiania równowagi psychicznej z jednoczesnym głodem seksualnym i niespełnieniem są jak mieszanka wybuchowa. Byatt naprawdę daje odczuć, że to nowe dziedziny dla bohaterów, że to co dziś jest na porządku dziennym, pół wieku temu było nowym i plugawym, tylko, że jakże musiało smakować przez swoją świeżość?! Wszystko to owiane w książce mgiełką strachu i pożądania. "Panna w ogrodzie" - choć tak brzmi niewinnie - to gmatwanina erotyzmu z nutką magii i halucynacji, której bohaterowie targani namiętnościami, niepozbawieni humoru tworzą, każdy na swój sposób, dość oryginalne i wyraziste postacie.
Czytając "Pannę w ogrodzie" odnosi się wrażenie, że historia dzieje się w czasach elżbietańskich. Tak naturalnie i lekko Byatt wplotła dzieje rodziny współczesnych Potterów w ten ułożony i powściągliwy angielski ton. Książka jest na wskroś angielska, szczególnie miła dla anglofilów i znawców Szekspira, bowiem pełno weń odniesień do angielskiej literatury i historii.
Jednak czytelnikom chcącym dowiedzieć się wszystkiego zaraz na pierwszych stronach (czyli ja) książka może wydać się trudna. Częste zmiany sytuacyjne, szybkie akcje i czasem przydługie rozmyślania bohaterów mogą dłużyć się takim niecierpliwcom i będą zapewne powodowały częste powroty do zgubionych wątków. Tylko, że "Pannę w ogrodzie" można smakować, a nie czytać" jednym haustem", można delektować się nią przy ... herbatce i poczuć damą nowoczesną, bo poniekąd w książce Byatt można doświadczyć pomieszania epok!

kto przyznaje nagrody?

Już po raz nie wiem który trafia mi się książka autora wielokrotnie nagradzanego, książka nad którą większość czytelników wprost rozpływa się w pochwałach, a ja nie potrafię jej docenić. Zawsze tłumaczę sobie ten fakt tym, że moja znajomość literatury jest zbyt mała abym mogła wypowiadać się na tematy "wielkich", ale bywa czasem tak, że fabuła książki nawet do mnie nie przemawia, bo przecież nie muszę zaraz wdawać się w warsztaty, style i wartości ale chociaż bym chciała czasem aby mnie wciągnęło. Podobnie jest w przypadku "Hańby" J. M. Coetzee, o której teraz dopiero coś mogę napisać, bo czas, który sobie i książce dałam i tak nie zaowocował nowo odkrytymi wrażeniami. Jednak podobnie jak w przypadku Pamuka, Saramago i Coetzee ("Hańby") nie jestem na szczęście osamotniona w odmiennym odbiorze książki. Nie chciałabym rozpisywać się na temat tego co mnie NIE zachwyciło i czemu bo nawet nie potrafię podać mocnych argumentów Po prostu historia była jakich wiele, a zarazem nijaka. Nijakość objawiła mi się w tym nad czym niektórzy recenzenci się zachwycają - niby normalność bohaterów, niby zwykła proza życia, ludzie jakich wiele - ok, owszem ale do mnie to nie przemówiło. Jakkolwiek początkowo "Hańba" przypominała mi "Konające zwierze" czy też "Błękitnego anioła" tak na początku się skończyło i dalej Coetzee mnie zawiódł (odwrotnie niż autorzy wspomnianych książek). I choć wiem bądź też domyślam się, co autor chciał przekazać czy też przekazał (tylko ja nie zauważyłam) to jednak nie pojmuję istoty i celowości przyznanej "Hańbie" nagrody (ale jak wspomniałam nie jestem osobą kompetentną do takich ocen). Aby samej się nie nakręcać i nie dręczyć własnym brakiem umiejętności czytania wielkich pisarzy poszukałam kilka podobnych w odczuciu recenzji i ku własnej radości takowe znalazłam. TU znajdziecie moją ulubioną recenzję Doroty Tukaj, pod którą podpisuję się również ja!

9747

Zamiast stosu książek - stos stron. Tyle pozostało mi do przeczytania, zebrały się na tą skromną liczbę książki poupychane po kątach, odłożone na półkę na później, tego później nie doczekawszy.
Jak będę wymyślać takie głupoty to liczba ta nie będzie się zmniejszać … ale też nie urośnie, haha – to nie drożdże ani pieniądze na lokacie! (no chyba, że trafię do księgarni, a te muszę przyznać omijam szerokim łukiem ostatnimi czasy)




Myślę, że nie jest to najlepszy wynik, a może mam nadzieję?
… kto da więcej?

Morze na miarę Bookera

Jak wiadomo tym, którzy czytali mój stosikowy post, postanowiłam przeczytać jak największą liczbę książek, które otrzymały nagrodę Bookera. Powodowała mną na pewno niedawna, tegoroczna nagroda, jak i chęć poznania i ewentualnego zrozumienia czym kieruje się jury przy wyborze. Chciałabym znaleźć jakiś wspólny, być może, mianownik dla tych książek. Pewnie, że nie przeczytam wszystkich bo jest to po prostu fizycznie niemożliwe (chyba?) oraz nie pozwoli mi na o niechęć do czytania starych, pożółkłych kartek, zakurzonych stron na które mam uczulenie, a niestety większość starych bookerów w bibliotece tak wygląda.
Jednak „Morze morze” Iris Murdoch jest starą, pożółkłą zakurzoną książką, której zapach raczej nie zachęca do lektury, ani też rok jej powstania (jest tylko dwa lata młodsza ode mnie) - bowiem nie lubię czytać o czasach, których nie pamiętam i nie rozumiem (oczywiście inaczej ma się to w przypadku historii). W ogóle nie wiem co spowodowało, że wzięłam tę książkę z półki, bo oprócz powodów, dla których powinnam ją odłożyć dochodził jeszcze sam tytuł sugerujący przygodę wśród fauny i flory, a do tego marynistyczny tematyka tytułu na myśl której mdli mnie jak na statku (nie znoszę książek ani obrazków, pamiątek znad morza w postaci latarenek i muszelek – te które leżały ku ozdobie u nas w domu, a które z obrzydzeniem przesuwałam przy wycieraniu kurzu, schrupały z wątpliwą przyjemnością córki naszych znajomych – dzięki dziewczyny, mając nadzieję, że Wam nie zaszkodziły cieszę się z tej przysługi).
Pomimo tak wielu argumentów przeciwko lekturze, które przemknęły przez moją głowę z prędkością światła, poczułam, wyciągając z półki książkę, że muszę ją przeczytać. I nie zawiodłam się bowiem „Morze morze” wciąga od pierwszych stron, hipnotyzuje, uspakaja i relaksuje. To wprost niesamowite uczucie, które towarzyszy podczas jej czytania porównywałam do pobytu nad brzegiem morza, do uspakajającego szumu fal i orzeźwiającej bryzy morskiej.
„Morze morze” to historia emerytowanego reżysera, aktora i dramaturga, który przez 14 lat swojego życia nie widział morza i wystarczyło jedno spojrzenie, a chłopak wiedział, że z morzem zwiąże kiedyś swoje życie. Znudzony swoją popularnością, blichtrem, który otaczał go w życiu, kupuje dom nad morzem, a właściwie dom na cyplu, starą, rozwalającą się ruderę, bez prądu i ogrzewania ale za to z dawną latarnią morską i osobistym dostępem do skalistego brzegu morza. Charles Arrowby czas emerytury poświęca na spisanie swojego życia, na napisanie biografii znanego reżysera – siebie samego, chcąc w ten sposób oczyścić swoją osobę z zarzutów egoizmu, samolubstwa i chamstwa i jednocześnie przeżyć swego rodzaju miłosne katharsis .
Wydawało się, że znalazł raj na ziemi, miejsce idealne na emeryturę, na pisanie książki. „Shruff End” (tak nazywa się dom Charles’a) okazuje się jedną wielką tajemnicą, a jego zakup posunięciem które zmusi Charles’a do walki z samym sobą, z własnymi emocjami, przeszłością i przyszłością. W tym zdawać by się mogło spokojnym miejscu stoczy on walkę z duchami dawnych czasów, magiczną siłą miłości i nawiedzającymi go ciągłymi wycieczkami znajomych. Ten nieustający strach i ucieczki przed spotkaniami doprowadzają go do obłędu, przywołują obrazy z życia jakie zostawił za sobą. Po pokojach „Shruff End” jak zmory ciemności snują się sprawy niewyjaśnione, żale i pretensje. Tam gdzie Charles miał odpocząć tak naprawdę dopiero musi zacząć żyć, bo dotąd chyba tylko był i nic go nie interesowało a teraz musi działać - stawić czoła wszystkiemu co kiedyś uczynił sobie i innym.
Iris Murdoch doskonale buduje napięcie całej sytuacji, choć książka ma prawie 600 stron nie sposób nudzić się w trakcie jej czytania. I choć na jej stronach znajdziemy ogromną ilość opisów są one tylko atutem książki, a ich różnorodność (począwszy od opisu fal, skał kończąc na rytuałach przygotowywania i spożywania posiłków) ubarwia i umila czas poświęcony książce. Smaczku dodaje fakt, że autorem książki jest kobieta, a narratorem i zarówno autorem książki pisanej w książce jest mężczyzna. Moim skromnym zdaniem książka „Morze, morze”, w której lekturze znajdą przyjemność miłośnicy przygód i kryminału w pełni zasłużyła na nagrodę, która otrzymała. To druga książka z mojego stosu, dla której jestem na TAK!

Amsterdam

Zadziwiające, że można wciągnąć się w tą książkę od pierwszych stron – odważne posunięcie zacząć od pogrzebu i to w dodatku w mroźny lutowy dzień. Toczyć dysputy przy jednoczesnym odmrażaniu sobie wszelkich członków. Tak zaczyna się Amsterdam McEwan’a, tak charakterystycznie dla autora - ponuro i ciężko.
Molly Lane była chyba rozrywkową dziewczyną i zapewne piękną kobietą. Jak na takową przystało zgromadziła na swoim pogrzebie wszystkich swoich kochanków czyli umierając, niekoniecznie na złość im, doprowadziła do ich konfrontacji. Clive Linley, Vernon Halliday, Julian Garmony czy mąż Georg Lane to mężczyźni Molly. Pierwszy z nich to wzięty brytyjski kompozytor muzyki współczesnej, Vernon to zagoniony redaktor gazety oraz Julian – polityk, minister spraw zagranicznych, że o zaborczym mężu nie wspomnę. Mężczyźni ci nawet nie domyślają się jakie następstwa dla nich będzie miała śmierć Molly i ich ponowne spotkanie.
Nie domyślają się, że ich próba zbliżenia się do siebie, bliższego poznania czy może chęć nawiązania przyjaźni, którą przypieczętowali umową, podyktowaną chorobą Molly, będzie miała poważne skutki (a miała być ona swego rodzaju usprawiedliwieniem dla śmierci kochanki i ich samych). Dokonają oni katastrofalnych wyborów moralnych, ich przyjaźń zostanie poddana ciężkiej próbie, a niewinne zabawy Juliana Garmony ośmieszą i postawią w obliczu śmierci politycznej i rozpadu małżeństwa.
Ten swojego rodzaju moralitet McEwan’a nie należy do łatwych – z resztą jak większość jego książek, nie jest to książka zachęcająca, wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że zniechęca ona od pierwszych stron (bo czyż marznięcie na pogrzebie może być ciekawym?- trzeba lubić autora aby je wytrzymać!). W książkach McEwan’a zarówno świat jak i postacie są odrażające, to pogmatwane i pogubione we własnej psychice złe charaktery - czasami odnoszę wrażenie czytając McEwan’a, że umieszczając swoich bohaterów w jakimś miejscu i czasie chce on w jakiś sposób, pokazując im jacy są zepsuci, jednocześnie ukarać ich za występki jakich się dopuszczają. Sam Amsterdam akurat to studium męskiej psychiki - przypisywanej zwykle kobietom zazdrości i emocjonalnej oziębłości z charakterystyczną, już raczej dla męskiego gatunku, rywalizacją na polu zawodowym i seksualnym oraz z ciągłą chęcią bycia lepszym, umiejscowiony w typowym dla mężczyzn światku polityczno – twórczo - rozrywkowym. Wreszcie tytułowy Amsterdam to miasto zagadka, miejsce, w którym coś się dokona, coś co będzie wielkim zaskoczeniem zarówno dla czytelnika jak i samych bohaterów.
Ta ksiązka nie zawiedzie – jak zawsze u McEwan’a makabra łączy się z humorem, a groteskowo wynaturzone postacie momentami przerażają realizmem. Pomimo depresyjnego nastroju książek McEwan’a i tak je lubię i nie chcę aby zawiódł mnie on zmieniając się w słodko-ckliwego autora plastikowych książeczek.

Stosiki na dżdżyste dni

Ciągle pada i pada i przez to uzbierały się mi dwa stosy - do książek kupowanych jak zwykle – po „troszku”, w ukryciu czy też w akcie desperacji (choć należałoby się już z tego wyleczyć) dołączyło kilka, do przeczytania których skusiła mnie Chihiro prezentując swój stosik
Drugi stos urósł kiedyś w przypływie postawionego sobie samej wyzwania i z chęci powtórzenia przeczytanych oraz przeczytania tych, których nie czytałam – mam na myśli książki nagrodzone Bookerem (pewnie natchnęła mnie do tego tegoroczna Booker Prize)
Stos natchniony i stare śmieci

Odpowiednie małżeństwo Doris Lessing
Wizyty aniołów Anna Wrzos (przyjemna książeczka, taka dla poprawy humoru i wzmocnienia wiary w ludzi – polecona przez Ktrya)
Odruch serca Toni Morrison
Julie&Julia Julie Powell (w trakcie czytania i zapominania o przeczytanych recenzjach, Chiara przeczytała :) )
Klub Koryncki Alan Hollingurst (w oczekiwaniu na zwrot The Line of beauty)
Panna w ogrodzie Dame A.S. Byatt (bo nie było Opętania)
Żar Sandor Marai (przeczytana – moje zdanie na jej temat TU)


Booker stos

Zachować swój świat Nadine Gordimer
Ci, co pozostali Paul Scott
Morze, morze Iris Murdoch (właśnie się wciągam)
Dzieci północy Salman Rushdie (namówiona przez Maga-marę raz jeszcze próbuję S.R!)
Stare diabły Kingsley Amis (przeczytane, ale moje zdanie jest tak odmienne, że aż boję się cokolwiek napisać)
Amsterdam Ian McEwan
Ślepy zabójca Margaret Atwood ( w kwestii przypomnienia)
The Line of Beauty Alan Hollingurst (mam nadzieję "dotrzeć" dalej niż poprzednio)

a byłabym zapomniała o przeczytanych The God of Small Things Arundhati Roy oraz The Gathering Anne Enright



Do tego stosu dołączam Brzemię rzeczy utraconych Kiran Desai, które czyta kuzynka

... i sama podziwiam się za chęci

Żar inspiracji

Zainspirowana stosikiem Chihiro, jednocześnie trochę zazdrosna o ciekawe pozycje pobiegłam do biblioteki po cokolwiek Sandora Marai. I udało mi się znaleźć na półce nie tylko cokolwiek ale również „Żar”.
„Żar” to niebywała, jednocześnie w formie i treści, pozycja literatury, a Marai to artysta. Bo któż inny, jak nie artysta, potrafiłby w tak krótkiej książce, liczącej zaledwie 140 stron zawrzeć całe życie dwojga ludzi?! Książka, z której by można spokojnie zrobić wielkie tomisko to banalna opowieść o przyjaźni, niesamowitym uczuciu, jakie powstało już w wieku dziecięcym i przetrwało prawie siedemdziesiąt lat.
Generał i Konrad ostatni raz widzieli się 41 lat i 43 dni temu. Powodem tak długiej rozłąki była, jak się okazuje, ucieczka Konrada. Spotkanie po prawie półwieczu zdaje się tym, dla którego żyli i na które czekali aby w obliczu zbliżającego się końca móc powiedzieć sobie wszystko, wyjawić najgorsze fakty „Dwóch starych przyjaciół, kiedy słońce już nad nimi zapada, wspomina wiele różnych rzeczy”.
Ciągłe napięcie, które towarzyszy rozmowie dawnych przyjaciół, udzielające się czytelnikowi, nie jest bezpodstawne. Faktycznie ostra dyskusja generała z Konradem prowadzi powoli do wyjaśnienia powodów ucieczki. „Żar” to jednocześnie studium psychologiczne bohaterów i rekonstrukcja wydarzeń, a spotkanie po tylu latach, które powinno być miłym, zamienia się poniekąd w przesłuchanie. W bolesne dążenie do poznania prawdy o niedoszłych zabójcach i skrywanych romansach czy żalach.
Czytając „Żar” odnosi się wrażenie, że Sandor Marai dawkuje napięcie, wyciąga co chwilę nowe fakty, a w myśl tego, że „pamięć, na starość, powiększa, i ukazuje w jasnych barwach każdy szczegół” drąży on korytarze w pamięci starców, które prowadzą do poznania prawdy. Ale czy można dociec prawdy po tylu latach, czy fakty nie uległy zatarciu, a wspomnienia nie zostały zburzone przez upływające życie pełne namiętności i skrywanej nienawiści?
Książka, która w większości składa się z monologów, wspomnień rzucanych w ciemność nocy i zaskakuje mistrzowską narracją, poraża dramatycznością, wciąga od pierwszych stron i nie sposób ją przerwać.

POŚWIĘCAĆ! KRZYCZEĆ! USPRAWIEDLIWIAĆ! CHCIEĆ I NIE CHCIEĆ! OSKARŻAĆ!

O „Dolinie nicości” Bronisława Wildsteina można napisać krótko – to książka o współczesnej Polsce. Książka, w której każdy rozpozna wśród postaci konkretne osobistości ze świata podejrzanych biznesów i polityki. Książka obnaża i wywleka długo skrywane tajemnice III RP, jest lepszą pomocą naukową niż niejeden podręcznik do historii.
Wildsteinowi zarzucano dualność, walkę dobra ze złem, zarzucano propagowanie doktryny Maniego (jakoby książka miała być manichejska) ale postępowanie bohaterów, upadki ich duszy, strach przed praktykami ubeckimi i ciągła obawa o życie, a w tym wszystkim niemożność zaufania innym przekreślają ten zarzut (choćby złamany Struna, który zawierzył człowiekowi, który pierwszy go zdradził i oszukał – Return). Ciągła niemożność pogodzenia się z dawnym życiem są niczym trucizna dla byłych agentów. I choć niektórzy z nich mają sumienie, a co za tym idzie wyrzuty, uparcie przekonani są o swojej niewinności. Szukając usprawiedliwienia dla siebie, oskarżając siebie samych jednocześnie uważają się za bohaterów, obrońców świata, któremu poświecili duszę. Może szukając usprawiedliwienia ratują sobie życie?
Tytułowa dolina nicości, zapomniane przez Boga miejsce, w którym niemożliwe jest osiągnięcie sprawiedliwości i równowagi, to świat, gdzie nie liczy się nic, co ma jakąkolwiek wartość. Jest ona jak biblijna wieża Babel gdzie ludzie przestali się rozumieć, gdzie każdy mówi i myśli w innym języku, gdzie ludzie pogubili się w podążaniu za prawdą, miotając się między prawością a posłuszeństwem. Trudno jest w takim przypadku oddzielić dobro własne od dobra narodu (?).
Książka Bronisława Wildsteina nie należy do łatwych ale ciekawość każe ją czytać, nie pozwala przestać. Ciekawość chce wiedzieć więcej o kraju układów wmieszanych w politykę i sądy, w biznes i kościół. O kraju, w którym oskarża się zamieszanych po czym w sposób niekontrolowany „plaga” ta przenosi się na oskarżycieli.
I nie trzeba „siedzieć” w tym wszystkim, nie trzeba być w temacie ani świadomie żyć „w tych czasach” aby rozpoznać taplających się w brudzie. Osobiście nie przeczytałam książki jednym tchem, wracałam wiele razy aby zrozumieć ale też aby złapać oddech, nabrać dystansu do świata ze skazą.
Bardzo podobał mi się trafny komentarz-pytanie czytelnika z WP, z którym Was zostawię:
„(…) Drodzy czytelnicy - gdyby was obnażono i pobito, i chciano bić dalej i dokonywać przez długie miesiące gwałtów homoseksualnych i oszpeceń w ciasnej śmierdzącej celi, czy zgodzilibyście się zdradzić waszych przyjaciół, wy, jako młodzi studenci - wyciągnięci nagle z ciepłego akademika w środku zimy?. Zdradzić wszystko w co wierzycie? (…)”*.
* mam nadzieję, że Grog się nie gniewa

Bronisław Wildstein

"Dolina nicości"

http://www.ksiegarniakatolicka.pl/

http://www.ksiegarniakatolicka.pl/product_info.php/cPath/108/products_id/1355

Muskając aksamit

Nie wiem czy większość osób biorących do ręki książkę Sary Waters zdaje sobie sprawę co oznaczają dwa tytułowe słowa, co oznacza wyrażenie „muskając aksamit”*? Nie wiem czy sam tytuł, jakże zdawać się może lubieżny w innym kontekście, czy tematyka homoseksualizmu jaką porusza autorka sprawiły, że bardzo trudno znaleźć recenzje książki?
Przecież nie trzeba głosić peany na ten temat, nie trzeba też zaraz podnosić gniewne głosy oburzenia – bo książka ma w sobie tyle kunsztu literackiego, że naprawdę trudno się od niej oderwać. Jeśli natomiast trafi ona do rąk purytanina czy też zgorzkniałego przedstawiciela społeczeństwa głęboko wierzącego lecz nie przyjmującego do świadomości istnienia ludzi poza jego własną osobą czy ludzi o innym zapatrywaniu na świat, nie zostanie ona doceniona – co najwyżej spłonie na stosie książek zakazanych. A przecież Waters, dzięki swojemu kunsztowi i miłości do epoki wiktoriańskiej w cudowny sposób potrafi przenieść czytelnika właśnie do Anglii tych czasów. Czytając Waters odnajdziemy się na ulicach Londynu, poniekąd purytańskiego, a jednocześnie jakże perwersyjnego, w jego teatrach, operach i rewiach, w zadymionych szynkach i ciemnych ulicach. Niemalże odczujemy na skórze dotyk jedwabiu i szelest koronek, a wieczna mgła przeszyje nasze członki do szpiku podobnie jak wielokrotnie robiła to z Nancy.
Drogę życia tej biednej, skromnej dziewczyny, pochodzącej z malutkiej rybackiej wioski wyznaczyły światła sceny, tej samej, która zafascynowała ją muzyką i … miłością i niekoniecznie była to droga, którą chcieli dla niej rodzice i rodzeństwo. Droga ta choć początkowo jaśniejąca blaskiem miłości, jednak jakże zakazanej miłości (z resztą nie tylko w ówczesnym purytańskim Londynie) dla Nan zamieniła się w ślepy zaułek, w którym jej ideały zaczynają tracić wartość i zmieniać oblicze. Na zmianę to jaśniejące blaskiem to przygasające światła na drodze życia Nancy, sprawiły, że młoda dziewczyna zgubiła się. Przestała rozumieć obraną przez siebie drogę, rozróżniać przyjaciół od nieprzyjaciół. Po drodze przemian od biednej skromnej dziewczyny, poprzez wodewilową gwiazdę rewii do prostytutki i utrzymanki, lokowała uczucia tam gdzie przepadały one jak w głębokich studniach zatracając w nich swą niewinność. Choć Nancy to mądra dziewczyna która potrafiła nieźle kombinować, ciężki los pozbawił ją sił a umiejętności i dawny zapał zostały wypalone, niepotrzebnie strawione przez ognie i żar namiętności. Jednak bohaterka Waters potrafiła podnieść się i to w takim momencie kiedy wydawało się , że już na zawsze skończy w rynsztoku, potrafiła znaleźć przede wszystkim siebie, a dzięki temu wejść na dobra drogę życia i miłości.
I ciekawi tylko fakt, kim jest dzisiaj Nancy Astley ta, która jest narratorem w powieści „Muskając aksamit”. Kim jest dzisiaj i jak się ułożyło jej życie? Czy znalazła swoją drogę? Czy jest szczęśliwa i akceptowana? Kto gości w jej sercu?
Należy dodać jeszcze, że książka „Muskając aksamit” jest nie tylko dramatem lesbijki uwięzionej we własnym ciele z racji miejsca i epoki, w której przyszło jej żyć ale też poniekąd powieścią historyczną. Dzięki temu, że Waters zaintrygowana kulisami i sceną londyńskiej rewii dokładnie przestudiowała tę rozbuchaną, kolorową epokę włącznie z charakterystycznymi dla tego okresu narodzinami socjalizmu, ruchem sufrażystek czy wychodzącą spod ziemi purytańskiego Londynu pornografią, dostajemy dokładne studium wiedzy na jej temat, a kunszt literacki autorki dostarcza naszej wyobraźni dokładne i wyraźne obrazy i nie pozwala odłożyć książki, choćbyśmy tego chcieli.




























* Tytułowe słowa: "muskając aksamit" to określenie pieszczoty cunnilingus (pieszczenie intymnych miejsc kobiety językiem)
Przeczytaj też recenzję "The Little Stranger" Waters, nominowanej do Booker Prize 2009 u Magamary

Klauzura. Wstęp wzbroniony!

Co może posunąć młodą dziewczynę do takiej decyzji? Głęboka wiara? Szantaż szefa? Czy może nieszczęśliwa miłość? Pewnie te jak i wiele innych wymieniłyby postulantki zakonu, bo powodów jest tak wiele i są one tak różnorodne jak różne są dziewczęta wstępujące do zakonu. Lecz którym z nich kierowała się bohaterka książki C.M. Lakotty Eileen O’Davis?
„Klauzura. Wstęp wzbroniony” to historia przynajmniej dwóch powołań, a nie jednego jak można spodziewać się po informacji od wydawcy. Zgodzę się, że jest to opowieść o wielkiej gwieździe Hollywood, która wstępuje do klasztoru i staje się pożywką dla kolorowych gazet i żądnych sensacji czytelników. Lecz w książce Lakotty zostajemy wciągnięci w „intrygę losu”, żeby nie powiedzieć podstęp niebios, jaki przygotowano dla Eileen, tej samej, która chciała nas zagłębić w powody tej dość oryginalnej i nieprzekonywującej decyzji gwiazdki ekranu, a wyszło zupełnie inaczej.
Książka Lakotty to opowieść o budzącym się powołaniu do życia w zakonie, które zakiełkowało w dość nietypowy sposób u Eileen, a właściwie można powiedzieć zostało nieświadomie i bezwiednie posiane przez … szefa. To właśnie on „posyła” ją niby to w nagrodę, a poniekąd za karę do St. Mary, ciężkiego klauzurowego klasztoru w Ameryce i choć nieświadomy tego budzi w niej chęć „poznawania prawdy” co odbiega od idei plotkarskiego pisma, które redagują.
„Klauzurę” odbiera się raczej jako opowieść o odnajdywaniu własnej drogi przez Eileen a nie jako sensacyjną historyjkę o gwiazdce podrzędnych filmików. Nie znajdzie się w książce Lakotty żadnej sensacji w stylu high life, żadnych fanaberii aktoreczki ani też podstępnych chwytów młodej pani redaktor. To raczej pamiętnik młodej dziewczyny z pierwszych tygodni w klasztorze, dziewczyny, która choć pochodzi z chrześcijańskiej rodziny, gdzie wiara i religia są głęboko zakorzenione, to nikt nie spodziewa się po niej takiego oddania Bogu i zamknięcia się murach klasztornych. To historia, która dzieje się wbrew założeniom pisma i jego właściciela, a nawet wbrew samej Emily.
Może książka momentami zdaje się być śmieszna - bo choć nie znam dokładnych procedur przyjmowania do zakonu - wydaje mi się, że „wejście z ulicy” bez uprzedzenia nie należy raczej do głównych zasad wstępowania do zakonu. Istnieją chyba jakieś reguły, które każą najpierw sprawdzać kandydatki na siostry zakonne i nie łamie się ich nawet dla jednej chętnej duszyczki, tym bardziej takiej, która kompletnie nieprzygotowana nie potrafi wytłumaczyć jasno swojej decyzji? A tak niestety jest to przedstawione w książce, tak właśnie zastanawiająco łatwo. Ciężko jest też uwierzyć w to aby ktokolwiek mógł podstępem zechcieć dostać się do klasztoru, tylko po to aby „wynieść” sensację.
Jednak cała opowieść pozostawiła we mnie dobre odczucia, że są jeszcze ludzie, którzy nie łakną sensacji, którzy nie opierają swojego życia na kłamstwie i nie żerują na cudzych nieszczęściach ale potrafią zbudować własne szczęście na prawdzie i miłości, niejednokrotnie porzucając żar miłości cielesnej i ziemskiej.